Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luca Guadagnino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luca Guadagnino. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2020

"We Are Who We Are" (2020)

Right here, right now.

Od ostatniej recenzji pandemiczna sytuacja nie uległa wcale polepszeniu (ba, wręcz pogorszeniu), więc w dalszym ciągu jesteśmy skazani na ofertę różnorakich platform streamingowych (świadomie ignoruję telewizję, ponieważ jestem dumnym nieposiadaczem telewizora) Tym razem postanowiłem postawić na tegoroczny, ośmioodcinkowy mini serial wyprodukowany w kooperacji HBO i Sky Atlantic, czyli "We Are Who We Are" (w Polszy znany pod tytułem "Tacy właśnie jesteśmy"). Dlaczego akurat ta produkcja przykuła moją uwagę? Z pewnością wynikało to z osoby reżysera, gdyż Luca Guadagnino był odpowiedzialny między innymi za genialne, recenzowane jakiś czas temu "Call Me By Your Name". Ponadto akcja serialu została osadzona we Włoszech, a jak doskonale wiemy (w szczególności po niedawnych, wspaniałych wakacjach na pięknej Sardynii), pod italskim słońcem wszystko jest na propsie. Swoją drogą, odnosząc się do słynnego powiedzonka Kazimierza Przerwy-Tetmajera, nigdy nie rozumiałem jak można deklarować obłąkańczą miłość do polskiego gówna, podczas gdy w Italii jest tyle pięknych miejsc.

© 2020 Home Box Office Inc.

Akcja "We Are Who We Are" rozgrywa się w 2016 roku w fikcyjnej amerykańskiej bazie wojskowej położonej w Chioggia, nieopodal Wenecji. 14-letni Fraser Wilson (Jack Dylan Grazer) przenosi się wraz z rodziną z Nowego Jorku do Italii na trzyletnią turę. Matka nastolatka, pułkownik Sarah Wilson (Chloë Sevigny), ma objąć bowiem dowództwo w bazie, w której szwankuje trochę dyscyplina i porządek. Neurotyczny i dziwny w kontaktach ze światem zewnętrznym Fraser po jakimś czasie zaprzyjaźnia się z Caitlin (Jordan Kristine Seamón), córką jednego z wysoko postawionych, lokalnych oficerów. Wbrew sceptycznie nastawionemu otoczeniu dwójka bohaterów tworzy nietypową relację, która pozwala im zmierzyć się z trudami dorastania.

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" zdecydowanie nie jest serialem, w którym można dostrzec natłok zdarzeń, a wartka i nieustająca w pędzie akcja nie pozwala choćby na najkrótszą chwilę oddechu. W zasadzie tutaj praktycznie nic się nie dzieje, gdyż oglądamy dosyć prozaiczne wydarzenia z życia dojrzewających nastolatków: wyprawy na plażę, melanże, zajęcia w szkole, bezcelowe snucie się po mieście czy gwałtowne kłótnie z rodzicami – jak to mawiają erudyci: nihil novi sub sole. A jednocześnie produkcja posiada wręcz magnetyczną siłę przyciągania, która sprawia, że odczuwamy wyjątkowo mocną potrzebę włączenia następnego odcinka i tak dalej, i tak dalej, aż do kresu (w tym przypadku kres następuje bardzo szybko, ponieważ nakręcono tylko osiem epizodów). Nastoletnie problemy ukazane zostały bardzo delikatnie, subtelnie i ze sporą wrażliwością dla tematu – pierwsze miłości, problemy z własną tożsamością i orientacją seksualną, zdrady i przyjaźnie. To wszystko sprawia, że sami możemy sobie z łatwością przypomnieć jak bardzo chwiejne pod względem emocjonalnym była nasze życie jeszcze parę lat temu. Ale serial nie obraca się wyłącznie wokół nastoletnich bohaterów, gdyż na dalszym planie rozgrywają się także różne dramaty małżeńskie, nieudane związki, przelotne lub bardziej poważne romanse czy też szemrane transakcje (przez chwilę myślałem, że jeden z wątków rozwinie się we współczesne "Buffalo Soldiers"). Akurat zabawnie się złożyło, że akcja serialu rozgrywa się także w trakcie wyborów prezydenckich, w trakcie których Donald Trump ogłasza zwycięstwo (kiedy w końcu policzycie te wszystkie głosy?).

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" tak naprawdę mogłoby się rozgrywać w dowolnej amerykańskiej bazie wojskowej położonej poza USA. Zresztą, jak zauważa jedna z bohaterek, sklepy spożywcze w bazach są zawsze takie same, a produkty ułożone w ten sam sposób (oczywiście pośród obiektów o kluczowym znaczeniu militarnym nie mogło zabraknąć KFC czy budy z meksykańska paszą). Historia przedstawiona w serialu zyskuje tym samym pewien uniwersalizm, odcinając się jednocześnie od konkretnego miejsca (choć na włoskie krajobrazy i miasteczka zawsze spoglądam z nostalgią). Warto zwrócić uwagę na stronę realizacyjną tego projektu, która momentami jest wręcz olśniewająca. Z ciekawszych scen wspomnę jedynie imprezę w ekskluzywnej wilii Rusków, rozgrywającą się w slow motion epicką batalię po paintballu czy prozaiczną jazdę na rowerze przedstawioną w tak doskonały sposób, że aż zapiera dech w piersiach. Jeżeli dołożymy do tego jeszcze bardzo oryginalną (przynajmniej dla mnie, nie słucham takiej muzyki na co dzień) ścieżkę dźwiękową, to otrzymamy potężne audiowizualne combo.

© 2020 Home Box Office Inc.

Serial jest również imponujący pod względem aktorskim. Jack Dylan Grazer, wcielający się we Frasera, stworzył genialną kreację pretensjonalnego i zagubionego nastolatka, któremu mamy ochotę czasem po prostu przypierdolić za zgrywanie rozkapryszonego dzieciaka. Chłopak opętany ideą dobrego, modnego wyglądu, zaczytany w poezji i jednocześnie niestabilny emocjonalnie to postać jednocześnie wysoce odpychająca, ale także pod pewnymi względami fascynująca. Fraser wypada świetnie w parze z Caitlin, którą znakomicie zagrała Jordan Kristine Seamón. Dziewczyna jest o wiele bardziej stonowana i normalna niż główny bohater, ale jednakże i ona ma swoje odpały poszukując własnej, życiowej drogi, niemniej mają wspaniałą, ekranową chemię. Kolejna ciekawa rola to Chloë Sevigny (Sarah), która gra twardą panią pułkownik w męskim świecie wojskowych i kompletnie nieradzącą sobie w życiu osobistym lesbijkę i bezradną matkę. Tutaj warto wspomnieć o poruszającym występie jej partnerki Maggie, w którą wcieliła się Alice Braga (od samego początku wydawało mi się, że kojarzę tę twarz). I w zasadzie mógłbym tak opisywać w nieskończoność poszczególnych bohaterów serialu, ale po prostu sprawdźcie to sami. Rzadko to piszę, ale naprawdę tutaj wszyscy zagrali tak, że mucha nie siada.

© 2020 Home Box Office Inc.

"We Are Who We Are" to fascynująca i wciągająca produkcja poświęcona w większości trudnym problemom związanym z dorastaniem i brakiem tożsamości rodzin amerykańskich żołnierzy, które co trzy lata zmieniają miejsce stacjonowania. Genialna pod względem wizualnym i aktorskim z pewnością będzie świetna w odbiorze dla bardziej wysublimowanej widowni, w szczególności dla widzów, który lubią jak niewiele dzieje się na ekranie i doceniają przede wszystkim wyjątkową atmosferę i klimat.

© 2020 Home Box Office Inc.
Ocena: 9/10.


poniedziałek, 31 grudnia 2018

"Call Me by Your Name"/"Tamte dni, tamte noce" (2017)


People who read are hiders. They hide who they are. 
People who hide don't always like who they are.

Na koniec roku, całkiem nieoczekiwanie (szczególnie w kontekście wakacyjnego klimatu filmu), wracamy na chwilkę do oscarowych produkcji z dziewięćdziesiątej ceremonii wręczenia statuetek. "Call Me by Your Name" (w Polszy znane jako "Tamte dni, tamte noce" – tym razem nie czepiamy się błyskotliwego tłumaczenia, gdyż pochodzi ono z równie błyskotliwej translacji tytułu książkowego pierwowzoru), wyreżyserowane przez Luca Guadagnino, otrzymało nominacje w czterech kategoriach: najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy (Timothée Chalamet), najlepsza piosenka (Mystery of Love) oraz najlepszy scenariusz adaptowany. Akademia nie była jednakże szczególnie łaskawa, ponieważ film dostał finalnie tylko jedną statuetkę w ostatniej kategorii. Scenariusz autorstwa Jamesa Ivory’ego oparto na podstawie powieści André Acimana pod tym samym tytułem opublikowanej w 2007 roku i muszę przyznać, że po seansie mam wielką ochotę zapoznać się z książkowym oryginałem. "Call Me by Your Name" planowałem obejrzeć jeszcze w trakcie Letniego Taniego Kinobrania, ale wskutek splotu niefortunnych zdarzeń dopiero grudniowy przegląd filmów w krakowskim kinie ARS umożliwił mi seans. Swoją drogą wskutek planowanego zamknięcia była to prawdopodobnie ostatnia wizyta w legendarnym ARSie… Smuteczek bardzo, tym bardziej, że kino było tym razem pełne ludzi, a poszczególne seanse wyprzedane do ostatniego miejsca.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Call Me by Your Name" rozgrywa się gdzieś w północnych Włoszech latem 1983 roku. Do wiejskiej wilii profesora archeologii Perlmana (Michael Stuhlbarg) oraz jego małżonki Annelli (Amira Casar) przyjeżdża młody amerykański doktorant Oliver (Armie Hammer) w celu pogłębienia dotychczasowej wiedzy. Nastoletni syn akademika, Elio (Timothée Chalamet) początkowo niezwykle sceptycznie podchodzi do gościa, rozwijając letnią miłość z Marzią (Esther Garnel). Jednakże z czasem między dwoma młodymi mężczyznami zaczyna rodzić się niezwykła, wyjątkowa przyjaźń.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Odkąd w lutym spędziłem kilka dni pod ciepłym słońcem Katanii oglądając z niedowierzaniem dojrzewające pomarańcze i mandarynki (powszechne na Sycylii jak jabłonki i śliwy u nas; w szczególności polecam pomarańcze moro, czasem są dostępne w Lidlu) odczuwam potężną fascynację Italią. I chociaż mam świadomość, że północne Włochy (byłem również na chwilkę w Bergamo) to zupełnie inna bajka niż Sycylia to jednak istnieje pewne podobieństwo pomiędzy tymi regionami. "Call Me by Your Name" wprost idealnie oddaje klimat lata spędzanego na włoskiej prowincji, jednocześnie przywołując u mnie nostalgiczne wspomnienia z wakacji z Szanieckiego Parku Krajobrazowego i Ponidzia. Wycieczki rowerowe, pierwsze papierosy, alkohole, przeważnie nuda, duża dawka sportu (znacie piłkarską grę jedno podanie?), ot kiedyś prawie codzienne życie od końca czerwca do początku września. Luca Guadagnino wspaniale uchwycił leniwy klimat wakacyjnej egzystencji w Lombardii, aczkolwiek Elio dysponuje znaczcie szerszymi horyzontami: mając doskonale wykształconych rodziców stał się zapalonym bibliofilem przejawiającym niebagatelne talenty muzyczne.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Jednakże "Tamte dni, tamte noce" to przede wszystkim piękny film o pierwszej miłości, uwzględniający wszystkie aspekty tegoż niezwykłego uczucia: od rodzenia się nieśmiałej fascynacji, poprzez zazdrość, następnie krótkotrwałe szczęście, aż po ból wynikający z rozstania, który wówczas wydaje się, że nie przeminie nigdy. I co z tego, że to niezwykłe uczucie zachodzi między dwoma młodymi mężczyznami (chociaż wyobrażam sobie ból dupy prawicowych oszołomów, gdyby film o homo-Żydach dostał Oscara w najważniejszej kategorii )? Luca Guadagnino w piękny i niezwykle subtelny (acz nie pozbawiony lekkiej perwersji – vide brzoskwinia) sposób przedstawił burzliwą pierwszą miłość z perspektywy nastolatka jeszcze niepewnego swojej seksualności. Ponad dwie godziny seansu minęły jak z bicza strzelił. Rozterki młodego Elio związane z uroczą Marzią i pociągającym Oliverem można w szerszym kontekście odnieść praktycznie do każdego z nas (chociaż ja niestety nie miałem takich fajnych koleżanek na wiejskich wakacjach). "Call Me by Your Name" zawiera wiele poruszających, doskonałych w swojej istocie scen, ale pragnę zwrócić Waszą uwagę na genialną scenę rozmowy Elia ze swoim ojcem – czyż każdy z nas nie marzy o tak wyjątkowej więzi z rodzicami? Oprócz bezbłędnych zdjęć nie można oczywiście obojętnie przejść obok epickiej ścieżki dźwiękowej idealnie podkreślającej klimat lat 80-tych (sprawdźcie ruchy Olivera na parkiecie) oraz wybitnych stylówek bohaterów (obcisłe szoty, szerokie koszule, znakomite okulary i plecaki).
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Timothée Chalamet w pełni zasłużył na nominację do Oscara, w mojej skromnej opinii, nie miałbym nic przeciwko, gdyby otrzymał statuetkę (szkoda, że Akademia nie dała Oscara Gary’emu Oldmanowi znacznie wcześniej, ponieważ zasłużył na to nie raz). Elio w jego wykonaniu to inteligentny, oczytany, władający nie jednym językiem i rozwinięty muzycznie nastolatek zmagający się z pierwszymi kontaktami seksualnymi, które mają określić jego przyszłą tożsamość. Sposób w jaki Timothée Chalamet odgrywa emocje targające młodzieńcem zasługuje po prostu na najwyższe uznanie. Mam nadzieję, że to dopiero początek aktorskich osiągnięć młodego Amerykanina. Armie Hammer również spokojnie mógłby dostać nominację za rolę drugoplanową, ponieważ Oliver w jego wykonaniu jest najzwyczajniej w świecie doskonały. Dojrzałość emocjonalna, tęga, sportowa sylwetka, lekka amerykańska nonszalancja oraz swoista tajemniczość to cechy najlepiej oddające tegoż bohatera. Wielkie propsy należą się również stonowanemu emocjonalnie Michaelowi Stuhlbargowi (niezapomniany Arnold Rothstein z "Boardwalk Empire"), w szczególności za scenę poruszającej rozmowy o uczuciach z synem. Moją kobiecą faworytką pozostaje Esther Garrel za rolę Marzi – oddanej koleżanki z wakacji, którą każdy z nas chciałby mieć na jakimś etapie swojego nastoletniego żywota. Niemniej pragnę również docenić Amirę Casar za bardzo fajnie zagraną rolę matki Elia.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
"Call Me by Your Name" to znakomity film przedstawiający w niezwykle subtelny i delikatny sposób trudny temat pierwszej miłości. Jeżeli nie posiadacie homoseksualnych uprzedzeń film Luca Guadagnino powinien zachwycić Was swoim pięknem i dogłębnym zgłębieniem tematu, który dotyczył kiedyś każdego z nas. W momencie, gdy przeczytam książkę André Acimana uraczę Was zapewne drobną erratą, ale dzisiaj radujmy się znakomitą produkcją sławiącą uroki Lombardii.
źródło: http://sonyclassics.com/callmebyyourname/
Ocena: 8/10.