Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John C. Reilly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John C. Reilly. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 sierpnia 2022

"Licorice Pizza" (2021)

I met the girl I'm gonna marry one day, Greg.

Kiedy ja zaczynam pisać ten tekst, wakacje powoli dobiegają końca, a w coraz chłodniejsze wieczory bandy młodzieży szukają ostatnich melanży i baletów przed powrotem do szkoły (Z jakiegoś okna leci fu-gee-la-la; Widać, że płynie ostatni letni balet). W sumie od dłuższego czasu wakacje są dla mnie pojęciem czysto abstrakcyjnym, ponieważ ostatnie prawdziwe wakacje w wakacje miałem jeszcze za czasów studenckich, gdzieś dekadę temu, a w międzyczasie moje życie uległo zasadniczym przemianom. Niemniej zawsze z nostalgią spoglądam na dzieciaki u progu kolejnego roku szkolnego, wspominając tamte zamierzchłe dzieje. Ostatnio nawet próbowałem zwiedzić moje stare, kieleckie liceum pozbawione patronki, ale gadatliwa strażniczka bramy pozostała nieprzejednana i skończyło się na podziwianiu rzeźb w ogrodach Plastyka. Niemniej teraz wakacje kojarzą mi się przede wszystkim z kolejną edycją Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. W tym roku odbywa się już szesnasta edycja i postanowiłem Wam zaprezentować dokładnie trzy tytuły, które miałem okazję zobaczyć (a dysponuję zdecydowanie mniejszą ilością czasu niż dotychczas). Kolejność będzie raczej zupełnie przypadkowa, a na pierwszy ogień, głównie z powodu nostalgii, idzie "Licorice Pizza" w reżyserii Paula Thomasa Andersona.
© 2021 Universal Pictures.

"Licorice Pizza" opowiada historię Gary’ego (Cooper Hoffman), wygadanego i bezczelnego nastoletniego aktora i biznesmena z San Fernando Valley, który nie przepuści żadnej okazji, aby zarobić jakieś hajsy. Jednak egzystencja naszego bohatera zmienia się, gdy przypadkowo poznaje o wiele starszą Alanę (Alana Haim). Chłopak ewidentnie zafascynowany nową koleżanką dokłada wszelkich starań, aby nawiązać z nią znacznie bliższą relację. I w zasadzie tyle można napisać o fabule najnowszego filmu Paula Thomasa Andersona, ponieważ to w zasadzie pokrętne relacje Gary’ego i Alany wypełniają cały ekranowy czas.
© 2021 Universal Pictures.

Zanim przejdę do sedna warto poświęcić parę słów na wyjaśnienie dosyć nietypowego tytułu tej produkcji. Licorice Pizza, czyli lukrecjowa pizza to nazwa sieci sklepów z płytami winylowymi, które działały w południowej Kalifornii w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli mniej więcej wtedy, gdy rozgrywa się akcja filmu (dokładnie jest to burzliwy 1973 rok). A skąd z kolei wzięła się taka nietypowa nazwa ? Ano winyle wyglądają przecież niemal jak lukrecjowa pizza! I chociaż to określenie nie pojawia się w ogóle w tej produkcji, to muzyka ma w niej ogromne znaczenie. Jeśli miałbym porównać "Licorice Pizza" do jakiegoś innego tytułu pod względem klimatu, to od razu nasuwa mi się "Once Upon a Time in Hollywood" Quentina Tarantino. Oba filmy są bowiem podróżami w przeszłość, może trochę wyidealizowanymi, ale przede wszystkim stawiającymi na nostalgię. Natomiast w kontekście twórczości Paula Thomasa Andresona to zdecydowanie bardziej "Inherent Vice" niż "Magnolia" czy "Nić widmo". W filmie, którego tytuł nawiązuje bezpośrednio do płyty winylowej, nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki. Ścieżka dźwiękowa wypada wprost rewelacyjnie i doskonale wpasowuje się w klimat "Licorice Pizza". Na koniec akapitu moje prywatne przemyślenie niezwiązane z niczym konkretnym: bohaterowie filmu biegają naprawdę dużo!
© 2021 Universal Pictures.

Fabuła "Licorice Pizza" nie dąży do jakiegoś konkretnego celu. Raczej na tle różnych, często niewynikających z siebie wydarzeń, przyglądamy się bliżej burzliwej relacji Gary’ego i Alany. A więc podróżujemy przez musicalowe występy i castingi, biznesy ze sprzedażą łóżek wodnych, zwiedzamy salony gier, jemy kolacje z podstarzałymi gwiazdami Hollywood, ale też zahaczamy o poważne sprawy mające wpływ na naszych młodzieżowych bohaterów (jak choćby embargo naftowe po wojnie Jom Kipur czy czynny udział Alany w kampanii radnego L.A. Joela Wachsa). I otrzymujemy również pełne spektrum emocji: od typowych, bezmyślnych wygłupów nastolatków przez zaczątki pierwszych romansów po przejmujące dramaty miłosne i sceny pełne niepokoju (jak choćby motyw z mężczyzną obserwującym biuro radnego). A co najciekawsze, część filmowych postaci oraz wydarzeń nawiązuje do tak zwanej prawdy historycznej. Żeby nie przynudzać przepisywaniem trivi z IMDb wspomnę jedynie, że postać Gary’ego została oparty na amerykańskim aktorze i producencie, Gary’m Goetzmanie, który filmową karierę zaczął w młodym wieku i rzeczywiście zajmował się sprzedażą łóżek wodnych oraz prowadził salon gier. A ponadto restauracja The Tail O’ the Cock, w której wiele czasu spędzają bohaterowie filmu, istniała naprawdę (została zamknięta w 1987 roku).
© 2021 Universal Pictures.

Pod względem aktorstwa ten film naprawdę miażdży. Cooper Hoffman (syn zmarłego w 2014 roku Philipa Seymoura Hoffmana) w swoim debiucie aktorskim (sic!) stworzył wręcz rewelacyjną kreację bezczelnego i pewnego siebie Gary’ego, który potrafi być tak samo irytujący, jak i do rany przyłóż. Na równie wielkie, jeszcze jeśli nie większe, propsy zasłużyła Alana Haim za genialną i bezbłędną kreację Alany. Dlaczego ta dwójka nie otrzymała nominacji do Oscarów pozostaje dla mnie całkowitą tajemnicą. Ale choć na ekranie oglądamy przeważnie Alanę i Gary’ego "Licorice Pizza" ma rewelacyjne występy epizodyczne. Sean Penn (Jack Holden) i Tom Waits (Rex Blau) dają niezapomniany popis w scenie rozgrywającej się w restauracji The Tail O’ the Cock. Iyana Halley i George DiCaprio (tak, tak ojciec Leonardo!) podkręcają seksualne napięcie w fascynacji łóżkami wodnymi. Bradley Cooper, wcielający się w prawdziwego producenta filmowego Johna Petersa, szarżuje bez opamiętania, ale efekt jest znakomity. Czy choćby Jon Beavers, wcielający się w zwykłego kolesia stalkującego biuro radnego! Albo wspomnijmy jeszcze całą rodzinę Haimów, która na ekranie fantastycznie odgrywa filmową rodzinę Alany! Pod względem aktorstwa drugoplanowego i epizodycznego jest to z pewnością jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w całym swoim życiu!
© 2021 Universal Pictures.

Oglądając "Licorice Pizza" poczułem mocną falę nostalgii za czasami, które już nie wrócą (czytaj za młodością). Niemal beztroskie perypetie bohaterów mają w sobie niezaprzeczalny urok i seans zapamiętałem bardzo przyjemnie. Na tyle przyjemnie, że co jakiś czas będę miał ochotę powrócić do filmu Andersona, podobnie jak do genialnego "Dazed and Confused", który również dotyczy młodzieńczych czasów. Jeśli pragniecie udać się w podróż pełną nostalgii, odpalajcie bez najmniejszego wahania!
© 2021 Universal Pictures.

Ocena: 9/10.

poniedziałek, 30 maja 2016

"Lobster"



"Lobster" zaintrygował mnie od pierwszego wejrzenia, ponieważ jakiś czas temu przed kinowym seansem miałem okazję obejrzeć trailer filmu Yorgosa Lanthimosa. O to właśnie chodzi: mniej reklam, więcej zapowiedzi! Szkoda, że w Cinema City i innych kinoplebsach proporcje zostały tak zaburzone, że aż się odechciewa chodzić. Przyznam szczerze, że z wcześniejszą twórczością greckiego reżysera nie miałem zbyt wiele wspólnego. Pamiętam jedynie, że kilka lat temu na pewno czytałem o dosyć oryginalnej produkcji sygnowanej jego nazwiskiem ("Kieł" z 2009 roku). Tym razem oprócz intrygującego pomysłu na fabułę do obejrzenia "Lobstera" zachęcił mnie z pewnością Colin Farrell, który od jakiegoś czasu próbuje zrobić coś ze swoją karierą, żeby nie pójść drogą najbardziej upadłego z upadłych, czyli Nicolasa Cage’a (swoją drogą dawno nie recenzowałem jego ostatnich dokonań). Występ Irlandczyka w drugim sezonie "True Detective" był jednym z najjaśniejszych punktów tego średnio udanego przedsięwzięcia, więc liczyłem, że Colin również tym razem mnie nie zawiedzie.
źródło: http://www.impawards.com
W dystopijnej przyszłości (raczej bliższej niż dalszej), w nieokreślonym miejscu zwanym po prostu Miastem (The City), panują niezwykle oryginalne reguły prawa. Otóż ludzie, którzy nie mają lub też stracili swoje drugie połówki zostają w ramach kary zesłani do Hotelu. W tymże przybytku, zarządzanym przez bezwzględną menedżerkę (Olivia Colman), single mają 45 dni na znalezienie partnera (aczkolwiek istnieje możliwość przedłużenia tego terminu). Jeżeli natomiast poszukiwania zakończą się niepowodzeniem, każdy z życiowych przegrywów zostanie zamieniony w zwierzę, które sobie uprzednio wybrał. I właśnie w tym miejscu poznajemy sympatycznego Davida (Colin Farrell), który wskutek utraty żony zostaje skazany na pobyt w Hotelu.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Z pewnością pod względem fabularnym "Lobster" jest jednym z najbardziej oryginalnych filmów, jakie miałem ostatnio przyjemność obejrzeć. Sama koncepcja zamiany człowieka w zwierzę za nieudolne dobieranie partnera wydawać się może kompletnie absurdalnym pomysłem, aczkolwiek film ogląda się znakomicie. Nie razi nawet fakt, iż nikt nie pokusił się o choćby okruszek wyjaśnienia przy użyciu jakiej technologii miałby zostać przeprowadzony ten proces albo z jakiej przyczyny społeczeństwo zaakceptowało tenże specyficzny system kar. Abstrahując jednakże od oryginalności głównego motywu filmu to muszę przyznać, iż momentami miałem wrażenie, że pod pewnymi względami "Lobster" coś mi przypomina. Po namyśle doszedłem do wniosku, iż jest to z pewnością powieść Raya Bradbury’ego 451 stopni Fahrenheita. Pierwsze skojarzenie dotyczyło oczywiście singli ukrywających się w lesie – podobnie jak we wspomnianej książce po oddaleniu się od Miasta czy Hotelu okazuje się, że restrykcyjne przepisy nie sięgają tak naprawdę wszędzie. Drugie nawiązanie to z kolei zanik krytycznego myślenia i wolnej woli, wynikające bezpośrednio z nieuchronnej groźby zamiany w zwierzę. Słabsze jednostki wymiękają popełniając samobójstwa, natomiast inteligentniejsze za wszelką cenę próbują dostosować się do potrzeb dopiero co znalezionych partnerów, tworząc na pozór szczęśliwe związki.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Warto tutaj również zwrócić uwagę na intrygujący klimat oraz fabularną przewrotność. Gdy nasz bohater w końcu wyzwala się z represyjnych okowów totalitarnego systemu i ucieka do lasu by żyć pośród dzikich zwierząt, trafia do równie bezwzględnej dyktatury zarządzanej twardą ręką przez wyjątkowo hardą dziewczynę, marzącą o zniszczeniu Hotelu. Jak to mawiał Kapitan Bomba: biednemu zawsze wiatr w oczy i chuj w dupę. Niemniej "Lobster" to opowieść nasycona wyjątkowo czarnym, czasami nawet brutalnym, humorem, który sprawia, że film ogląda się naprawdę znakomicie (o ile oczywiście lubicie takie podejście do tematu życia i śmierci). Kolejny plus to piękne irlandzkie krajobrazy – głównie urocze hrabstwo Kerry, hrabstwo Cork oraz Dublin grający totalitarne Miasto. Ścieżka dźwiękowa jest całkiem młodzieżowa i jako ciekawostkę mogę napisać, że zawiera kilka utworów z muzyki klasycznej.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Jednakże znakomite aktorstwo jest prawdziwą perełką "Lobstera". Na największe propsy zasłużył oczywiście Colin Farrell. David w jego wykonaniu nie jest żadnym herosem wykutym z hartowanej stali. Można powiedzieć nawet więcej: to całkowicie zwyczajny koleś o raczej mało muskularnej posturze (zwróćcie uwagę na brzuszek Colina), różnymi problemami i rozterkami psychicznymi, który jednak nie pragnie zostać zamieniony w tytułowego homara w ramach kary za nieudolność miłosną. Jego starania, by dostosować się do poszczególnych partnerek za wszelką cenę to przejaw jawnego oportunizmu, ale cóż poradzić, skoro normy społeczne obowiązujące w Mieście są tak bezwzględne. Wielkie brawa dla Colina za tak znakomitą kreację i mam nadzieję, że wreszcie uda mu się wrócić na słuszną, aktorską drogę do chwały. Chociaż nigdy nie byłem (i nie jestem) fanem Rachel Weisz to trudno mi nie docenić jej roli – oklaski za znakomite dostosowanie się do filmowej konwencji. Choć Léa Seydoux nie urwała mi dupy w "Spectre" to muszę docenić jej występ w "Lobsterze". Wcielając się w bezwzględną i okrutną liderkę ruchu oporu singli wypada po prostu znakomicie! A dodatkowo na drugim planie cieszą oko Ben Whishaw, John C. Reilly, Angeliki Papoulia, Ariane Labed czy Ashley Jensen.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Jeżeli macie ochotę na wyjątkowo oryginalne i niesztampowe kino przesycone czarnym humorem to zdecydowanie polecam Wam "Lobstera". Dawno nie miałem okazji oglądać tak nietypowego podejścia do fabuły, kwestii egzystencjalnych takich jak relacje międzyludzkie i do tego czy warto za wszelką cenę dostosować się do swojego partnera.
źródło: http://thelobster-movie.com/fox
Ocena: 8/10.

niedziela, 18 stycznia 2015

"Guardians of the Galaxy"



Po dłuższym okresie obcowania z bardziej ambitnymi przedsięwzięciami (m.in. nadrabianie zaległości z twórczości Stanleya Kubricka) w końcu postanowiłem zmierzyć się z kolejną produkcją sygnowaną logiem Marvel. Tym razem na warsztat trafił obiekt niedawnej, powszechnej, brutalnej masturbacji z workiem foliowym na głowach wszelkiej maści krytyków i milijonów widzów, czyli "Guardians of the Galaxy". Nie będę ukrywał, że do tego rodzaju filmów podchodzę niezwykle sceptycznie. W zasadzie poza obiema częściami "Thora" i pierwszym "Iron Manem" cały ten festyn mógłby popaść w odmęty totalnego zapomnienia albo nawet nigdy nie powstać bez jakiejkolwiek szkody dla mojego jestestwa. Niemniej doskonale rozumiem szefów Marvela – przecież hajs się musi zgadzać! Gdybym był na ich miejscu tak samo ruchałbym światową widownię kręcąc kolejne sequele, prequele, rebooty, rebooty niedawno zrebootowane, czy crossovery (tutaj dostrzegam największy potencjał). Tym razem jednakże Marvel postąpił trochę inaczej i sięgnął głębiej do zasobnego w bohaterów worka by wyciągnąć z niego garść no-name’owych (przynajmniej dla mnie) postaci zwanych Strażnikami Galaktyki.
źródło: http://www.impawards.com
Jak zwykle fabuła jest fantastyczna! W dniu śmierci matki małoletni Peter Quill zostaje uprowadzony przez przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji. Ileś tam lat później dorosły Quill a.k.a. Star-Lord (Chris Pratt), wyraźnie obeznany z prawami kosmosu, prowadzi awanturnicze życie. Wykonując kolejne zlecenie wplątuje się w poważną aferę, która zagraża egzystencji całego wszechświata. Mocarny Ronan (Lee Pace), czując się zdradzony przez rodaków, postanawia zniszczyć planetę Xandar. Jednakże do tego celu potrzebuje pomocy wszechmocnego Thanosa, który uzależnił support od dostarczenia potężnego artefaktu.
źródło: http://marvel.com/guardians
Ponieważ podobne, ostatnie zbiorowe masturbacje miały miejsce przy "X-Men: First Class" oraz "The Avengers" naprawdę niewiele oczekiwałem od filmu Jamesa Gunna. Kategoria PG-13, wartka akcja, feeria CGI i nic ponadto – po prostu festyn. Niemniej dochodzące zewsząd głosy o rzekomej wybitności "Strażników Galaktyki" nie do końca udało mi się całkowicie zlekceważyć. W efekcie gdzieś w odmętach mojego umysłu zaczęła kiełkować nadzieja, że może tym razem będzie inaczej. Niestety prysła mniej więcej w piątej minucie seansu. Dosłownie chwilę po jednej z najsmutniejszych scen w dziejach kinematografii (piszę to bez cienia ironii!) zostałem uraczony sekwencją taneczną. Przejście od totalnej powagi do konwencji zabawowej przypomina mniej więcej jakąś produkcję rodem z Bollywood. Umierająca matka Quilla to kawał naprawdę mocarnego kina, ale co z tego skoro ciężki klimat został roztrwoniony w try miga. Reszta fabuły rozwija się w typowy dla marvelowskich opowieści sposób. W zasadzie pod wieloma względami trudno znaleźć jakiekolwiek różnice w stosunku do "The Avengers". Po raz kolejny mamy do czynienia z budowaniem drużyny z jednostek, które do siebie nie pasują, patetycznymi przemowami motywacyjnymi, a w końcu ze wspólnym działaniem ku chwale wyższych celów. Znowuż istnieniu kosmosu zagraża potężny artefakt (tym razem jeden z Infinity Stones), który może wpaść w niewłaściwe ręce. Swoją drogą zwróciliście uwagę, że w niemal każdej produkcji Marvela pojawia się tego rodzaju przedmiot? Ileż tak legendarnych itemów znajduje się jeszcze we wszechświecie?
źródło: http://marvel.com/guardians
Akcja jest bardzo wartka, niemal nie ma przestojów (nie licząc scen wzajemnych pretensji). Niestety "Strażników Galaktyki" cechuje wysoki poziom wtórności. Widzieliście już międzygwiezdny okręt wojenny rozbijający się na powierzchni planety? Ja tak – choćby w "Star Trek: Into Darkness". Widzieliście już idiotę villaina, który zamiast unicestwić planetę zaczyna wygłaszać patetyczną przemowę, która i tak nie ma sensu, ponieważ i tak planuje eksterminację wszystkich słuchaczy? W dalszym ciągu nikt nie stosuje się do złotej porady Tuco z "The Good, the Bad and the Ugly": When you have to shoot, shoot, don’t talk! Widzieliście już potężnego villaina, otoczonego przez bandę nieudaczników, którego armia przypomina do złudzenia boty z najniższego poziomu trudności w grze FPP? Jednakże "Strażnicy Galaktyki" mają również swój wkład do światowej kinematografii. Niestety odnosi się do żenady. Film ma całkiem niezłą ścieżkę dźwiękową, ale nie jest to powód, który uzasadnia tańczących bohaterów. Oka, przeboleję Quilla tańczącego na początku czy też końcową scenę, ale wstęp do pojedynku z Ronanen to już po prostu grube przegięcie. Dawno nie widziałem tak idiotycznej sceny! Oczywiście jak przystało na Marvela z filmu po prostu wylewa się CGI – bolą już od tego oczy! Jeśli chodzi o pozytywy to warto wspomnieć o paru w miarę zabawnych dialogach, OST oraz tzw. dick message.
źródło: http://marvel.com/guardians
Trzeba przyznać, że bohaterowie "Strażników Galaktyki" to prawdziwa banda nieudaczników. Quill, zwany Star-Lordem (najczęściej przez siebie samego), to momentami prawdziwy człowiek-debil i wielka chwała dla Chrisa Pratta, że nadał taki, a nie inny kształt swojej postaci. Co prawda można by jeszcze pójść bardziej w stronę Kelso z "Różowych lat 70-tych", ale i tak jest wystarczająco dobrze. Mógłbym nawet polubić debilizm Quilla, gdyby nie kazano mu tańczyć. Niestety Zoe Saldana nie zrobiła kompletnie nic, abym mógł zapamiętać Gamorę po zakończeniu projekcji. Ot, kolejna bezbarwna postać do kolekcji humanoidalnych przedstawicielek płci pięknej z odmętów kosmosu. Zdecydowanie wolę ją jako Uhurę ze Star Treka. Spoglądając na resztę strażniczej ekipy z pewnością warto wyróżnić Dave’a Bautista za rolę fizycznego Draxa. Groot (głos Vina Diesela) to po prostu szlachetny Hodor kosmosu ("Game of Thrones" reference). Natomiast szop Rocket (głos Bradleya Coopera) to … ja pierdolę co to ma być? Rozumiem, że w zamierzeniu futrzak miał wprowadzać elementy komiczne, sypiąc one-linerami jak z rękawa. Niestety something went wrong i szop mnie po prostu wkurwia. I w zasadzie kiedy myślałem, że Rocket osiągnął maksymalny poziom mojego wkurwienia ujrzałem Kaczora Howarda (właśnie, nie zapomnijcie o żenującej scenie po napisach końcowych)!!! Również Glenn Close (Nova Prime) wypada jak totalny absurd i nonsens. W miarę solidnie zaprezentowali się natomiast Lee Pace, Michael Rooker (Yondo to mój faworyt wśród postaci drugoplanowych), Benicio Del Toro (Liberaci wszechświata) oraz John C. Reilly.
źródło: http://marvel.com/guardians
Jeżeli po "Strażnikach Galaktyki" spodziewacie się tego samego, co po innych produkcjach sygnowanych logiem Marvela, to nie będziecie zawiedzeni (ba, może sobie jeszcze zwalicie pod dzieło Jamesa Gunna). Jeżeli jednak wyrośliście już z mentalnej gimbazy i od filmów oczekujecie czegoś więcej niż wartkiej akcji i festyniarskiego CGI to polecam odpuścić seans. Kiedyś, w trakcie spotkania z Krzysztofem Zanussim, odbywającego się w Audytorium Maximum, z ust słynnego polskiego reżysera padło zdanie, że szkoda marnować życia na oglądanie słabych filmów (de facto zaraz potem wypuścił "Serce na dłoni" z Dodą). Jakkolwiek nie zgadzam się z panem Zanussim w tej kwestii – jak bowiem prawdziwie docenić piękno nie znając brzydoty? – to rekomenduję odpuszczenie "Strażników Galaktyki" jako namiastki "The Avengers" w wersji retarded.
źródło: http://marvel.com/guardians
Ocena: 5/10.

niedziela, 16 grudnia 2012

"The Thin Red Line"



Czytając "Cienką czerwoną linię" Jamesa Jonesa postanowiłem odświeżyć sobie ekranizację tej książki, którą wyreżyserował Terrence Malick. Wybaczcie zatem liczne odwołania do oryginału, ale uważam je za niezbędne, gdyż moim zdaniem Malick z deczka wypaczył sens książki. Powieść Jonesa to środkowa część trylogii wojennej, którą otwiera genialne "Stąd do wieczności", natomiast zamyka całkiem niezły "Gwizd" wydany już po śmierci pisarza. Autor posłużył się dosyć interesującym rozwiązaniem, gdyż trójka głównych bohaterów każdej z książek to w zasadzie te same postacie. Znani ze "Stąd do wieczności" Prewitt, Warden i Stark zmienili się w „Cienkiej czerwonej linii” odpowiednio w Witta, Welsha oraz Storma. Jones w czasie drugiej wojny światowej służył w 25 Dywizji Piechoty (wśród wielu przydomków m.in. Elektryczna Truskawka), dlatego jego powieści doskonale oddają ówczesny klimat panujący w amerykańskiej armii. Wydaje mi się, że "Cienka czerwona linia" to książka bardzo trudna do adaptacji filmowej, gdyż Jones bardzo wiele uwagi poświęcił na to co działo się w umysłach żołnierzy. Zatem na starcie muszę pogratulować Malickowi odwagi do podjęcia tegoż trudnego wyzwania.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Cienka czerwona linia" opowiada o losach żołnierzy 25 Dywizji Piechoty walczących na Guadalcanal w czasie II wojny światowej. W książce koncentrujemy uwagę na losach trzech głównych postaci: niepokornego szeregowca Witta (Jim Caviezel), sierżanta Storma (John C. Reilly) odpowiadającego za kuchnię polową oraz doświadczonego sierżanta Welsha (Sean Penn), który nienawidzi oficerów. W filmie wygląda to troszkę inaczej, ale podobnie jak w oryginale występuje całe mrowie innych postaci, przez co czasem naprawdę trudno zapamiętać kto jest kim. Zasadniczo twierdzenie, że bohaterem zbiorowym "Cienkiej czerwonej linii" jest cała kompania nie mija się zbytnio z prawdą. Główna oś fabularna koncentruje się na przygotowaniach do natarcia i zdobywaniu poszczególnych punktów oporu Japończyków na Guadalcanal.
źródło: http://www.foxmovies.com/
Tym razem zaczniemy od pozytywów. Po pierwsze – wizualia. Momentami film jest naprawdę piękny. Wspaniałe krajobrazy i piękno przyrody zostały uchwycone w sposób doskonały. Podobno na potrzeby filmu Malick kazał sadzić wysoką trawę, która naturalnie nie występowała na wyspie. Grozę wojny skontrastowano ze statycznymi ujęciami przedstawiającymi miejscową faunę. Bardzo dobrze wyglądała także sekwencja lądowania na Guadalcanal. "Cienka czerwona linia" jest niemal rozsadzona przez liczny zastęp gwiazd: Nick Nolte, Jim Caviezel, Sean Penn, John Cusack, Adrien Brody, Elias Koteas, John C. Reilly, Miranda Otto, Woody Harrelson (najlepsza mina w filmie w trakcie akcji z granatem), John Travolta, George Clooney, a nawet Jared Leto. Generalnie pod względem aktorskim jest w porządku, aczkolwiek epizody z Travoltą i Clooneyem można byłoby wyciąć bez szkody dla całości. Wydawało mi się, że dołożono ich trochę na siłę, tak jakby "Cienka czerwona linia" walczyła o miano najbardziej napakowanego gwiazdami filmu w dziejach kinematografii. Poza tym, jak na niemal 3-godzniną projekcję, muszę przyznać, że się nie nudziłem.
źródło: źródło: http://www.foxmovies.com/
Niestety piękno przyrody i krajobrazy nie mają żadnego znaczenia w książce Jonesa. "Cienka czerwona linia" to nie jest jakieś pierdolone "Nad Niemnem", żeby autor przez 50 stron opisywał wszystkie okazy flory i fauny jakież można napotkać w regionie. Jones skupia się na tym co dzieje się w umysłach poszczególnych żołnierzy oraz na prawdziwej grozie wojny. Masturbacja, pederastia, alkoholizm, celowe ignorowanie poleceń przełożonych, rasizm, czy też wydawanie bezsensownych i niemal niewykonalnych rozkazów w celu jak najszybszego awansu są na porządku dziennym. Przyroda ma znaczenie tylko wtedy, kiedy wpływa w jakiś sposób na żołnierzy (np. poprzez wysokie temperatury i ogromną wilgotność). Pod wieloma względami film znacznie ugrzeczniono. Przykładowo zmieniono narodowość jednego z głównych bohaterów z żydowskiej na grecką oraz pominięto scenę, w której amerykańscy żołnierze dokonują radosnej profanacji japońskiego zbiorowego grobu. Tychże kontrowersyjnych elementów brakowało mi w filmie najbardziej. Mimo wszystko z uwagi na wizualia jest to dzieło godne polecenia, aczkolwiek jeszcze lepiej przeczytać oryginał, a już najlepiej całą trylogię Jonesa.
źródło: źródło: http://www.foxmovies.com/
Ocena: 6/10 (książka bardzo odmienna, dla mnie o wiele lepsza).