Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Bernthal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Bernthal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

"Baby Driver" (2017)



The moment you catch feelings is the moment you catch a bullet.

Po ubiegłorocznej indolencji twórczej, mimo wyraźnej pogardy dla wszelkiego rodzaju postanowień noworocznych (cytując Nasa: never liked the shit from day one), założyłem, że być może uda mi się powrócić do formy z 2016 roku, kiedy to wrzucałem trzy recenzje miesięcznie. Jak na razie wykonawcza faza realizacji tegoż projektu wydaje się być mocno zagrożona, gdyż mamy już połowę stycznia, a ja piszę dopiero pierwszy tekst noworoczny. Pod koniec roku zaroiło się oczywiście od wszelakich zestawień czy list najlepszych filmów i trzeba przyznać, że w wielu topowych dziesiątkach na wysokich lokatach uplasował się "Baby Driver" wyreżyserowany przez Edgara Wrighta. Nazwisko reżysera nie jest dla mnie anonimowe, ponieważ miałem okazję zapoznać się z jego wcześniejszymi produkcjami takimi jak "Shaun of the Dead" czy "Hot Fuzz". Ostatnio natomiast bardzo dobrze przyjąłem "Scott Pilgrim vs. the World", choć jest to raczej niezwykle specyficzne poczucie humoru. Zachęcony solidnymi miejscami w rankingach oraz pozytywnymi recenzjami, pełen nadziei zasiadłem do seansu "Baby Drivera" w trudne, posylwestrowe popołudnie. A zatem przenieśmy się na chwilę do czasów, kiedy Kevin Spacey był jeszcze spoko.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Baby (Ansel Elgort), mimo młodego wieku, zdążył już wkroczyć na bezwzględną drogę zbrodni. Dzięki swoim niebanalnym talentom za kółkiem samochodu nasz bohater stał się najbardziej zaufanym kierowcą lokalnego gangstera Doca (Kevin Spacey), biorąc udział w niemal każdym skoku nagranym przez jego organizację. Z kolei dzięki zamiłowaniu do muzyki Baby poznał sympatyczną kelnerkę z przydrożnej restauracji, Deborę (Lily James). Młodzieńczą idyllę miłosną brutalnie przerywają jednakże przestępcze zobowiązania chłopaka. Baby staje przed trudnym wyborem między miłością a lojalnością wobec swojego mocodawcy.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Podczas seansu "Baby Driver" czekałem na moment, w którym film wreszcie się rozkręci i zaprezentuje poziom, który mógłby zarezerwować mu miejsce w moim prywatnym zestawieniu najlepszych filmów ubiegłego roku. Czekałem, minuty mijały nieubłaganie, aż w końcu zobaczyłem napisy końcowe. Doszedłem wówczas do przekonania, że film Edgara Wrighta mogę umieścić w moim prywatnym rankingu, ale dotyczącym największych, ubiegłorocznych rozczarowań. Od razu muszę wspomnieć, że nie jest to produkcja, którą można traktować pod względem fabularnym poważnie. Jeżeli macie ochotę oglądać realistycznie planowane i realizowane napady to polecam dwa filmy Michaela Manna: "Thief" z 1981 roku oraz "Heat" z 1995 roku. Od premiery minęły ponad dwie dekady, a "Gorączka" trzyma się nadal znakomicie, to samo można powiedzieć o "Złodzieju". W tym aspekcie "Baby Driver" to kompletne rozczarowanie – poszczególne skoki się planowane w sposób kretyński, idiotycznie wykonywane, a całość operacji ma szansę powodzenia wyłącznie dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom głównego bohatera oraz jeszcze większym pokładom szczęścia. Oczywiście klasycznym autem do ucieczki po napadzie, nie rzucającym się w oczy potencjalnych świadków, jest efektowne czerwone Subaru Impreza WRX z 2006 roku. Im dalej w film, tym niestety więcej absurdalnych i nonsensownych rozwiązań – w scenie z handlarzami bronią dostajemy chyba Mont Blanc głupoty w wykonaniu naszych bohaterów (co gorsze, jeszcze są z siebie dumni), ale finał to prawdziwy Everest. Naprawdę ciężko było mi na to patrzeć.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Z drugiej strony należy jednakże docenić sprawność realizacyjną, przejawiającą się przede wszystkich w bardzo dobrym zgraniu filmowych wydarzeń ze ścieżką dźwiękową oraz dynamicznych sekwencjach pościgowych. Niezwykle przypadła mi również do gustu jedna z początkowych sekwencji – długa, jednoujęciowa scena, w której przedstawiono całkiem zwyczajną wyprawę bohatera po kawę. Zastosowano w niej bardzo fajny efekt: słowa piosenki, której aktualnie słuchał Baby, pojawiały się na różnych elementach miejskiego krajobrazu. To oglądało się naprawdę znakomicie! Na ekranie całkiem nieźle wypadła również Atlanta, w której kręcono film, niemniej nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że jest to trochę prowincjonalne i niewielkie miasto (oczywiście jak na standardy USA). Główna oś fabularna została zhejtowana powyżej, aczkolwiek warto na chwilę wrócić do innych wątków. Bardzo zabawnie wypada motyw z siostrzeńcem Doca albo okularami Baby'ego. Ekranowe love story wydawałoby się na pierwszy rzut oka całkiem w porządku, ale po namyśle można łatwo dojść do wniosku, że jest trochę zbyt idealne i zdecydowanie za szybkie – szczególnie, jeśli zakończenie filmu potraktujemy dosłownie, a nie jako swoistą wizualizację marzeń głównego bohatera. Warto pochwalić natomiast sprawnie wplecione w fabułę flashbacki dotyczące przeszłości chłopaka.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Słów kilka o aktorstwie oraz bohaterach. Ansel Elgort, tworząc postać Baby’ego, uderzył wyraźnie w lekko autystyczne tony (never go full retard). Z pewnością nie jest to bohater, za którym będę tęsknił lub nawet zbytnio przejmował się jego losem. Baby to po prostu wyjątkowo małomówny koleś, któremu czasem miałoby się ochotę przypierdolić za permanentne ignorowanie rzeczywistości poprzez słuchanie muzyki (tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że miał szumy w uszach). O wiele lepsze wrażenie zrobiła na mnie Lily James wcielająca się w Deborę – o ileż jest to ciekawsza i bardziej życiowo zagrana bohaterka! A na dodatek swoim entuzjazmem przypomina mi legendarną Shelly (Mädchen Amick) z "Twin Peaks". Na pochwały zasłużyli również Jon Bernthal (Griff) oraz świetnie zagrana para kochanków przestępców – Jon Hamm (Buddy) i Eiza González (Darling). Z kolei w przypadku Jamie’go Foxxa (Bats) wydaje mi się, że aktor trochę za bardzo odjechał. Wiele spodziewałem się po roli Kevina Spacey, niemniej spotkał mnie srogi zawód. Doc kompletnie nic nie wnosi po filmowego panteonu przestępczości zorganizowanej i w zasadzie jest dosyć nudną postacią.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
"Baby Driver" to rozrywka na raczej solidnym poziomie, ale pakowanie produkcji Edgara Wrighta do zestawień najlepszych filmów ubiegłego roku to już kompletnie nieporozumienie. Szkoda moich zawiedzonych nadziei, ale jeżeli lubicie połączenie muzyki, szybkiej akcji oraz ostrej jazdy samochodem, to mogę polecić.
© 2017 TriStar Pictures, Inc
Ocena: 6/10.

sobota, 9 stycznia 2016

"Sicario"



Ponieważ całkiem niedawno ponownie schwytany został legendarny Joaquín "El Chapo" Guzmán Loera, stojący na czele potężnego kartelu z Sinaloa, nadarzyła się znakomita okazja, aby obejrzeć chwalone powszechnie "Sicario" (a przede wszystkim nawiązać do tego faktu w recenzji, dzięki czemu może wydawać się, że autor jest wyjątkowo na czasie w kwestii meksykańskiej wojny narkotykowej). Oczywiście powodów do obejrzenia filmu Denisa Villeneuve’a było o wiele więcej. Pozwólcie zatem, że wymienię choćby osobę reżysera, Emily Blunt oraz Benicio Del Toro, których bardzo lubię i szanuję, a także dosyć aktualną i interesującą tematykę. Tzw. meksykańska wojna narkotykowa trwa już niemal dekadę (jeśli za początek przyjmiemy 2006 rok), a zakończenia konfliktu jak nie było widać na początku, tak w dalszym ciągu nie ma. Jeśli macie ochotę zgłębić powyższą tematykę to oczywiście oprócz szeroko dostępnych źródeł internetowych polecam książkę El Narco autorstwa Ioana Grillo (Wydawnictwo REMI, Warszawa 2012) z niezwykle złożonym i całościowym podejściem do tematu.
źródło: http://www.impawards.com
Główną bohaterką "Sicario" (co oznacza tytuł dowiecie się na samym początku, więc nie ma za bardzo sensu tego opisywać w recenzji) jest Kate Macer (Emily Blunt), agentka FBI dowodząca jednostką taktyczną odbijającą zakładników. W czasie jednej z typowych akcji, wskutek przemyślanej zasadzki ginie dwóch policjantów, a ponadto okazuje się, że w ścianach szturmowanego budynku zamurowano kilkadziesiąt osób. Oczywiście odpowiedzialnością za tę makabryczną zbrodnię obarczony zostaje jeden z meksykańskich karteli, dysponujący biznesowym przedstawicielstwem w USA. Kate oraz jej partner Reggie (Daniel Kaluuya) zostają zwerbowani do międzyagencyjnego projektu, na czele którego stoi tajemniczy Matt Graver (Josh Brolin), wspierany przez jeszcze bardziej tajemniczego Alejandro (Benicio Del Toro).
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Nie da się ukryć, że reżyser Denis Vileneuve oraz scenarzysta Taylor Sheridan (słynny Hale z "Sons of Anarchy") zrobili naprawdę dobrą robotę. "Sicario" nie jest bowiem produkcją łatwą w odbiorze. Oglądając film nie liczcie, że ktokolwiek wyjaśni Wam co się dzieje na ekranie – znajdziecie się w totalnej konfuzji, podobnie jak Kate, nieświadoma istnienia złożonych powiązań i działań dalekich od poszanowania jakiegokolwiek prawa. To z pewnością należy zaliczyć jako ogromny plus, ponieważ twórcom udało się znakomicie przedstawić obraz bezwzględnej wojny narkotykowej, w której nic do końca nie jest jasne – nawet dla agentki FBI, która ma przecież styczność z tematem na co dzień. Spójrzmy bowiem na jedną z najlepszych sekwencji filmu – dynamiczną wyprawę konwoju do Ciudad Juárez po wysoko postawioną figurę z jednego z meksykańskich karteli. Oprócz CIA, występującej w osobie Matta, w realizacji misji wzięły między innymi udział FBI (Kate), U.S. Marshals (weseli panowie w kowbojskich kapeluszach), U.S. Customs and Border Protection (przejazd przez granicę taki łatwy), zwykła meksykańska policja (czynnik wysoce korupcjogenny), Policía Federal, a za obstawę naszych bohaterów posłużyli nieumundurowani członkowie DELTA Force. Nie zapominajcie również o Alejandro, reprezentującym opcję określaną jako Medellín. Imponujące, nieprawdaż?
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Samo przedstawienie Ciudad Juárez może robić ogromne wrażenie – bezkresna plątanina uliczek, prawdziwa miejska dżungla, w której na każdym kroku roi się od członków karteli narkotykowych oraz przekupnych, lokalnych policjantów, a nocą urządza się tzw. fajerwerki. Miejsce raczej średnio wygodne do życia, a przecież mieszka tam prawie półtora miliona ludzi! W kontekście wizualnego piękna warto również zwrócić uwagę na bezsprzecznie znakomite pustynne pejzaże – wielkie oklaski za te zdjęcia! Ponadto na plus należy zaliczyć poziom brutalności – krwawe strzelaniny, wieszanie ludzi na wiaduktach, tortury rodem z Guantanamo czy zamurowywanie ciał w ścianach budynków (zawsze zastanawiałem się po co?) są na porządku dziennym – aczkolwiek muszę przyznać, że nie są to rzeczy, o których nie słyszałbym już wcześniej. Jednakże prawdziwe wrażenie wywarła na mnie scena kolacji brutalnie przerwana przez Alejandro – takich rzeczy nie ogląda się na co dzień w Hollywood, więc daję dodatkową gwiazdkę za odwagę.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Jeśli natomiast miałbym poprawić parę rzeczy, to z pewnością zacząłbym od konstrukcji głównej bohaterki. Moim zdaniem doszło tutaj troszkę do małej konfuzji. O wiele lepiej przyjąłbym Kate z jej idealistycznym zacięciem, gdyby była zwyczajną funkcjonariuszką FBI, a nie, jak się zresztą wspomina w "Sicario", od samego początku kariery zajmowała się wyważaniem drzwi, by w końcu stanąć na czele jednostki taktycznej odbijającej zakładników z rąk porywaczy. Osobiście nie spodziewam się po takich ludziach moralnych wątpliwości, lecz niemal ślepego posłuszeństwa i wykonywania rozkazów bez ich kwestionowania (przy czym nie uznaję tego za jakiś przytyk). Druga rzecz to wyciskający pot z dupy wątek meksykańskiego policjanta Silvio (Maximiliano Hernández) i jego kochającego grać w piłkę synka. Rozumiem, że w tej wojnie biorą udział głównie zwykli ludzie, ale naprawdę średnio interesuje mnie co jedzą na śniadanie.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
O głównej bohaterce napisałem już kilka słów, ale muszę przyznać, że Emily Blunt dosyć dobrze odegrała emocje targające Kate. Nie jest to może oscarowa kreacja, aczkolwiek nie mam większych uwag (może oprócz tego, że tym razem nie wygląda zjawiskowo). Josh Brolin kontynuuje dobrą passę z "Inherent Vice", tworząc całkiem sympatyczną postać. Jednak nie jestem w stanie oprzeć się wrażeniu, że Matt to taki trochę Lebowski świata służb specjalnych: wiecznie wyluzowany, zblatowany z kim trzeba, noszący wyjątkowo obskurne obuwie oraz nie przejmujący się praktycznie niczym – Jeff Bridges zawsze na propsie! Abstrahując od tych solidnych kreacji to moim zdaniem największe brawa należą się Benicio Del Toro. Alejandro to po pierwsze znakomicie napisana postać, a po drugie świetnie zagrana – małomówność bohatera wymiernie wzmaga aurę tajemniczości. Wielkie brawa! Z wkurwiających postaci wyróżnia się natomiast Daniel Kaluuya – praworządny i sprawiedliwy, jak przystało na prawnika w szeregach FBI.
źródło: http://www.sicariofilm.com/
"Sicario" to naprawdę solidne kino, epatujące momentami wyjątkową brutalnością, aczkolwiek doskonale ukazujące złożoną sieć powiązań napędzających meksykańską wojnę narkotykową oraz wcielanie w życie zasady, iż cel uświęca środki. Co prawda można było o wiele lepiej skonstruować główną bohaterkę, ale jest to szczegół, który nie przeszkadza aż tak bardzo w cieszeniu się filmem. Polecam bardzo bardzo!
źródło: http://www.sicariofilm.com/
Ocena: 8/10 (byłaby mocarna siódemka, ale jedna dodatkowa gwiazdka za scenę rodzinnej kolacji z Alejandro)

środa, 9 kwietnia 2014

"The Wolf of Wall Street"



Jeśli ktokolwiek mówił o "Wilku z Wall Street" to wyłącznie dobrze. Co więcej, z wielu źródeł dochodziły wyłącznie zachwyty nad najnowszym dziełem Martina Scorsese. Były to jeszcze czasy przed tegorocznym rozdaniem Oscarów, więc po cichu liczyłem, że może wreszcie Akademia doceni geniusz Leonardo DiCaprio i obdarzy go upragnionym wyróżnieniem. Moim zdaniem równie dobrze mógłby dostać Oscara za rolę w "Wielkim Gatsbym", ale jak wiemy historia potoczyła się innym torem. Po raz kolejny nie udało mi się załapać na kinową projekcję "Wilka z Wall Street", toteż dopiero teraz nadrabiam zaległości.
źródło: http://www.impawards.com
Oczywiście historia przedstawiona w filmie Scorsese jest based on true story. Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio) rozpoczął pracę na Wall Street jako szeregowy pracownik do wybierania numerów. Po jakimś czasie udało się mu zdobyć licencję maklera, aczkolwiek niefortunnie wypadł akurat 19 października 1987 roku, który przeszedł do historii jako Czarny Poniedziałek (gwałtowny spadek Dow Jones Industrial Average pociągnął za sobą indeksy giełdowe na całym świecie). Jak łatwo się domyślić krach na giełdzie bardzo niekorzystnie wpłynął na karierę pana Belforta. Jednakże po utracie pracy na Wall Street nasz bohater nie załamał się i zajął się akcjami o małej wartości, by z czasem rozpocząć budowę własnej firmy.
źródło: http://www.thewolfofwallstreet.com
Pod względem fabularnym "The Wolf of Wall Street" to oczywiście typowa historia o człowieku, który z niczego buduje fortunę, by następnie zaliczyć spektakularną glebę. Widzieliśmy już setki tego rodzaju opowieści. Niemniej ani przez chwilę nie czułem się znużony filmem Martina Scorsese. Reżyser podszedł do tematu bardzo lekko, przez co momentami jest naprawdę zabawnie. Rytuały pracowników Stratton Oakmont to najprawdziwsza groteska. Nie wspominam tutaj o koksie, tabsach i orgiach (jest nawet jedna homoseksualna), które po prostu wypełniają ekran, ale choćby o rzucaniu karłami do tarczy czy też motywacyjnych przemowach Belforta. Pod względem narkotyków w "Wilku z Wall Street" początkowo króluje oczywiście kokaina, ale z czasem pole position zyskuje metakwalon (methaqualone), sprzedawany w USA pod nazwą Quaalude oraz Lemmon. Oryginalnie stosowany jako środek nasenny, bardzo szybko dał się poznać jako narkotyk o działaniu zbliżonym do barbituranów. Niestety w Polsce metakwalon został wykreślony z listy leków, ale w niektórych państwach europejskich jest stosowany w dalszym ciągu, a największą popularnością cieszy się ponoć w RPA. Sceny zażywania Quaalude to jedne z najlepszych sekwencji w filmie. W szczególności polecam moment, w którym Jordan i Donnie przyjmują dawkę legendarnej, najlepszej wyprodukowanej serii metakwalonu (Lemmon 714) w dziejach. Moim zdaniem DiCaprio powinien dostać Oscara za samą scenę pełzania do samochodu. Tak doskonałych faz nie widziałem od czasów "Fear and Loathing in Las Vegas".
Mark Hanna - najlepsza postać w filmie.
źródło: http://www.thewolfofwallstreet.com
Jednakże "Wilk z Wall Street" nie traktuje wyłącznie o prochach, dziwkach i hajsie, chociaż wypełniają one film po brzegi. Mechanizmy, dzięki którym Belfort odniósł sukces, zostały ukazane dosyć pobieżnie i z przymrużeniem oka, aczkolwiek twórcy zrobili to z pełną świadomością. Bodajże dwakroć Belfort zwraca się bezpośrednio do widzów próbując wyjaśnić jak to wszystko działa, ale w końcu stwierdza, że i tak tego nie zrozumieją. I słusznie bardzo, ponieważ mieliśmy już znacznie poważniejsze pod tym względem "Margin Call". Niemniej na ekranie wspomina się o tym, że prawdziwym zagrożeniem dla rynku finansowego nie jest bogacenie się na przewałach w handlu tanimi akcjami, ale skomplikowane instrumenty takie jak choćby obligacje zabezpieczone długiem (CDO). Do czego doprowadziły mogliśmy się przekonać w czasie ostatniego kryzysu. Niemniej w filmie dominuje konwencja humorystyczna. Z pewnością warto zwrócić uwagę na monolog Donniego na temat rozwiązywania problemów niedorozwiniętych dzieci, dyskusję zarządu Stratton Oakmont o karłach czy też wytyczne odnośnie częstotliwości codziennej masturbacji.
źródło: http://www.thewolfofwallstreet.com
Aktorstwo w "Wilku z Wall Street" jest po prostu wyśmienite. Leonardo DiCaprio zanotował kolejny świetny występ. Najbardziej przypadł mi do gustu w scenach zażywania koksu i metakwalonu. Podobno sam oryginalny Jordan Belfort instruował aktora jak należy się zachowywać po przyjęciu narkotyków. Godnie zaprezentował się również Jonah Hill. Donnie w jego wykonaniu jest po prostu znakomity. W zasadzie wśród całej obsady nie mam kogo napiętnować za występ. Nawet Kyle Chandler (Denham), który zwykle wypada raczej czerstwo, tutaj wcale mnie nie mierził. Na największe oklaski zasłużył natomiast pojawiający się jedynie w krótkim epizodzie Matthew McConaughey. Śmiem twierdzić, że Mark Hanna to najlepsza postać w całym filmie, a walenie się w klatę przy jednoczesnym intonowaniu pieśni przejdzie do legendy.
Donnie - Człowiek Metakwalon
źródło: http://www.thewolfofwallstreet.com
"Wolf of Wall Street" to znakomita rozrywka na najwyższym poziomie. Naprawdę warto poświęcić trzy godziny z życia by zapoznać się z tym niezwykle udanym dziełem Martina Scorsese. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie: niektórzy zwiększą częstotliwość codziennej masturbacji zgodnie z wytycznymi Marka Hanny, inni będą próbowali posiąść metakwalon, aby ujebać się jak Jordan i Donnie, a jeszcze inni codziennie przed rozpoczęciem nisko płatnej i bezsensownej pracy zaczną walić się w klatę dla lepszej motywacji. Jeden z najlepszych filmów roku 2013.
źródło: http://www.thewolfofwallstreet.com
Ocena: 9/10.