Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katherine Waterston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katherine Waterston. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2023

"Perry Mason" (2023, sezon 2)

There’s no such thing as jutice.
There’s only the illusion of justice.

Ostatnio nie mam za bardzo czasu na śledzenie wszystkich doniesień z kinowego i serialowego świata, w szczególności, że większość z nich dotyczy opinii kogoś o czymś tam, co mnie w sumie raczej średnio interesuje. Z zaskoczenia dowiedziałem się zatem o powstaniu drugiego sezonu "Perry’ego Masona", co niezmiernie mnie ucieszyło, gdyż wręcz uwielbiam premierową odsłonę (recenzja tutaj). I gdy zastanawiałem się kiedy wreszcie będę miał okazję obejrzeć najnowsze perypetie niesfornego prawnika z Los Angeles przypadkowo zauważyłem na HBO Max, że właśnie jesteśmy w połowie nowego sezonu. Pierwsze cztery odcinki pochłonąłem niemal od razu, ale niestety kolejne już standardowo, w tygodniowych odstępach. A ponieważ całkiem niedawno zaliczyłem finałowy epizod, postanowiłem skreślić kilka zdań o tym wybitnym i niedocenionym (moim zdaniem) serialu, a przy okazji delektować się winem modrý portugal prosto z Moraw (chociaż podążając za preferencjami bohaterów lepiej pasowałaby butelka whiskey albo bourbona).
© 2023 Home Box Office, Inc.

W kilka miesięcy po wydarzeniach z pierwszego sezonu Perry Mason (Matthew Rhys) nie za bardzo interesuje się działalnością własnej kancelarii. Wszystkie sprawy spoczywają na barkach nieugiętej i pracowitej Delli (Juliet Rylance), której udaje się zmienić kierunek działania ze spraw karnych na bardziej dochodowe, związane z prawem gospodarczym. Jednak, aby nie było zbyt nudno, w Mieście Aniołów zostaje zamordowany Brooks McCutcheon (Tommy Dewey), lokalny filantrop, a przy okazji syn naftowego potentata Lydella (Paul Raci). O morderstwo zostają oskarżeni młodzi bracia Gallardo meksykańskiego pochodzenia: 18-letni Rafael (Fabrizio Guido) posiadający talent malarski oraz 20-letni Mateo (Peter Mendoza) mający żonę i malutką córkę. Prokuratura dowodzona przez Hamiltona Burgera (Justin Kirk) i skierowanego do sprawy młodego, ambitnego karierowicza Thomasa Mulligana (Mark O’Brien) domaga się kary śmierci. Jak łatwo się domyślić Perry i Della podejmują się obrony skazanych na pożarcie braci Gallardo, chociaż wcale nie przychodzi im to z łatwością.
© 2023 Home Box Office, Inc.

W drugiej odsłonie "Perry Mason" w dalszym ciągu trzyma mocny klimat kryminałów noir. Swoją drogą niedawno oglądałem trailer filmu "Marlowe" z Liamem Neesonem w roli głównej i jeśli w tych ponad dwóch minutach materiału zawarto to co najlepsze w tej produkcji to wypada to naprawdę słabo. W przypadku omawianego serialu scenografia i kostiumy ponownie wyglądają znakomicie. Los Angeles to na pozór Miasto Aniołów, w którym wszystko wydaje się być możliwe, ale pod piękną fasadą kryją się przekręty finansowe, hazard, narkomania, problemy rasowe, a przede wszystkim życie w ubóstwie. Przykładowo znany z pierwszej odsłony mało sympatyczny detektyw Holcomb (Eric Lange) inwestuje pieniądze w pływające kasyno, które okazuje się niezbyt dobrze funkcjonującym interesem (nawet mimo dosyć brutalnych metod zwalczania konkurencji). A zamordowany Brooks McCutcheon trwonił pieniądze bogatego ojca na budowę stadionu baseballowego i sprowadzenie do L.A. drużyny, ale przy realizacji tego projektu doprowadził do wysiedlenia setek ubogich, latynoskich mieszkańców z ich dzielnicy, żeby później rozdawać ludziom jedzenie za darmo i zgrywać wielkiego filantropa.
© 2023 Home Box Office, Inc.

Wracając natomiast do oprawy serialu to bardzo cieszę się, że twórcy postanowili utrzymać charakterystyczną czołówkę oraz, że ponownie udało się stworzyć naprawdę fajną ścieżkę dźwiękową. Akcja, podobnie jak w pierwszym sezonie, rozgrywa się raczej w nieśpiesznym tempie. Pojawiły się natomiast nowe wątki osobiste dotyczące Perry’ego i Delli, ale w przypadku perypetii panny Street odniosłem wrażenie, że w pewnym momencie sezonu jej sprawy uczuciowe zostały zepchnięte na dalszy plan i pozostawione bez jakiegoś wyraźnego podsumowania czy zakończenia, które miało miejsce choćby w przypadku analogicznego przypadku Masona i Ginny (Katherine Waterston). Ciekawie poprowadzono również postać czarnoskórego, byłego policjanta, Drake’a (Chris Chalk), który zmuszony został do zamieszkania z rodziną żony i próbuje związać koniec z końcem wplątując się przy okazji w porachunki prokuratury i lokalnego gangstera rządzącego dzielnicą. Wszystko to ogląda się naprawdę znakomicie i niezwykle wciągająco – aż chciałoby się przysiąść do Delli i Perry’ego, żeby zapalić z nimi  papierosa i wychylić szklaneczkę whiskey!
© 2023 Home Box Office, Inc.

Kilka słów o poszczególnych postaciach i aktorstwie. Perry Mason w wykonaniu Matthew Rhysa to w dalszym ciągu depresyjny poszukiwacz prawdy, który pozbawiony celu, do którego może dążyć, czuje się totalnie zagubiony w otaczającej go rzeczywistości. W drugim sezonie Walijczyk w świetnym stylu wraca do roli niesfornego prawnika. Gwiazda Delli Street granej przez Juliet Rylance tym razem świeci jeszcze mocniej. Ponownie bierze na swoje barki funkcjonowanie kancelarii prawniczej, a dodatkowo wdaje się w ciekawą relację z niezależną Anitą St. Pierre, w którą brawurowo wcieliła się Jen Tullock. W tym kontekście trochę ubolewam nad znaczącym ograniczeniem roli Hazel (Molly Ephraim), która była niezwykle jasnym punktem pierwszego sezonu. Dobrze wypada także Chris Chalk (Paul Drake), którego bohater oprócz problemów zawodowych musi mierzyć się z przyziemnymi sprawami rodzinnymi. W tym kontekście warto również wspomnieć o Clarze, żonie Drake'a, którą bardzo fajnie zagrała Diarra Kilpatrick. Udane powroty do ról zaliczyli także Justin Kirk wcielający się prokuratora okręgowego Burgera oraz Shea Whigham, grający Pete’a Stricklanda (chociaż chciałbym go oglądać zdecydowanie więcej). Moim zdaniem najciekawszą najlepiej zagraną nową postacią drugiego sezonu jest natomiast sędzia Durkin (Tom Amandes), w którym zdecydowanie widać powagę i majestat pełnionego urzędu. Jeśli natomiast miałbym się do czegoś przyczepić to wydaje mi się, że trochę nie wykorzystano potencjału drzemiącego w postaci granej przez Katherine Waterston, którą uwielbiam od czasów "Inherent Vice" (nawet teraz mam jako tapetę ustawiony plakat z filmu Paula Thomasa Andersona).
© 2023 Home Box Office, Inc.

Przy udanym pierwszym sezonie zawsze pojawia się obawa czy kolejny udźwignie ten ciężar doskonałości. W przypadku "Perry’ego Masona" bardzo wysoki poziom został utrzymany i szczerze polecam ten po trosze dramat sądowy a po trosze opowieść detektywistyczną w ośmiu aktach wszystkim, nie tylko miłośnikom stylistyki noir. I na tym kończę dzisiejsze spotkanie mając nadzieję, że wkrótce będziemy mieli okazji spotkać się przy sezonie numer trzy.
© 2023 Home Box Office, Inc.

Ocena: 9/10.

sobota, 23 września 2017

"Alien: Covenant" (2017)



Serve in Heaven or reign in Hell?

Wydawało się, że monstrualny zjazd kariery Ridleya Scotta (jebać fanów marsjańskiego stolca – recenzja w linku: "The Martian") uratować może wyłącznie powrót do korzeni. I w założeniu tym właśnie miał być "Alien: Covenant" (w Polszy znany jako "Obcy: Przymierze"). Po budzącym skrajne emocje "Prometeuszu" angielski heros reżyserii postanowił zrezygnować z pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego pomysłu na sequel (a przy okazji ze znakomitego tytułu "Paradise Lost", nawiązującego do siedemnastowiecznego poematu Johna Miltona) i wrócić do sprawdzonego schematu z oryginalnego "Obcego". Także zamiast poznawać najgłębsze tajemnice Inżynierów, które w zasadzie były dla mnie jedyną interesująca rzeczą w poprzedniej produkcji, otrzymaliśmy kolejny odgrzewany kotlet. Niemniej liczyłem, że w Ridleyu pozostały jeszcze okruchy dawnej wielkości i może tym razem uda mu się odbić od dna, na które stopniowo opadał przez ostatnie lata. Dodatkowo czynnikiem dającym jakąś tam nadzieję były ambitne plany reżysera, czyli zapowiedź nakręcenia 65 kolejnych części "Obcego".
źródło: http://www.impawards.com
W jedenaście lat po tragicznych wydarzeniach przedstawionych w "Prometeuszu" załoga statku kolonizacyjnego Covenant przemierza odmęty kosmosu, by dotrzeć do odległej planety Origae-6. Wskutek niespodziewanej awarii spokojny dotychczas lot zostaje przerwany, a kapitan Branson (James Franco) traci życie w dramatycznych okolicznościach. Podczas naprawy uszkodzeń pozostali przy życiu członkowie załogi odbierają dosyć dziwny komunikat radiowy z pobliskiej, niewielkiej planety łudząco przypominającej Ziemię. Wbrew korporacyjnemu etosowi kontynuowania misji za wszelką cenę zapada decyzja o porzuceniu dotychczasowego celu i skupieniu się na eksploracji źródła tajemniczego przekazu. Czy to nie brzmi znajomo?
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ostatnio, przy okazji zaznajamiania Grażki z serią, miałem okazję odświeżyć sobie wszystkie dotychczasowe produkcje. W trakcie niedawnego maratonu nie pominęliśmy również "Prometeusza". Muszę przyznać, że kolejny seans pogłębił moje przekonanie o głupocie tegoż dzieła i dał poważnie do myślenia czy wystawione parę lat temu 6/10 nie stanowi zdecydowanie zbyt wysokiej noty. Niemniej, jak się okazało wkrótce po obejrzeniu ostatniej części, twórcy postanowili pójść jeszcze dalej w ukazywaniu głupoty oraz intelektualnego lenistwa swoich bohaterów. Wyobraźcie sobie bowiem, że lądujecie na obcej planecie, trochę podobnej do Ziemi. Czy wychodząc ze statku kosmicznego nie założylibyście skafandrów ochronnych, choćby na wszelki wypadek? Oczywiście załoga Covenant, twardo przekonana o swojej odporności na wszelkie pozaziemskie zagrożenia, tego nie czyni – jak się łatwo domyślić konsekwencje są opłakane i pojawiają się niemal błyskawicznie. Z drugiej strony nawet najgrubsze skafandry ochronne mogłoby nie pomóc tej bandzie profesjonalnych inaczej eksploratorów kosmosu. Jak można w poważnym filmie nakręcić scenę, w której dwójka bohaterów w odstępie kilku sekund zalicza glebę na tej samej kałuży krwi? Jakim trzeba mieć iloraz inteligencji, aby rozpocząć chaotyczny ostrzał wewnątrz statku kosmicznego wypełnionego zbiornikami, które mogą eksplodować w każdej chwili? Jak bardzo trzeba być odpowiedzialnym, aby zaryzykować życie dwóch tysięcy zahibernowanych kolonistów dla czystej prywaty? Niestety, ku mojemu absolutnemu zdziwieniu, takich scen są całe masy – tylko usiąść i rzewnie zapłakać nad tym absurdem oraz nonsensem.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Skoro czynnik ludzki kompletnie nie spełnia pokładanych w nim nadziei (mentalnie jest to poziom w okolicach dalszych części "Transformers") to czy warto w ogóle oglądać "Alien: Covenant"? Z pewnością warto docenić wrażenia wizualne, które zaserwował nam Ridley Scott i spółka. Pod tym względem trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale jednak jest jeden spory wyjątek. Oglądanie xenomorpha czy też neomorpha to już zdecydowanie nie to samo doznanie co kiedyś. W szczególności, gdy stworzenie zostało w całości wykreowane w CGI i możemy zobaczyć je w dziennym świetle. Okrutna, bezwzględna istota traci w ten sposób wszystkie dotychczasowe atuty, które budowały przerażenie u widza. O wiele lepiej, gdyby xenomorph pozostał tam gdzie jego naturalne miejsce – w półmroku, klaustrofobicznie ciasnych wnętrz statków kosmicznych czy pozaziemskich baz. W scenach rozgrywających się pomiędzy androidami dostrzegam z kolei szczątki pierwotnego, o wiele bardziej ambitnego projektu Ridleya. Liczne nawiązania do literatury, filozoficzne dysputy – o ileż wypada to ciekawiej od oglądania skutków kolejnej kretyńskiej decyzji! Konfrontacje poglądów Davida (Michael Fassbender) oraz Waltera (również Michael Fassbender) to tak naprawdę najciekawsze i najlepsze momenty "Alien: Covenant". Swoją drogą można również wysnuć niepokojący wniosek, że ludzie stali się podrzędną rasą w stosunku do sztucznej inteligencji, którą sami stworzyli (a przy najmniej takiż wniosek wysnuła ona sama). Podobnie jak w "Prometeuszu" pojawia się wyraźny problem z zaawansowaną technologią widoczną na ekranie - w szczególności, jeżeli zestawimy to z pierwotnymi "Alienami", które rozgrywały się przecież znacznie później.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
 Omówienie wyczynów aktorskich tym razem rozpocznę nietypowo, ponieważ pragnę zwrócić uwagę na kompletnie nonsensowny i wręcz absurdalny angaż Jamesa Franco do roli kapitana Covenant, który ginie w ciągu pierwszych pięciu minut filmu. Świetny pomysł, żeby spektakularnie zmarnować potencjał tak doskonałego aktora! I chuj z tego, że nakręcono niby jakieś tam sceny z nim, skoro nie ma ich w ostatecznej wersji filmu! Gdy otrząśniemy się już z pierwszego szoku to warto zwrócić uwagę na znakomity występ Michaela Fassbendera w podwójnej roli. Zarówno David, znany z "Prometeusza", jak i Walter to kawał świetnej aktorskiej roboty i jeden z niewielu powodów, dla których warto oglądać kolejny epizod rozmieniania się Ridleya na drobne. O reszcie występów najlepiej byłoby nic nie pisać, ponieważ poziom ich miałkości jest totalny. Aktorzy postarali się tak dobrze, że z wyjątkiem imion androidów, po seansie nie byłem w stanie nazwać żadnego z bohaterów. Warto jedynie napomknąć o trochę mniej miałkich rolach Katherine Waterston (Daniels), Billy’ego Crudupa (Oram) czy Danny’ego McBride’a (Tennessee).
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat Ridley Scott kompletnie zawiódł moje oczekiwania. "Obcy: Przymierze" po raz kolejny powiela ten sam pomysł na film, aczkolwiek tym razem toniemy w oceanie absurdu, głupawych decyzji oraz CGI, które kompletnie niszczy złowieszczy wizerunek xenomorpha. To naprawdę nadaje się do oglądania wyłącznie dla najbardziej zagorzałych miłośników serii. Aha, jeśli liczycie, że dostaniecie jakiekolwiek odpowiedzi na pytania postawione w "Prometeuszu" to kindybał Wam w szamot.
© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation
Ocena: 4/10.

wtorek, 21 kwietnia 2015

"Inherent Vice" ("Wada Ukryta")



Chociaż dotychczas udało mi się przeczytać jedynie dwie powieści Thomasa Pynchona (nad czym stale ubolewam) to uwielbiam wprost charakterystyczny styl tego amerykańskiego pisarza, skrzętnie ukrywającego swoje życie osobiste przed światem. 49 idzie pod młotek stanowiło dla mnie niezwykłą przygodę i dostarczyło ogromu pozytywnych wrażeń. Póki co nie miałem okazji zabrać się za V. czy encyklopedyczną Tęczę grawitacji, ale udało mi się za to dopaść wydaną w 2009 roku Wadę ukrytą (Inherent Vice) utrzymaną w klimacie postmodernistyczno-narkotykowo-paranoicznego noir. I to właśnie ta wielowątkowa, znakomita powieść trafiła na wielki ekran jako pierwsze dzieło Pynchona. Długo zastanawiałem się czy przełożenie specyficznego stylu oraz klimatu książki na język filmu będzie w ogóle możliwe. Trailer produkcji reżyserowanej przez Paula Thomasa Andersona nie urwał mi żadnych członków. Co więcej, wbrew entuzjastycznemu podejściu moich znajomych,  wywołał u mnie poważne obawy co do jakości ekranizacji. Po raz kolejny bowiem, przeczytawszy uprzednio książkę, miałem wyobrażenie odnośnie tak trywialnych kwestii jak choćby wygląd poszczególnych postaci. Niemniej, zgodnie ze starym filmowym porzekadłem: nie oceniaj filmu po trailerze, postanowiłem dać szansę "Inherent Vice" i podejść do produkcji z nastawieniem pozbawionym jawnych uprzedzeń.
Mistrzowski plakat.
(źródło: http://www.impawards.com)
Zanim przejdę do krótkiego omówienia fabuły należy Wam się kilka słów odnośnie tytułu. Inherent vice, czyli wada ukryta, to termin prawniczy, który w kontekście powieści Pynchona oraz filmu Andersona wiąże się bezpośrednio z prawem morskim oraz ubezpieczaniem ładunków: oznacza wszelkie potencjalne wady ładunku, które mogą doprowadzić do jego uszkodzenia lub zniszczenia ze względu na fizyczne właściwości danego towaru. Nasza opowieść rozpoczyna się w 1970 roku w Los Angeles. Larry "Doc" Sportello (Joaquin Phoenix) to lokalny prywatny detektyw, spędzający większość egzystencji na próbach pobicia rekordu świata w paleniu jointów. Jak możecie sobie łatwo wyobrazić codzienne przyjmowanie monstrualnych ilości THC negatywnie wpłynęło na percepcję oraz procesy myślowe naszego bohatera. Chociaż intelektualnie Doc nie jest może już ostry jak brzytwa to nadal cieszy się sławą solidnego śledczego. Niemniej, gdy w jego życie ponownie wkracza była dziewczyna Shasta (Katherine Waterston) prosząc o pomoc przy skomplikowanej sprawie związanej z obłędnie bogatym developerem (i jednocześnie jej obecnym kochankiem), Sportello daje się wciągnąć w wielowątkową intrygę, w której główne role odgrywają aryjskie gangi motocyklowe, funkcjonariusze LAPD, muzycy surf rockowi oraz indochiński kartel narkotykowy.
© 2014 Warner Bros. Ent.
Tak jak wspomniałem we wstępie, najbardziej obawiałem się czy Andersonowi uda się uchwycić w filmie książkowy klimat surrealistyczno-narkotykowej paranoi. Na szczęście "Inherent Vice" pod tym względem wypada znakomicie. Co więcej, fabularnie ekranizacja jest wyjątkowo (jak na dzisiejsze standardy) wierna powieści Pynchona. Z powodu wielowątkowości i złożoności książki dotrzymanie wierności w takim stopniu zasługuje oczywiście na ogromny szacunek. Jeśli chodzi o największe różnice to w przeciwieństwie do powieści narratorką jest Sortilége (Joanna Newsom), aczkolwiek dało niezwykle interesujący efekt. Kalifornia przedstawiona w "Inherent Vice" to wyjątkowo ciekawe miejsce, pełne tajemnic i zagadkowych, na pozór niezwiązanych ze sobą wydarzeń. Gdzieś w tle majaczy niewyraźne widmo rządu federalnego, który przy pomocy FBI oraz sieci tajnych współpracowników i konfidentów nieustannie konstruuje misterne intrygi wymierzone w licznych przeciwników establishmentu. Jak przystało na typową produkcję poruszającą problemy zwierzchnictwa oraz kompetencji w organach ścigania przedstawiciele lokalnej władzy (LAPD) oczywiście nienawidzą federalnych (z wzajemnością). Okresowo, na drugim planie, pojawia się mistyczny Złoty Kieł – w zależności od aktualnej fazy Doca indochiński kartel narkotykowy albo korporacja zrzeszająca dentystów z Miasta Aniołów. Sportello, z powodu wyglądu oraz zamiłowania do blantów, zaliczany jest do hipisów, najniższej klasy społecznej, pogardzanej zarówno przez fedziów (szeroki pakiet konfidenckiej współpracy), jak i gliniarzy z L.A. Oglądając "Inherent Vice" zwróćcie szczególną uwagę na liczne kontakty Doca z policją (moja ulubiona scena to ciężki wpierdol od Wielkiej Stopy nakręcony w slow motion).
© 2014 Warner Bros. Ent.
Chyba nie muszę wspominać jak ważne znaczenie dla fabuły "Wady ukrytej" mają narkotyki. Doc permanentnie znajduje się bowiem pod wpływem marihuany, ale swoje narkotykowe menu chętnie poszerza również o kokainę, kwasa czy choćby PCP. Oczywiście wszystkie wymienione substancje wpływają wyjątkowo negatywnie na percepcję naszego bohatera, aczkolwiek Kalifornia oglądana z narkotykowej perspektywy prezentuje się znakomicie. Ujęły mnie szczególnie sceny, w których Sportello rozmawiając ze swoim zleceniodawcami oraz osobami dysponującymi ważnymi informacjami dla śledztwa zapisuje w notatniku własne przemyślenia ograniczające się do słów paranoja, halucynacje itp. Ogromną zaletą "Wady ukrytej" są bez wątpienia dialogi. Pełne humoru, ironiczne kwestie są znakomicie napisane, ale w tym przypadku hołd należy się tajemniczemu Thomasowi Pynchonowi – swoją drogą już powstała legenda, że pisarz ma cameo w filmie. Ponadto Anderson naprawdę postarał się, aby ekranizacja mocno trzymała się lat 70-tych – zwróćcie uwagę choćby na zdjęcia, imponująca robota. Jedyne do czego naprawdę mogę się przyczepić to ścieżka dźwiękowa. Jak na mój gust trochę za mało wyrazista i niestety żaden utwór nie zapadł mi szczególnie w pamięć.
© 2014 Warner Bros. Ent.
Oglądając trailer bardzo sceptyczne podchodziłem do obsadzenia Joaquina Phoenixa w roli głównej. Niemniej po obejrzeniu "Inherent Vice" jestem zmuszony przyznać, że aktor wcielający się w Doca świetnie wywiązał się z zadania. Phoenix znakomicie wczuł się w narkotykowo-paranoiczną osobowość Sportella, tworząc imponującą kreację, niemal w 100% zgodną z moim książkowym wyobrażeniem. Równie wielkie propsy dla Josha Brolina, grającego porucznika "Wielką Stopę" Bjornsena. Ostatnio żywiłem głębokie przekonanie, iż Brolin notuje potężny zjazd, ale tą rolą udowodnił, że może nie warto go całkowicie skreślać. Obaj aktorzy postarali się, by między ich filmowymi postaciami zaistniała prawdziwa chemia i doskonale widać to ekranie. Spore wrażenie zrobiła na mnie również Katherine Waterston wcielająca się w Shastę – aktorkę dobrano niemal idealnie pod moje wyobrażenie tej postaci. Na drugim planie natomiast prawdziwa klęska urodzaju: Reese Whiterspoon (Penny), Owen Wilson (Coy), Eric Roberts (Wolfmann), Michael Kenneth Williams (Tariq), Hong Chau (Jade), Benicio del Toro (Sauncho), Martin Donovan (Crocker Fenway), Jena Malone (Hope). "Inherent Vice" to jeden z tych wyjątkowych filmów, w których najmniejszy, choćby najbardziej epizodyczny występ, zwraca uwagę widza. Wielkie propsy dla całej obsady!
© 2014 Warner Bros. Ent.
Nie da się ukryć, że Paul Thomas Anderson, sam będący fanem Pynchona, nakręcił film skierowany głównie do miłośników twórczości tego wybitnego amerykańskiego pisarza. Jeżeli wcześniej nie mieliście żadnej styczności z jego twórczością to "Inherent Vice" może przytłoczyć Was mocno unikalnym, narkotykowo-paranoicznym klimatem lub być po prostu niezrozumiałe w odbiorze. W związku z powyższym przed obejrzeniem "Wady ukrytej" zalecam zapoznanie się ze znakomitym książkowym oryginałem. Owacja na stojąco dla Andersona za odwagę, by nakręcić film tak zgodny z duchem powieści Thomasa Pynchona!
© 2014 Warner Bros. Ent.
Ocena: 8/10.