środa, 24 lutego 2021

"Palm Springs" (2020)

Today, tomorrow, yesterday, it's all the same.

W połowie lutego doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Jaśnie oświeceni rządzący, którzy po wsze czasy będą słynąć ze sprawnego inaczej (żeby nie powiedzieć upośledzonego) sposobu radzenia sobie z pandemią, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w akcie swojego bezgranicznego miłosierdzia postanowili otworzyć zamknięte od miesięcy kina. Zaskoczony wielce postanowiłem niezwłocznie wykorzystać ten niezwykły dar od losu, gdyż jak głosi stara, acz wyjątkowo prawdziwa maksyma: łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Doskonale przy tym pamiętam jaką chujozą skończyło się zamknięcie barów i restauracji ogłoszone w październiku tuż przed moją długo wyczekiwaną wizytą w cieszyńskim Kornelu (swoją drogą gorąco polecam tę miejscówkę, która nawet teraz funkcjonuje jako księgarnia/antykwariat z pyszną kawą i jeszcze pyszniejszymi ciastami na wynos), a przecież kiedy zaczynam pisać tę recenzję naciera podobno czternasta fala zarazy. W ramach pierwszego w 2021 roku wyjścia do kina postanowiliśmy wesprzeć krakowskie kino Mikro, które przez rządowe obostrzenia znalazło się w bardzo trudnej sytuacji finansowej, a na seans wybraliśmy zeszłoroczny hit z festiwalu w Sundance, czyli "Palm Springs" w reżyserii Maxa Barbakowa (o którym pewnie nie słyszeliście wcześniej, jak i zresztą ja).

© 2021 Hulu, LLC

Od razu muszę wspomnieć, że "Palm Springs" opowiada o pętli czasowej (w stylu "Dnia świstaka" albo "Edge of Tomorrow"). Sympatyczny Nyles (Andy Samberg) wraz ze swoją dziewczyną Misty (Meredith Hagner) bierze udział w weselu odbywającym się w tytułowym Palm Springs w Kalifornii. Jak się dosyć szybko okazuje nasz bohater przeżywa ten sam dzień niezliczoną ilość razy, skupiając się na dobrej zabawie i bezstresowym podejściu do problemu. W całkowicie przypadkowy sposób Niles wprowadza do swojej zapętlonej rzeczywistości siostrę panny młodej, Sarah (Cristin Milioti) uważaną za puszczalską alkoholiczkę i ogólnie czarną owcę w rodzinie. Dotychczasowa luzacka egzystencja naszego bohatera ulega natychmiast diametralnej zmianie, a gdzieś na horyzoncie majaczy widno złowieszczego Roya (J.K. Simmons).

© 2021 Hulu, LLC

"Palm Springs" zaskoczyło mnie pozytywnie pod wieloma względami. Po pierwsze film ma zajebiście lekki i pozytywny klimat, co należy docenić wyjątkowo w tych smutnych jak pizda czasach srogiej pandemii. Nie wiem czy to wynika z kalifornijskiego słońca (co zabawne twórców nie było stać na kręcenie w tytułowym Palm Springs, więc film powstawał w Palmdale i Santa Clarita) czy po prostu z dobrego scenariusza, ale tę produkcję naprawdę chce się oglądać. I zapomnijmy na chwilę, że nie dostaniemy żadnego naukowego wyjaśnienia w jaki sposób powstała pętla czasowa, w której egzystuje Niles, bo czy tak naprawdę kogokolwiek obchodzą w tym przypadku takie szczegóły? Dodam jedynie, że Sarah poświęci wiele swojego zapętlonego czasu na rozwikłanie tejże zagadki. I nie zaobserwowałem tutaj jakiegoś przegięcia w kreowaniu tegoż luzu czy nadmiernego do bólu przeszarżowania z tworzeniem imprezowego klimatu jak się to często zdarza, ale wszystko wypada po prostu naturalnie (o ile w filmie o pętli czasowej można przyjmować takie założenia). Oglądając "Palm Springs" miałem szczerą ochotę dołączyć do Nilesa żłopiącego browar za browarem w hotelowym basenie lub spędzić trochę czasu z Sarah na robieniu kompletnych głupot, które i tak nie mają większego znaczenia – to właśnie mogę zdefiniować jako magię kina w tych trudnych czasach. Zastanówcie się zatem, czysto teoretycznie, w jaki sposób Wy spędzilibyście wiecznie zapętlony jeden dzień z Waszego żywota? Melanż ostateczny, niczym nieograniczony rozwój osobisty czy pogrążanie się w pogłębiającej się depresji?

© 2021 Hulu, LLC

Druga sprawa, która zrobiła na mnie spore wrażenie, to niezwykle sprawne i umiejętne prowadzenie fabuły, a przede wszystkim wplatanie we wspomniany luźny klimat przykrych i poważnych życiowych problemów. O ile Niles, pogodziwszy się z nieuchronną powtarzalnością dnia, poświęcił się wiecznemu melanżowi, o tyle inni uczestnicy wesela zapętleni w czasie raczej średnio znoszą tę sytuację. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na niezwykle ciekawą postać Sarah, która początkowo wydaje się dosyć jednowymiarową, typową bohaterką komediową, ale z czasem nabiera dramatycznej głębi, która powtarzana dzień w dzień może prowadzić do kompletnej depresji. Warto także docenić kreatywność twórców dotyczącą rozwiązań fabularnych na spędzenie w kółko tego samego dnia. Naprawdę rodzinne, weselne dramaty oraz wspólne perypetie Nilesa i Sarah (dinozaury!) przedstawione na ekranie są absolutnie zabawne. Do tego otrzymujemy świetnie napisany, a przede wszystkim naturalne dialogi, imponujące falshbacki oraz bardzo fajną i pasującą do filmu ścieżkę dźwiękową. Czegóż chcieć zatem więcej?

© 2021 Hulu, LLC

Jeśli chodzi o aktorstwo to dawno nie wiedziałem tak doskonałej ekranowej chemii. Andy Samberg i Cristin Milioti są po prostu stworzeni do tych ról i tworzą świetną ekranową parę bohaterów. W zasadzie jest to aż tak dobre, że chętnie obejrzałbym ich razem w jakimś następnym filmie. A na drugim planie też dzieje się wiele dobrego. J.K. Simmons wcielający się w charyzmatycznego Roya zawłaszcza co prawda samolubnie większość ekranu, ale warto zwrócić uwagę choćby na występ Dale Dickey (Darla), okupującej lokalną mordownię czy posiadającego mały arsenał Briana Duffy’ego (Spuds). Nie sposób przejść obojętnie obok roli Camili Mendes (Tala), która wcieliła się w pannę młodą, a przy okazji siostrę Sarah. Zawsze fajnie zobaczyć na ekranie znanego z serialu "The O.C." (w Polszy "Życie na fali") Petera Gallaghera (Howard). Ogólnie pod tym względem jest naprawdę bardzo dobrze.

© 2021 Hulu, LLC

Na razie "Palm Springs" uważam za najbardziej pozytywne zaskoczenie 2021 roku (chociaż zbliża się dopiero koniec lutego). Jest to świetny film, aby trochę odpocząć od zimowego, męczącego ponurego nastroju i poczuć znacznie luźniejszy i wiele bardziej optymistyczny wakacyjny klimat. Polecam bezapelacyjnie na smutne dni bez słońca!

© 2021 Hulu, LLC

Ocena: 8/10.


sobota, 30 stycznia 2021

"Motherless Brooklyn"/"Osierocony Brooklyn" (2019)

 Sometimes you do everything you’re supposed to, and it all still goes to shit.

Wraz z kolejnym rokiem pojawia się wiele nowych projektów i koncepcji, ale brutalna prawda jest taka, że nie zamknąłem jeszcze nawet wszystkich filmowych i serialowych spraw z 2020. Solennie przyrzekam (ta, jasne, jakiego frajera chcesz jeszcze na to naciągnąć?), że postaram się ogarnąć te tematy jak najszybciej, żeby ku Waszej radości powstało parę fajnych tekstów. Na szczęście w tej kwestii pandemia jest moim nieoczekiwanym sojusznikiem, gdyż obecnie pojawia się stosunkowo niewiele nowości, które wypadałoby obejrzeć, więc mogę skupić się na odrabianiu zaległości. Początek roku (LOL, jest koniec stycznia) postanowiłem przywitać drugim podejściem Edwarda Nortona do reżyserii (pierwsze to "Keeping the Faith" z 2000 roku). "Motherless Brooklyn" (w Polszy "Osierocony Brooklyn") to luźna adaptacja książki Jonathana Lethema wydanej pod tym samym tytułem w 1999 roku. Co ciekawe, w oryginale akcja powieści rozgrywa się pod koniec XX wieku, ale Norton uznał, że o wiele lepiej będzie przesunąć fabułę w koniec lat 50-tych ubiegłego stulecia by stworzyć kryminał w stylu neo-noir. A ponieważ w obsadzie znaleźli się wybitni aktorzy tacy jak Alec Baldwin, Willem Dafoe, Bruce Willis czy Michael Kenneth Williams (Omar Little zawsze na propsie, nawet gdy brakuje nam cracku!), nie wspominając już o samym reżyserze, to zapowiadała się przednia zabawa.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Jak już wspominałem w poprzednim akapicie, akcja "Motherless Brooklyn" została osadzona w Nowym Yorku końca lat 50-tych XX wieku. Cierpiący na zespół Tourette’a, raczej średnio rozgarnięty, choć dysponujący niezwykłą pamięcią Lionel Essrog (Edward Norton), pracuje w agencji detektywistycznej, której właścicielem jest jego mentor Frank Minna (Bruce Willis). W trakcie rutynowej akcji wszystko idzie jednakże fatalnie, w efekcie czego szef firmy zostaje zastrzelony na oczach pracowników, którzy mieli stanowić jego obstawę. Zrozpaczony Lionel postanawia za wszelką cenę odnaleźć sprawców i wymierzyć sprawiedliwość.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Uwielbiam kryminały w stylu noir, o czym wielokrotnie już wspominałem na tym blogu (a przynajmniej tak mi się wydaje). Od razu przyznam, że "Motherless Brooklyn" miał pewne predyspozycje by osiągnąć w tym gatunku znacznie wyższą pozycję. Dbałość o scenografię, klimat czy zgromadzenie tak znakomitej obsady nie zdarza się przecież każdego dnia. A jednak mimo wszystko po projekcji uznałem, że jest to solidna produkcja, która jednak nie przeskoczy nigdy pewnego poziomu. Od razu zadałem sobie pytanie: z czego to wynika? Otóż zdaje się, że moim największym problemem z "Osieroconym Brooklynem" jest brak protagonisty, którego można polubić, utożsamiać się z nim lub chociaż podziwiać nawet w negatywnym sensie. Nie mam zamiaru w żaden sposób wyśmiewać czy dyskryminować osób cierpiących na zespół Tourette’a, ale ekranowy Lionel jest po prostu totalnie wkurwiającą postacią. Rozumiem, że wiele, w zasadzie wszystko, zawdzięczał Frankowi, który wyciągnął go z totalnego gówna, ale jego mentalne frajerstwo oraz choroba psychiczna są na dłuższą metę wyczerpujące. Nie umniejszam przy tym wysiłków aktorskich Edwarda Nortona, ale po prostu tego rodzaju bohater nie pasuje mi do stylistyki noir (jakkolwiek konserwatywnie to zabrzmi). Zwróćcie również uwagę, że pod koniec lat 50-tych, gdy nie było jeszcze Internetu, zespół Tourette’a raczej nie był powszechnie znaną w społeczeństwie przypadłością. Natomiast pozostali bohaterowie filmu nie wyśmiewają nawet Lionela ani jego przypadłości, lecz traktują go jako nieszkodliwego dziwaka. Mam wrażenie, że ten aspekt przeniesienia fabuły w przeszłość wypadł rażąco mało realistycznie.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Mój drugi problem z "Motherless Brooklyn" dotyczy natomiast samej fabuły. Otóż doskonale rozumiem motywacje ubogich mieszkańców slumsów, ale jednak to koncepcje urbanistycznego rozwoju miasta Mosesa Randolpha (Alec Baldwin) doprowadziły Nowy Jork do stanu, w którym znajduje się dzisiaj (zwróćcie uwagę na kwestię mostów i parków, którą podnosi ten bohater w filmie), chociaż oczywiście nie można pochwalać tak brutalnych metod realizacji nawet najlepszych planów. Co ciekawe postać grana przez Aleca Baldwina została oparta na prawdziwym człowieku, który przez dekady odgrywał niebagatelną rolę w Wielkim Jabłku – Robercie Mosesie. Nasz historyczny bohater zrobił co prawda bardzo dużo dla rozwoju Nowego Jorku, ale był także oskarżany o żądzę władzy, działanie z wyjątkowo wątpliwych pobudek etycznych, mściwość czy rasizm. No cóż, z takim bagażem z pewnością nie była to postać godna naśladowania wedle standardów szkolnych wypracowań. Po trzecie w zasadzie dopiero pisząc recenzję uświadomiłem sobie, że w tym filmie policja nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Szanowany, biały bohater wojenny zostaje zastrzelony w biały dzień na ulicy? No trudno, niech jego koledzy z agencji detektywistycznej wyjaśnią sprawę we własnym zakresie, a my pójdziemy na kawę i pączki (no chyba, że wpływu Mosesa są aż tak nieograniczone).

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Chociaż w dwóch poprzednich akapitach skupiłem się raczej na wadach "Motherless Brooklyn" to jednak w dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że jest to solidne kino. Twórcy postarali się o bardzo dobre odwzorowanie realiów epoki końca lat 50-tych ubiegłego stulecia i na ekranie naprawdę nie uświadczymy biedy pod tym względem (zawsze się zastanawiam skąd się bierze tyle aut z tamtych czasów?). Pod względem realizacyjnym jest naprawdę spoko, fabuła potrafi ponadto naprawdę zainteresować widza i mamy naprawdę niewiele głupawych scen. Natomiast najbardziej urzekł mnie motyw bezimiennego Trębacza (Michael Kenneth Williams), który wraz ze swoim bandem bezgranicznie poświęca się tworzeniu cool jazzu. Nie muszę chyba dodawać, że oczywistą inspiracją tej postaci jest sam Miles Davis (na ścianie mojego pokoju zwisał kiedyś jego fotos, zrabowany z jednego ze studenckich, krakowskich barów, z tego miejsca pozdrawiam wszystkich wspólników tegoż zuchwałego czynu!). Sceny z występów zespołu, wplecione w akcję filmu, to prawdziwa maestria. Nie muszę zatem chyba dodawać mojej opinii o ścieżce dźwiękowej.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Kolejną niezaprzeczalną zaletą "Motherless Brooklyn" jest aktorstwo. Postać Lionela opisałem już wcześniej, dlatego też nie chcę się powtarzać. Jest to naprawdę dobry (acz irytujący) występ, który po raz kolejny udowadnia, że Edward Norton jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie dwie role drugoplanowe. Zabrzmi to może dziwnie, ale tym razem nie jest to Willem Dafoe, wcielający się w Paula Randolpha, brata antagonisty, gdyż uważam, że stać go na o wiele lepsze występy (a ten sam w sobie nie jest zły, ale mnie nie porwał). Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na Aleca Baldwina. Moses Randolph w jego wykonaniu to bezwzględny skurwysyn nie cofający się przed niczym, aby osiągnąć upragniony cel. Mimo wszystkich swoich wad Moses nie jest jednak tylko skurwiałym egoistą żądnym władzy dla wyłącznego jej posiadania, ale jednak w swoim postępowaniu kieruje się pewnymi zasadami (mimo wszystko doceniając dobre projekty autorstwa jego brata) i naprawdę chce coś zmienić. Marvel i DC Comics mogłyby się nauczyć bardzo wiele w kreowaniu antagonistów, gdyby tylko zwróciły uwagę na tę świetną rolę Aleca Baldwina. Po drugie Michael Kenneth Williams w roli bezimiennego Trębacza. Boże, ile w tym człowieku jest charyzmy! Legendarny Omar z "The Wire", potem Chalky White z "Boardwalk Empire", a teraz po prostu wysoce charyzmatyczny koleś grający po prostu na trąbce! Z ról mniejszych warto wyróżnić także Bruce’a Willisa wcielającego się we Franka Minnę, za krótki, acz bardzo pozostający w pamięci występ.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

W pierwszym moim odczuciu "Motherless Brooklyn" miał wszystko, aby pozamiatać scenę kryminałów w stylu neo-noir: klimat, realizację i przede wszystkim aktorstwo. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem, dokładnie tak jak w cytacie otwierającym tę recenzję. Mimo wszystko polecam Wam tę solidną produkcję, żywiąc nadzieję, że może Wy spojrzycie na nią bardziej przychylnym okiem niż ja. Pozdro 600!

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Ocena: 7/10.


czwartek, 31 grudnia 2020

"Raised by Wolves" (2020)

It was belief in the unreal that destroyed the Earth.

Ostatnie niesławne fantastyczno-naukowe wyczyny Ridleya Scotta (recenzje "Prometeusza" i "Alien: Covenant" w linkach) zachwiały poważnie moim zaufaniem do tego niegdyś uznanego angielskiego wizjonera i reżysera. W szczególności zapowiedzi nakręcenia osiemdziesięciu siedmiu sequelów po fatalnie przyjętej odsłonie "Obcego" z 2017 roku, skutecznie zniechęciły mnie do twórczości sygnowanej nazwiskiem Ridleya. Dlatego też do "Raised by Wolves", które zasadniczo stworzył Aaron Guzikowski, ale Ridley wyreżyserował dwa odcinki i pełnił funkcję jednego z producentów wykonawczych, podchodziłem z ogromną rezerwą (na domiar złego Ridley wciągnął w projekt swojego syna, Luke’a, który wyreżyserował trzy epizody). Dodatkowo, pierwsze recenzje nie były zbyt zachęcające (chociaż z tym jak doskonale wiecie to bywa czasem różnie), ale ponieważ kina są zamknięte od dłuższego czasu, a i nowości na platformy streamingowe nie skapują oszałamiająco często, w końcu postanowiłem dać szansę projektowi określanemu czasem jako postprodukcyjnego odpadu z "Prometeusza". Dodam jeszcze, że wskutek specyficznego odbioru całości 10-odcinkowego serialu, w recenzji mogą pojawić się spoilery, ponieważ trudno bez nich opisać to, co się tam podziało, jak to mawia Grażka.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Mniej więcej w połowie XXII wieku Ziemia została (prawdopodobnie) zniszczona wskutek bezwzględnej wojny Zakonu Polsatu mitranów wyznających solarny kult Solorza-Żaka Sola Invictusa z bliżej nieokreślonymi ateistami (w sumie niewiele się o nich dowiemy z serialu). Uzdolnieni bezbożni programiści zdołali jednakże przeprogramować mitrańskie androidy i wysłać je na planetę Kepler-22b z ludzkimi zarodkami, aby stworzyć ateistyczną idyllę w nowym świecie. Jednakże mimo szczerych chęci Matka (Amanda Collin) i Ojciec (Abubakar Salim) radzą sobie z wychowaniem ludzkiego potomstwa raczej mocno średnio, a sytuację dodatkowo pogarsza przybycie na Keplera kosmicznej arki z tysiącami mitrańskich osadników.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Od czego by tu zacząć? Świat przedstawiony w "Wychowanych przez wilki" rzeczywiście po trosze przypomina jakieś odpady z "Prometeusza", ale flashbacki z Ziemi kojarzą mi się zdecydowanie bardziej z "Terminatorami", zapewne przez to jaką rzeź urządzają potężne Necromancery ateistom. Z kolei te zaawansowane technologicznie androidy, określane przez bohaterów jako broń masowej zagłady, przypominają mi wyglądem postać z okładki na płycie In Utero Nirvany. No ale mniejsza o to, skupmy się może na Keplerze-22b, którego udają okolice Cape Town w RPA. Na początku wydawało mi się, że rozmach produkcyjny jest naprawdę spory, ale po 10 odcinkach muszę stwierdzić, że jednak twórcy scenografii ograniczyli się do zaledwie kilku lokalizacji (np. baza androidów i dzieci, dziura na pustyni, dziura w lesie, świątynia na pustyni, wrak arki), co powoduje wyraźne ograniczenie akcji i swoiste znużenie tymi samymi lokacjami. Muszę natomiast zdecydowanie pochwalić kostiumy, ponieważ mitrańskie stroje wyglądają bardzo fajnie i przede wszystkim konsekwentnie. Spodziewałem się prawdziwego science fiction, ale niestety im dalej w serial tym więcej wątków mistycznych, normalnie niczym w "Lost". Rozumiem, że jest to serial także, a może przede wszystkim, o zgubnym wpływie religii na społeczeństwo, ale chyba zdecydowanie bardziej chciałbym, aby twórcy odpuścili sobie przypisywanie magicznych mocy planecie lub jej wymarłym mieszkańcom (o chuj chodzi z tymi szkieletami ogromnych węży i monstrualnymi dziurami w ziemi?).

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Co ciekawe, mitraizm jako religia nie jest wymysłem scenarzystów. Solarny kult Mitry szerzył się w Azji Mniejszej już w XIV wieku p.n.e., ale dopiero w II-III wieku n.e. zyskał popularność w Cesarstwie Rzymskim, przyjmując postać Sola Invictusa (Słońce Niezwyciężone). Niestety wraz z rozwojem chrześcijaństwa z czasem mitraizm popadł w całkowite zapomnienie. Serialowi mitranie to głupawi fanatycy religijni, bezlitośni i nie okazujący litości ateistom (stworzone przez nich androidy zaprogramowano do zabijania nawet bezbożnych noworodków), którzy posiedli zaawansowaną technologię ciemnej materii dzięki cudownie odnalezionym zwojom Sola. Oczywiście, jak to przystało na religijnych fanatyków, nie potrafią oni zrozumieć technologii tworzenia Necromancerów, ale uskutecznili ją, aby pozbyć się ateistycznego plugastwa. Obawiam się, że bez tych potężnych androidów mitranie raczej ponieśliby sromotną klęskę, ponieważ charakteryzują się podejmowaniem zdecydowanie kretyńskich decyzji i tendencjami do umierania jak debile. Z drugiej strony bardzo niewiele dowiadujemy się o ich przeciwnikach. Poznajemy lepiej bowiem zaledwie troje ateistów (Marcus, Sue i Campion Sturges), a na dodatek dwójka z nich postanowiła przywdziać mitrańskie zbroje, aby przedłużyć swoją egzystencję. Trudno powiedzieć, kto dowodzi tym ruchem, jakie ma struktury oraz realną siłę. Wiemy natomiast, że ateiści to nie są rycerze w lśniących zbrojach, gdyż wykorzystują do walki dzieci (dosyć brutalne szkolenie małego Marcusa), mordują bez wahania i przeprowadzają samobójcze ataki terrorystyczne. Ciężko zatem jednoznacznie opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu, choć oczywiście ateiści wydają się naturalnie bardziej przystępną opcją.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Początek serialu nie wywołał u mnie większego entuzjazmu (warto jednak zwrócić uwagę na bardzo fajną czołówkę). Dopiero, gdy na scenie pojawili się Marcus (Travis Fimmel), Sue (Niamh Algar) i wspomnienia z Ziemi, moje zainteresowanie zdecydowanie wzrosło. Niestety wraz z kolejnymi odcinkami czystą fantastykę naukową zaczęły zastępować wątki mistyczno-religijne, które w pewnym momencie zdominowały wszystkie pozostałe. Działania poszczególnych bohaterów stały się nonsensowne i absurdalne, a zwyczajny świat Keplera 22-b wypełniła mgiełka jakiejś religijnej fantastyki, która nijak nie pasuje do wcześniejszej konwencji. Dziwaczne stwory zamieszkujące planetę (kilka rodzajów), głosy Sola słyszane w głowach, niewyjaśnione zdarzenia, duchy czy latające węże to nie są rzeczy, których miałem prawa się spodziewać. Wszystko to sprawiło, że z solidnego serialu s-f "Wychowane przez wilki" na przestrzeni zaledwie dziesięciu odcinków zmieniły się w kompletnie nie wiadomo co i szczerze nie mam pojęcia co może przynieść drugi sezon (a znając życie zapewne nic dobrego).

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Jeśli chodzi o główne postacie to warto zwrócić uwagę na znakomitą grę aktorską Amandy Collin i Abubakara Salima. Matka i Ojciec w ich wykonaniu to niezwykle połączenie różnego stopnia zaawansowanych technologicznie androidów, które potrafią kłócić się ze sobą niczym stare małżeństwo, ale przede wszystkim starają się jak najlepiej opiekować powierzonymi im dziećmi. W mojej opinii Travis Fimmel, wcielający się Marcusa, miał o wiele większy potencjał na fajną i złożoną rolę, ale postanowił po raz kolejny zagrać Ragnara Lothbroka z "Wikingów" i kompletnie przeszarżował swoje mistyczne odchylenie. Swoją drogą do tej postaci idealnie pasują mi pierwsze wersy z Lithium Nirvany: I’m so happy; ‘Cause today I found my friends; They’re in my head. Jak zdecydowanie najlepszą rolę i przy okazji moją ulubioną bohaterkę zagrała Niamh Algar. Sue to w zasadzie jedyna postać, którą polubiłem bezwarunkowo i od razu (chociaż ma raczej zwichrowaną moralność). Twarda kobieta, która potrafi dostosować się do nowych warunków i wykrzesać miłość dla Paula (Felix Jamieson). Ogólnie rzecz biorąc role dziecięce są zagrane bardzo fajnie. Oprócz wspomnianego Felixa Jamiesona z pewnością wyróżnia się Winta McGrath, wcielający się w idealistyczno-frajerskiego Campiona.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Tym razem naprawdę ciężko mi sprawiedliwie ocenić „Wychowane przez wilki”. Serial Aarona Guzikowskiego potrafił niezwykle mocno wciągnąć mnie w swoją fabułę, ale im bliżej było końca i następowała eskalacja, nazwijmy to, magiczno-mistycznych wątków, tym bardziej byłem sceptyczny czy prowadzi to do czegokolwiek sensownego. Ostatni odcinek (dla którego wymyśliłem o wiele lepszy tytuł niż twórcy – „Latający wunsz”) to prawdziwe kuriozum, nawet jak na ostatnią działalność Ridleya Scotta. Mimo wszystko mam w pamięci przeważnie bardzo dobre aktorstwo oraz ciekawą (przynajmniej na początku) koncepcję. Zatem, aby nie wkurwić niepotrzebnie Sola Invictusa, postanowiłem okazać łaskę i oczekiwać na drugi sezon.

©2020 WarnerMedia Direct, LLC.

Ocena: 6/10.


wtorek, 17 listopada 2020

"We Are Who We Are" (2020)

Right here, right now.

Od ostatniej recenzji pandemiczna sytuacja nie uległa wcale polepszeniu (ba, wręcz pogorszeniu), więc w dalszym ciągu jesteśmy skazani na ofertę różnorakich platform streamingowych (świadomie ignoruję telewizję, ponieważ jestem dumnym nieposiadaczem telewizora) Tym razem postanowiłem postawić na tegoroczny, ośmioodcinkowy mini serial wyprodukowany w kooperacji HBO i Sky Atlantic, czyli "We Are Who We Are" (w Polszy znany pod tytułem "Tacy właśnie jesteśmy"). Dlaczego akurat ta produkcja przykuła moją uwagę? Z pewnością wynikało to z osoby reżysera, gdyż Luca Guadagnino był odpowiedzialny między innymi za genialne, recenzowane jakiś czas temu "Call Me By Your Name". Ponadto akcja serialu została osadzona we Włoszech, a jak doskonale wiemy (w szczególności po niedawnych, wspaniałych wakacjach na pięknej Sardynii), pod italskim słońcem wszystko jest na propsie. Swoją drogą, odnosząc się do słynnego powiedzonka Kazimierza Przerwy-Tetmajera, nigdy nie rozumiałem jak można deklarować obłąkańczą miłość do polskiego gówna, podczas gdy w Italii jest tyle pięknych miejsc.

© 2020 Home Box Office Inc.

Akcja "We Are Who We Are" rozgrywa się w 2016 roku w fikcyjnej amerykańskiej bazie wojskowej położonej w Chioggia, nieopodal Wenecji. 14-letni Fraser Wilson (Jack Dylan Grazer) przenosi się wraz z rodziną z Nowego Jorku do Italii na trzyletnią turę. Matka nastolatka, pułkownik Sarah Wilson (Chloë Sevigny), ma objąć bowiem dowództwo w bazie, w której szwankuje trochę dyscyplina i porządek. Neurotyczny i dziwny w kontaktach ze światem zewnętrznym Fraser po jakimś czasie zaprzyjaźnia się z Caitlin (Jordan Kristine Seamón), córką jednego z wysoko postawionych, lokalnych oficerów. Wbrew sceptycznie nastawionemu otoczeniu dwójka bohaterów tworzy nietypową relację, która pozwala im zmierzyć się z trudami dorastania.

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" zdecydowanie nie jest serialem, w którym można dostrzec natłok zdarzeń, a wartka i nieustająca w pędzie akcja nie pozwala choćby na najkrótszą chwilę oddechu. W zasadzie tutaj praktycznie nic się nie dzieje, gdyż oglądamy dosyć prozaiczne wydarzenia z życia dojrzewających nastolatków: wyprawy na plażę, melanże, zajęcia w szkole, bezcelowe snucie się po mieście czy gwałtowne kłótnie z rodzicami – jak to mawiają erudyci: nihil novi sub sole. A jednocześnie produkcja posiada wręcz magnetyczną siłę przyciągania, która sprawia, że odczuwamy wyjątkowo mocną potrzebę włączenia następnego odcinka i tak dalej, i tak dalej, aż do kresu (w tym przypadku kres następuje bardzo szybko, ponieważ nakręcono tylko osiem epizodów). Nastoletnie problemy ukazane zostały bardzo delikatnie, subtelnie i ze sporą wrażliwością dla tematu – pierwsze miłości, problemy z własną tożsamością i orientacją seksualną, zdrady i przyjaźnie. To wszystko sprawia, że sami możemy sobie z łatwością przypomnieć jak bardzo chwiejne pod względem emocjonalnym była nasze życie jeszcze parę lat temu. Ale serial nie obraca się wyłącznie wokół nastoletnich bohaterów, gdyż na dalszym planie rozgrywają się także różne dramaty małżeńskie, nieudane związki, przelotne lub bardziej poważne romanse czy też szemrane transakcje (przez chwilę myślałem, że jeden z wątków rozwinie się we współczesne "Buffalo Soldiers"). Akurat zabawnie się złożyło, że akcja serialu rozgrywa się także w trakcie wyborów prezydenckich, w trakcie których Donald Trump ogłasza zwycięstwo (kiedy w końcu policzycie te wszystkie głosy?).

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" tak naprawdę mogłoby się rozgrywać w dowolnej amerykańskiej bazie wojskowej położonej poza USA. Zresztą, jak zauważa jedna z bohaterek, sklepy spożywcze w bazach są zawsze takie same, a produkty ułożone w ten sam sposób (oczywiście pośród obiektów o kluczowym znaczeniu militarnym nie mogło zabraknąć KFC czy budy z meksykańska paszą). Historia przedstawiona w serialu zyskuje tym samym pewien uniwersalizm, odcinając się jednocześnie od konkretnego miejsca (choć na włoskie krajobrazy i miasteczka zawsze spoglądam z nostalgią). Warto zwrócić uwagę na stronę realizacyjną tego projektu, która momentami jest wręcz olśniewająca. Z ciekawszych scen wspomnę jedynie imprezę w ekskluzywnej wilii Rusków, rozgrywającą się w slow motion epicką batalię po paintballu czy prozaiczną jazdę na rowerze przedstawioną w tak doskonały sposób, że aż zapiera dech w piersiach. Jeżeli dołożymy do tego jeszcze bardzo oryginalną (przynajmniej dla mnie, nie słucham takiej muzyki na co dzień) ścieżkę dźwiękową, to otrzymamy potężne audiowizualne combo.

© 2020 Home Box Office Inc.

Serial jest również imponujący pod względem aktorskim. Jack Dylan Grazer, wcielający się we Frasera, stworzył genialną kreację pretensjonalnego i zagubionego nastolatka, któremu mamy ochotę czasem po prostu przypierdolić za zgrywanie rozkapryszonego dzieciaka. Chłopak opętany ideą dobrego, modnego wyglądu, zaczytany w poezji i jednocześnie niestabilny emocjonalnie to postać jednocześnie wysoce odpychająca, ale także pod pewnymi względami fascynująca. Fraser wypada świetnie w parze z Caitlin, którą znakomicie zagrała Jordan Kristine Seamón. Dziewczyna jest o wiele bardziej stonowana i normalna niż główny bohater, ale jednakże i ona ma swoje odpały poszukując własnej, życiowej drogi, niemniej mają wspaniałą, ekranową chemię. Kolejna ciekawa rola to Chloë Sevigny (Sarah), która gra twardą panią pułkownik w męskim świecie wojskowych i kompletnie nieradzącą sobie w życiu osobistym lesbijkę i bezradną matkę. Tutaj warto wspomnieć o poruszającym występie jej partnerki Maggie, w którą wcieliła się Alice Braga (od samego początku wydawało mi się, że kojarzę tę twarz). I w zasadzie mógłbym tak opisywać w nieskończoność poszczególnych bohaterów serialu, ale po prostu sprawdźcie to sami. Rzadko to piszę, ale naprawdę tutaj wszyscy zagrali tak, że mucha nie siada.

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" to fascynująca i wciągająca produkcja poświęcona w większości trudnym problemom związanym z dorastaniem i brakiem tożsamości rodzin amerykańskich żołnierzy, które co trzy lata zmieniają miejsce stacjonowania. Genialna pod względem wizualnym i aktorskim z pewnością będzie świetna w odbiorze dla bardziej wysublimowanej widowni, w szczególności dla widzów, który lubią jak niewiele dzieje się na ekranie i doceniają przede wszystkim wyjątkową atmosferę i klimat.

© 2020 Home Box Office Inc.
Ocena: 9/10.


sobota, 31 października 2020

"Rambo: Last Blood" (2019)

 I’ve lived in a world of death.

Rambo 8 w telewizji – patrzcie moi mili – śpiewał w 1997 roku Kazik w legendarnym już utworze 12 groszy (ha, do dzisiaj posiadam oryginalną kasetę, tylko nie ma gdzie jej odsłuchać). Niestety pan Staszewski przeszacował swoje rachuby, gdyż  jesienią 2019 roku do kin wjechała dopiero piąta część przygód Johna Rambo. Ponieważ ostatnimi czasy zdecydowanie zaniedbałem prowadzenie mojego bloga (a miałem ku temu słuszne powody oprócz tradycyjnego już lenistwa intelektualnego), a pandemia ostro ruszyła wraz z jesiennymi chłodami, to postanowiłem wziąć na warsztat to, co przyniosło HBO GO w ten niepewny czas. "Rambo: Last Blood" to kolejne (mam nadzieję, że już tym razem naprawdę ostatnie) po "Johnie Rambo" pożegnanie z przygodami legendarnego komandosa. W międzyczasie udało mi się nawet zapoznać z powieścią Davida Morrella First Blood z 1972 roku, która zapoczątkowała całą filmową serię (polecam zapoznać się z druzgocącą opinią autora na temat dzieła Adriana Grunberga). Tak naprawdę po seansie jedną z niewielu rzeczy, którą mogę z całą pewnością docenić, jest ładny tytuł nawiązujący do oryginału (u nas oczywiście brak zrozumienia dla całego zamieszania z tym gównem – zawsze funkcjonowało to jako "Rambo", "Rambo II" i "Rambo III").
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak doskonale pamiętamy w czwartej części John Rambo (Sylvester Stallone) wreszcie powrócił do domu (co było bardzo ładnym zwieńczeniem takiego sobie filmu i na czym cała seria powinna się wreszcie skończyć). Po kilkunastu latach, posiadając rancho w Arizonie, zajmuje się ujeżdżaniem koni i w sumie nie wiadomo czym jeszcze. Z nudów były członek sił specjalnych stworzył pod swoją posiadłością imponującą sieć świetnie zaopatrzonych tuneli, przypominających do złudzenia dzieła Vietcongu z czasów krwawego konfliktu w Wietnamie. Problemy zaczynają się w momencie, gdy Gabriela (Yvette Monreal), wnuczka Marii (Adriana Barraza) gosposi Johna, postanawia odnaleźć w Meksyku ojca, który porzucił ją za młodu. Niewinna wyprawa ma tragiczne skutki, a w życie naszego herosa brutalnie wjeżdża meksykański organizacja przestępcza zajmującą trudniąca się prostytucją na szeroką skalę.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

"Rambo: Last Blood" to film, który powstać nie musiał, ponieważ nie było takiej potrzeby ani konieczności. Po czwartej, nienajlepszej już części, która mimo wszystko w bardzo ładny sposób kończyła epicką przygodę Johna Rambo, naprawdę nie widziałem już sensu kręcenia następnego sequela. Dlatego też byłem naprawdę zdruzgotany wiadomością o powstaniu szóstej części, jeśli piąta odniesie sukces komercyjny. Rozumiem, że pieniądze trzeba zarabiać, ale czy naprawdę nie można by spróbować czegoś mniej pewnego, lecz nowego? W poprzednim akapicie przedstawiłem zarys fabuły, który jest totalnie wtórna i kompletnie przewidywalna. W sumie to myślałem, że tym razem Rambo będzie walczył z którymś z potężnych, meksykańskich karteli, dysponujących świetnie wyszkolonymi żołnierzami, będącymi godnymi przeciwnikami dla naszego herosa (a nie setkami birmańskich botów do fragowania jak w poprzedniej części). Zamiast kartelu dostajemy natomiast zbrojną organizację alfonsów, złożoną z podrzędnych meksykańskich wojowników ginących bardzo szybko i jednego średniowymagającego bossa (Sergio Peris-Mencheta) zostawionego na spektakularny finał. Z poprzednich części wiemy doskonale, że Rambo jest świetnie wyszkolony i zaprawiony w walce w lesie i dżungli, Z tej odsłony dowiadujemy się, że John raczej słabo walczy w miejskiej dżungli, ponieważ wyłapuje taki wpierdol jakich naprawdę mało. Jest to wyjątkowo przykre, a ponadto smutny wydźwięk wzmacnia absurdalny wątek dziennikarki (Paz Vega) ratującej naszego bohatera.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Kompletny brak pomysłu na ten film obnaża także jego długość – zaledwie 89 minut (odliczcie sobie jeszcze 10 minut napisów końcowych, które są mimo wszystko fajnie zrobione i stają się swoistym hołdem dla poprzednich części). Pod względem dialogów jest bardzo słabo, a ponadto wydaje mi się, że każde słowo wychodzące z ust Johna sprawia mu niewyobrażalne cierpienie. Cóż zatem mogło uratować film ze szczątkowymi dialogami i wtórną fabułą? Oczywiście odpowiedź jest tylko jedna – PRZEMOC!!! Niestety pod tym względem "Rambo: Last Blood" wypada groteskowo i niezręcznie, trochę jak gore’owa wersja "Kevin sam w domu". Ostatnio często wracam do legendarnej płyty Smarki Smarka Najebawszy EP (polecam tak bardzo!) i pomyślałem sobie, że poziom przemocy w piątej części Rambo idealnie oddaje wers: to mogło wtedy imponować, teraz śmieszy. Po prostu zgony kolejnych meksykańskich wojowników nie wywołują praktycznie żadnych reakcji, no może poza uśmiechem politowania. Niestety, jeżeli nawet przemoc zawodzi, to naprawdę już nic nie mogło uratować tego filmu. Z małych plusików warto odnotować jedynie, że dowiedzieliśmy się, że Rambo lubi słuchać The Doors – utwór Five to One przewija się kilkukrotnie przez seans.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę nie ma specjalnie o czym pisać. Sylvester Stallone ma po prostu wyjebane, od czasu do czasu wyrzuca z siebie jakąś wymamrotaną z bólem i cierpieniem kwestię, przez co występ odbiera się po prostu fatalnie. Adriana Barazza gra typową meksykańską gosposię, o której zapomnimy zaraz po seansie. W zasadzie to samo można powiedzieć o Yvette Monreal czy pojawiającej na chwilę Paz Vega. Trochę ciekawiej wypadają złoczyńcy. O ile Óscar Jaenada (Victor) gra sztampowego, głupszego brata przestępcę, o tyle Sergio Peris-Mencheta (Hugo) tworzy naprawdę ciekawą kreację na tle całego tego marazmu i wtórności. Reszta pozostaje milczeniem.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak już wspominałem w tekście "Rambo: Last Blood" to film kompletnie niepotrzebny. John Rambo zasługiwał na znacznie lepsze zamknięcie heroicznej przygody i muszę przyznać, że przy całej ułomności czwartej części jej zakończenie było o wiele lepsze niż to co musiałem oglądać w piątej odsłonie. To naprawdę nie było komukolwiek potrzebne. Bardzo nie polecam.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Ocena: 3/10.

Recenzje pozostałych części:

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

"Jojo Rabbit" (2019)

There are no weak Jews. 
I am descended from those who wrestle angels and kill giants.
We were chosen by God.
You were chosen by a fat man with greasy hair and half a moustache.

Chociaż czasy nie są łatwe, żyć trza umić, więc jedziemy dziarsko z kolejnym seansem w ramach Letniego Taniego Kinobrania. Tym razem los wskazał "Jojo Rabbit", który w tegorocznych Oscarach zebrał zawrotną cyfrę aż sześciu nominacji (najlepszy film, najlepsza aktorka drugoplanowa, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepsza scenografia, najlepsze kostiumy oraz najlepszy montaż). Hojnie obdarowana przez Akademię produkcja, którą wyreżyserował Taika Waititi (tak, to ten od "Thor: Ragnarok") ostatecznie uzyskała statuetkę tylko w kategorii dotyczącej scenariusza adaptowanego. Film jest bowiem adaptacją powieści Niebo na uwięzi autorstwa Christine Leunens, czego nigdy bym się nie domyślił, gdybym nie przeczytał o tym na IMDB. Co prawda po obejrzeniu trailerów daleki byłem od optymizmu, a dodatkowo recenzje były przedstawiały najczęściej skrajne oceny produkcji, więc postanowiłem, że będzie to świetny materiał na kolejny, wakacyjny tekst.
źródło: Searchlight Pictures
"Jojo Rabbit" rozgrywa się u schyłku II wojny światowej w anonimowym niemieckim mieście, które dotychczas niezbyt ucierpiało od alianckich nalotów, a życie toczy się tu w miarę normalnie. Nieśmiały i wrażliwy 10-letni Jojo (Roman Griffin Davis) przygotowuje się właśnie do leśnego obozu organizowanego przez Deutsches Jungvolk, w trakcie którego ma uzyskać przydatne w III Rzeszy umiejętności. Chłopiec poznaje zdegenerowanego, zapijaczonego komendanta obozu, kapitana Klezendorfa (Sam Rockwell), który wskutek ran odniesionych na froncie został skazany na szkolenie nazistowskiej młodzieży. Niestety w porywie brawury Jojo odnosi poważne obrażenia, które wysoce frustrują jego matkę Rosie (Scarlett Johansson). Spędzając czas w domu na rozmowach z wyimaginowaną wersją samego Führera (Taika Waititi), chłopiec odkrywa, że nie wszyscy domownicy w 100% popierają III Rzeszę.
źródło: Searchlight Pictures
"Jojo Rabbit" w założeniu miał być satyrą, czarną komedią o schyłku drugiej wojny światowej. I rzeczywiście film jest wypełniony humorem, a widownia co chwilę wybuchała śmiechem, ale niestety ten rodzaj żartów w większości przypadków przypadł mi raczej średnio do gustu. Na pewno spodobały mi się motywy dotyczące cech narodu żydowskiego (świetna scena rysowania Żyda) oraz książka, w której Jojo zamierza zdemaskować ich wszystkie sztuczki. Te sceny znakomicie i z pomysłem ukazują absurdalne pseudoteorie, mity i przesądy promowane przez nazistowską propagandę (jakże smutne wydaje się natomiast, że ludzie dalej potrafią wierzyć w takie rzeczy). Także dziecięcy fanatyzm, bezgraniczne oddanie III Rzeszy i Führerowi oraz posyłanie 10-latków na samobójcze ataki z granatami w obliczu totalnej klęski zostało ukazane z dużą fantazją i humorem. Niestety jakoś ten ostatni element trochę średnio mnie bawi, w szczególności, że po Afryce przewalają się całe armie dzieciaków z kałaszami i maczetami (chociaż może robię się już zbyt poważny na starość). Jednakże najbardziej irytującym elementem "Jojo Rabbit" jest wyimaginowany Führer, kompletnie przeszarżowany przez samego reżysera. Ja rozumiem, że Taika Waititi ma w dupie Adolfa i nie chciało mu się robić żadnego reasearchu, a także, że jest to wypaczona dziecięca imaginacja, ale naprawdę, do kurwy nędzy, można było sobie odpuścić tak ułańską szarżę.
źródło: Searchlight Pictures
Już w trakcie seansu zacząłem się zastanawiać w jakim celu powstał "Jojo Rabbit" (pomijam oczywiście oczywisty aspekt finansowy) i co może wnieść do światowej kinematografii albo chociaż do mojego życia? Naszła mnie refleksja, że skoro przecież bohaterowie lubią tańczyć, to można było napisać parę fajnych, chwytliwych piosenek i zrobić z tego musical (polecam twórcom krótki monolog Poke’a z "Generation Kill" o Pocahontas). Przy tej okazji muszę także podkreślić, że zastosowanie w filmie dosyć współczesnej ścieżki dźwiękowej wypadło raczej średnio. Rozumiem, że nie każda wojenna produkcja musi być w 150% wypełniona powagą, łotewską mroźną zimą i halucynacjami z powodu chłodu i niedożywienia, ale jednak zestawienie tak absurdalnego humoru z wieszaniem czy rozstrzeliwaniem ludzi, a przede wszystkim posyłaniem na śmierć dzieci wydaje się być dla mnie zdecydowanie zbyt groteskowe (a mogę zdzierżyć naprawdę wiele). Jakoś zabrakło tutaj klimatu typowego choćby dla wybitnych "Bękartów wojny" Quentina Tarantino – zamiast tego dostajemy totalitarnie absurdalnego Hitlera i masę średnio udanych żartów. W tym zalewie niechęci muszę jednak zwrócić uwagę na bardzo fajne kostiumy bohaterów (zasłużona nominacja oscarowa), a w szczególności na genialny finałowy mundur bojowy kapitana Klezendorfa (choć dalej obracamy się w oparach absurdu i groteski).
źródło: Searchlight Pictures
Pod względem aktorstwa "Jojo Rabbit" wypada nieźle, aczkolwiek mamy parę wyjątków. Czemu Scarlett Johansson otrzymała nominację za rolę Rosie to wiedzą chyba tylko członkowie Akademii. Naprawdę, w tym występie nie zauważyłem nic wyjątkowego, więc kompletnie nie rozumiem tej decyzji. Uważam również, że Taika Waititi powinien raczej skupić się na reżyserii niż tworzyć tak przerysowane kreacje jak wyimaginowany Adolf. To naprawdę męczy na dłuższą metę. Również nie kupuję w pełni występu Rebel Wilson (Rahm), który momentami ociera się o najbardziej głupawe komedyjki jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Na szczęście małoletni Roman Griffin Davis stworzył bardzo fajną kreację, dzięki czemu mogłem zapomnieć o raczej średnich występach jego starszych kolegów i koleżanek. Fajnie wypada w duecie z Archiem Yatesem (Yorki), grającym sympatycznego Grubego. Sprawa wygląda również podobnie u Thomasin McKenzie, w której wykonaniu Elsa potrafi zmienić się z zagubionej żydowskiej nastolatki w bezwzględnego oprawcę nazistowskiego dziecka. Jednak największym zwycięzcą, obok znakomitego Romana Griffina Davisa, jest kapitan Klezendorf w epickim wykonaniu Sama Rockwella oraz partnerujący mu małomówny Finkel, którego zagrał nasz ulubiony bohater z "Gry o tron", czyli Alfie Allen. Niby na pozór przerysowany, wyraźnie komediowy występ Rockwella można potraktować jednowymiarowo, ale jednak im bliżej końca, tym więcej można dostrzec głębi.
źródło: Searchlight Pictures
Niestety "Jojo Rabbit" nie jest filmem w pełni udanym. Niemniej wartka akcja, kilka niezłych żartów oraz parę znakomitych występów aktorskich sprawiają, że nie uświadczymy tutaj totalnego dramatu, a prawie dwugodzinny seans nie będzie się specjalnie dłużył.
źródło: Searchlight Pictures
Ocena: 6/10.

środa, 29 lipca 2020

"Midsommar" (2019)

Take from the yew tree. Feel no pain.
Take from the yew tree. Feel no fear.

Ponieważ mimo, iż rząd ogłosił przedwyborcze zwycięstwo w walce z pandemią, ale w rzeczywistości jednak COVID-19 jakoś się tym specjalnie nie przejął, nie spodziewałem się zbyt szybkiego powrotu na kinową salę. Jakież ogromne było zatem moje zaskoczenie, gdy przypadkowo dowiedziałem się, że 3 lipca wystartowała kolejna, czternasta już, edycja Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie pod Baranami. Niestety, jak to zwykle bywa, poszczególne tygodnie nasycone są nierównomiernie filmami, które chciałem zobaczyć, a dodatkowo wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że sierpniowa część festiwalu jest o wiele mniej atrakcyjna pod tym względem. Abstrahuję już oczywiście od dosyć absurdalnych pór seansów, ale to przecież powtarza się co roku. Oczywiście, ponieważ prawie wszystko z wyjątkiem musztardy, drożeje (skurwysyny zrobili ze zwykłych krewetek dobro luksusowe!), to nastąpiła także podwyżka cen biletów do astronomicznej kwoty dziewięciu PLN. Nie przeszkodziło nam to jednak załapać się na seans zeszłorocznego wakacyjnego hitu, czyli "Midsommar" (oczywiście w Polszy nie mogło zabraknąć dodania kretyńskiego podtytułu - "W biały dzień").
źródło: A24 Films LLC
Dani (Florence Pugh) po tragicznej śmierci rodziców i siostry stara ułożyć sobie jakoś życie. Jej związek z Christianem (Jack Reynor) nie należy do zbyt udanych relacji i wydaje się wisieć jedynie na cieniutkim włosku. W ramach wakacyjnego wyjazdu kumpel Christiana, Pelle (Vilhelm Blomgren) proponuje całej paczce znajomych udział w wyjątkowym, ludowym święcie, odbywającym się jedynie raz na dziewięćdziesiąt lat w jego rodzinnej komunie w szwedzkim Hårga. Ekipa uzupełniona o Josha (William Jackson Harper) i Marka (Will Poulter) wyrusza dzielnie do Sztokholmu, a następnie przemieszcza się w północne rejony dzikiej i niedostępnej Szwecji. A ponieważ naszym bohaterom towarzyszą różnego rodzaju narkotyki sytuacja szybko wymyka się spod kontroli.
źródło: A24 Films LLC
Od razu muszę się przyznać, że bardzo rzadko oglądam horrory, dlatego też dotychczasowa twórczość Ari Astera („Hereditary”) była dla mnie nieznana. Niemniej zawsze warto otworzyć umysł na nowe doświadczenia, w szczególności, że niedawno przypomniałem sobie wypełniony grozą i makabrą "Event Horizon". Z drugiej strony warto sobie zadać pytanie czy "Midsommar" jest rzeczywiście czystej krwi horrorem? Czytałem opinie, iż przez część widowni i krytyków amerykańsko-szwedzka produkcja uznawana była raczej za czarną komedię. I nie sposób się z tym nie zgodzić, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę regularne wybuchy śmiechu na kinowej sali. Z pewnością twórcom świetnie udało się połączyć elementy wysoce komiczne z tragedią bohaterów i groteskowo ukazaną przemocą (chociaż w tej kwestii warto sprawdzić oryginalną wersję filmu, z której wycięto ponoć wiele makabrycznych scen). Oglądając "Midsommar" możemy doświadczyć zatem prawdziwej huśtawki nastrojów: od depresyjno-tragicznego początku, przez coś w rodzaju głupawej komedii dla studentów (np. profanacja moczem świętego drzewa), po niesamowicie klimatyczną, surrealistyczną, tajemniczą i brutalną akcję rozgrywającą się w szwedzkiej komunie odciętej od świata zewnętrznego. Każdy z nas znajdzie zatem coś dla siebie.
źródło: A24 Films LLC
Obecnie mamy do czynienia z tak wysokim poziomem globalizacji, że film rozgrywający się w Szwecji jest kręcony w węgierskim raju Viktora Orbána. Ale mniejsza o to, ponieważ nie widać nawet tego specjalnie na ekranie. Na pewno trzeba natomiast docenić, że przy tak śmiesznie niskim budżecie (zaledwie 9 milionów USD) udało się wytworzyć tak genialny klimat, scenografię, a przede wszystkim kostiumy (finalny kostium Królowej Maja to jest kurwa, nie bójmy się użyć tego określenia, kwiatowe arcydzieło). A co jeszcze lepsze, to pomimo, że film jest skierowany raczej do masowego odbiorcy, twórcom udało się go naszpikować różnego rodzaju ludową i nordycką symboliką (począwszy od cyfry 9: tyleż dni wisiał Odyn na drzewie Yggdrasil, aby posiąść prawdziwą mądrość; jestem przekonany, że wielu polityków powinno spróbować podążyć tą ścieżką i obwiesić się w tym szlachetnym celu) oraz szczegółami dostępnymi dla prawdziwych bystrzaków. To wszystko sprawia, że mimo, iż "Midsommar" trwa prawie 150 minut, to wcale nie odczuwałem znużenia na seansie (podobnie jak bohaterowie niekończącym się szwedzkim dniem). Swoje robi również genialna ścieżka dźwiękowa, która czasem ograniczona jedynie do oddechów, znakomicie podkreśla akcję rozgrywającą się na ekranie. Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na fajnie ukazane efekty zażywania narkotyków (a jak wiemy w życiu bywa różnie).
źródło: A24 Films LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to już niestety nie jest kolorowo jak w kostiumie Królowej Maja. Na największe słowa uznania z mojej strony zasługuje oczywiście Florence Pugh. Angielska aktorka stworzyła złożoną i skomplikowaną kreację dziewczyny zagubionej w rzeczywistości po przeżyciu kolosalnej traumy wynikającej z utraty rodziców i siostry, a także niestabilności związku z dosyć słabym emocjonalnie Christianem. Za tę rolę należą się prawdziwe oklaski i pozostaje mi jedynie ubolewać, że reszta amerykańskie ekipy nie dostosowała się poziomem do swojej koleżanki. Jack Reynor niezbyt się wyróżnia, a mógł przecież wlać więcej dramatyzmu w niestabilny związek z Dani. William Jackson Harper gra typowego nerda, a z kolei Will Poulter nie zrobił nic, aby wyjść z roli głupawego amerykańskiego turysty-studenta dostarczającego masę śmiechu widowni. O wiele fajnie zagrali natomiast Vilhelm Blomgren wcielający się w Pelle oraz praktycznie niewypowiadająca żadnego słowa Isabelle Grill (Maya).
źródło: A24 Films LLC
Dawno nie zastanawiałem się tak długo (5 minut) jaką ocenę wystawić filmowi. Z jednej bowiem strony poczułem się troszkę rozczarowany zeszłorocznym pompowaniem balonika "Midsommar", ale z drugiej strony im więcej myślę o tej produkcji, tym lepsze mam wspomnienia. Ostatecznie, ponieważ przemawia przeze mnie euforyczny nastrój po skosztowaniu Dewar’s 8 Caribbean Smooth (chociaż osobiście nie polecam tej whisky) to daję ponieść się emocjom i jadę grubo!
źródło: A24 Films LLC
Ocena: 8/10.