Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Rambo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Rambo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2020

"Rambo: Last Blood" (2019)

 I’ve lived in a world of death.

Rambo 8 w telewizji – patrzcie moi mili – śpiewał w 1997 roku Kazik w legendarnym już utworze 12 groszy (ha, do dzisiaj posiadam oryginalną kasetę, tylko nie ma gdzie jej odsłuchać). Niestety pan Staszewski przeszacował swoje rachuby, gdyż  jesienią 2019 roku do kin wjechała dopiero piąta część przygód Johna Rambo. Ponieważ ostatnimi czasy zdecydowanie zaniedbałem prowadzenie mojego bloga (a miałem ku temu słuszne powody oprócz tradycyjnego już lenistwa intelektualnego), a pandemia ostro ruszyła wraz z jesiennymi chłodami, to postanowiłem wziąć na warsztat to, co przyniosło HBO GO w ten niepewny czas. "Rambo: Last Blood" to kolejne (mam nadzieję, że już tym razem naprawdę ostatnie) po "Johnie Rambo" pożegnanie z przygodami legendarnego komandosa. W międzyczasie udało mi się nawet zapoznać z powieścią Davida Morrella First Blood z 1972 roku, która zapoczątkowała całą filmową serię (polecam zapoznać się z druzgocącą opinią autora na temat dzieła Adriana Grunberga). Tak naprawdę po seansie jedną z niewielu rzeczy, którą mogę z całą pewnością docenić, jest ładny tytuł nawiązujący do oryginału (u nas oczywiście brak zrozumienia dla całego zamieszania z tym gównem – zawsze funkcjonowało to jako "Rambo", "Rambo II" i "Rambo III").
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak doskonale pamiętamy w czwartej części John Rambo (Sylvester Stallone) wreszcie powrócił do domu (co było bardzo ładnym zwieńczeniem takiego sobie filmu i na czym cała seria powinna się wreszcie skończyć). Po kilkunastu latach, posiadając rancho w Arizonie, zajmuje się ujeżdżaniem koni i w sumie nie wiadomo czym jeszcze. Z nudów były członek sił specjalnych stworzył pod swoją posiadłością imponującą sieć świetnie zaopatrzonych tuneli, przypominających do złudzenia dzieła Vietcongu z czasów krwawego konfliktu w Wietnamie. Problemy zaczynają się w momencie, gdy Gabriela (Yvette Monreal), wnuczka Marii (Adriana Barraza) gosposi Johna, postanawia odnaleźć w Meksyku ojca, który porzucił ją za młodu. Niewinna wyprawa ma tragiczne skutki, a w życie naszego herosa brutalnie wjeżdża meksykański organizacja przestępcza zajmującą trudniąca się prostytucją na szeroką skalę.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

"Rambo: Last Blood" to film, który powstać nie musiał, ponieważ nie było takiej potrzeby ani konieczności. Po czwartej, nienajlepszej już części, która mimo wszystko w bardzo ładny sposób kończyła epicką przygodę Johna Rambo, naprawdę nie widziałem już sensu kręcenia następnego sequela. Dlatego też byłem naprawdę zdruzgotany wiadomością o powstaniu szóstej części, jeśli piąta odniesie sukces komercyjny. Rozumiem, że pieniądze trzeba zarabiać, ale czy naprawdę nie można by spróbować czegoś mniej pewnego, lecz nowego? W poprzednim akapicie przedstawiłem zarys fabuły, który jest totalnie wtórna i kompletnie przewidywalna. W sumie to myślałem, że tym razem Rambo będzie walczył z którymś z potężnych, meksykańskich karteli, dysponujących świetnie wyszkolonymi żołnierzami, będącymi godnymi przeciwnikami dla naszego herosa (a nie setkami birmańskich botów do fragowania jak w poprzedniej części). Zamiast kartelu dostajemy natomiast zbrojną organizację alfonsów, złożoną z podrzędnych meksykańskich wojowników ginących bardzo szybko i jednego średniowymagającego bossa (Sergio Peris-Mencheta) zostawionego na spektakularny finał. Z poprzednich części wiemy doskonale, że Rambo jest świetnie wyszkolony i zaprawiony w walce w lesie i dżungli, Z tej odsłony dowiadujemy się, że John raczej słabo walczy w miejskiej dżungli, ponieważ wyłapuje taki wpierdol jakich naprawdę mało. Jest to wyjątkowo przykre, a ponadto smutny wydźwięk wzmacnia absurdalny wątek dziennikarki (Paz Vega) ratującej naszego bohatera.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Kompletny brak pomysłu na ten film obnaża także jego długość – zaledwie 89 minut (odliczcie sobie jeszcze 10 minut napisów końcowych, które są mimo wszystko fajnie zrobione i stają się swoistym hołdem dla poprzednich części). Pod względem dialogów jest bardzo słabo, a ponadto wydaje mi się, że każde słowo wychodzące z ust Johna sprawia mu niewyobrażalne cierpienie. Cóż zatem mogło uratować film ze szczątkowymi dialogami i wtórną fabułą? Oczywiście odpowiedź jest tylko jedna – PRZEMOC!!! Niestety pod tym względem "Rambo: Last Blood" wypada groteskowo i niezręcznie, trochę jak gore’owa wersja "Kevin sam w domu". Ostatnio często wracam do legendarnej płyty Smarki Smarka Najebawszy EP (polecam tak bardzo!) i pomyślałem sobie, że poziom przemocy w piątej części Rambo idealnie oddaje wers: to mogło wtedy imponować, teraz śmieszy. Po prostu zgony kolejnych meksykańskich wojowników nie wywołują praktycznie żadnych reakcji, no może poza uśmiechem politowania. Niestety, jeżeli nawet przemoc zawodzi, to naprawdę już nic nie mogło uratować tego filmu. Z małych plusików warto odnotować jedynie, że dowiedzieliśmy się, że Rambo lubi słuchać The Doors – utwór Five to One przewija się kilkukrotnie przez seans.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę nie ma specjalnie o czym pisać. Sylvester Stallone ma po prostu wyjebane, od czasu do czasu wyrzuca z siebie jakąś wymamrotaną z bólem i cierpieniem kwestię, przez co występ odbiera się po prostu fatalnie. Adriana Barazza gra typową meksykańską gosposię, o której zapomnimy zaraz po seansie. W zasadzie to samo można powiedzieć o Yvette Monreal czy pojawiającej na chwilę Paz Vega. Trochę ciekawiej wypadają złoczyńcy. O ile Óscar Jaenada (Victor) gra sztampowego, głupszego brata przestępcę, o tyle Sergio Peris-Mencheta (Hugo) tworzy naprawdę ciekawą kreację na tle całego tego marazmu i wtórności. Reszta pozostaje milczeniem.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Jak już wspominałem w tekście "Rambo: Last Blood" to film kompletnie niepotrzebny. John Rambo zasługiwał na znacznie lepsze zamknięcie heroicznej przygody i muszę przyznać, że przy całej ułomności czwartej części jej zakończenie było o wiele lepsze niż to co musiałem oglądać w piątej odsłonie. To naprawdę nie było komukolwiek potrzebne. Bardzo nie polecam.
© Lions Gate Entertainment, Inc.

Ocena: 3/10.

Recenzje pozostałych części:

środa, 1 maja 2013

"John Rambo"

John Rambo był największym herosem kina akcji w dziejach Hollywood, a może nawet całej światowej kinematografii. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ w 1987 roku miano najbardziej epickiej maszyny do zabijania wywalczył Michael "Mike" Danton z legendarnego "Deadly Prey". Detronizacja dotychczasowego championa bardzo niekorzystnie wpłynęła na kolejną odsłonę przygód Johna, o czym można się przekonać czytając moją recenzję "Rambo III". Trauma po klęsce musiała być na tyle ogromna, że następna część mogła powstać dopiero po dwóch dekadach. Od dawna spodziewałem się, że w końcu nastąpi kontynuacja. Często zastanawiałem się, gdzie tym razem scenarzyści rzucą Johna Rambo. Po 11 września 2001 roku byłem niemal w 100% przekonany, że w czwartej odsłonie nastąpi powrót do Afganistanu w celu eliminacji największego wroga Wuja Sama. Niestety pod tym względem poniosłem totalną klęskę, a Rambo po raz kolejny znalazł się indochińskiej dżungli. Na dodatek twórcy filmu postanowili znowu wprowadzić kolejne udziwnienie z tytułem i nazwali swoje dzieło po prostu "John Rambo" (podobnie jak w serii "Rocky"). Oczywiście nijak się to ma do tytułów części poprzednich, przez co konsekwencja w nazywaniu kolejnych części pozostaje dalej nieznanym zjawiskiem.
źródło: http://www.impawards.com/2008/rambo.html
Fabuła "Johna Rambo" nie powala na kolana, ale przecież nie o to głównie chodziło w całej serii. Minęło wiele lat od ostatniego boju w Afganistanie. Straszliwie umęczony życiem i wyjątkowo smutny Rambo (Sylvester Stallone) prowadzi marną egzystencję zajmując się łapaniem węży w Tajlandii. W wolnych chwilach były komandos oddaje się kowalstwu i szkutnictwu. Na co dzień John jest również przedstawicielem szkoły filozoficznej Fuck the World, o czym często przypomina widzom. Życie Rambo zmienia się, gdy zgadza się wykorzystać swoją dżonkę do nielegalnego transportu. Grupa misjonarzy z Colorado pragnie bowiem dotrzeć do Birmy (czy też jak wolicie Mjanmy), aby pomóc represjonowanemu ludowi Karenów. Po dostarczeniu na miejsce Amerykanie wpadają w ręce opresyjnego reżimu, a Rambo wraz z grupą profesjonalnych inaczej najemników musi wyruszyć na odsiecz.
Usta wygięte w podkowę przez 90% filmu...
(źródło: http://www.movieweb.com)
Bardzo wiele można zarzucić ostatniemu "Rambo" pod względem fabularnym. Co więcej, w tym przypadku jest straszliwie słabo, chociaż film podejmuje kwestię, którą nikt się nie przejmuje. Wygląda na to, że los birmańskich Karenów nie jest dla nikogo szczególnie interesujący ani wystarczająco medialny. Niemniej wracając do tematu warto przyjrzeć się bezsensom fabuły. Misjonarze z Colorado jadą do Birmy pomagać. Wiece jak? Oczywiście, jest wśród nich jeden wartościowy człowiek (lekarz), ale reszta ekipy jedzie głosić słowo boże w środku birmańskiej dżungli. Na miejscu zwykłego Karena nie posiadałbym się bardziej z radości! Co lepsze w trakcie transportu Rambo ratuje pasażerów od gwałtu i śmierci, aczkolwiek zamiast podziękowań słyszy, iż nie można zabijać rzecznych piratów, bo to złe! Wszyscy powinniśmy być Chrystusami. Profesjonalni najemnicy (m.in. byli członkowie SAS) to banda niemalże retardów, którzy kompletnie nic nie potrafią. Najlepiej świadczy o tym scena, w której po dopłynięciu na miejsce zaczynają się zastanawiać czy zabrali ze sobą materiały wybuchowe. Pro. Poza tym nieliczne (na szczęście!) dialogi są ultra czerstwe, szczególnie , gdy głos mają kochający boga misjonarze. Aby dodatkowo pogorszyć sprawę dorzucono jeszcze kilka żenujących flashbacków z poprzednich części.
źródło: http://www.movieweb.com
Odrębny akapit należy poświęcić przemocy w filmie. W "Johnie Rambo" według danych IMDb ginie 236 osób, co daje imponującą średnią 2.59 zgonu na minutę. Zaprawdę niesamowite! Zaiste piękna jest masakra birmańskiej wioski. Wszyscy mieszkańcy, w tym dzieci, giną masowo na różne sposoby: od pocisków moździerzowych przez bagnety po miotacze płomieni. Wyjątkowo radosny festyn śmierci, który przywołuje równie uroczą eksterminację Wietnamczyków z "Czasu Apokalipsy". Jednakże jeśli myślicie, że ta scena jest esencją filmu to się grubo mylicie. Dopiero finałowa rozwałka oddziału birmańskiej armii dokonana niemal w pojedynkę za pomocą Browninga M2 .50 zamocowanego na jeepie jest wisienką na torcie. Po dotarciu do auta John staje się kimś w rodzaju wirtuoza ciężkiej broni, Mozartem ckmu. Rambo bezlitośnie młóci birmańskich żołdaków jak kombajn zboże. Nie, oni nie umierają normalnie. Trafieni mistrzowsko przez pociski Rambo rozpadają się na kawałki, a czasem nawet eksplodują oblewając dżunglę czerwoną posoką. Tak prekursorskich scen nie widziałem jeszcze w żadnym filmie! Z tego powodu sposób eksterminacji głównego antagonisty może wydawać się rozczarowujący, ale minimalizm nawiązuje do tradycyjnego Rambo. Warto również zauważyć, że John stał się prawdziwym mistrzem łuku. Na ekranie pokazuje takiego skilla, że śmiało mógłby zastąpić Legolasa we "Władcy Pierścieni". Profesjonalne łucznictwo pozwala również przejąć mu dowodzenie nad żałosną bandą najemników, ponieważ powszechnie wiadomo, że o klasie żołnierza świadczy to jak napierdala z łuku. Na tle krwawej jatki bardzo słabo wypada wybuch rdzewiejącego w dżungli Tallboya – piksele rażą po oczach straszliwie.
Retard mercenaries
(źródło: http://www.movieweb.com)
Jaki jest John Rambo w czwartej odsłonie? Otóż jest to milczące uosobienie smutku z ustami wiecznie wygiętymi w podkowę oraz zmęczeniem życiem wyrytym na twarzy. Co ciekawe pod względem fizycznym Sylvester Stallone prezentuje się bardzo dobrze (jak na swój wiek oczywiście), przez co zdecydowanie wybija się tle aktorów kina akcji osiągających jesień życia. Taki Rambo nie jest zły – przyznam, że prawie przekonałem się do tej roli. Byłaby nawet do przyjęcia, gdyby nie reszta filmu i kompletnie nieudani pozostali bohaterowie. W zasadzie poza Johnem jedynymi godnymi uwagi postaciami jest Sarah (Julie Benz znana z "Dextera") oraz w znacznie mniejszym stopniu Lewis (Graham MacTavish). Zarówno Benz jak i MacTavish starają się coś na ekranie pokazać, ale wychodzi to z różnym skutkiem. Jednak doceniam ich postawę, ponieważ zdecydowanie wyróżniają się tle randomowych misjonarzy oraz najemników. O birmańskich siepaczach nawet nie wspomnę, gdyż wszyscy wyglądają tak samo. Wielkim minusem filmu jest brak wyrazistego villaina. Rola głównego czarnego charakteru sprowadza się do bycia rozprutym przez Johna Rambo. Z deczka słabo.
Browning M2 .50 BMG - Święty Graal Johna Rambo
(źródło: http://www.movieweb.com)
"John Rambo" powinien być hołdem dla wielkiego bohatera i godnym zamknięciem serii. Niestety bardzo daleko mu do tej roli. Jednakże mimo bardzo wielu mankamentów nie jest to na szczęście kompletnie tragiczne kino, którego nie da się oglądać. Oczywiście jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów serii, ale niestety w swojej ułomności nie stanowi jej godnego zakończenia. John Rambo położył ogromne zasługi dla kina i zasługuje na coś zdecydowanie lepszego. Niemniej ostatnia scena filmu kończy jego historię i wygląda naprawdę przyzwoicie. Ogromnie żałuję, że to dobre ukoronowanie serii znalazło się w tak miernym filmie. Chociaż bardzo bym chciał oceny wyższej dać nie mogę.
"You're dead motherfucker now!"
(źródło: http://www.movieweb.com)
Ocena: 4/10.

czwartek, 27 września 2012

"Rambo III"


"Rambo III” – trzecia odsłona przygód Johna Rambo była nieuniknionym i logicznym posunięciem hollywoodzkich decydentów. Tym razem twórcy znacząco uprościli tytuł, ale jednocześnie wykazali się niekonsekwencją, gdyż zaburzyło to całkowicie logikę całej serii ("Rambo III” powinien nosić tytuł "Rambo: First Blood Part III”). Warto zauważyć, że w momencie wejścia do kin w 1988 roku "Rambo III” z budżetem wynoszącym 63 mln USD był najdroższym filmem w dziejach ludzkości. Jest to również wyjątkowa część, gdyż jako jedyna spośród czterech filmów nie zawiera scen osadzonych w USA.
źródło: http://www.posters555.com/
Wuj Sam ponownie potrzebuje Johna Rambo. Tym razem pułkownik Trautman (Richard Crenna) odnajduje naszego bohatera w Tajlandii. Rambo pomaga przy budowie świątyni buddystów, a w wolnych chwilach dorabia sobie walcząc na kije z miejscowym elementem. Trautman chce, aby Rambo towarzyszył mu w niezwykle trudnej misji w Afganistanie. USA postanowiło wesprzeć talibanów, przepraszam bardzo, mudżahedinów, w nierównej walce z potężną i żądną krwi afgańskich dzieciątek Armią Czerwoną. Rambo początkowo odmawia, ale gdy jego przełożony dostaje się do niewoli, bez wahania wyrusza z misją ratunkową.
Hell yeah!!!
(źródło: http://www.movieweb.com)
W porównaniu do poprzednich części "Rambo III” został ogołocony z wszelkich przejawów jakiejkolwiek głębi. Niestety proces ten, zapoczątkowany w drugiej odsłonie, posunięto dalej niż oczekiwałem. Ale jak się okazało 20 lat później nie był to jeszcze szczyt możliwości twórców. W zasadzie trudno znaleźć jakieś pozytywy. Fajnie, że w filmie znalazły się nawiązania do poprzednich części: Rambo nosi medalion należący do ukochanej poległej w wietnamskiej dżungli w poprzedniej odsłonie, a ponadto jego muskularne ciało zdobią blizny z pierwszej i drugiej części. Niestety jest to tylko trochę głupawe kino akcji i to w stylu "superhero vs rzesza noobów”. Kwiat Armii Czerwonej, który często nazywa się tu świetnie wyszkolonymi komandosami, ginie masowo w niezwykle żenujący sposób. Sprzętu udającego radziecki jest całkiem sporo, co nie może dziwić przy tak wysokim budżecie. Fabuła rozwija się tragicznie, Rambo kosi przeciwników z strzelając z biodra jedną ręką, a w finale niszczy helikopter za pomocą czołgu. Mimo wszystko warto zobaczyć, bo to jest prawdziwa klasyka kina akcji oraz przykład tego, w jaki sposób można popsuć całkiem niezłą serię.
źródło: http://www.movieweb.com
Po 11 września 2001 roku film się ogląda naprawdę bardzo wesoło. Według IMDb oryginalne wydanie “Rambo III” na VHS (pamiętacie, że coś takiego było jeszcze?) zawierało na samym końcu zdanie: “Dedicated to the brave Mujaheddin fighters”. Pod rozwagę, co się komu dedykuje.
Rambo w otoczeniu "brave Mujaheddin fighters"
(źródło: http://www.movieweb.com)
Ocena: 4/10.

PS.
Ciekawostka: Richard Crenna zagrał również w parodii "Hot Shots 2” pułkownika Waltersa, wzorowanego na postaci płk Trautmana.

piątek, 14 września 2012

"Rambo: First Blood Part II"



John Rambo powraca! Podobnie jak w przypadku pierwszej części mamy trochę zamieszania z tytułem, gdyż oryginalnie brzmi on "Rambo: First Blood Part II”, a nie „Rambo 2” jak panuje powszechne przekonanie. Sequel wydawał się być nieunikniony – Hollywood nie mogło przecież zmarnować tak wspaniałego herosa. Podejrzewam, że w przyszłości powstanie pewnie prequel opowiadający o służbie Rambo w czasie wojny wietnamskiej. W zasadzie to nawet dziwię się czemu nie powstał dotychczas.
źródło: http://www.soundonsight.org/
Tym razem opowieść rozpoczyna się w kamieniołomie, gdzie Rambo (Sylvester Stallone) odbywa karę za czyny z pierwszej części. Pułkownik Trautman (Richard Crenna) nie chcąc zmarnować tak doskonałego żołnierza postanawia przywrócić Johna do służby. Wykonując ściśle tajną misję zleconą przez CIA Rambo wraca do Wietnamu, aby odnaleźć obozy z amerykańskimi jeńcami (lub też zbrodniarzami wojennymi - patrząc z wietnamsko-radzieckiego punktu widzenia). Niestety, nie wszystko idzie tak jak zaplanowano, przez co nasz bohater ląduje w dżungli wyposażony jedynie w legendarny nóż i łuk (od tej części również legendarny).
źródło: http://www.digitaltrends.com/
W drugiej części przygód Rambo zdecydowanie położono nacisk na akcję, rezygnując niemal z poważnego tonu pierwszej odsłony. W kilku miejscach pojawiają się co prawda ważne problemy (m.in. Rambo czuje się zdradzony przez rząd; kwestia amerykańskich jeńców), ale nie stanowią one o esencji filmu. Esencją jest za to bieganie po dżungli obnażonego do pasa herosa z czerwoną opaską na głowie, który doskonale fraguje przeciwników. Oprócz naturalnego wroga jakim są Wietnamczycy (wyjątkowo upośledzeni i bardzo brutalni) Rambo musi walczyć także z oddziałem radzieckich sił specjalnych. Niestety pojawia się również żenujący wątek miłosny, ale na szczęście trwa tylko około 3 minut. W porównaniu do pierwowzoru druga część jest zdecydowanie gorsza i płytsza, ale mimo wszystko daje radę jako niezwykle solidne kino rozrywkowe. Zawiera również jedną z moich ulubionych scen filmowych, kiedy John Rambo wraca do bazy CIA i masakruje sprzęt za pomocą M60 zdjętego z helikoptera. Naprawdę epicki moment!

Ocena: 7/10 (może trochę na wyrost, ale to obowiązkowa klasyka kina akcji).

sobota, 8 września 2012

"First Blood"



Nie ma chyba osoby, która nigdy nie słyszała o jednym z największych herosów kina akcji, Johnie Rambo. Postać byłego komandosa Zielonych Beretów weszła na stałe do kanonu współczesnej kinematografii, zajmując jedno z najwyższych miejsc w kategorii kina akcji. Jednocześnie zapoczątkowała nurt, udanego bądź wyjątkowo nieudolnego, naśladownictwa, które zalało rynek na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Co ciekawe, chociaż wszyscy znają Rambo, to niewiele osób ma pojęcie, że pierwsza część jego przygód wcale nie nosi tytułu "Rambo I”, ale "First Blood”. Jeszcze większym zaskoczeniem może wydać się fakt, że film oparty jest na powieści Davida Morrella pod tym samym tytułem.
źródło: http://www.impawards.com/
"First Blood” to opowieść o byłym żołnierzu amerykańskich służb specjalnych, Johnie Rambo (Sylvester Stallone). Maszyna do zabijania, stworzona przez pułkownika Trautmana (Richard Crenna) nie potrafi odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Podróżując w stylu, o jakim marzył Jules z "Pulp Fiction”, Rambo dociera do małej mieściny, w której nie jest mile widzianym gościem. Działania miejscowego szeryfa (Brian Dennehy) prowadzą do eskalacji przemocy i uruchamiają uśpione zabójcze instynkty weterana z Wietnamu.
źródło: http://weaponsman.com/
Na pierwszy rzut oka "First Blood” wydaje się zwykłym i płytkim kinem akcji o herosie, który wyposażony jedynie w legendarny nóż staje sam przeciwko armii polujących na niego ludzi. Jednakże opowieść o Johnie Rambo to tak naprawdę głęboka i wyjątkowo gorzka historia o nieprzystosowaniu do życia w społeczeństwie byłych żołnierzy. Pisał już o tym m.in. James Jones, z całą odpowiedzialnością mogę polecić jego "Gwizd”. Rambo wyraźnie nie radzi sobie w nowych realiach. Chociaż jest wojennym bohaterem odznaczonym przez Kongres, nie potrafi nawet znaleźć pracy. Najlepiej niedostosowanie społeczne naszego bohatera obrazuje jego końcowy monolog – w mojej opinii jest to jedna z najbardziej poruszających scen w historii kina.
źródło: http://iwatchmike.com/
"First Blood” to dla mnie esencja kina akcji, które ponadto porusza ważne problemy społeczne. Świetne aktorstwo, chyba życiowa rola Stallone’a, wsparte poruszającą ścieżką dźwiękową i pozbawione idiotyzmów to przepis na naprawdę wyjątkowe kino. A także dowód, że kino akcji nie musi być wyłącznie tępą rozrywką dla idiotów. Mimo, iż od premiery minęło 30 lat nadal świetnie się to ogląda. Absolutnie polecam!

Ocena: 9/10.