Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Fassbender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Fassbender. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 września 2017

"Alien: Covenant" (2017)



Serve in Heaven or reign in Hell?

Wydawało się, że monstrualny zjazd kariery Ridleya Scotta (jebać fanów marsjańskiego stolca – recenzja w linku: "The Martian") uratować może wyłącznie powrót do korzeni. I w założeniu tym właśnie miał być "Alien: Covenant" (w Polszy znany jako "Obcy: Przymierze"). Po budzącym skrajne emocje "Prometeuszu" angielski heros reżyserii postanowił zrezygnować z pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego pomysłu na sequel (a przy okazji ze znakomitego tytułu "Paradise Lost", nawiązującego do siedemnastowiecznego poematu Johna Miltona) i wrócić do sprawdzonego schematu z oryginalnego "Obcego". Także zamiast poznawać najgłębsze tajemnice Inżynierów, które w zasadzie były dla mnie jedyną interesująca rzeczą w poprzedniej produkcji, otrzymaliśmy kolejny odgrzewany kotlet. Niemniej liczyłem, że w Ridleyu pozostały jeszcze okruchy dawnej wielkości i może tym razem uda mu się odbić od dna, na które stopniowo opadał przez ostatnie lata. Dodatkowo czynnikiem dającym jakąś tam nadzieję były ambitne plany reżysera, czyli zapowiedź nakręcenia 65 kolejnych części "Obcego".
źródło: http://www.impawards.com
W jedenaście lat po tragicznych wydarzeniach przedstawionych w "Prometeuszu" załoga statku kolonizacyjnego Covenant przemierza odmęty kosmosu, by dotrzeć do odległej planety Origae-6. Wskutek niespodziewanej awarii spokojny dotychczas lot zostaje przerwany, a kapitan Branson (James Franco) traci życie w dramatycznych okolicznościach. Podczas naprawy uszkodzeń pozostali przy życiu członkowie załogi odbierają dosyć dziwny komunikat radiowy z pobliskiej, niewielkiej planety łudząco przypominającej Ziemię. Wbrew korporacyjnemu etosowi kontynuowania misji za wszelką cenę zapada decyzja o porzuceniu dotychczasowego celu i skupieniu się na eksploracji źródła tajemniczego przekazu. Czy to nie brzmi znajomo?
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ostatnio, przy okazji zaznajamiania Grażki z serią, miałem okazję odświeżyć sobie wszystkie dotychczasowe produkcje. W trakcie niedawnego maratonu nie pominęliśmy również "Prometeusza". Muszę przyznać, że kolejny seans pogłębił moje przekonanie o głupocie tegoż dzieła i dał poważnie do myślenia czy wystawione parę lat temu 6/10 nie stanowi zdecydowanie zbyt wysokiej noty. Niemniej, jak się okazało wkrótce po obejrzeniu ostatniej części, twórcy postanowili pójść jeszcze dalej w ukazywaniu głupoty oraz intelektualnego lenistwa swoich bohaterów. Wyobraźcie sobie bowiem, że lądujecie na obcej planecie, trochę podobnej do Ziemi. Czy wychodząc ze statku kosmicznego nie założylibyście skafandrów ochronnych, choćby na wszelki wypadek? Oczywiście załoga Covenant, twardo przekonana o swojej odporności na wszelkie pozaziemskie zagrożenia, tego nie czyni – jak się łatwo domyślić konsekwencje są opłakane i pojawiają się niemal błyskawicznie. Z drugiej strony nawet najgrubsze skafandry ochronne mogłoby nie pomóc tej bandzie profesjonalnych inaczej eksploratorów kosmosu. Jak można w poważnym filmie nakręcić scenę, w której dwójka bohaterów w odstępie kilku sekund zalicza glebę na tej samej kałuży krwi? Jakim trzeba mieć iloraz inteligencji, aby rozpocząć chaotyczny ostrzał wewnątrz statku kosmicznego wypełnionego zbiornikami, które mogą eksplodować w każdej chwili? Jak bardzo trzeba być odpowiedzialnym, aby zaryzykować życie dwóch tysięcy zahibernowanych kolonistów dla czystej prywaty? Niestety, ku mojemu absolutnemu zdziwieniu, takich scen są całe masy – tylko usiąść i rzewnie zapłakać nad tym absurdem oraz nonsensem.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Skoro czynnik ludzki kompletnie nie spełnia pokładanych w nim nadziei (mentalnie jest to poziom w okolicach dalszych części "Transformers") to czy warto w ogóle oglądać "Alien: Covenant"? Z pewnością warto docenić wrażenia wizualne, które zaserwował nam Ridley Scott i spółka. Pod tym względem trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale jednak jest jeden spory wyjątek. Oglądanie xenomorpha czy też neomorpha to już zdecydowanie nie to samo doznanie co kiedyś. W szczególności, gdy stworzenie zostało w całości wykreowane w CGI i możemy zobaczyć je w dziennym świetle. Okrutna, bezwzględna istota traci w ten sposób wszystkie dotychczasowe atuty, które budowały przerażenie u widza. O wiele lepiej, gdyby xenomorph pozostał tam gdzie jego naturalne miejsce – w półmroku, klaustrofobicznie ciasnych wnętrz statków kosmicznych czy pozaziemskich baz. W scenach rozgrywających się pomiędzy androidami dostrzegam z kolei szczątki pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego projektu Ridleya. Liczne nawiązania do literatury, filozoficzne dysputy – o ileż wypada to ciekawiej od oglądania skutków kolejnej kretyńskiej decyzji! Konfrontacje poglądów Davida (Michael Fassbender) oraz Waltera (również Michael Fassbender) to tak naprawdę najciekawsze i najlepsze momenty "Alien: Covenant". Swoją drogą można również wysnuć niepokojący wniosek, że ludzie stali się podrzędną rasą w stosunku do sztucznej inteligencji, którą sami stworzyli (a przy najmniej takiż wniosek wysnuła ona sama). Podobnie jak w "Prometeuszu" pojawia się wyraźny problem z zaawansowaną technologią widoczną na ekranie - w szczególności, jeżeli zestawimy to z pierwotnymi "Alienami", które rozgrywały się przecież znacznie później.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Omówienie wyczynów aktorskich tym razem rozpocznę nietypowo, ponieważ pragnę zwrócić uwagę na kompletnie nonsensowny i wręcz absurdalny angaż Jamesa Franco do roli kapitana Covenant, który ginie w ciągu pierwszych pięciu minut filmu. Świetny pomysł, żeby spektakularnie zmarnować potencjał tak doskonałego aktora! I chuj z tego, że nakręcono niby jakieś tam sceny z nim, skoro nie ma ich w ostatecznej wersji filmu! Gdy otrząśniemy się już z pierwszego szoku to warto zwrócić uwagę na znakomity występ Michaela Fassbendera w podwójnej roli. Zarówno David, znany z "Prometeusza", jak i Walter to kawał świetnej aktorskiej roboty i jeden z niewielu powodów, dla których warto oglądać kolejny epizod rozmieniania się Ridleya na drobne. O reszcie występów najlepiej byłoby nic nie pisać, ponieważ poziom ich miałkości jest totalny. Aktorzy postarali się tak dobrze, że z wyjątkiem imion androidów, po seansie nie byłem w stanie nazwać żadnego z bohaterów. Warto jedynie napomknąć o trochę mniej miałkich rolach Katherine Waterston (Daniels), Billy’ego Crudupa (Oram) czy Danny’ego McBride’a (Tennessee).
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat Ridley Scott kompletnie zawiódł moje oczekiwania. "Obcy: Przymierze" po raz kolejny powiela ten sam pomysł na film, aczkolwiek tym razem toniemy w oceanie absurdu, głupawych decyzji oraz CGI, które kompletnie niszczy złowieszczy wizerunek xenomorpha. To naprawdę nadaje się do oglądania wyłącznie dla najbardziej zagorzałych miłośników serii. Aha, jeśli liczycie, że dostaniecie jakiekolwiek odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" to kindybał Wam w szamot.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ocena: 4/10.

sobota, 19 grudnia 2015

"Macbeth"



By the pricking of my thumbs,
Something wicked this way comes. 

Od dawna chciałem zobaczyć w teatrze którąś z klasycznych sztuk Williama Shakespeare'a (a raczej lorda Edwarda de Vere, siedemnastego earla Oxford). Niestety współczesne interpretacje tych epickich dramatów wywołują u mnie lęk i odrazę. Wydaje mi się bowiem, że poszczególni reżyserowie prześcigają się w kolejnych, coraz bardziej odjechanych adaptacjach, które zatracają jakiekolwiek cechy wspólne z literackimi pierwowzorami. I to wszystko ma miejsce, kiedy ja pragnę czystego, nieskażonego współczesnymi wpływami, przedstawienia! Jakkolwiek projekt teatralny na razie został zawieszony, tak z nieoczekiwaną pomocą przyszła kinematografia. Ujrzawszy, bezsprzecznie doskonały w swej epickości, plakat "Macbetha" wiedziałem, że film w reżyserii Justina Kurzela, będzie dokładnie tym, czego poszukuję od lat. W tymże przekonaniu utwierdził mnie również znakomity trailer oraz kilkuminutowa owacja po pokazie filmu na festiwalu w Cannes.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu rozgrywa się w pogrążonej w krwawej wojnie domowej Szkocji. Macbeth (Michael Fassbender), tan Glamis, dzielny i niezłomny sojusznik prawowitego króla Duncana (David Thewlis) prowadzi wojsko do walki ze zdrajcami swej ojczyzny i uzurpatorami tronu Kaledonii. W trakcie bezlitosnego starcia, wśród bitewnego zgiełku, nasz bohater spotyka trzy (a w zasadzie cztery, ponieważ jedna jest mocno nieletnia) wiedźmy, które przepowiadają mu, iż wkrótce otrzyma godność tana Cawdoru, a następnie króla Szkocji, natomiast jego wierny druh Banquo (Paddy Considine) zostanie ojcem przyszłych władców tej krainy. Macbeth początkowo powątpiewa w przepowiednię, niemniej, gdy zgodnie z proroctwem zostaje tanem Cawdoru, zaczyna zastanawiać się nad przyspieszeniem nieuniknionego biegu wydarzeń.
źródło: http://www.macbeth-movie.com
Nie będę dłużej ukrywał: "Macbeth" zachwycił mnie już od pierwszych kadrów. Ogromną zaletą filmu są bowiem pięknie ukazane surowe szkockie krajobrazy (kręcono między innymi na Isle of Skye), do których wprost idealnie dopasowano znakomitą ścieżkę dźwiękową. Prawdziwą sztuką jest oprzeć się tak doskonałym wrażeniom wizualno-słuchowym. Poszczególne sekwencje porażają niezwykłym pięknem – zwróćcie uwagę na kapitalne spowolnienia w scenach batalistycznych, pełne mistyczności spotkania z wiedźmami czy pożar lasu Birnam. W niektórych scenach czuć najprawdziwszą filmową magię, za którą tak często wyrażam tęsknotę pisząc recenzje – ostatnia scena to już totalne mistrzostwo (de facto o wiele lepiej przedstawia wątek Fleance’a niż książka). Na dodatek scenariusz wcale nie odbiega znacząco od literackiego pierwowzoru (kilka słów o najbardziej rzucających się w oczy różnicach znajdziecie na samym końcu recenzji), co w dzisiejszych czasach jest niemalże niespotykane. Oprzeć się pokusie poprawienia gdzieniegdzie autora? Wprost niebywałe!
źródło: http://www.macbeth-movie.com
Przy całej pięknej audiowizualnej otoczce nie można nie odnieść wrażenia, że mimo wszystko "Macbeth" epatuje klimatem srogim i surowym niczym szkocki Highland. Niemniej atmosfera filmu idealnie wpisuje się w przepełnioną mrokiem średniowieczną opowieść, której głównym tematem są dosyć opłakane skutki ulegania bezwzględnej żądzy władzy. Minimalistyczne dialogi, często zamieniające się w monologi wygłaszane przez poszczególnych bohaterów, podkreślają jedynie surowość przedstawionej historii. Warto zauważyć, że zostały one żywcem przeniesione z książki, aczkolwiek ich anachronizm raczej dodaje filmowi wiarygodności niż stanowi dla widza przeszkodę. Jakże dobrze czasem posłuchać oryginalnych kwestii niż po raz kolejny wsłuchiwać się w uwspółcześnione dla masowych potrzeb dialogi! Niemniej, po projekcji mogę śmiało stwierdzić, że nie odważyłbym się obejrzeć "Macbetha" bez polskojęzycznych napisów. Gdy sytuacja tego wymaga jest odpowiednio krwawo i makabrycznie – nie ma zmiłuj, to jest kategoria R! Dekapitacje, skrytobójstwa oraz palenie żywcem na stosie kobiet i dzieci w rzeczywistości Macbetha są na porządku dziennym. Oczywiście, można by pójść jeszcze dalej w kierunku gore, ale nie zapominajmy, że jest to przecież Shakespeare lord de Vere!
źródło: http://www.macbeth-movie.com
Michael Fassbender idealnie sprawdził się w roli Macbetha. Aktor doskonale przedstawił postać targanego rozterkami szkockiego tana, który z powodu niezaspokojonej żądzy władzy wszedł na bezpowrotną ścieżkę okrutnych zbrodni. Fassbender znakomicie odegrał również stopniowe osuwanie się krwawego króla Szkocji w odmęty szaleństwa. Wyborna rola, dla której warto wybrać się do kina! Wszyscy doskonale wiemy, jak ważną postacią dla światowego dorobku kulturowego jest Lady Macbeth. Będąc na miejscu Justina Kurzela nie postawiłbym raczej na Marion Cotillard z dwóch powodów. Po pierwsze nie przepadam za nią osobiście, a po drugie uważam, że jest zdecydowanie zbyt delikatna do tej roli. Jako małżonkę Macbetha widziałbym o wiele bardziej przykładowo Evę Green, ale niestety jest jak jest. Niemniej Francuzka zagrała całkiem solidnie, ale z przyczyn wymienionych wyżej nie potrafię się zachwycać tą kreacją. Szczęśliwie, na drugim planie dzieje się naprawdę wiele. Co prawda David Thewlis kreacją króla Duncana nie urwał żadnego z moich członków, ale momentami bywa naprawdę grubo. Na ogromne oklaski zasłużyli z pewnością Paddy Considine, wcielający się w Banquo’a, wiernego przyjaciela Macbetha oraz Jack Reynor (Malcolm, prawowity dziedzic króla Duncana). Jednakże niemal cały drugi plan zagarnął dla siebie Sean Harris (Macduff) i trzeba przyznać, że zrobił to już po raz kolejny (sprawdźcie "’71").
źródło: http://www.macbeth-movie.com

Po obejrzeniu "Macbetha" mogę śmiało napisać, że dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Justin Kurzel wykonał świetną robotę tworząc bezkompromisową, brutalną, surową, a przede wszystkim niezwykle wierną ekranizację sztuki Shakespeare'a lorda de Vere. Od razu widać, że gość zna się na rzeczy – oby tak dalej!

Ocena: 9/10.
źródło: http://www.macbeth-movie.com

O różnicach między dramatem a filmem słów kilka

W zasadzie ekranizacja Justina Kurzela jest niezwykle wierna literackiemu pierwowzorowi. Niemniej uważny czytelnik wyłapie kilka różnic. Otwierająca film scena pogrzebu dziecka Macbetha jest oczywiście fantazją scenarzysty, aczkolwiek trzeba przyznać, że idealnie wpasowuje się w ból głównego bohatera wynikający z jałowości jego berła. Ponadto w dramacie żołnierze Malcolma szturmujący zamek Dunsinane użyli gałęzi drzew, aby zamaskować swoją liczebność, a nie podpalili las Birnam. Troszkę inaczej wyglądała również śmierć samego Macbetha, chociaż muszę przyznać, że zmiany wprowadzone przez twórców zdecydowanie przypadły mi do gustu i nie uważam ich za choćby najmniejsze wypaczenie dzieła Shakespeare'a lorda de Vere.

niedziela, 1 marca 2015

"Hunger"



Ponieważ aktualnie nadszedł marzec i wielkimi krokami zbliża się dzień, w którym wszyscy będziemy Irlandczykami, postanowiłem trochę mocniej skupić się filmach związanych ze Szmaragdową Wyspą. Niemal corocznie planuję zrobienie rankingu najlepszych produkcji dotyczących szeroko pojętej tematyki irlandzkiej, niemniej zawiodłem w zeszłym roku, tak jak i zawiodłem dwa lata temu. Oczywiście niepowodzenia można uzasadnić brakiem wystarczającej ilości wolnego czasu, problemami technicznymi czy też uzależnieniem od mefedronu, aczkolwiek jak doskonale wiecie główna przyczyna pozostaje niezmienna – lenistwo intelektualne (dr Wyciślak zawsze na propsie!). Ponieważ w tym roku nie jestem w stanie przewidzieć czy zdołam przygotować ranking na czas, w ramach zadośćuczynienia postanowiłem obejrzeć chociaż jeden ważny film o kwestii irlandzkiej, który zalegał na mojej liście od dłuższego czasu. Dlaczegóż? – mam nadzieję spytacie. Otóż doskonale znając historię konfliktu północnoirlandzkiego przewidywałem, czego mogę się spodziewać po pełnometrażowym, reżyserskim debiucie Steve’a McQueena. Wiedziałem, że "Hunger" nie będzie lekkim, obiadowym filmem (kategorycznie odradzam spożywanie posiłków w trakcie projekcji), ale raczej ciężką produkcją, do której wymagana jest percepcja wolna od wszelakich postmelanżowych dolegliwości.
źródło: http://www.impawards.com
"Hunger" to historia Bobby’ego Sandsa, legendy północnoirlandzkiego ruchu republikańskiego. Ponieważ niestety wielu z Was pod względem Irlandii Północnej jest w ignorancji podobnych do brzasku, pozwólcie, że przybliżę skrótowo jego sylwetkę. Robert George Sands związał się z Irlandzką Armią Republikańską, kiedy wskutek lojalistycznych zamieszek jego rodzina straciła dom w północnym Belfaście. W 1981 roku 27-letni przywódca osadzonych w niesławnym więzieniu Maze członków  Tymczasowej IRA odsiadywał 14-letni wyrok pozbawienia wolności za posiadanie broni. 1 marca 1981 roku Sands rozpoczął strajk głodowy w proteście przeciwko pozbawieniu członków Armii statusu więźniów politycznych i traktowaniu ich jako zwykłych kryminalistów. W 2-3 tygodniowych odstępach do protestu dołączyli kolejni osadzeni. 5 maja, po 66 dniach głodówki, Sands zmarł. Pogrzeb Bobby’ego zamienił się ogromną manifestację poparcia dla ruchu republikańskiego oraz nienawiści do Margaret Thatcher, którą powszechnie obwiniano o jego śmierć. Strajk głodowy zakończył się w październiku 1981 roku – łącznie zmarło sześciu członków IRA oraz czterech INLA (Irish National Liberation Army). Najbardziej szokujący może wydawać się fakt, że w trakcie głodówki w wyborach uzupełniających do brytyjskiego parlamentu Sands uzyskał mandat w okręgu Fermanagh – West Tyrone. Ponadto Kieran Doherty (zmarł 2 sierpnia 1981 roku) oraz Paddy Agnew dostali się do Dáil Éireann.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ogromnie cieszę się, że Steve McQueen nie poszedł utartą drogą i nie postanowił nakręcić laurkowego filmu biograficznego przedstawiającego żywot Sandsa (Michael Fassbender) od dzieciństwa po śmierć. "Hunger" skupia się niemal wyłącznie na kilku miesiącach 1981 roku, w trakcie których Bobby strajkował odmawiając przyjmowania posiłków. Co więcej, początek filmu przedstawia historię z zupełnie nieoczekiwanego punktu widzenia. Głównym bohaterem pierwszych minut jest bowiem małomówny, więzienny strażnik Raymond Lohan (Stuart Graham), każdego dnia sprawdzający czy pod jego auto nie została podłożona republikańska bomba. Następnie jego miejsce zajmuje Davey Gillen (Brian Milligan), młody republikanin osadzony w Maze nie wiadomo za co. Dopiero po jakimś czasie fabuła zaczyna skupiać się na działaniach Bobby’ego Sandsa. Moim zdaniem jest to wprost wyborny zabieg i naprawdę unikatowe podejście do kręcenia filmu. Pod względem tzw. prawdy historycznej naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Okazjonalnie możemy posłuchać przemówień Margaret Thatcher, w tym słów wygłoszonych 5 marca 1981 roku w Belfaście: There is no such thing as political murder, political bombing or political violence. There is only criminal murder, criminal bombing and criminal violence. Bardzo fajnie, że McQueen zrezygnował także z głupawych wstępów nakreślających pobieżnie sytuację w Irlandii Północnej – jeśli naprawdę nic o tym nie wiecie to poczytajcie trochę przed projekcją.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Tak jak wspominałem we wstępie "Hunger" jest bardzo brudnym filmem (i to dosłownie). Członkowie Armii, protestując przeciwko pozbawieniu ich statusu więźniów politycznych, wybierali raczej nietypowe i radykalne formy sprzeciwu. Ponieważ więzienne uniformy stawiałaby ich na równi ze zwykłymi kryminalistami, nagie ciała okrywali kocami. Ponadto nie myli się, ściany cel uroczo dekorowali odchodami, a od czasu do czasu zapewniali rozrywkę strażnikom wylewając mocz na więzienne korytarze. Wszystkie powyżej opisane elementy zostały ukazane w filmie McQueena w sposób niezwykle realistyczny. Nie wiem jakiego surowca użyto do pokrycia więziennych ścian, ale znakomicie imitował gówno. Chlew, panujący w więzieniu, jest po prostu nie do opisania – musicie to zobaczyć sami. "Hunger" ukazuje także ścieżki zdrowia godne najlepszych katowni ubecji - momentami trudno uwierzyć, że jest to przecież stara, brytyjska monarchia konstytucyjna, a nie jakieś totalitarne państwo. Co ciekawe film ma również wiele bardzo ładnych, przeważnie statycznych ujęć, które mogą zrobić duże wrażenie (m.in. Raymond palący papierosy wśród płatków padającego śniegu). Większość akcji rozgrywa się bez słów – jestem przekonany, że 90% dialogów przypada na znakomitą, 17-minutową rozmowę Sandsa z ojcem Dominiciem Moranem (Liam Cunningham), którą nakręcono w jednym ujęciu.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ogromną zaletą "Hunger" jest mało nachalne podejście reżysera do tematu i pozostawienie widzowi samodzielnej oceny czy poświęcenie Sandsa rzeczywiście było konieczne. Kluczowy moment filmu to oczywiście wspomniana konwersacja, w trakcie której Moran stara się wyperswadować Bobby’emu plany strajku głodowego zakończonego niechybną śmiercią. Ta długa sekwencja to prawdziwy koncert gry aktorskiej Michaela Fassbendera oraz Liama Cunnighama – zaczyna się dosyć niepozornie, by stopniowo budować napięcie między bohaterami. I wszystko nakręcono w jednym, długim ujęciu – mistrzostwo. Jeśli chodzi o aktorstwo z pewnością muszę wyróżnić Stuarta Grahama, który niemal nic nie mówiąc na ekranie znakomicie oddał emocje targające jego psychiką. Na propsy zasłużyli również Brian Milligan oraz Liam McMahon (Gerry Campbell).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Hunger" to absolutnie obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którzy przejawiają choćby minimalne zainteresowanie konfliktem w Irlandii Północnej. Abstrahując od kontekstu politycznego produkcja Steve’a McQueena to także znakomite kino ukazujące poświęcenie ludzkiego życia w imię idei. Warto podkreślić, że strajk głodowy zakończony śmiercią dziesięciu republikanów stał się bez wątpienia jednym z przełomowych momentów w historii Ulsteru i można założyć, że miał ogromny wpływ na rozpoczęty pod koniec lat 80-tych XX wieku proces pokojowy. Jednakże czy wszystko to było warte poświęcenia życia Bobby’ego Sandsa i jego dziewięciu kolegów? Oceńcie sami. Tiocfaidh ár lá!
Mural upamiętniający Bobby'ego (Falls Road, Belfast).
źródło: http://pl.wikipedia.org
Ocena: 8/10.

wtorek, 19 listopada 2013

"The Counselor"

W zeszłym roku do narkobiznesu w kinematografii swoją cegiełkę dołożył upadły Oliver Stone. "Savages" naprawdę mnie nie zachwycił, niemniej było to raczej dzieło w stylu McG niż reżysera "Plutonu". W tym roku, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, za handel anielskim pyłem zabrał się sam Ridley Scott. Brytyjczyka nie trzeba nikomu przedstawiać, aczkolwiek dotychczas raczej nie był kojarzony z tego rodzaju tematyką. Co więcej, w roli pomagiera brytyjskiego mistrza (czyt. scenarzysty) wystąpił sam Cormac McCarthy, laureat Nagrody Pulitzera. A co jeszcze lepsze, Scott na planie filmowym zdołał zgromadzić gwiazdy z hollywoodzkiej ekstraklasy. Michael Fassbender, Cameron Diaz, Penélope Cruz, Javier Bardem, Brad Pitt – zestawienie tyleż imponujące, co dziwne (przynajmniej dla mnie). Zapewne większość z Was po tym wstępie pomyśli, że Ridley był w stanie wysmażyć z takich składników kolejne doskonałe dzieło, wydatnie zwiększające jego dotychczasową chwałę. Film, dzięki któremu wszyscy zapomną o wtopie "Prometeusza", i który stanie się MVP przyszłorocznej gali oscarowej. Niestety wystarczył rzut oka na oceny "The Counselor" zaraz po premierze, żeby dostrzec, iż something went terribly wrong.
źródło: http://www.impawards.com
Jak już wspomniałem we wstępie "The Counselor" to opowieść o handlu prochem. Niestety nie oglądamy tutaj gór anielskiego pyłu szmuglowanych przez granicę ani epickich bitew między kartelami z użyciem broni ciężkiej. Zasadniczo fabuła obraca się wokół jednego transportu, mającego przynieść zysk w wysokości 20 milionów USD. Tytułowy Counselor (Michael Fassbender) to prawnik obracający się wśród bardzo bogatych person, które nie zawsze dorobiły się swoich fortun w legalny sposób. A gdy w kasie naszego bohatera zaczyna być z deczka pustawo wpada na genialny, przynajmniej w jego mniemaniu, pomysł. Otóż aby podreperować domowy budżet postanawia wejść do narkogry i zainwestować w transport kolumbijskiej kokainy do Chicago. Początkowo wszystko idzie gładko, ale jak wszyscy wiemy z reklam życie to nie bajka.
Miłość bardzo.
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Co zatem poszło nie tak? Po pierwsze scenariusz autorstwa Cormaca McCarthy'ego jest po prostu tragiczny. Gdybym miał ocenić dorobek tego renomowanego pisarza wyłącznie na podstawie "The Counselor" to byłoby naprawdę słabo. Debiut w roli scenarzysty wypadł tak fatalnie, że potencjalną, wyjściową ocenę każdego jego kolejnego dzieła będę ustawiał na poziomie 3/10. Wysiłki McCarthy'ego sprawiły, że w filmie jest niemal zero akcji, a przez większość czasu oglądamy tytułowego adwokata wysłuchującego pseudofilozoficznych monologów. I to dosłownie od każdego! Rozumiem, że takie teksty może sadzić Reiner (Javier Bardem), ale nie jakiś były klient w restauracji czy też cieć pracujący w meksykańskiej mordowni. Ilość tego gówna po prostu poraża. Podejrzewam, że Nicolas Winding Refn w całej swojej filmografii nie miał tylu dialogów, ile w "Counselor" upchnął McCarthy do spóły ze Scottem. Skoro przebrnęliśmy przez problem okropnych dialogów czas przyjrzeć się rozwiązaniom fabularnym. Generalnie nie zauważyłem żadnej świeżości, film nie wnosi kompletnie nic nowego do tematu narkobiznesu. Owszem bywa brutalnie, aczkolwiek niektóre rozwiązania wydają mi się wysoce upośledzone. Za najlepszy przykład niechaj posłuży dekapitacja, której dokonano za pomocą pułapki na intelektualnym poziomie Kojota ze Strusia Pędziwiatra (autentycznie!). Oczywiście pułapka została założona na publicznej drodze w USA, po której przez kilka godzin (tj. aż do czasu pojawienia się ofiary) nie przejechał dokładnie nikt! Wydaje mi się po prostu, że przez większość kręcenia filmu Scott i McCarthy mieli wyłączone mózgi.
Na bogato bardzo.
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Świat przedstawiony w "The Counselor" to coś w rodzaju bling-blingowej utopii: piękni ludzie, Bentleye, wypasione posiadłości, brylanty z Amsterdamu, a nawet gepardy. Jedna z recenzji na IMDb zaczynała się od stwierdzenia, że Ridley nakręcił dwugodzinną reklamę Calvina Kleina. Wszystko to sprawia, że chłopcy z "Savages" w porównaniu do dzieła Scotta wyglądają jak Rumuni przy Lexusie. Może to właśnie z nadmiernego zbytku nasi bohaterowie zachowują się niemal jak idioci i w obliczu totalnej porażki nic nie robią sobie z gróźb kartelu. Wygląda to mniej więcej tak: towar za grube hajsy stracony, ale co z tego – będzie dobrze, kartel wyrozumiały, posłuchaj mojej historii o jakichś pierdołach. Beztroska filmowych postaci jest po prostu uderzająca! Winę w większym stopniu ponosi na pewno McCarthy, skoro stworzył takie gówno, ale gdzie miał mózg Scott, gdy brał się za kręcenie? Przecież tak doświadczony reżyser powinien być w stanie skorygować błędy swojego scenarzysty i wykrzesać cokolwiek, w szczególności, że posiadał tak znakomitą obsadę! Zamiast tego znajduję w "The Counselor" sekwencję, w której Malkina (Cameron Diaz) dosłownie rucha auto Reinera oraz wysoce żenującą scenę spowiedzi. O ile pierwszy motyw jest jeszcze do przyjęcia z powodu genialnej miny Reinera, ale nijak pasuje do Scotta, to drugi nadaje się raczej do jakiejś głupawej komedii. Jeśli chodzi natomiast o jakieś zalety to nie spodziewałem się, że kiedykolwiek napiszę to przy dziele takiego mistrza. Mianowicie - dostrzegłem aż ... dwie. Na plus zaliczę może ze dwa utwory ze ścieżki dźwiękowej oraz fakt, że wszyscy zwracali się do głównego bohatera per Counselor. Nic ponadto... Aha, jeszcze jedna kwestia: może przydałoby się zrobić napisy, gdy bohaterowie mówią po hiszpańsku? Wiem, że w USA sytuacja wygląda inaczej, ale tak się składa, że nie jestem Hispanic.
Javier, pls!
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Mimo zgromadzenia wielkiej ilości hollywoodzkich gwiazd żadna kreacja mnie nie zachwyciła. Michael Fassbender przeważnie snuje się smutno po ekranie wysłuchując życiowych porad od reszty obsady, a czasami wydaje się zabujany w Penélope Cruz jak jakiś gimb. Z kolei wybranka jego serca to postać prawdziwie niewinna, dobra i w ogóle – po prostu nudna. Javier Bardem wypadłby całkiem młodzieżowo, gdyby jego postać nie była aż tak oderwana od rzeczywistości i gdyby nie wykreowano mu tak porażającej umysł stylówy. Cameron Diaz w roli zimnej suki odnalazła się całkiem dobrze, ale nie jest to kreacja szczególnie zapadająca w pamięć. Ostatni z wielkich, Brad Pitt, gra kolesia znającego temat i dysponującego poczuciem humoru – czyli tak jak zawsze. Ucieszyłem się jedynie z obecności na ekranie Natalie Dormer – długo zastanawiałem się skąd znam tę twarz zanim nie przypomniałem sobie, że występuje w "Grze o Tron". Generalnie z zebrania pięciu gwiazd wielkiego formatu nie wynika kompletnie nic.
Któż z nas nie sprowadzał koksu z Kolumbii?
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
"The Counselor" najzwyczajniej w świecie męczy i wkurwia. W trakcie ostatnich minut seansu ogarnęła mnie ogromna irytacja. Spodziewałem się, że nie będzie to wybitne kino, ale nie sądziłem, że McCarthy i Scott pójdą w tym kierunku. Uznaję "The Counselor" za brakujące ogniwo filmowej ewolucji pomiędzy normalnym kinem, a wyczynami pokroju "Revolveru" Guya Ritchiego. Widocznie im twardsze narkotyki są tematem filmu, tym cięższe i bardziej męczące filmy należy kręcić. Gdybym stanął przed wyborem jaki film obejrzeć ponownie to bez wahania wskazuję "Savages". Dzieło Stone'a przynajmniej jest lekkie w odbiorze i nie ma ambicji aby stać się pseudofilozoficzną opowiastką. A chociaż Oliver upadł nisko to jednak inspirował się samym McG, dzięki czemu jego film zapewniał jakiś poziom rozrywki (chociaż dosyć niski). W mojej opinii upadek Scotta jest jednakże o wiele bardziej bolesny i naprawdę nie wróży to dobrze jego przyszłej karierze. A Cormacowi McCarthy'emu, wzorem Rawlsa z "The Wire", dedykuję wielkiego fucka w oko za fatalne dialogi, których musiałem słuchać przez prawie dwie godziny i wyjątkowo gówniany scenariusz.
źródło: http://www.thecounselormovie.com
Ocena: 3/10 (niestety).

czwartek, 11 października 2012

"Prometheus"



Space: The final frontier. Science fiction to zdecydowanie mój ulubiony gatunek filmowy. Oglądałem wszystkie współczesne klasyki, średniawki oraz całkowite chujozy, a na dodatek setki seriali: od kultowego "Star Trek” przez "Battlestar Galactica”, "Space: Above and Beyond”, "Firefly” po dzieła w rodzaju "Andromedy” z Kevinem Sorbo (jakby ktoś nie wiedział, to jest to niesławny Herkules). Ostatnio, z braku dobrego s-f, oglądałem nawet szwajcarskie produkcje tego rodzaju ("Cargo”). Dlatego też kiedy usłyszałem o "Prometeuszu” ucieszyłem się licząc na powrót dobrego s-f klasy co najmniej "Alien”. Przyznam, że raczej negatywne recenzje trochę mnie zniechęciły do projekcji, bo bałem się, że będę zmuszony wystawić klasyczne 3/10. Dlatego też seans trochę odwlókł się w czasie – ale wreszcie mogę się podzielić wrażeniami.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
W niezbyt odległej przyszłości grupa badaczy pod przewodnictwem dr Shaw (Noomi Rapace) i dr Hollowaya (Logan Marshall-Green) odkrywa na Isle of Skye starożytne malunki skalne. Okazuje się, że w wielu miejscach na świecie występuje podobny wzór – zaproszenie do odległej galaktyki. Naukowcy przekonują szefa potężnej korporacji Weyland (późniejszej Weyland-Yutani z serii "Alien”) do sfinansowania wyprawy tytułowym "Prometeuszem” na zadupie wszechświata, jak to określił kapitan Janek. Shaw i Holloway liczą na rozwiązanie odwiecznej zagadki – początków ludzkości i spotkania z tzw. Inżynierami, którzy w ich opinii stworzyli gatunek ludzki. U kresu podróży badacze odnajdują starożytne ruiny obcej cywilizacji.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
Fabularnie było zatem przynajmniej interesująco, niestety akcja rozwinęła się bardzo niekorzystnie dla filmu. Niektóre rozwiązania fabularne są po prostu tragiczne, momentami głupota bohaterów jest nie do opisania (np. jak można bujać się po obcej planecie bez broni?), a oni sami zachowują się jak istoty pozbawione wyobraźni – a przypominam, iż to nie są ludzie zwerbowani do pracy za 5 PLNów na godzinę, a wykwalifikowani naukowcy wykonujący misję na obcej planecie. To naprawdę momentami poraża mózg. Końcowe nawiązanie do serii "Alien” nie jest dla mnie ani zajebiste ani żenujące. Po prostu jest mi całkowicie obojętne – jeśli była potrzeba wstawienia takiej sekwencji to można było ją wymyślić zdecydowanie lepiej. Jako fan serii "Alien” mogę się również przyczepić do wyglądu statku, bo korporacja Weyland urządziła „Prometeusza” jakby miał brać udział w kosmicznym MTV Cribs (m.in. stoły bilardowe, nieprzebrane zapasy alkoholu). Poza tym skoro nawiązujemy do Aliena to chciałbym przypomnieć jak ascetycznie wyglądał "Nostromo” i jakich bajerów nie posiadał. Jasne, że to był statek transportowy, ale akcja działa się o wiele później, więc trochę to problematyczne (wiadomo, kiedy go kręcono nie było odpowiedniej technologii). Miałem również wylać hektolitry hejtingu za obsadzenie Guya Pierce’a jako Petera Weylanda, ale trivia z IMDb wyjaśniła sprawę (nie będę spoilował dla tych, którzy jeszcze nie oglądali). Niemniej jak się ostatecznie okazało zabieg ten był i tak bezcelowy, a więc szkoda, że to nie Max von Sydow dostał tę rolę.
źródło: http://www.prometheus-movie.com/
Tym razem na koniec zostawiam zalety. Na pewno solidne aktorstwo, chociaż dla mnie w filmach sf nie ma to większego znaczenia, bo liczą się głównie rozwiązania fabularne. W szczególności podobał mi się Michael Fassbender w roli androida Davida, Idris Elba jako kapitan statku Janek (na Bełta, co za imię dla postaci) oraz Charlize Theron (Vickers). Efekty naprawdę świetne (szczeniaki, a w szczególności hologramy), zdjęcia, plenery bardzo przekonujące – pod względem wizualnym film jest doskonały. „Prometeusz” to nie jest tragiczne kino, ale niestety nie ma w sobie oczekiwanej krzty boskości. Na szczęście nie jest to także wtórne kosmiczne Pocahontas i dlatego chciałbym zobaczyć sequel.

Ocena: 6/10 (ocena zdecydowanie podniesiona za wizualia).