Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Madsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Madsen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lipca 2017

"The Doors" (1991)



If the doors of perception were cleansed every thing would appear to man as it is, Infinite.
William Blake, The Marriage of Heaven and Hell

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o The Doors. Całkiem możliwe, iż miało to miejsce w momencie, gdy moja siostra cioteczna nagrała na którejś stronie jednej z zaliczanych do klasyki gatunku kaset (LOL, co to jest?) Nagłego Ataku Spawacza parę utworów kalifornijskiej grupy. Oczywiście z powodu niedojrzałości intelektualnej nie byłem wówczas zdolny do docenienia tego śmiałego gestu. Niemniej było tak dawno, że mogło wcale nie chodzić o The Doors albo wcale nie mieć miejsca. Z pewnością bardziej świadome podejście do Jima Morrisona i jego kompanionów wiąże się z "Apocalipse Now". Otwierający film Coppoli utwór The End wywarł na mnie ogromne wrażenie, które przerodziło się w pierwszą fascynację twórczością grupy. I można powiedzieć, że od tego momentu The Doors byli ze mną zawsze – czasem bardziej na pierwszym planie (zdarzyło się leżeć na łóżku niczym kapitan Willard i słuchać bez końca The End), a czasem gdzieś na krańcach tracklisty. Z tego powodu trochę obawiałem się obejrzeć "The Doors" w reżyserii Olivera Stone’a, ale w końcu postanowiłem przebić się na drugą stronę.
źródło: http://www.impawards.com
Film Stone’a przedstawia historię zespołu od samego początku po tajemniczą i do dzisiaj niewyjaśnioną śmierć Morrisona w Paryżu. Otwierająca "The Doors" scena to często przywoływany przez Morrisona wypadek na pustyni, w którym zginęło lub odniosło poważne obrażenia kilku Indian. I w zasadzie od tego momentu aż po kres opowieści wokaliście The Doors będzie towarzyszył duch starego Indianina. Kilkanaście lat później młody Jim (Val Kilmer) oraz jego kolega ze studiów na Uniwersytecie Kalifornijskim Ray Manzarek (Kyle MacLachlan) postanawiają założyć najlepszy zespół rockowy w słonecznej Kalifornii. Po uzupełnieniu składu o gitarzystę Robby’ego Kriegera (Frank Whaley) oraz perkusistę Johna Densmore’a (Kevin Dillon) nagrywają pierwszy materiał, który odnosi spory sukces. A jak doskonale wiemy wraz ze wzrastającą popularnością pojawia się coraz więcej nowych, nieoczekiwanych problemów.
źródło: http://www.imdb.com/
Oliver Stone postanowił przedstawić cały okres działalności The Doors aż do kompletnie nieoczekiwanej śmierci Jima Morrisona, więc jego produkcja nie mogła nie ustrzec się epizodyczności. I chociaż skaczemy od jednego koncertu do drugiego, to nie sposób przyczepić się tym razem do zastosowania takiego zabiegu. Poszczególne sceny tworzą spójną całość, układając się w sensowną historię. Jednakże największy zarzut, jaki mogę wystosować pod adresem "The Doors", to trochę nietrafiony tytuł filmu (acz doskonale zdaję sobie sprawę z jego marketingowego potencjału). Stone zdecydowanie i bez żadnych ogródek poświęca niemal całą uwagę na postać Jima Morrisona, niezbyt często pokazując na ekranie pozostałych członków grupy (z kolei tutaj można dostrzec wyraźną dominację Raya Manzarka nad resztą zespołu). Mam świadomość, że zdecydowana większość osób poza nazwiskiem Morrisona nie jest w stanie wymienić choćby jednego członka The Doors, ale uczciwiej wobec Jima i jego kolegów byłoby, gdyby film nazwano np. "Mr. Mojo Risin'", "Lizard King" albo od tytułu jakiejś piosenki (najlepszy przykład takiego zabiegu to "Control" o Ianie Curtisie z Joy Division). Niemniej są to jedynie mojej osobiste uwagi, które w zasadzie nie mają większego wpływu na odbiór całokształtu.
źródło: http://www.imdb.com/
Nie da się ukryć, że "The Doors" mają dla mnie dwie największe zalety, które zdecydowanie dystansują wszystko inne. Pierwsza z nich to oczywiście muzyka kalifornijskiego zespołu. Poszczególne piosenki The Doors idealnie ilustrują filmowe wydarzenia. Nie ma znaczenia czy jest to Riders on the Storm w onirycznej scenie indiańskiego wypadku, czy The End podłożone pod genialną sekwencję zażywania narkotyków na pustyni, przechodzącą w mistrzowskie wykonanie tego kontrowersyjnego utworu na koncercie (dla mnie jest to chyba najlepsza scena w całym filmie). Generalnie w filmie we wprost genialny sposób przedstawiono najważniejsze koncerty The Doors, a w szczególności dosyć nietypowe zachowania frontmana. Warto również zwrócić uwagę na bardzo dobre oddanie hedonistycznego klimatu Kalifornii drugiej połowy lat 60-tych ubiegłego stulecia oraz mistyczno-okultystyczną otoczkę otaczającą Jima, której emanacją wydaje się być Patricia (Kathleen Quinlan).
źródło: http://www.imdb.com/
Druga zaleta to oczywiście życiowa rola Vala Kilmera, który nie tyle nawet wcielił się w Jima Morrisona, co po prostu stał się ówczesnym wcieleniem wokalisty The Doors. Aktor nauczył się śpiewać w sposób idealnie naśladujący Króla Jaszczurów, znakomicie oddał jego sceniczne zachowania, a ponadto znacznie przytył, realistycznie oddając zmiany tuszy swojego bohatera. Bezapelacyjnie jest to najlepsza główna rola w karierze Vala Kilmera i naprawdę nie rozumiem dlaczego pozostała niemal kompletnie niedoceniona. Nieoczekiwanie na plus zaliczam również występ Meg Ryan, za którą osobiście niezbyt przepadam, ale rola kosmicznej przyjaciółki Morrisona (Pamela Courson) w jej wykonaniu to naprawdę dobra robota. Przy okazji kobiet warto również wspomnieć o ciekawym, owianym mgiełką mistycyzmu występie Kathleen Quinlan (Patricia Kennealy). Z drugoplanowych ról warto pochwalić m.in. Kyle’a MacLachlana, Franka Whaleya, Kevina Dillona, Billy’ego Idola czy Michaela Madsena (chociaż w sumie zagrał prawie samego siebie).
źródło: http://www.imdb.com/
"The Doors" Olivera Stone’a to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) film o zespole muzycznym, jaki miałem okazję oglądać w swoim życiu. I choć nie jest wolny od drobnych usterek to jednak genialna rola Jima Morrisona i muzyka rekompensują wszystko. To po prostu trzeba zobaczyć! A przede wszystkim zapoznajcie się obowiązkowo z twórczością The Doors.
źródło: http://www.imdb.com/
Ocena: 8/10.

sobota, 6 lutego 2016

"The Hateful Eight"



Po niezaprzeczalnym sukcesie "Django Unchained" (osobiście znam jedynie dwie osoby, którym ten film nie podobał się w ogóle) Quentin Tarantino zafundował nam kolejną wycieczkę w konwencję westernu. Co prawda, gdy do internetu wyciekła pierwotna wersja scenariusza, byłem całkowicie przekonany, że "The Hateful Eight" nigdy nie powstanie. Na szczęście kiedy z Quentina zeszły ogromne pokłady irytacji i wkurwienia, postanowił zmienić zdanie, przerobił scenariusz i nakręcił ponad trzygodzinny, postmodernistyczny western. Warto również zauważyć, że przy okazji nowego filmu miała miejsce kolejna odsłona starego konfliktu ze Spike’iem Lee. Twórca "Malcolma X" od dawna bowiem krytykuje i nawołuje do bojkotu filmów Quentina za nadużywanie słowa nigger, które w Stanach Zjednoczonych stanowi prawdziwy temat tabu (jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czym jest sławne N-word to macie odpowiedź). Z uwagi na historię ojczyzny Wuja Sama potrafię częściowo zrozumieć wymogi poprawności politycznej w tej kwestii, ale ostatnio chyba zbyt często dochodzi do kompletnie absurdalnych sytuacji.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Nienawistnej Ósemki" rozgrywa się niedawno po zakończeniu wojny secesyjnej, wśród ośnieżonych ostępów Wyoming. Niesławny łowca nagród John „The Hangman” Ruth (Kurt Russel) za pomocą wynajętego dyliżansu transportuje do Red Rock kryminalistkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Z powodu zbliżającej się potężnej śnieżycy na darmowy transport załapuje się czarnoskóry kolega po fachu, major Marquis Warren (Samuel L. Jackson) oraz przyszły szeryf Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Ponieważ zamieć narasta z godziny na godzinę pasażerowie dyliżansu postanawiają poczekać na lepszą pogodę w przytulnym zajeździe. Po przybyciu na miejsce okazuje się jednak, że dotychczasowi właściciele zniknęli, interesu dogląda niejaki Meksykanin Bob (Demián Bichir), a towarzystwo spędzające śnieżycę przy komiku wydaje się wyjątkowo mocno podejrzane.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Na początek mała sugestia techniczno-organizacyjna: jeżeli macie zamiar oglądać "Nienawistną Ósemkę" w kinie to wybierzcie salę z naprawdę wygodnymi fotelami. Ósma produkcja Quentina Tarantino trwa bowiem ponad trzy godziny i pod koniec seansu naprawdę poczułem, że Czerwona Sala w Kinie Pod Baranami to nie jest chyba najwygodniejsze miejsce na świecie. Oczywiście czas trwania projekcji to prawdziwa gratka dla fanów reżysera "Pulp Fiction", który co prawda może kręci filmy dosyć rzadko, ale jak już to zrobi to przynajmniej mają więcej niż solidną długość. Nie napisałbym przy tym, że "The Hateful Eight" jest nużące, aczkolwiek co poniektórym uczestnikom seansu zdarzały się momenty wyraźnego osłabienia, a z najmroczniejszych rzędów kinowej sali dobiegało głośne chrapanie. Niemniej z mojej perspektywy zabawa była przednia, chociaż westernowa konwencja nie należy być może do moich ulubionych gatunków filmowych (z drugiej strony tak naprawdę mam spore zaległości w tym temacie). Jednakże muszę od początku podkreślić, że mimo, iż "Nienawistna Ósemka" to wyborne kino to "Django Unchained" jest moim zdaniem filmem o troszkę lepszym i z pewnością bardziej śmiechowym.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Można śmiało założyć, że akcja "The Hateful Eight" rozgrywa się nie tylko w uniwersum "Django Unchained", ale w zasadzie w szerokim uniwersum, które tak naprawdę dotyczy całej twórczości Tarantino (potwierdza to choćby przewijający się motyw wyrobów tytoniowych sygnowanych nazwą Red Apple). Jednakże w przeciwieństwie do wspomnianego westernu (w zasadzie southernu) fabuła "Nienawistnej Ósemki" wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana i złożona – praktycznie każdy z tytułowej ósemki bohaterów skrywa jakąś tajemnicę. Tak naprawdę trudno nawet określić kto pełni rolę typowego villaina, ponieważ kandydatów jest zdecydowanie zbyt wielu! Oczywiście jak przystało na film Quentina przemoc momentami totalnie wypełnia ekran, chociaż w tej produkcji trup zaczyna ścielić się relatywnie późno. Niemniej długie oczekiwanie na śmierć kolejnych postaci z pewnością rekompensują metody ich uśmiercania, które czasem ocierają się o gore – aczkolwiek jest to bardzo specyficzne podejście. Naprawdę dawno nie widziałem sytuacji, w której widownia pękałaby ze śmiechu, ponieważ jeden z bohaterów właśnie umarł wskutek wyjątkowo spektakularnego rzygania fontannami krwi. Równie zaskoczył mnie natomiast poziom oklepu, który zbiera Daisy w trakcie trwania filmu – jestem jednak zmuszono nadmienić, iż według Grażki limo zdobiące facjatę tej kryminalistki wypadło koszmarnie. W "Nienawistnej Ósemce" Tarantino po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem pisania dialogów. Ponadto niektóre motywy z filmu prawdziwie urywają dupę – moje ulubione to wyjątkowo ekspresyjna opowieść o śmierci syna gen. Smithersa (wielkie pozdro dla tłumacza za słowo kutang, wywołujące ciepłe skojarzenia z mitycznym Kutang Klanem z "Kapitana Bomby") oraz list od Abrahama Lincolna. Do innych niezaprzeczalnych plusów należy zaliczyć piękne krajobrazy ośnieżonego Colorado, które na ekranie udaje Wyoming. Zwróćcie na nie uwagę na początku filmu, ponieważ potem akcja rozgrywa się w zasadzie wyłącznie w zajeździe, więc można to łatwo przegapić. Jak powszechnie wiadomo Quentin Tarantino znakomicie radzi sobie z wyborem utworów muzycznych do swoich filmów. Tym razem, chociaż ścieżka dźwiękowa opiera się w dużej mierze na kompozycjach legendarnego Ennio Morricone, to największe wrażenie zrobiła na mnie ballada śpiewana przez Daisy – Jim Jones At Botany Bay.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Aktorstwo – jak zwykle wypada znakomicie. Samuel L. Jackson po raz kolejny udowadnia, że jest aktorem ze ścisłego hollywoodzkiego topu. Jeden z najlepszych motywów filmu to niezwykle plastyczny monolog majora Warrena o śmierci syna gen. Smithersa – polecam zwrócić na niego szczególną uwagę. Brak nominacji do Oscara to taka sama potwarz jak w przypadku Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler". Na szczęście Akademia się troszkę ogarnęła i wyróżniła Jennifer Jason Leigh za epicką kreację z jednej strony fascynującej, ale również totalnie odrażającej kryminalistki Daisy skazanej na śmierć przez powieszenie. Jestem pod całkowitym wrażeniem aktorstwa tej kobiety i mam nadzieję, że zgarnie statuetkę, ponieważ w pełni na nią zasłużyła (choćby za szyderczy do granic uśmiech). Na drugim planie dzieje się naprawdę sporo: nie sposób nie wyróżnić znakomitego Kurta Russella, świetnego Tima Rotha (Oswaldo Mobray) czy Bruce’a Derna wcielającego się w konfederackiego gen. Smithersa. Również Michael Madsen (Joe Gage), garściami czerpiący z oszczędnej gdy aktorskiej Sylvestra Stallone’a w produkcjach takich jak "John Rambo" czy "Cop Land", jest akceptowalny. Moim osobistym faworytem jest Walton Goggins, grający przyszłego szeryfa Red Rock (przynajmniej wedle jego słów). Niby syn legendarnego rebelianta z Południa, ale w zasadzie hipokryta i kompletny oportunista. Warto zauważyć, że nawet ludzie grający zwykłych woźniców potrafili stworzyć fajne kreacje – propsy dla Jamesa Parksa oraz Zoë Bell.
źródło: http://thehatefuleight.com/
W zasadzie jedyny zarzut, jaki mogę postawić "Nienawistnej Ósemce", to delikatny brak świeżości. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to być może niewiele znacząca w kontekście całości uwaga, to jednak od Quentina Tarantino wymagam znacznie więcej niż od innych reżyserów i chciałbym, aby każda produkcja sygnowana jego nazwiskiem wnosiła jak najwięcej do światowej kinematografii. Mimo to film jest wyborny w odbiorze, więc jeżeli macie akurat ochotę na makabrycznie krwawy, wypełniony po brzegi czarnym humorem, postmodernistyczny western to polecam "The Hateful Eight".
źródło: http://thehatefuleight.com/
Ocena: 8/10.

sobota, 9 marca 2013

Bond No. 20: "Die Another Day"

Chociaż znam osobiście kilku fanów Pierce'a Brosnana w roli Jamesa Bonda to żaden z filmów z udziałem tego irlandzkiego aktora mnie nie porwał. Nie mogę odmówić im co prawda efektowności, aczkolwiek nie mają w sobie nic ponad solidne rzemiosło. Dzisiaj przyjrzę się nieco dokładniej ostatniej przygodzie Bonda z Brosnanen, czyli "Die Another Day". Nie wiem w sumie co miało większy wpływ na kształt recenzji filmu: jego niezaprzeczalna słabość czy też mój zły nastrój (ale podejrzewam, że to pierwsze). Momentami po prostu nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i nie jest jakąś absolutnie nieśmieszną parodią 007. I co najbardziej szokujące jest to ostatni Bond przed "Casino Royale"! To wprost niewiarygodne, bo zestawiając obie produkcje nie uwierzyłbym, że zaliczają się do tej samej serii! Hejting wstępny został wylany zatem przyjrzyjmy się, gdzie tym razem scenarzyści umieścili Jamesa Bonda.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Die Another Day" aspiruje do nagrody za najbardziej idiotyczny, odrealniony i bezsensowny początek Bonda w dziejach. Cóż to jest spytacie? Otóż wyobraźcie sobie Drodzy Czytelnicy, że 007 ze swoim kompanionami desantuje się na plaży w Korei Północnej za pomocą deski surfingowej (ach te komputerowe fale!). Za chwilę jest jeszcze gorzej, bo po zdemaskowaniu agenta JKM me oczy cierpiały patrząc na pościg poduszkowców (Te efekty! Ta dynamika!). Niemniej gonitwa kończy się w wysoce żenujący sposób: pułkownik Moon (Will Yun Lee) wpada do rzeki, a Bond dostaje się do niewoli. Oczywiście jest torturowany, ale miłość do królowej i Albionu nie pozwala mu zacząć sypać. Po dłuższym okresie izolacji, w którym 007 zapuszcza się na modłę Robinsona Crusoe, nasz dzielny bohater zostaje wymieniony na groźnego terrorystę Zao (Rick Yune). Oczywiście po odzyskaniu wolności Bond olewa służbę i postanawia wytropić zdrajcę, za którego sprawą znalazł się w wesołym północnokoreańskim obozie.
źródło: http://movies.yahoo.com/
Rozumiem, że konwencja bondowska może sobie pozwolić na wiele, ale to co zaserwowali twórcy "Die Another Day" przerasta wszelkie wyobrażenie i akceptowalne normy. Pod względem fabularnym jest to jeden z najgorszych Bondów, którego niemal nie da się oglądać. Pomysł z wypaleniem autostrady dla armii północnokoreańskiej wydaje się co najmniej wątpliwy z logicznego punktu widzenia. Ja, posiadając tak wspaniałą technologię i pałając nienawiścią do południowego sąsiada, raczej zniszczyłbym po prostu Seul albo Busan. Oczywiście grzęźniemy również w klasycznych schematach serii: żaden villain nie może sobie przecież odmówić celebracji procesu zabijania postaci pozytywnej. Wyspa Los Organos? W tym przypadku brak mi słów... Sytuację dodatkowo pogarszają ultra-czerstwe efekty specjalne, godne raczej ostatnich filmów z Snipesem albo Seagalem. Na co został przeznaczony budżet w wysokości 142 milionów USD postanie tajemnicą. Totalne pohańbienie! Nawet pod względem plenerów jest dosyć ubogo, ponieważ odwiedzamy jedynie Koreę Północną, Hongkong, tradycyjnie Londyn, Hawanę oraz Islandię (najlepsze w sumie zdjęcia i bardzo ładne krajobrazy). Lodowy pałac na tejże wyspie może robić jakieś wrażenie i muszę podkreślić, że najbardziej z całego filmu podobały mi się sceny akcji w mroźnej krainie (oczywiście, jeśli byłem w stanie przymknąć oko na ich bezsensowność). Niedorzecznych gadżetów jest prawdziwe multum, oczywiście każdy przydaje się w filmie. Mogę nawet przyjąć niewidzialność Aston Martina Vanquish (przemianowanego dla zabawy na Vanish), ale nikt nie mówił, że jest on przy okazji również nie do usłyszenia – a tak właśnie sugeruje jedna scena! O ile MI6 postawiło na tunning zewnętrzny, o tyle Zao uderzył w wyposażenie wewnętrzne – jego auto wygląda jak rodem z West Coast Customs.
http://movies.yahoo.com/
Zdradzony Bond powinien być wkurwiony jak Ice Cube, ale Pierce Brosnan gra tak samo jak w każdej innej części z jego udziałem. Była szansa na jakąś głębię postaci, może dylematy moralne (w końcu 007 nie działa w imieniu MI6, lecz z własnej woli zostaje parobem chińskiego wywiadu) – nic z tego! Judi Dench pewnie do końca życia żałuje, że wzięła udział w tym przedsięwzięciu, chociaż jej krótka rola jest jednym z niewielu jasnych punktów. Halle Berry (Jinx) jako dziewczyna Bonda wypada niemal tragicznie. O wiele bardziej podobała mi się Rosamund Pike w roli Mirandy – moim zdaniem chyba najfajniejsza i najciekawsza postać "Die Another Day" (aczkolwiek o wątku ping-pongowym chcę zapomnieć jak najszybciej). Toby Stephens (Graves) również wypada całkiem w porządku, ale jego kreacja nie jest w stanie uratować całego filmu. Oprócz wymienionych na ekranie pojawiają się jeszcze m.in: Michael Madsen (Falco), John Cleese (Q), Rick Yune (Zao) Kenneth Tsang (szlachetny gen. Moon) oraz sama Madonna (Verity). Niestety aktorzy drugoplanowi nie robią różnicy. Przy okazji tej ostatniej chciałbym poruszyć wątek piosenki tytułowej, która w swoim czasie stała się obiektem hejtingu zakrojonego na szeroką skalę. Osobiście ani mi nie przeszkadza ani mnie nie zachwyca – mam do niej całkowicie obojętny stosunek. Natomiast bardzo dziwnie poczułem się słysząc "London Calling", gdyż chociaż bardzo lubię piosenkę The Clash to jednak wykorzystanie jej w Bondzie w tak ordynarnie nieskomplikowanym celu wydaje mi się co najmniej nie na miejscu. Ostatnią rzeczą, która mnie ogromnie drażni w "Die Another Day" są strasznie czerstwe dialogi – naprawdę niewielu bohaterów ma coś ciekawego do powiedzenia. Warto przy okazji zauważyć, że prawie każdy Koreańczyk z komunistycznej utopii włada angielskim na poziomie absolwentów Eton College.
http://movies.yahoo.com/
W porównaniu do tego co było wcześniej spadek formy w "Die Another Day" jest niewyobrażalnie ogromny. Strach pomyśleć co by się mogło stać w następnej części, gdyby ktoś postanowił utrzymać dotychczasową konwencję. Na szczęście nie muszę się tym więcej martwić, ciesząc się ze świetnego "Casino Royale". Z drugiej strony nie podlega najmniejszej wątpliwości, że dwudziesty Bond jest pozycją dla wszystkich fanów serii – chociaż głównie jako przestroga, co może się wydarzyć wskutek żenującego scenariusza i kompletnego braku rozsądku. Potwierdza również tezę, że Lee Tamahori kręci wyłącznie chujowe filmy (vide "xXx 2"). Obejrzyjcie i nigdy nie zapomnijcie o tej lekcji totalnej chujozy.
http://movies.yahoo.com/
Ocena: 4/10 (głównie za Mirandę i częściowo za Gravesa).

czwartek, 18 października 2012

"Kill Bill Vol. 1 & Vol. 2"



Według legendy Quentin Tarantino spędził młodość pracując w wypożyczalni kaset video. Z tego właśnie wynika jego uwielbienie dla kina zwykle określanego mianem klasy B, które lansuje niemal w każdym swoim filmie. Nie inaczej jest w "Kill Billu" – w zasadzie jest to jeden wielki hołd oddany kinematografii. Ilość nawiązań do innych filmów naprawdę przytłacza i wymaga od widzów niezwykłej znajomości kina. Bez uwzględnienia powyższego kontekstu "Kill Bill" może wydawać się jedynie bezsensowną historyjką o zemście. Jako, że "Kill Bill" stanowi całość podzieloną jedynie na potrzeby kinowe, recenzja będzie traktować łącznie o obu częściach.
źródło: http://www.free-extras.com/
Panna Młoda (Uma Thurman), a właściwie jak dowiadujemy się w II części Beatrix Kiddo, budzi się w szpitalu z 4-letniej śpiączki. Młoda kobieta jako jedyna przeżyła masakrę w czasie próby ślubu w teksańskim kościele. Za tę zuchwałą zbrodnię odpowiadają jej byli współpracownicy – Deadly Viper Assassination Squad, ekipa świetnie wyszkolonych zabójców, której przywódcą jest tytułowy Bill (David Caradine). Z uwagi na fakt, że Panna Młoda była w ciąży przed zamachem na jej życie, poprzysięga krwawą zemstę swoim byłym kolegom i koleżankom, zostawiając na deser ich przywódcę. Warto przy tym zauważyć, że w pierwszej części pewne wątki zostają ledwie naszkicowane, by zostać wyjaśnione w finalnej odsłonie (m.in. za pomocą świetnych flashbacków).
źródło: http://www.starpulse.com/
Postać Panny Młodej wymyślili wspólnie Uma Thurman i Quentin Tarantino. Obie części są doskonale zrealizowane, przy czym od razu napiszę, że o wiele bardziej podobał mi się "Vol. 2". Dlaczego? Otóż w trakcie projekcji na karteczce wypisywałem sobie najlepsze momenty, aby nie uleciały mi z pamięci, i pod względem liczby druga odsłona wygrywa w cuglach. W obydwu częściach natomiast dominuje świetna muzyka, za którą odpowiadają m.in. Robert Rodrigez oraz RZA z Wu-Tang Clanu. Jest to naprawdę idealne dopełnienie akcji, które świetnie komponuje się z obrazem. I aktorstwo! Masakra, naprawdę momentami miażdży. Świetna Uma Thurman, boski David Caradine, wspaniały Michael Madsen – naprawdę jestem pełen podziwu.
źródło: http://www.pedestrian.tv/
Jak wspominałem wcześniej "Vol. 1" przynosi zdecydowanie mniej fajnych eventów, aczkolwiek na brak akcji nie można narzekać. W szczególności zachwycać może dynamiczna walka Panny Młodej z Obłędem 88 w japońskiej knajpie oraz znacznie bardziej kameralny pojedynek na śniegu z O-Ren (Lucy Liu). Bardzo podobał mi się również motyw z wykuwaniem miecza w Japonii przez Hattoriego Hanzo oraz nieśmiertelny już Pussy Wagon. Zdecydowanie za mało w tej części jest Billa, nad czym ubolewam po dzień dzisiejszy i z tego powodu też ocena końcowa "Vol. 1" będzie znacznie niższa.
źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/
"Kill Bill Vol. 1" – ocena: 8/10.

Na szczęście druga część uderza od razu niezwykle mocno – sekwencja otwierająca jest świetna, ale rozmowa Billa i Beatrix we flashbacku tuż przed masakrą to prawdziwa maestria kina. W zasadzie dla mnie film mógłby się składać wyłącznie z dialogów między tymi dwiema postaciami. Równie imponująco wypada scena przy ognisku, w której Bill opowiada o tym jak główny kapłan Białego Lotosu dokonał pacyfikacji klasztoru Shaolin. Postać mistrza Pai Mei to z kolei pomysł imponujący – wspaniałe są retrospekcje z treningu Beatrix, zwłaszcza gdy Pai Mei gładzi swoją długą, białą brodę. Również tutaj mamy trochę walki – świetna sceny akcji w czasie pojedynku z Elle (Daryl Hannah). Michael Madsen jako Budd – nie widzę lepszego aktora do tej roli. A pomysł zostawienia bezcennego miecza („w El Paso nie był bezcenny”) za 250 USD to jeden z najlepszych motywów w filmie. Poza tym upadły Budd pracujący w charakterze wykidajły w klubie go-go bardzo mnie rozbawił. Do tego zakopywanie żywcem, Esteban Vihaio, świetny monolog Billa o Supermanie i nieoczekiwane zakończenie. Podsumowując "Kill Bill vol. 2" to jeden z najlepszych filmów jakie obejrzałem w życiu i dlatego nagrodzę go najwyższą możliwą oceną.
źródło: http://www.hotflick.net/

Uwielbiam dialog:
The Bride: When will I see you again?
Bill: You know, that's the name of my favorite soul song from the '70s.

"Kill Bill Vol. 2" – ocena: 10/10.