Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sicario, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sicario, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2025

"Sicario: Day of the Soldado" (2018)

You want to be a sicario... let's talk about your future..

Tegoroczne, niezwykle kapryśnie pod względem pogody, lato zbliża się nieubłaganie ku końcowi, więc powinien, zgodnie z tradycją, napisać raczej recenzję jakiegoś filmu, który obejrzałem w ramach Letniego Taniego Kinobrania w Kinie Pod Baranami. Niemniej w tym roku zaliczyłem aż jeden (tak, naprawdę tylko jeden) seans i nie wiem jeszcze czy stworzę jakikolwiek tekst o "Przesileniu zimowym" ("The Holdovers"), chociaż bardzo mi się podobało (a Paul Giamatti i Dominic Sessa wypadli świetnie w głównych rolach). Zamiast tego proponuję coś w rodzaju niedalekiej podróży w czasie, bowiem produkcja, którą dzisiaj omówimy powstała w roku 2018, a jej pierwowzór w 2015 (moja recenzja pierwszego "Sicaro" tutaj). Nie muszę chyba pisać, że choć minęło zaledwie kilka lat, to świat zmienił się wręcz nie do poznania, a, przynajmniej z naszej perspektywy, meksykańską wojnę narkotykową przyćmiły inne problemy… Niemniej w Ameryce Środkowej i Południowej dalej jest wesoło. Weźmy choćby przykładowo prezydenta Wenezueli, Nicolasa Maduro, który na pełnym przypale sfałszował wybory prezydenckie, wladzy nie oddał, USA wyznaczyło nagrodę w wysokości 50 milionów USD za pomoc w jego aresztowaniu, a dodatkowo jest uznawany za jednego z przywódców Kartelu Słońc (Cartel de los Soles). Wracając do "Sicario: Day of Soldado" to warto wspomnieć, że za scenariusz nadal odpowiadał Taylor Sheridan, jednak na stołku reżyserskim Denis Villeneuve ustąpił miejsca Stefano Sollimie. A co w sumie najważniejsze i jednocześnie najsmutniejsze, to nie znaleziono miejsca w obsadzie dla Emily Blunt…

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

W zamachu terrorystycznym w Kansas City ginie kilkanaście osób. W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że terroryści pochodzili z Jemenu, dotarli statkiem do Meksyku, a następnie przedostali się do USA szlakiem kontrolowanym przez jeden z meksykańskich karteli narkotykowych. W ramach odwetu, znany z pierwszej części agent CIA Matt Graver (Josh Brolin), zostaje upoważniony przez amerykański rząd do niezwłocznego i brutalnego zakończenia tegoż niecnego procederu, a pierwszym etapem ma być wywołanie wojny pomiędzy meksykańskim kartelami. W tym celu Graver postanawia wykorzystać Alejandro (Benicio Del Toro) do uprowadzenia córki (Isabela Merced) jednego z meksykańskich bossów. W drugim wątku przyglądamy się początkom kariery dobrego chłopaka Miguela (Elijah Rodriguez), który skręca na złą drogę i stawia pierwsze nieśmiałe kroki w przemycie ludzi z Meksyku do USA.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Po pierwszym "Sicario" nie spodziewałem się w sumie, że kiedykolwiek ktoś pokusi się o nakręcenie kontynuacji. Z mojej perspektywy historia przedstawiona w tym filmie była kompletna i raczej zamknięta, ale wszyscy przecież wiemy co się najbardziej liczy w tym biznesie. Niemniej, o czym wspominałem już we wstępie, w drugiej odsłonie nie zobaczyliśmy już agentki FBI Kate Macer, chociaż początkowo planowano jej powrót. Finalnie postać grana przez Emily Blunt nie znalazła się w obsadzie "Sicario 2", ponieważ reprezentowała sobą swoisty moralny kompas, który nie pasował do zdecydowanie amoralnej koncepcji drugiej części. Tym razem na pierwszym planie dominują Matt Graver oraz Alejandro, a jak pamiętamy z oryginału są to ludzie nastawieni przede wszystkim na bezwzględne wykonanie powierzonego im zadania. Świat przedstawiony w "Day of Soldado" dalej epatuje realizmem, brutalnością i nieliczeniem się z życiem mało istotnych pionków na tej szachownicy (jak mawiano kiedyś w Pińczowie: takie życie, pionki, figury). Amerykańska administracja wyznacza cele (np. wywołanie wojny między meksykańskimi kartelami, ponieważ zostały uznane za organizacje terrorystyczne), które mają zostać osiągnięte bez względu na to ile osób (oczywiście nie będących obywatelami USA) poniesie śmierć w trakcie ich realizacji. A gdy coś się wysypie to oczywiście nie przyznajemy się do niczego i zacieramy ślady (likwidując dotychczasowych wiernych współpracowników).

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Oglądając "Sicario 2" raczej trudno czuć się komfortowo czy odprężająco. Nie dość, że zewsząd otacza nas sieć powiązań i zależności, której do końca nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, to jeszcze uczucie ciągłego niepokoju i stanu zagrożenia potęguje specyficzna ścieżka dźwiękowa. Oprócz porwań, pościgów i strzelanin, oglądamy również dosyć niebezpieczny proces nielegalnego przekraczania meksykańsko-amerykańskiej granicy, który w obszarze przygranicznym zamienił się w całkiem nieźle prosperujący biznes (oczywiście przewodnicy nie troszczą się specjalnie o swoich podopiecznych, a jedynie o to, żeby na koniec hajs się zgadzał). Ścieżka dźwiękowa to jedno, ale również muszę pochwalić bardzo fajne zdjęcia – jak choćby meksykańskich bezdroży, które przemierza z buta Alejandro wraz z Isabel. I właśnie ten wątek (a w zasadzie jego rozwiązanie) jest praktycznie jedyną rzeczą, która nie pasowała mi do całościowego, bezwzględnego klimatu drugiej odsłony. Kto pamięta rodzinną kolację z Alejandro z pierwszej części, ten wie o co dokładnie mi chodzi. Aha, i nawiązując do oryginału, to dalej nie można ufać meksykańskiej policji.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Josh Brolin po raz kolejny stworzył fajną kreację wracają do roli Matta Gravera. To naprawdę swój chłop, acz jednocześnie człek brutalny i pozbawiony skrupułów, chociaż z zasadami. Niemniej amerykański aktor zrobił kolejny krok w celu zniwelowania mojej nieuładnionej antypatii do jego osoby (naprawdę nie potrafię powiedzieć dlaczego kiedyś żywiłem do niego tak negatywne uczucia). Jednak dla mnie prawdziwą gwiazdą drugiego "Sicario" jest Benicio del Toro. Ileż fajnych ról zagrał w ostatnich latach! I nie mówię o hollywoodzkich hitach, a filmach trochę mniej znanych takich jak choćby "No Sudden Move" (2021) czy "Reptile" (2023). No i oczywiście czekam na jego rolę w nadchodzącym wielkimi krokami "One Battle After Another" Paula Thomasa Andersona. A oprócz tego w "Day of Soldado" pojawia się między innymi Jeffrey Donovan, Catherine Keener (pozdro za rolę bezwzględnej suki), Matthew Modine czy Shea Whigham. Warto, że zwrócić uwagę na aktorów młodego pokolenia (ja zawsze z młodzieżą, mówi Mirek Szatkowski): Isabelę Merced (Isabel) oraz Elijah Rodriguez (Miguel).

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

"Sicario: Day of Soldado" nie posiada może świeżości pierwszej części, niemniej w dalszym ciągu jest to bardzo sprawnie zrealizowane i wciągające kino sensacyjne. Jeżeli macie ochotę odczuwać niepokój i stan zagrożenia przez dwie godziny to serdecznie zapraszam na seans. Oczywiście największy minus filmu to brak Emily Blunt w obsadzie.

© 2018 Soldado Movie, LLC. All Rights Reserved.

Ocena: 7/10.


sobota, 9 stycznia 2016

"Sicario"



Ponieważ całkiem niedawno ponownie schwytany został legendarny Joaquín "El Chapo" Guzmán Loera, stojący na czele potężnego kartelu z Sinaloa, nadarzyła się znakomita okazja, aby obejrzeć chwalone powszechnie "Sicario" (a przede wszystkim nawiązać do tego faktu w recenzji, dzięki czemu może wydawać się, że autor jest wyjątkowo na czasie w kwestii meksykańskiej wojny narkotykowej). Oczywiście powodów do obejrzenia filmu Denisa Villeneuve’a było o wiele więcej. Pozwólcie zatem, że wymienię choćby osobę reżysera, Emily Blunt oraz Benicio Del Toro, których bardzo lubię i szanuję, a także dosyć aktualną i interesującą tematykę. Tzw. meksykańska wojna narkotykowa trwa już niemal dekadę (jeśli za początek przyjmiemy 2006 rok), a zakończenia konfliktu jak nie było widać na początku, tak w dalszym ciągu nie ma. Jeśli macie ochotę zgłębić powyższą tematykę to oczywiście oprócz szeroko dostępnych źródeł internetowych polecam książkę El Narco autorstwa Ioana Grillo (Wydawnictwo REMI, Warszawa 2012) z niezwykle złożonym i całościowym podejściem do tematu.
źródło: http://www.impawards.com
Główną bohaterką "Sicario" (co oznacza tytuł dowiecie się na samym początku, więc nie ma za bardzo sensu tego opisywać w recenzji) jest Kate Macer (Emily Blunt), agentka FBI dowodząca jednostką taktyczną odbijającą zakładników. W czasie jednej z typowych akcji, wskutek przemyślanej zasadzki ginie dwóch policjantów, a ponadto okazuje się, że w ścianach szturmowanego budynku zamurowano kilkadziesiąt osób. Oczywiście odpowiedzialnością za tę makabryczną zbrodnię obarczony zostaje jeden z meksykańskich karteli, dysponujący biznesowym przedstawicielstwem w USA. Kate oraz jej partner Reggie (Daniel Kaluuya) zostają zwerbowani do międzyagencyjnego projektu, na czele którego stoi tajemniczy Matt Graver (Josh Brolin), wspierany przez jeszcze bardziej tajemniczego Alejandro (Benicio Del Toro).
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Nie da się ukryć, że reżyser Denis Vileneuve oraz scenarzysta Taylor Sheridan (słynny Hale z "Sons of Anarchy") zrobili naprawdę dobrą robotę. "Sicario" nie jest bowiem produkcją łatwą w odbiorze. Oglądając film nie liczcie, że ktokolwiek wyjaśni Wam co się dzieje na ekranie – znajdziecie się w totalnej konfuzji, podobnie jak Kate, nieświadoma istnienia złożonych powiązań i działań dalekich od poszanowania jakiegokolwiek prawa. To z pewnością należy zaliczyć jako ogromny plus, ponieważ twórcom udało się znakomicie przedstawić obraz bezwzględnej wojny narkotykowej, w której nic do końca nie jest jasne – nawet dla agentki FBI, która ma przecież styczność z tematem na co dzień. Spójrzmy bowiem na jedną z najlepszych sekwencji filmu – dynamiczną wyprawę konwoju do Ciudad Juárez po wysoko postawioną figurę z jednego z meksykańskich karteli. Oprócz CIA, występującej w osobie Matta, w realizacji misji wzięły między innymi udział FBI (Kate), U.S. Marshals (weseli panowie w kowbojskich kapeluszach), U.S. Customs and Border Protection (przejazd przez granicę taki łatwy), zwykła meksykańska policja (czynnik wysoce korupcjogenny), Policía Federal, a za obstawę naszych bohaterów posłużyli nieumundurowani członkowie DELTA Force. Nie zapominajcie również o Alejandro, reprezentującym opcję określaną jako Medellín. Imponujące, nieprawdaż?
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Samo przedstawienie Ciudad Juárez może robić ogromne wrażenie – bezkresna plątanina uliczek, prawdziwa miejska dżungla, w której na każdym kroku roi się od członków karteli narkotykowych oraz przekupnych, lokalnych policjantów, a nocą urządza się tzw. fajerwerki. Miejsce raczej średnio wygodne do życia, a przecież mieszka tam prawie półtora miliona ludzi! W kontekście wizualnego piękna warto również zwrócić uwagę na bezsprzecznie znakomite pustynne pejzaże – wielkie oklaski za te zdjęcia! Ponadto na plus należy zaliczyć poziom brutalności – krwawe strzelaniny, wieszanie ludzi na wiaduktach, tortury rodem z Guantanamo czy zamurowywanie ciał w ścianach budynków (zawsze zastanawiałem się po co?) są na porządku dziennym – aczkolwiek muszę przyznać, że nie są to rzeczy, o których nie słyszałbym już wcześniej. Jednakże prawdziwe wrażenie wywarła na mnie scena kolacji brutalnie przerwana przez Alejandro – takich rzeczy nie ogląda się na co dzień w Hollywood, więc daję dodatkową gwiazdkę za odwagę.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Jeśli natomiast miałbym poprawić parę rzeczy, to z pewnością zacząłbym od konstrukcji głównej bohaterki. Moim zdaniem doszło tutaj troszkę do małej konfuzji. O wiele lepiej przyjąłbym Kate z jej idealistycznym zacięciem, gdyby była zwyczajną funkcjonariuszką FBI, a nie, jak się zresztą wspomina w "Sicario", od samego początku kariery zajmowała się wyważaniem drzwi, by w końcu stanąć na czele jednostki taktycznej odbijającej zakładników z rąk porywaczy. Osobiście nie spodziewam się po takich ludziach moralnych wątpliwości, lecz niemal ślepego posłuszeństwa i wykonywania rozkazów bez ich kwestionowania (przy czym nie uznaję tego za jakiś przytyk). Druga rzecz to wyciskający pot z dupy wątek meksykańskiego policjanta Silvio (Maximiliano Hernández) i jego kochającego grać w piłkę synka. Rozumiem, że w tej wojnie biorą udział głównie zwykli ludzie, ale naprawdę średnio interesuje mnie co jedzą na śniadanie.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
O głównej bohaterce napisałem już kilka słów, ale muszę przyznać, że Emily Blunt dosyć dobrze odegrała emocje targające Kate. Nie jest to może oscarowa kreacja, aczkolwiek nie mam większych uwag (może oprócz tego, że tym razem nie wygląda zjawiskowo). Josh Brolin kontynuuje dobrą passę z "Inherent Vice", tworząc całkiem sympatyczną postać. Jednak nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że Matt to taki trochę Lebowski świata służb specjalnych: wiecznie wyluzowany, zblatowany z kim trzeba, noszący wyjątkowo obskurne obuwie oraz nie przejmujący się praktycznie niczym – Jeff Bridges zawsze na propsie! Abstrahując od tych solidnych kreacji to moim zdaniem największe brawa należą się Benicio Del Toro. Alejandro to po pierwsze znakomicie napisana postać, a po drugie świetnie zagrana – małomówność bohatera wymiernie wzmaga aurę tajemniczości. Wielkie brawa! Z wkurwiających postaci wyróżnia się natomiast Daniel Kaluuya – praworządny i sprawiedliwy, jak przystało na prawnika w szeregach FBI.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
"Sicario" to naprawdę solidne kino, epatujące momentami wyjątkową brutalnością, aczkolwiek doskonale ukazujące złożoną sieć powiązań napędzających meksykańską wojnę narkotykową oraz wcielanie w życie zasady, iż cel uświęca środki. Co prawda można było o wiele lepiej skonstruować główną bohaterkę, ale jest to szczegół, który nie przeszkadza aż tak bardzo w cieszeniu się filmem. Polecam bardzo bardzo!
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Ocena: 8/10 (byłaby mocarna siódemka, ale jedna dodatkowa gwiazdka za scenę rodzinnej kolacji z Alejandro)

sobota, 18 lutego 2017

"Arrival" (2016)



If you could see your whole life from start to finish, would you change things?

Dzisiaj również kontynuujemy przygodę z kandydatami do tegorocznych Oscarów. Na warsztacie wylądowało zatem "Arrival" w reżyserii Denisa Villeneuve, które otrzymało zawrotną liczbę ośmiu nominacji. Dotychczasową twórczość kanadyjskiego reżysera uważam za bardzo udaną, a przede wszystkim prezentującą bardzo zbliżony do siebie, wysoki poziom. Produkcje takie jak "Prisoners", "Enemy" czy "Sicario" oglądałem z prawdziwą przyjemnością, więc cieszyłem się na myśl, że Kanadyjczyk wziął się za science fiction. Ponadto seans "Arrival" postanowiłem potraktować jako prawdziwy test przed zbliżającą się premierą "Blade Runner 2049". Jedyne, co wywołało u mnie pewien niepokój, to polskojęzyczna wersja tytułu. "Nowy początek" nadaje się tu jak, cytując Króla Szczepana Twardocha (swoja drogą polecam przeczytać, wybitna lektura), gówno na kolację. Dziwi mnie to tym bardziej, iż oryginalnie przyjmowano, że film przyjmie tytuł literackiego pierwowzoru autorstwa Teda Chianga – Story of Your Life (ostatecznie tytuł nie przypadł do gustu widowni testowej).
źródło: http://www.impawards.com
Samotna egzystencja dr Louise Banks (Amy Adams) wydaje się wyjątkowo monotonna. Poza pracą na uczelni ceniona ekspertka od lingwistyki praktycznie nie ma żadnego życia rodzinnego. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, gdy kompletnie nieoczekiwanie w dwunastu miejscach na Ziemi pojawiają się tajemnicze pojazdy, ewidentnie należące do pozaziemskiej cywilizacji. Z powodu sławy oraz uznania na arenie międzynarodowej dr Banks zostaje zwerbowana przez pułkownika Webera (Forest Whitaker) do tajnego, rządowego zespołu, w którym ważną rolę odgrywa fizyk teoretyczny Hawkeye Ian Donnelly (Jeremy Renner). Para naukowców staje przed karkołomnym zadaniem nawiązania komunikacji z obcymi w celu jak najszybszego ustalenia ich zamiarów wobec mieszkańców Ziemi.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Przyznam szczerze, że zasiadając do seansu "Arrival" spodziewałem się czegoś w rodzaju bardziej poważnego "Dnia Niepodległości" (oczywiście chodzi mi o pierwszą część). Jednakże, jak słusznie zauważył ostatnio towarzysz Otwór (co jest o tyle dziwne, iż zdarza mu się to niezwykle rzadko) w filmie Denisa Villeneuve dramat zdecydowanie zdominował science fiction. Chociaż przeważnie mocno narzekam na tego rodzaju rozwiązania to tym razem twórcom naprawdę udało się zainteresować widza flashbackami z życia prywatnego dr Banks i postawić bardzo ciekawy dylemat: co zrobilibyście wiedząc dokładnie jak potoczy się Wasza marna egzystencja na tym ziemskim łez padole? Czy próbowalibyście coś zmienić czy też postąpilibyście zgodnie z radą Jima Morrisona z The Doors: takes it easy, baby; take it as it comes? I to właśnie pytanie stanowi praktycznie esencję "Arrival" (abstrahując od jednoznacznego przesłania: jednoczcie się Ziemianie! – zastanawiam się czy przybycie obcych byłoby wystarczającym czynnikiem do zjednoczenia Polaków). Niemniej oglądając film miałem nieodparte wrażenie, że przypomina mi pod pewnymi względami trochę bardziej wysublimowaną wersję "Kontaktu" z Jodie Foster. Z tą różnicą, że nie musimy czekać do samego końca, aby zobaczyć obcych (choć tak naprawdę wszystko mogło się tam przecież nie wydarzyć).
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Obcy oraz pozaziemska technologia przedstawiona w filmie nie zrobiły na mnie większego wrażenia z wyjątkiem sceny, w której bohaterowie po raz pierwszy wchodzą na pokład statku kosmicznego. Widziałem już sporo produkcji science fiction, więc trudno mnie zaskoczyć czymś nowym. O ile nowości jest mało, o tyle w "Arrival", ku mojemu totalnemu zdziwieniu, pojawiło się kilka starych, wyświechtanych do bólu klisz. Pułkownik Weber chyba nie jest zbyt dobrym head hunterem, ponieważ przyjął do swojej drużyny chyba najbardziej niepokornych naukowców w USA (twarda erekcja u Jana Pospieszalskiego), którzy potrafią zignorować każdy rozkaz. Niemniej, o ile postać grana przez Foresta Whitakera nie zatraciła kompletnie umiejętności trzeźwego myślenia, o tyle reszta dzielnych wojaków wygląda jakby miała chuja zamiast głowy. Nie wspominając już o szeregowcach, nawet oficerowie pod wpływem kretyńskich programów telewizyjnych wpadają na jeszcze bardziej kretyńskie pomysły. Gdyby ode mnie zależało zarządzanie tak istotnym przybytkiem to odciąłbym go kompletnie od świata, a każda osoba przybywająca w bazie przeszłaby uprzednio testy na odporność od ogłupiającej telewizji. Ponadto również średnio odczuwam naukowość "Arrival", chociaż ponoć twórcy wiele zrobili, aby uwiarygodnić przedstawione na ekranie teorie językowe. Jako zdecydowane plusy mogę natomiast wyróżnić wyraźny klimat niepokoju potęgowany przez dobrze dobraną ścieżkę dźwiękową oraz bardzo ładne, stylowe zdjęcia. Ponadto zawsze na propsie są u mnie zabawy z czasem, oczywiście, jeżeli są zrobione w prawidłowy sposób.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
W kwestii aktorstwa mam natomiast zdecydowanie mieszane uczucia. Co prawda Amy Adams bardzo fajnie zagrała dr Banks, ale jeżeli osobiście uważam, że zdecydowanie lepiej wypadła w "Nocturnal Animals". Hawkeye Jeremy Renner po raz kolejny na ekranie wydaje się całkowicie zbędny, a nawet wydaje mi się, że można by śmiało usunąć jego postać z filmu. Weź się wreszcie do roboty i pozwól mi się zapamiętać z czegoś innego niż nijakość oraz bezużyteczność! Na drugim planie nie dzieje się natomiast praktycznie nic ciekawego. Forest Whitaker gra typowego wojskowego, który jednakże jeszcze umie trochę myśleć. Szansą na ciekawą postać był natomiast agent CIA Halpern, ale mimo mojego szacunku do Michaela Stuhlbarga za rolę Arnolda Rothsteina w "Boardwalk Empire" oraz znakomity występ w "A Serious Man" braci Coen, trudno ocenić ją na więcej niż przeciętną. W związku z tym nagrodę za najciekawszy występ drugoplanowy nieoczekiwanie otrzymuje Tzi Ma, wcielający się w chińskiego generała Shanga.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
"Arrival" jako film science fiction wypada raczej średnio, ale jako dramat sprawdza się dosyć dobrze. Niemniej, przepraszam, że się powtarzam, ale nominacja dla produkcji Denisa Villeneuve przy pominięciu "Nocturnal Animals" Toma Forda wydaje mi się kompletnym absurdem i nonsensem (pozdro Szasza, gdziekolwiek jesteś!). Mimo wszystko warto sprawdzić "Nowy początek" choćby dla ciekawego, językowego podejścia do tematu obcych, aczkolwiek nie jest to film, do którego będę wracał.
źródło: http://www.arrivalmovie.com/
Ocena: 7/10.

wtorek, 7 listopada 2017

"Blade Runner 2049" (2017)



 I have memories, but I can't tell if they're real.

Od premiery bez mała jednego z najważniejszych filmów w historii nie tylko science fiction, ale i całej kinematografii minęło 35 długich lat. Chociaż od dawna mówiło się na mieście o remake’u lub sequelu "Blade Runnera" to niezbyt chciało mi się wierzyć, że ktokolwiek podejmie się tego nie lada wyzwania. Niemniej moda na odświeżanie klasyków ma się w najlepsze (mimo różnych efektów końcowych) i na nic w tej kwestii zdają się moje obawy czy niezbyt optymistyczne podejście. Tym razem na reżyserskim stolcu zasiadł Denis Villeneuve i trzeba przyznać, że po ostatnich osiągnięciach Ridleya Scotta (żenujący głupotą "Alien: Covenant") może to nawet lepiej. Kanadyjczyk miał już na koncie kilka ciekawych produkcji (m.in.: "Prisoners", "Enemy" czy "Sicario"), a jego ostatni flirt z s-f w postaci "Arrival" przyjęto nadspodziewanie dobrze. Niemniej podziwiam człowieka, ponieważ do podjęcia się wyzwania tak dużego kalibru trzeba mieć jaja z najtwardszej stali. Zanim wybrałem się do kina obejrzałem trzy krótkie filmiki, które przedstawiały wydarzenia mające miejsce pomiędzy 2019 rokiem, w którym rozgrywał się oryginał, a 2049 rokiem, w którym osadzono akcję sequela. Animowany "Black Out 2022" przedstawia tragiczne wydarzenia, które doprowadziły do jednego z najpoważniejszych kryzysów w dziejach ludzkości, "2036: Nexus Dawn" to z kolei opowieść o początkach nowej generacji androidów, natomiast "2048: Nowhere to Run" stanowi już swoisty wstęp do najnowszej części.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
W ciągu trzydziestu lat ludzkość przeszła tragiczną drogę od kompletnego zakazu produkcji androidów do powtórnego przywrócenia ich do łask. Wszystko za sprawą genialnego wynalazcy Niandera Wallace’a (Jared Leto), który uratował rodzaj ludzki przed klęską głodu, a na fundamentach upadłej korporacji Tyrella zbudował własne imperium zajmujące się wytwarzaniem sztucznej siły roboczej. Tym razem androidy nowej generacji mają być bezwzględnie posłuszne ludzkim panom i wykonywać wszystkie rozkazy bez zająknięcia. Niemniej zawód łowcy androidów wcale nie stracił racji bytu – w 2049 roku w dalszym ciągu egzystuje wiele androidów wytworzonych jeszcze za czasów Tyrella, które funkcjonują bez żadnych ograniczeń wiekowych. Młody blade runner K (Ryan Gosling) eliminując kolejny relikt z poprzedniej epoki wpada na trop przedziwnej i wręcz niemożliwej do wyobrażenia anomalii, która może doprowadzić do całkowitej zmiany relacji pomiędzy ludźmi oraz ich sztucznymi odpowiednikami.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049", podobnie jak pierwowzór, przedstawia wyjątkowo spójną i jednocześnie wysoce pesymistyczną wizję przyszłości totalnie zdominowanej przez monumentalne korporacje transnarodowe. Jest to także rzeczywistość, w której nigdy nie powstało Apple, a triumfy święcą Atari czy Pan Am (nie wspominając już o Sony). Ogromne metropolie, spowite wiecznym smogiem, przerywanym częstymi opadami kwaśnego (i podejrzewam przy okazji radioaktywnego) deszczu, ulice na najniższym i najpodlejszym poziomie miasta, pełne śmieci oraz różnego rodzaju mętów to właśnie środowisko, w którym osadzony został sequel "Łowcy androidów". Jeśli pamiętacie jeszcze niezwykle oryginalny klimat pierwszej części to naprawdę nie będziecie zawiedzeni pod tym względem (chociaż spotkałem się z opiniami, że film kompletnie zatracił całą otoczkę noir). Los Angeles 2049 roku to wizja przyszłości obok której nie można przejść obojętnie. Szokujące wrażenia robią także pozostałe miejscówki w kiedyś słonecznej Kalifornii, które odwiedza K, ale prawdziwym majstersztykiem jest dopiero porzucone przez ludzi Las Vegas z monumentalnymi pozostałościami epickich kasyn. Pod względem wizualnym "Blade Runner 2049" to absolutne mistrzostwo świata – oprócz wspomnianych powyżej miejsc, zwróćcie koniecznie uwagę na bazę (główną siedzibę) Wallace’a: czyż nie zapiera tchu w piersiach? Osobny akapit należałoby w zasadzie poświęcić na efekty specjalne, ale postanowiłem ograniczyć się do wspomnienia o Joi (Ana de Armas), formie sztucznej inteligencji, którą można sobie dowolnie personalizować. Oczywiście od razu kojarzy się z "Her", ale oglądając tę istotę można zadać sobie tylko jedno pytanie: jak oni to zrobili? Muzyka świetnie komponuje się ze stroną wizualną filmu, choć i tu udało mi się przeczytać, że to już nie to samo co ścieżka dźwiękowa z oryginału (oczywiście, że nie skoro to inny film).
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Fabuła "Blade Runner 2049" nie należy może do najbardziej oryginalnych i z pewnością nie jest najmocniejszym punktem filmu. Niemniej rozwiązania fabularne nie urągają inteligencji bardziej rozwiniętego intelektualnie widza, a co najważniejsze nie odbierają wcale przyjemności z seansu. W tym miejscu warto wspomnieć o długości produkcji Denisa Villeneuve’a: aż 2 godziny i 44 minuty! Jak na dzisiejsze standardy to naprawdę sporo! Niemniej muszę przyznać, że dawno niemal trzy godziny nie minęły tak szybko (no chyba, że nad oceanem w Miramar). Po prostu mam wrażenie, że chociaż ekranowych wydarzeń tak naprawdę nie było zbyt wiele, to ledwie rozsiadłem się w kinowym fotelu, a już za chwilę oglądałem napisy końcowe. Pod względem oglądalności oraz czerpania przyjemności z seansu "Blade Runner 2049" osiągnął wszystko, co można było osiągnąć. Oczywiście od razu pojawiły się głosy ortodoksyjnych wyznawców oryginału, że fabuła chujowa z powodu pozbawienia głębi filozoficznej i ma na celu jedynie wprowadzenie do kolejnych części. Dla mnie jest to troszkę śmieszne, ponieważ nie możemy zapomnieć, że nikt nie będzie kręcił po raz drugi takiego samego filmu, jakim był pierwotny "Łowca androidów". W kategorii sequelu Denis Villeneuve wycisnął ze swojej produkcji wszystko co można. Jedyne, czego tak naprawdę mi brakuje, to przejmującej sceny pokroju legendarnego monologu Rutgera Hauera.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Pod względem aktorskim jest bardzo dobrze. Ryan Gosling, wcielając się w K, nie tworzy może kreacji szczególnie oryginalnej dla swojej kariery (małomówny twardziel), ale na ekranie sprawdza się znakomicie. Partnerujący mu Harrison Ford (Rick Deckard), po raz kolejny wracający do legendarnej roli po latach, jest dokładnie taki jak trzeba: zgorzkniały, rozgoryczony i wkurwiony. Znakomity występ. Sporo ciekawych rzeczy ma miejsce na drugim planie. Poczynając od fantastycznej Any de Armas (Joi), przez przejmującego Dave’a Bautistę (Sapper Morton) oraz starego znajomego Edwarda Jamesa Olmosa (Gaff), a kończąc na niezwykle interesującej roli Robin Wright (porucznik Joshi). Oczywiście nie sposób pominąć świetnych czarnych charakterów: Jareda Leto wcielającego się w potężnego i bezwzględnego Niandera Wallace’a oraz Sylvii Hoeks (Luv) grającej jego absolutnie oddaną asystentkę.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049" to znakomite oraz, co najważniejsze, inteligentne kino na bardzo wysokim poziomie. Wizualna maestria pesymistycznej wizji przyszłości, zapierające dech w piersiach efekty specjalne oraz świetne aktorstwo to bez wątpienia trzy największe zalety filmu Denisa Villeneuve’a. Dawno nie miałem ochoty tak bardzo polecić żadnego filmu!
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Ocena: 8/10.

środa, 13 kwietnia 2016

"Thief" (1981)


What are you doing in your life that is so terrific?


Tymczasowo postanowiłem odpocząć od kinowych nowości, by przenieść się w czasie do początku lat 80-tych ubiegłego stulecia, gdy Michael Mann nie cieszył się jeszcze statusem uznanego reżysera, lecz dopiero stawiał pierwsze kroki w filmowym rzemiośle. Dzisiaj na warsztacie wylądował zatem "Thief" ("Złodziej") z 1981 roku. Dzieło o tyle ciekawe, iż wydaje mi się, że jest wyjątkowo mało znane w Polszy – przynajmniej nie potrafię sobie przypomnieć, abym w mojej wieloletniej, telewizyjnej odysei miał kiedykolwiek okazję zapoznać się z tą produkcją. Po seansie śmiało mogę stwierdzić, że naprawdę warto, ale i tak głównie chciałem się przekonać w jaki sposób zaczynał twórca "Miami Vice" oraz "Gorączki". Poza tym "Thief" to jeden z filmów, którym za pośrednictwem "Drive", swoisty hołd złożył Nicolas Winding Refn.
źródło: http://www.impawards.com
W świetle dnia Frank (James Caan) może jawić się jako zwyczajny biznesmen z Chicago. Starając się związać koniec z końcem i zapewnić sobie egzystencję na godnym poziomie nasz bohater zajmuje się handlem samochodami oraz prowadzeniem baru. Jednakże kiedy zapada zmrok daje znać o sobie mroczna przeszłość i drugie oblicze byłego skazańca. Aby wnieść się na finansowe wyżyny Frank zajmuje się tym, co umie najlepiej – rozpruwa skomplikowane sejfy. Ponieważ jest niezwykle utalentowanym specjalistą nie może narzekać na brak zleceń i niezwykle ceni sobie niezależność. Niemniej, sytuacja zaczyna zmieniać się, gdy zadłużony paser rozstaje się z życiem, a srogo wyrolowany Frank stara się odzyskać wynagrodzenie od przedstawicieli lokalnej przestępczości zorganizowanej.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Thief" zadziwił mnie kompletnie niezwykle fachowym podejściem do organizowania skomplikowanych kradzieży. Tak naprawdę przez większość filmu oglądamy bowiem techniczne przygotowania ekipy Franka do spektakularnego skoku. Mozolne zabawy z kablami, wizyty u zaprzyjaźnionych metalurgów czy próby rozgryzienia wszystkich systemów alarmowych są na porządku dziennym. Może nie brzmi to szczególnie porywająco, ale uwierzcie mi, że film ogląda się naprawdę świetnie. Co więcej, wykorzystane w produkcji metody otwierania sejfów oraz urządzenia do rozpruwania, których używają bohaterowie, są jak najbardziej prawdziwe (do roli konsultanta technicznego został zatrudniony były złodziej, John Santucci, który pojawił się także na ekranie jako skorumpowany gliniarz Urizzi) . Już otwierająca scena, która rozgrywa się niemal bez słów i stanowi swoisty popis nieprzeciętnych umiejętności naszego bohatera, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Ale przecież im dalej w las, tym więcej drzew – ilość późniejszych filmowych nawiązań do "Złodzieja" jest nieprzeciętna. Żeby nie zamulać statystykami pozwólcie, że posłużę się dosyć świeżym przykładem: pamiętacie jak w "Sicario" w meksykańskiej rezydencji barona narkotykowego Alejandro spotkał pokojówkę? W "Thief" dostajemy zatem niezwykle podobną scenę, w której Frank zachowuje się dokładnie tak samo.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Chicago, w którym rozgrywa się większość akcji filmu, to na pozór normalna, amerykańska metropolia. Jednakże wystarczy trochę zboczyć z głównych ulic, aby znaleźć się w gąszczu złożonych powiązań między przestępcami i policją. Leo (Robert Prosky), lokalny przedstawiciel wszechwładnego, kryminalnego syndykatu może załatwić niemal wszystko o co poprosisz (od sprzętu do napadu przez klawą rezydencję po … dziecko), o ile grzecznie grasz w jego drużynie. Miejscowi przedstawiciele prawa i porządku zamiast zajmować się zamykaniem niebezpiecznych zbrodniarzy, wymuszają haracze od uczciwych przestępców (a gdy nie chcesz się dołożyć do policyjnego funduszu emerytalnego dostajesz kontrolny wpierdol). Ale przecież życie Franka to nie samo rozpruwanie sejfów. W filmie znalazło się również miejsce na dosyć niestandardowy, rzekłbym wyrachowany, pragmatyczny i biznesowy, wątek miłosny. Akurat w tym aspekcie, w przeciwieństwie do wielu innych produkcji, nie uświadczyłem lipy. Za wielkim plus filmu można uznać również znakomitą ścieżkę dźwiękową stworzona przez niemiecki zespół Tangerine Dream. Oczywiście będzie to zaleta główne dla osób pogrążonych w nostalgicznej tęsknocie za solidnym, elektronicznym brzmieniem z początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Niemniej, osobiście uważam, iż muzyka została wspaniale dobrana, przez co bardzo dobrze komponuje się z filmowymi wydarzeniami. Dlatego też kompletnie nie potrafię zrozumieć z jakiego powodu ścieżka dźwiękowa "Złodzieja" została nominowana w kategorii najgorsze OST w drugiej edycji Złotych Malin.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Jeśli chodzi o aktorstwo to "Złodzieja" mogę podsumować wyłącznie dwoma słowami: James Caan. Frank w jego wykonaniu wypada po prostu olśniewająco epicko – myślę, że jest to nawet lepsza rola niż Sonny Corleone z "Ojca Chrzestnego". W szczególności znakomicie wypadły monologi oraz momenty, w których były skazaniec z poważnego, chłodnego biznesmena przeistacza się nieokrzesanego chama epatującego roszczeniowo-arogancką postawą. Wyraz twarzy Franka wypowiadającego kwestię You talking to me or somebody else walk in this room? na zawsze wrył mi się głęboko w pamięć. Nie da się ukryć, że James Caan od samego początku chwycił film za jajca i nie wypuścił ich aż do napisów końcowych. A na drugim planie oprócz debiutującego na dużym ekranie w dosyć późnym wieku Roberta Prosky’ego znaleźli się m.in. James Belushi (Barry), Dennis Farina (Carl) oraz popularny piosenkarz country i aktor w jednej osobie, Willie Nelson (Okla). Warto również zwrócić uwagę na Tuesday Weld wcielającą się w Jessie.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Abstrahując już od znakomitego poziomu "Złodzieja" film Michaela Manna warto obejrzeć choćby dla wpływu, jaki wywarł na wiele późniejszych produkcji. Dodajmy do tego jeszcze epicką rolę Jamesa Caana, intrygującą historię, realizm złodziejskiego rzemiosła oraz doskonale dobraną ścieżkę dźwiękową. Czy można oczekiwać czegoś więcej?
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 8/10

wtorek, 30 listopada 2021

"Dune: Part One" (2021)

Dreams make good stories, but everything important happens when we're awake.

Niezliczona ilość butelek różnych alkoholi została wyzerowana odkąd napisałem recenzję "Diuny" z 1984 roku wyreżyserowanej przez Davida Lyncha. Niemniej, już wtedy, w ostatnich zdaniach tegoż wiekopomnego tekstu apelowałem o konieczność wysokobudżetowego i epickiego remake’u! Jak widać kropla drąży skałę, a hajs się musi zgadzać, więc prośby zostały w końcu wysłuchane i w tym roku możemy wreszcie nacieszyć się nowym podejściem do kultowej powieści Franka Herberta. W ostatnich latach Denis Villeneuve za sprawą filmów takich jak "Arrival" czy może w szczególności właśnie "Blade Runner 2049" zaczął wyrastać na czołowego reżysera s-f (ale przecież nakręcił również doskonałe, acz bardziej przyziemne rzeczy – np. "Sicario"), więc teoretycznie nie było żadnych powodów do obaw. Aczkolwiek, jak niejednokrotnie okazało się już w przeszłości, nie ma takiego projektu, którego ktoś nie mógłby spierdolić, więc zawsze należy być ostrożnym w oczekiwaniach wobec kinematografii (tym bardziej, jeśli macie jakieś więzi emocjonalne z tym przedsięwzięciem).

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

Przygodę z "Diuną" rozpoczynamy od poznania potężnego rodu Atrydów, który dostępuje właśnie niezwykłego zaszczytu obejmując w posiadanie kluczową planetę Arrakis (zwaną potocznie Diuną). Kolosalne znaczenie Diuny dla podróży międzygwiezdnych wynika z faktu, iż jest ona jedynym źródłem melanżu (przyprawy), umożliwiającemu nawigatorom wytyczanie bezpiecznej trasy w czasoprzestrzeni. Książę Leto Atryda (Oscar Issac) starannie planując wyprawę na Arrakis, jednocześnie stara się jak najlepiej przygotować swojego syna Paula (Timothée Chalamet) do roli następcy trony. Jednakże szybko okazuje się, że hojna z pozoru oferta Imperatora ma ukryte przesłanie, a dotychczasowi powiernicy Diuny nie odstąpią łatwo od zyskownego przedsięwzięcia. Dodatkowo wszędzie sięgają macki tajemniczego bractwa Bene Gesserit, do którego należy żona księcia, lady Jessica (Rebecca Ferguson).

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

Nie obawiajcie się, jeśli wcześniej nie mieliście styczności z powieścią Franka Herberta. Narracja została poprowadzona w taki sposób, aby nawet totalni ignoranci nie poczuli się zagubieni w bogatym uniwersum Diuny. I chociaż lata temu zgłębiłem niejeden tom tej serii, to wcale nie czułem się znudzony takim rozwiązaniem. Informacje o Arrakis pozyskujemy bowiem przeważnie, gdy Paul dokształca się przed wyprawą na pustynną planetę. Akcja rozwija się bardzo powoli, wręcz nieśpiesznie, a przecież mamy do czynienia z ponad dwu i pół godzinną produkcją, która dodatkowo jest zaledwie mniej więcej połową książkowej Diuny! W zasadzie to właściwie mogę mieć jedyne pretensje o tak nagłe zakończenie filmu, gdyż zdecydowanie łyknąłbym drugą część opowieści od razu. Twórcy, przynajmniej z tego co pamiętam z książkowego oryginału, postawili na wierne odwzorowanie na ekranie powieści Franka Herberta. Oczywiście mamy parę zmian, aczkolwiek raczej nieistotnych. Czy ma jakiekolwiek znaczenie fabularne, że w wersji Denisa Villeneuve doktor Liet Kynes (Sharon Duncan-Brewster) jest czarnoskórą kobietą? No jasne, że nie, chyba, że akurat zżera Was mizoginia albo jesteście rasistami.

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

Gdy po latach ogląda się "Diunę" Davida Lyncha łatwo dostrzec jak archaicznie wyglądają efekty specjalne i jak bardzo technologia poszła do przodu od tego czasu. Nie wiem czy o filmie Denisa Villeneuve napiszę podobne słowa za jakieś 35 lat, ale na obecne czasy jego produkcja prezentuje się po prostu ZAJEBIŚCIE!!! O taką właśnie epickość walczyłem przez lata i na coś takiego właśnie zasługuje Diuna Franka Herberta. O wiele łatwiej przyswaja się złożoność tego uniwersum, jeżeli oglądamy na ekranie tak piękne, majestatyczne i przede wszystkich zróżnicowane kadry. Już w pierwszych kadrach, komentowanych z offu przez Chani, oglądamy spektakularny atak Fremenów na żniwiarki zbierające melanż, który potężnie oddziałuje na widza. Zestawienie bogatej w wodę i zielonej planety rodu Atrydów z gorącą, wysuszoną i smaganą potężnymi burzami piaskowymi Arrakis to naprawdę kolosalny kontrast. Ciekaw już jestem jak, przy takim bogactwie wizualnym, zaprezentuje się Imperator, ponieważ jego fanatyczne legiony Sardaukarów zrobiły naprawdę dobre wrażenia wizualne. Z resztą podobne odczucia miałem w stosunku do Bene Gesserit – tutaj naprawdę udało się wytworzyć aurę mistycyzmu, niepokoju i tajemniczości. Oczywiście ród Harkonnenów jest odpowiednio plugawy i okrutny. I na koniec kilka słów o czerwiach, w które wcielił się Tomasz Karolak. Tym razem nie budzą już uśmiechu politowania, lecz wyglądają naprawdę potężnie i groźnie. Wreszcie twórcom udało się osiągnąć wizualną doskonałość i spełnić moje wybujałe oczekiwania odnośnie tego jak godnie powinna wyglądać "Diuna".

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

Również pod względem aktorskim "Diuna" trzyma wysoki poziom. O tym, że Timothée Chalamet jest znakomitym aktorem nie trzeba chyba nikomu przypominać. Paul Atryda w jego wykonaniu to trochę zagubiony i niedoświadczony chłopak, aczkolwiek żywiący silne przekonanie, że ma do odegrania kluczową rolę w tym przedstawieniu. Nie wywyższający się mimo książęcego pochodzenia, ale mimo wszystko epatujący majestatem i pewną charyzmą. Fajna rola, na której rozwinięcie czekam z wytęsknieniem w kolejnej odsłonie. Wcielający się w księcia Leto Oscar Isaac stworzył przejmującą kreację – inteligentnego, rozważnego i wrażliwego na dobro poddanych władcy. Szkoda tylko, że takich przywódców możemy odnaleźć ostatnio jedynie na kartach książek. Równie doskonale wypadła wcielającą się w matkę Paula Rebecca Ferguson. Lady Jessica, mimo przynależności do Bene Gesserit, troszczy się przede wszystkim o przyszłość swojego syna i to oddanie matczynej miłości bardzo dobrze udało się odwzorować na ekranie. Jason Momoa jako Duncan Idaho, wielki wojownik rodu Atrydów, wypada naprawdę charyzmatycznie, luźno i zajebiście, podobnie można ocenić Josha Brolina wcielającego Gurneya Hallecka, aczkolwiek postać ta jest oczywiście sztywnym, wyzbytym z uczuć formalistą. Zendaya, wcielająca się w Chani, nie miała jeszcze okazji pokazać pełni talentu jak choćby w roli Rue w "Euforii" (kto nie widział serialu, niech koniecznie nadrobi), gdyż przeważnie słyszymy jej voice-over albo widzimy ją snującą się po pustyni w snach Paula. Po złej stronie mocy fajnie prezentuje się niezawodny Stellan Skarsgård (baron Harkonnen), aczkolwiek w mojej opinii grający jego przydupasa Dave Bautista jest taki sobie. Nie wspominam nawet za bardzo o Javierze Bardem (Stilgar), ponieważ po tak krótkim występie ciężko ocenić, co wyrośnie z tej postaci. Niemniej, jak sami widzicie, "Diuna" zostało obsadzana praktycznie samymi topowymi nazwiskami i wręcz miejsca brakuje, aby wszystkie z nich opisać.

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

"Diuna" to epickie i majestatyczne science fiction, które w przeciwieństwie do wielu współczesnych filmów o superbohaterach niesie ze sobą ważny przekaz ekologiczny (co jest tym bardziej ważne w obliczu nadciągającej katastrofy klimatycznej). Mam nadzieję, że druga część opowieści nie będzie gorsza i produkcja Denisa Villeneuve osiągnie status podobny do "Władcy pierścieni". Już widzę na IMDb informacje o powstawaniu serialu "Dune: Sisterhood", więc ziarno zostało zasiane. Miejmy nadzieję na udane żniwa.

TM & © 2022 Warner Bros. Entertainment Inc.

Ocena: 9/10.


środa, 2 marca 2016

"Brooklyn"



W tym roku pod względem nominacji oscarowych trochę u mnie słabo, ponieważ pisząc te słowa obejrzałem dopiero cztery z ośmiu filmów, a ceremonia zbliża się wielkimi krokami. W zasadzie, kiedy będziecie czytać niniejszą recenzję, wszystkie nagrody już będą rozdane (no chyba, że umrę jutro, a moja rodzina postanowi nie zarabiać na mojej twórczości i nigdy nie opublikuje tego epickiego tekstu). Niemniej również coraz bliżej do marca oraz kolejnej odsłony dorocznego rankingu najlepszych produkcji dotyczących Irlandii. Nie może zatem nikogo dziwić, że warsztacie wylądował "Brooklyn" w reżyserii Johna Crowleya, oparty na oczywiście bestsellerowej powieści Colma Tóibína. Książka porusza bowiem ważny problem, obecny od wieków w historii Szmaragdowej Wyspy, a mianowicie emigrację. Wspomnijmy choćby słynny odlot earlów z 1607 roku, kiedy to earl Tyrone, Hugh O’Neill, oraz jego zwolennicy opuścili Hibernię, Dzikie Gęsi służące w na przestrzeni wieków w kontynentalnych armiach czy olbrzymią wprost falę migrantów w okresie Wielkiego Głodu. Jednakże nawet, gdy Irlandia stała się niepodległą republiką, emigracja zarobkowa w dalszym ciągu drenowała zasoby ludzkie tego państwa. I właśnie tego rodzaju historię przedstawia, rozgrywający się w początkach lat 50-tych ubiegłego stulecia, "Brooklyn".
źródło: http://www.impawards.com
Enniscorthy, położone w hrabstwie Wexford, to małe miasteczko, w którym tradycyjnie nie ma zbyt wielu perspektyw na lepszej jakości życie. Szczególnie jeśli mówimy o Republice Irlandii na początku lat 50-tych XX wieku. Dziwnym nie jest zatem, że Eilis (Saoirse Ronan), choć kocha swoją rodzinę, marzy o czymś więcej niż pracy w sklepie ogólnospożywczym w roli ekspedientki. Niebywała szansa na odmianę losu nadarza się, gdy siostra naszej bohaterki (Fiona Glascott), dzięki kontaktom z sympatycznym księdzem Floodem (Jim Broadbent), załatwia dziewczynie możliwość zarobkowego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Targana wątpliwościami Eilis w końcu decyduje się wyruszyć do Nowego Jorku, by zmienić swoje życie.
20th Century Fox Film Corporation
Spodziewałem się, że "Brooklyn" będzie naprawdę poważnym filmem z pełnią szarej prozy życia na irlandzkiej prowincji oraz klepaniu imigranckiej biedy w Nowym Jorku. Niestety pomyliłem się, gdyż twórcy postanowili zafundować mi niemal bajkową historyjkę, która dodatkowo kompletnie zniechęciła mnie do przeczytania książkowego pierwowzoru. I to wszystko za jednym zamachem! Naprawdę, jestem pełen uznania. Całkowicie nie kupuję świata przedstawionego w "Brooklynie". Irlandzka prowincja może nie jest szczytem marzeń dla każdego człowieka, ale w zasadzie nie dzieją się tam większe dramaty. Mogę nawet wyjątkowo przewrotnie napisać, że wystarczy śmierć jednej osoby i skończenie kursu księgowości, aby przenieść egzystencję na zdecydowanie wyższy poziom. Nie wiem ponadto jak srogie hajsy zarabiała Eilis w domu towarowym, ale to musiał być naprawdę rzetelny bilon. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć milion ubrań, par butów (zauważcie, że w każdej z późniejszych scen rozgrywającej się w Republice bohaterka nosi inne buty) oraz okularów? W jaki sposób osoba pracująca na tak niskim stanowisku mogła sobie pozwolić na podróże przez Atlantyk i spędzenie beztroskiego miesiąca w hrabstwie Wexford?
20th Century Fox Film Corporation
Przeboleję jeszcze brak jakiejkolwiek wzmianki o ucisku irlandzkiej ludności w Sześciu Hrabstwach – nie jest to przecież dramat społeczny, lecz raczej melodramat czy też romans, a IRA wówczas dopiero szykowała się do Operacji Żniwa. Niemniej zero, dosłownie zero, odniesień do mafii w sytuacji, gdy wybranek naszej bohaterki jest Włochem? Absurd i nonsens. I dodam jeszcze, że jest typowym przedstawicielem włoskiej mniejszości w USA, zakochanym w baseballu i pożywiającym się wyłącznie spaghetti wraz z wielodzietną rodziną (na dodatek to hydraulik jak Mario - tak bardzo niestereotypowo). Oczywiście nie mam nic przeciwko temu międzyetnicznemu mezaliansowi – w USA zrodził się nie jeden dziwny związek (najlepszy przykład to legendarny irlandzki polityk, Éamon de Valera), ale zdecydowanie zamiast lukrowania rzeczywistości preferuję szarą prozę egzystencji. O ile Włosi zostali potraktowani stereotypowo to muszę stwierdzić, że zdecydowanie zabrakło konsekwencji w przypadku Irlandczyków. Niestety obraz zapijaczonych, rebelianckich meneli kłóciłby się z idealistyczną wizją przedstawioną w filmie. O ile mnie pamięć nie myli to w "Brooklynie" spożywa się jedynie kilka pint Guinnessa, więc zdecydowanie nie polecam tej produkcji na Dzień Świętego Patryka. Natomiast w kontekście "Spotlight" należy wspomnieć o dobrych katolickich księżach, którzy nikogo nie zgwałcili (choć może to jedynie wynikać z faktu, że główna bohaterka jest już dosyć wyrośniętą dziewczyną, a zatem znajduje się poza kręgiem ich zainteresowań seksualnych).
20th Century Fox Film Corporation
Ponieważ nie obejrzałem jeszcze wielu produkcji nominowanych do tegorocznych Oscarów trudno mi ocenić czy Saoirse Ronan zasłużyła by znaleźć się w gronie nominowanych. Co prawda darzę ją sporym szacunkiem, ale kreacja Eilis nie urwała mi dupy w jakiś szczególny sposób. Dziewczyna się stara, ale scenariusz jest tak miałki, że naprawdę trudno cokolwiek z niego wykrzesać. Tego problemu nie ma natomiast w przypadku Emory’ego Cohena (Tony), który dodatkowo charakteryzuje się wysoce włoską aparycją. Fatalna rola, zagrana z taką jakąś dziwaczną manierą przypominającą lekkie upośledzenie. Prawdziwym dramatem "Brooklynu" jest całkowity brak interesujących oraz wyrazistych postaci drugoplanowych. W zasadzie jedyną kreacją wartą wzmianki jest rola Domhnalla Gleeson, wcielającego się w Jima – irlandzką alternatywę dla naszej bohaterki – oraz Fiona Glascott grająca Rose, siostrę Eilis. Reszta postaci to albo pocieszni Włosi, dobrzy irlandzcy księża lub też zawistne, małomiasteczkowe kobiety w podeszłym wieku. Bardzo odkrywczo i tak mało stereotypowo.
20th Century Fox Film Corporation
"Brooklyn" odbieram jako kompletne rozczarowanie. Mimo pokładanych nadziei na solidną prozę życia otrzymałem polukrowaną, rzewną bajkę, w której irlandzka dziewczyna musi dokonać trudnego wyboru między ubogim włoskim hydraulikiem a prowincjonalnym Irlandczykiem (który de facto wcale nie jest odrażający ani szpetny, a ponadto dysponuje rzetelnym bilonem oraz solidnym kwadratem). Jeżeli macie ochotę poświęcić niemal dwie godziny na rozwiązanie tego dylematu Eilis to bawcie się dobrze. Brak nominacji dla "The Hateful Eight" czy "Sicario" za najlepszy film przy takim poziomie "Brooklynu" uważam za wyjątkową szyderę.
"Tyle hajsu... Pewnie mogą kupować w Almie, huh?"
20th Century Fox Film Corporation
Ocena: 5/10 (podnoszę za irlandzką tematykę).