Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judi Dench. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judi Dench. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 marca 2014

"Philomena"

Z okazji tegorocznego Saint Patrick's Day planowałem przygotować niezwykle subiektywny ranking najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej tematyki irlandzkiej (m.in. Republika, Ulster, diaspora). Niestety z przyczyn technicznych, a może nawet bardziej intelektualnego lenistwa, ponownie zawiodłem. Jednakże na osłodę proponuję recenzję produkcji Stephena Frearsa, która z pewnością znajdzie się w górnej połówce zestawienia (o ile kiedykolwiek zostanie zaktualizowane). Generalnie wybrałem się na "Tajemnicę Filomeny" z dwóch powodów. O pierwszym w zasadzie wspomniałem powyżej. Obawiałem się od jakiegoś czasu, że nie będę w stanie zaktualizować zestawienia, więc postanowiłem znaleźć jakiś zamiennik związany z Irlandią. Drugi powód to ogromna sympatia, którą żywię do Judi Dench. Jest to tak wspaniała aktorka, że nadal trudno mi wyobrazić sobie kolejne Bondy bez M w jej wykonaniu. W tym miejscu jeszcze raz wypomnę twórcom "Skyfall" haniebną śmierć, jaką pożegnali tak wspaniałą postać. Horror, horror. Niemniej jeszcze w czasie przedoscarowej gorączki słyszałem, iż Judi Dench za swoją rolę Filomeny była jedną z trzech murowanych kandydatek do zwycięstwa (obok Amy Adams i Cate Blanchett). Kto ostatecznie otrzymał nagrodę wiemy wszyscy, więc przyjrzyjmy się fabule "Tajemnicy Filomeny".
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu przenosi nas w początki lat 50-tych ubiegłego stulecia, kiedy całkiem niedawno ustanowiona Republika Irlandii nie zdążyła jeszcze nawet okrzepnąć. Zaprawdę nie były to łatwe czasy do życia. Co prawda Irlandzka Armia Republikańska przechodziła reorganizację po wojennej zapaści, przygotowując się do operacji Żniwa, ale sytuacja gospodarcza młodego państwa była raczej nie do pozazdroszczenia. Niemniej "Tajemnica Filomeny" nie została poświęcona walce o zjednoczenie Szmaragdowej Wyspy ani reprezentowaniu totalnej biedy na torfowisku. Młodziutka Filomena poznaje na lokalnym festynie przystojnego chłopaka i przeżywa swój pierwszy raz. Niefortunnie zachodzi w ciążę, a jej rodzina nie mogąc znieść ogromnego upokorzenia, postanawia oddać ją do klasztoru. Dziewczyna rodzi chłopca, aczkolwiek musi spędzić w klasztorze cztery lata by odpracować koszty związane z jej przyjęciem oraz porodem. W międzyczasie dziecko zostaje oddane do adopcji. Po 50 latach leciwa już Filomena (Judi Dench) postanawia podjąć ostatnią próbę odnalezienia utraconego syna.
Young & Beautiful
źródło: http://movies.yahoo.com
Odnośnie fabuły warto dodać, że jest oczywiście based on true story. Za kanwę opowieści posłużyła bowiem książka Martina Sixsmitha The Lost Child of Philomena Lee, a na sam koniec filmu możemy się przekonać jak wyglądały pierwowzory kinowych bohaterów. Po "Tajemnicy Filomeny" nie należy oczekiwać szalonych twistów ani dynamicznej akcji. Jest to niezwykle prosta opowieść, czasem bardzo gorzka, aczkolwiek niepozbawiona również naturalnych elementów humorystycznych. Fabuła opiera się na zestawieniu dwójki całkowicie różnych postaci. Filomena to uprzejma starsza pani, traktująca wszystkich ludzi w niezwykle miły sposób. Nie można nazwać jej mistrzynią intelektu, nie potrafi zrozumieć ironii ani sarkazmu, a wolne chwile poświęca na czytanie najtańszych romansideł (polecam tekst Martina o mózgu wypranym przez romanse). Mimo ogromnej krzywdy jakiej doznała ze strony zakonnic, Filomena nadal żarliwie trwa w wierze katolickiej, modląc się codziennie. Martin (Steve Coogan), jako oświecony absolwent Oxfordu, pochodzi z całkowicie innej bajki. Dziennikarz, pisarz i upadły spin doctor pomaga Filomenie, ponieważ wyjaśnienie zagadki jest szansą na rezurekcję jego mocno nadwątlonej kariery. Oczywiście dla podkreślenia kontrastu warto dodać, że głosi jawnie ateistyczne poglądy i jawi się jako znakomity ironista rzeczywistości. Mimo różnić dzielących Filomenę i Martina, powstaje między nimi więź, która świadczy o sile filmu. Nie wydaje się ona przy tym ani sztuczna ani tym bardziej pretensjonalna.
źródło: http://movies.yahoo.com
Jedyny zarzut fabularny jaki mogę postawić "Tajemnicy Filomeny" to troszkę zbyt szybkie spotkanie Martina, które może jawić się dosyć nierealistycznie. Niemniej z drugiej strony życie wypełnione jest na tyle niedorzecznymi zbiegami okoliczności, że w sumie trudno czepiać się tego aż tak bardzo. Jednakże ogólnie rzecz biorąc film Stephena Frearsa to niezwykle przyziemna opowieść pozbawiona lukru. Sceny, w której Filomena z prawdziwą fascynacją streszcza Martinowi jakieś marne romansidło, doświadczyłem ostatnio empirycznie na własnej skórze, więc tym bardzie potrafię docenić reakcję dziennikarza na tę pasjonującą inaczej opowieść. Wiele dialogów pomiędzy bohaterami jest autentycznie zabawnych, ale Filomena potrafi również zabłysnąć życiową mądrością (m.in. wyjaśniając dlaczego należy być uprzejmym dla ludzi). Warto również zauważyć, że twórcy nie starali się na siłę demonizować wszystkich zakonnic. Chociaż siostra Hildegarda (Barbara Jefford) z pewnością doskonale spełniłaby się w roli strażniczki w obozie zagłady, to w klasztorze były również osoby, które starały się pomóc Filomenie. Jeśli chodzi o filmowe follow up'y to jedna ze scen wywołała u mnie bardzo ciekawe skojarzenia. Otóż chodzi mi o moment, w którym Filomena i Martin stojąc obok BMW spoglądają na piękny irlandzki krajobraz. Czyż pamiętacie, że całkiem niedawno widzieliśmy Judi Dench w podobnej sytuacji? Co prawda zamiast Irlandii oglądaliśmy szkockie wrzosowiska oraz Astona Martina, ale obie sceny są łudząco do siebie podobne. Przypadek? Nie sądzę!
Prawie jak "Skyfall"...
źródło: http://movies.yahoo.com
We wstępie wspomniałem, że Judi Dench miała ogromne szanse na zdobycie Oscara za rolę Filomeny. Zaiste jest to genialna kreacja. Dotychczas zawsze patrząc na panią Dench w mojej podświadomości pojawiała się litera M. W "Tajemnicy Filomeny" brytyjska aktorka nie jest wszechpotężną i twardą szefową wywiadu, ale po prostu najzwyklejszą w świecie babcią, którą zna każdy z nas. Naprawdę dla mnie jest to rola godna największego podziwu, bowiem niełatwo wcielić się w zwyczajną osobę, bez popadania w sztuczność. Dench udało się wykreować 100% naturalną postać bez najmniejszego cienia fałszu. Brawa należą się również Steve'owi Cooganowi, którego Martin idealnie wypada jako zblazowany, ironiczny intelektualista. W obsadzie nie ma poza tym wielkich sław. Na ekranie pojawia się jeszcze m.in. Michelle Fairley, doskonale znana jako Catelyn Stark z "Games of Thrones". Reasumując w kategorii zwykłego, obyczajowego, codziennego filmu "Tajemnica Filomeny" sprawdza się doskonale. Co prawda trochę może mało w niej samej Irlandii (Filomena mieszka w Anglii), ale jednakże dzięki dużej dawce naturalności produkcja Stephena Frearsa zyskuje wysokie miejsce w moim rankingu. Naprawdę warto zobaczyć! Sláinte!
źródło: http://movies.yahoo.com
Ocena: 7/10.

sobota, 9 marca 2013

Bond No. 20: "Die Another Day"

Chociaż znam osobiście kilku fanów Pierce'a Brosnana w roli Jamesa Bonda to żaden z filmów z udziałem tego irlandzkiego aktora mnie nie porwał. Nie mogę odmówić im co prawda efektowności, aczkolwiek nie mają w sobie nic ponad solidne rzemiosło. Dzisiaj przyjrzę się nieco dokładniej ostatniej przygodzie Bonda z Brosnanen, czyli "Die Another Day". Nie wiem w sumie co miało większy wpływ na kształt recenzji filmu: jego niezaprzeczalna słabość czy też mój zły nastrój (ale podejrzewam, że to pierwsze). Momentami po prostu nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i nie jest jakąś absolutnie nieśmieszną parodią 007. I co najbardziej szokujące jest to ostatni Bond przed "Casino Royale"! To wprost niewiarygodne, bo zestawiając obie produkcje nie uwierzyłbym, że zaliczają się do tej samej serii! Hejting wstępny został wylany zatem przyjrzyjmy się, gdzie tym razem scenarzyści umieścili Jamesa Bonda.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Die Another Day" aspiruje do nagrody za najbardziej idiotyczny, odrealniony i bezsensowny początek Bonda w dziejach. Cóż to jest spytacie? Otóż wyobraźcie sobie Drodzy Czytelnicy, że 007 ze swoim kompanionami desantuje się na plaży w Korei Północnej za pomocą deski surfingowej (ach te komputerowe fale!). Za chwilę jest jeszcze gorzej, bo po zdemaskowaniu agenta JKM me oczy cierpiały patrząc na pościg poduszkowców (Te efekty! Ta dynamika!). Niemniej gonitwa kończy się w wysoce żenujący sposób: pułkownik Moon (Will Yun Lee) wpada do rzeki, a Bond dostaje się do niewoli. Oczywiście jest torturowany, ale miłość do królowej i Albionu nie pozwala mu zacząć sypać. Po dłuższym okresie izolacji, w którym 007 zapuszcza się na modłę Robinsona Crusoe, nasz dzielny bohater zostaje wymieniony na groźnego terrorystę Zao (Rick Yune). Oczywiście po odzyskaniu wolności Bond olewa służbę i postanawia wytropić zdrajcę, za którego sprawą znalazł się w wesołym północnokoreańskim obozie.
źródło: http://movies.yahoo.com/
Rozumiem, że konwencja bondowska może sobie pozwolić na wiele, ale to co zaserwowali twórcy "Die Another Day" przerasta wszelkie wyobrażenie i akceptowalne normy. Pod względem fabularnym jest to jeden z najgorszych Bondów, którego niemal nie da się oglądać. Pomysł z wypaleniem autostrady dla armii północnokoreańskiej wydaje się co najmniej wątpliwy z logicznego punktu widzenia. Ja, posiadając tak wspaniałą technologię i pałając nienawiścią do południowego sąsiada, raczej zniszczyłbym po prostu Seul albo Busan. Oczywiście grzęźniemy również w klasycznych schematach serii: żaden villain nie może sobie przecież odmówić celebracji procesu zabijania postaci pozytywnej. Wyspa Los Organos? W tym przypadku brak mi słów... Sytuację dodatkowo pogarszają ultra-czerstwe efekty specjalne, godne raczej ostatnich filmów z Snipesem albo Seagalem. Na co został przeznaczony budżet w wysokości 142 milionów USD postanie tajemnicą. Totalne pohańbienie! Nawet pod względem plenerów jest dosyć ubogo, ponieważ odwiedzamy jedynie Koreę Północną, Hongkong, tradycyjnie Londyn, Hawanę oraz Islandię (najlepsze w sumie zdjęcia i bardzo ładne krajobrazy). Lodowy pałac na tejże wyspie może robić jakieś wrażenie i muszę podkreślić, że najbardziej z całego filmu podobały mi się sceny akcji w mroźnej krainie (oczywiście, jeśli byłem w stanie przymknąć oko na ich bezsensowność). Niedorzecznych gadżetów jest prawdziwe multum, oczywiście każdy przydaje się w filmie. Mogę nawet przyjąć niewidzialność Aston Martina Vanquish (przemianowanego dla zabawy na Vanish), ale nikt nie mówił, że jest on przy okazji również nie do usłyszenia – a tak właśnie sugeruje jedna scena! O ile MI6 postawiło na tunning zewnętrzny, o tyle Zao uderzył w wyposażenie wewnętrzne – jego auto wygląda jak rodem z West Coast Customs.
http://movies.yahoo.com/
Zdradzony Bond powinien być wkurwiony jak Ice Cube, ale Pierce Brosnan gra tak samo jak w każdej innej części z jego udziałem. Była szansa na jakąś głębię postaci, może dylematy moralne (w końcu 007 nie działa w imieniu MI6, lecz z własnej woli zostaje parobem chińskiego wywiadu) – nic z tego! Judi Dench pewnie do końca życia żałuje, że wzięła udział w tym przedsięwzięciu, chociaż jej krótka rola jest jednym z niewielu jasnych punktów. Halle Berry (Jinx) jako dziewczyna Bonda wypada niemal tragicznie. O wiele bardziej podobała mi się Rosamund Pike w roli Mirandy – moim zdaniem chyba najfajniejsza i najciekawsza postać "Die Another Day" (aczkolwiek o wątku ping-pongowym chcę zapomnieć jak najszybciej). Toby Stephens (Graves) również wypada całkiem w porządku, ale jego kreacja nie jest w stanie uratować całego filmu. Oprócz wymienionych na ekranie pojawiają się jeszcze m.in: Michael Madsen (Falco), John Cleese (Q), Rick Yune (Zao) Kenneth Tsang (szlachetny gen. Moon) oraz sama Madonna (Verity). Niestety aktorzy drugoplanowi nie robią różnicy. Przy okazji tej ostatniej chciałbym poruszyć wątek piosenki tytułowej, która w swoim czasie stała się obiektem hejtingu zakrojonego na szeroką skalę. Osobiście ani mi nie przeszkadza ani mnie nie zachwyca – mam do niej całkowicie obojętny stosunek. Natomiast bardzo dziwnie poczułem się słysząc "London Calling", gdyż chociaż bardzo lubię piosenkę The Clash to jednak wykorzystanie jej w Bondzie w tak ordynarnie nieskomplikowanym celu wydaje mi się co najmniej nie na miejscu. Ostatnią rzeczą, która mnie ogromnie drażni w "Die Another Day" są strasznie czerstwe dialogi – naprawdę niewielu bohaterów ma coś ciekawego do powiedzenia. Warto przy okazji zauważyć, że prawie każdy Koreańczyk z komunistycznej utopii włada angielskim na poziomie absolwentów Eton College.
http://movies.yahoo.com/
W porównaniu do tego co było wcześniej spadek formy w "Die Another Day" jest niewyobrażalnie ogromny. Strach pomyśleć co by się mogło stać w następnej części, gdyby ktoś postanowił utrzymać dotychczasową konwencję. Na szczęście nie muszę się tym więcej martwić, ciesząc się ze świetnego "Casino Royale". Z drugiej strony nie podlega najmniejszej wątpliwości, że dwudziesty Bond jest pozycją dla wszystkich fanów serii – chociaż głównie jako przestroga, co może się wydarzyć wskutek żenującego scenariusza i kompletnego braku rozsądku. Potwierdza również tezę, że Lee Tamahori kręci wyłącznie chujowe filmy (vide "xXx 2"). Obejrzyjcie i nigdy nie zapomnijcie o tej lekcji totalnej chujozy.
http://movies.yahoo.com/
Ocena: 4/10 (głównie za Mirandę i częściowo za Gravesa).

czwartek, 7 lutego 2013

Bond No. 23: "Skyfall"

Oczekiwania odnośnie "Skyfall" były zdecydowanie większe niż w stosunku do "Quantum of Solace". Złożyło się na to wiele czynników, ale moim zdaniem najwięcej nadziei pokładano w osobie Sama Mendesa, który podjął się reżyserii 23 filmu o przygodach Jamesa Bonda. Chociaż ten angielski reżyser w późniejszej karierze nie zdołał powtórzyć sukcesu "American Beauty" to jednak kręcił niezwykle solidne produkcje. Przyznam, że osobiście liczyłem na kolejną doskonałą odsłonę, co najmniej na poziomie "Casino Royale", w końcu 50-lecie ekranowego Bonda zobowiązuje. Przed projekcją naczytałem się ponadto wielu recenzji zawodowych krytyków filmowych, którzy w większości zachwycali się cudownością nowego Bonda oraz rozbudowaną warstwą psychologiczną. W dalszej części recenzji się z wami rozprawię, kłamliwe skurwysyny! Niemniej zanim do tego dojdzie przyjrzyjmy się fabule "Skyfall".
źródło: http://www.impawards.com/index.html
W przeciwieństwie do "Quantum of Solace" najnowszy Bond nie zawiera dosłownie żadnych odwołań fabularnych do poprzedniej części. A to dziwne, ponieważ tajemnicza i potężna organizacja Quantum nie została przecież całkowicie zniszczona. Niemniej twórcy olewają te wątki i od razu rzucają nas w sam środek akcji. "Skyfall" otwiera dynamiczna sekwencja pościgu po Istambule i okolicach z wykorzystaniem wszelkich środków transportu. Odbieram to jako oczywisty ukłon ku Bondom bardziej klasycznym. 007 (Daniel Craig) ściga człowieka, który bezczelnie zrabował dysk z danymi agentów NATO zakamuflowanych we wszelakich organizacjach terrorystycznych na całym świecie. W wyniku niefortunnej walki na dachu pędzącego pociągu Bond zostaje raniony i uznany za poległego w boju. Wykorzystując uśmiech losu 007 zostaje tropikalnym bejem oddając się alkoholizmowi oraz innym przyjemnościom. Jednak gdy M (Judi Dench) nawiedzają demony przeszłości, Bond od razu porzuca idylliczne wakacje i wraca do służby JKM.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
W "Skyfall" nie mogło zabraknąć typowego dla serii zwiedzania pięknych i egzotycznych zakątków świata. Tym razem wraz z Bondem odwiedzamy Istambuł, jakieś tropiki, Szanghaj, Makao, mglisty szkocki Highland oraz klasycznie deszczowy Londyn. Dosyć nietypowym rozwiązaniem było osadzenie sporej części akcji filmu na Wyspach Brytyjskich. Same sekwencje w Londynie są dosyć długie w porównaniu do poprzednich filmów serii, ale za to zdjęcia z Chin są naprawdę imponujące! Chociaż na co dzień mam dużo styczności z chińskimi portami i lotniskami to nie spodziewałem się, że można je pokazać w tak piękny sposób. Wielkie brawa, chociaż łatwo wysunąć zarzut, że "Skyfall" to reklamówka Szanghaju i Makao (ale za to niezwykle urokliwa!). Jednak w mojej nieskromnej opinii najpiękniejsze sekwencje krajobrazowe nakręcono na szkockich wyżynach – sprawiły mi one ogromną radość i wywołały prawdziwy entuzjazm! Pod względem wizualnym "Skyfall" zasługuje na najwyższe noty. Niemniej jest to Bond wyjątkowy pod wieloma innymi aspektami. Po pierwsze wyróżnia się stosunkowo niską efektownością. Po otwierającej sekwencji myślałem, że nowy Bond będzie przeładowany efektami specjalnymi, a tu o dziwo ogromne zaskoczenie, bo ich niemal brak. Nie ma gadżetów (czyli w sumie utrzymano trend występujący od "Casino Royale"), ba nawet Q wyśmiewa oczekiwania Bonda w tej kwestii. I to mi się nawet podoba, chociaż ortodoksyjni fani serii mogą się poczuć rozczarowani.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Jeśli chodzi o fabułę, "Skyfall" odbieram jako ogromny zawód. Upadek Bonda do wody od razu skojarzył mi się z analogiczną sceną w "Dwóch wieżach". Tyle, że Aragorn jednak postanowił nie zostać bejem i w miarę szybko się ogarnął. I tu wracamy do tak zwanej warstwy psychologicznej filmu. Jeśli zostanie bejem ma świadczyć o głębokiej psychologii postaci to ja pragnę przytoczyć przykład "Die Hard 3". Zauważmy, iż na początku zawieszony John McClane od samego rana ładuje gorzałkę i pali cygarety oglądając kreskówki. I jeśli to ma świadczyć o rozbudowanej psychologii postaci to ja twórcom "Skyfall" serdecznie dziękuję. Również rozwalanie siedziby MI6 to nie jest to coś nowego. Przypominam, że w "The World Is Not Enough" oglądaliśmy coś podobnego, aczkolwiek na mniejszą skalę. Wielu krytykowało "Prometeusza" za wykonanie skomplikowanej operacji w znacznie bardziej zaawansowanej technologicznie przyszłości, ale jakoś nikt nie czepia się, że Bond samodzielnie wyciąga sobie resztki kuli przed lustrem! Jednak prawdziwie dramatyczny spadek poziomu następuje, gdy akcja przenosi się do Szkocji. Mimo pięknych zdjęć oglądanie filmu od tego momentu przyniosło mi wiele smutku i żalu. Nie dość, że musiałem oglądać Kincade'a (Albert Finney), który stanowi jaką bondowską wersję Hagrida z "Harry'ego Pottera" to przygotowania do finałowej batalii są na poziomie średnich odncinków "Drużyny A" i "MacGyvera". Na koniec największy zarzut ode mnie: jakby na to nie patrzeć, ale przepraszam bardzo, Bond zjebał misję, a na końcu niemal całują go po rękach! Toż to absurd i nonsens w najczystszej postaci! Poza tym wszystkim dostajemy kilka ukłonów w stronę bardziej klasycznych Bondów (m.in. Aston Martin DB 5, warany w Makao), które są akceptowalne i nie wywołują uczucia żenady.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Daniel Craig wypada w "Skyfall" przyzwoicie, aczkolwiek jako zarośnięty tropikalny bej pozbawiony wszelkiego skilla jest dla mnie obojętny. Rzeczą, którą uwielbiałem w "Casino" i "Quantum" były relacje Bonda i M. Tym razem niemalże nie miałem okazji tego uświadczyć. Chociaż Judi Dench jest świetna jak zwykle (polecam scenę, gdy stoi przy trumnach nakrytych Union Jackiem) to jakoś jej relacje z 007 nie są już tak magnetyczne jak w poprzednich odsłonach. Przepraszam za spoiler, ale jej odejście z serii mogłoby wyglądać naprawdę znacznie lepiej. Po stronie dobra występuje również prawy i sprawiedliwy Gareth Mallory. Ralph Fiennes jest w porządku, aczkolwiek jego postać jej moim zdaniem strasznie czerstwa i sztampowa. Szkoda, że będę ją musiał oglądać w kolejnych odsłonach. Zdaje się, że jedyną kwalifikacją pana Mallory'ego do bycia dobrym człowiekiem jest służba wojskowa w Irlandii Północnej. Co ciekawe w chwilach wolnych od podpalania irlandzkich domów i strzelania do uczestników pokojowych manifestacji nasz wspaniały heros dostał się do niewoli IRA. Żenua. Nowy Q (Ben Whishaw) jest bardzo młodzieżowy i niestety budzi we mnie fatalne skojarzenia z traumą "Die Hard 4.0". Dziewczyny Bonda gdzie są spytacie? Otóż i tu wprowadzono pewne novum, bo zamiast jednej są niby dwie, a faktycznie to nie ma żadnej. Naomie Harris (Eve) i Bérénice Marlohe (Sévérine) są do przyjęcia, ale jeśli miałbym wybierać to zdecydowanie stawiam na tę drugą, ponieważ coś w sobie ma. Na koniec zostaje villain Silva – świetna rola Javiera Bardem, aczkolwiek tego rodzaju postać w "Skyfall" to dla mnie zdecydowany krok w tył w stosunku do "Casino Royale". Geniusz zła z tak nieudolnym i randomowym planem? Naprawdę?
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/
Ewolucja dokonana w "Casino Royale" na nowo ożywiła serię i nadała jej pewne znamiona realizmu. "Quantum" było w miarę w porządku, ale zdecydowanie nie dorównywało poziomem części poprzedniej. Natomiast kierunek w jakim podąża "Skyfall" wywołuje u mnie potężny niepokój. Film Sama Mendesa mogę z pewnością zakwalifikować jako najdziwniejszego Bonda lub eksperyment, który po prostu nie wypalił. Ostateczna ocena "Skyfall" sprawiła mi wiele trudności, gdyż umiejscowienie 23 Bonda w odniesieniu do całej serii nie było łatwym wyzwaniem. Na pewno przegrywa z klasycznymi filmami z Seanem Connerym i "Casino Royale". Tu nie ma żadnych wątpliwości. Problem pojawił się jednakże w odniesieniu do "Quantum", które większość ludzi hejtuje (moim zdaniem niezasłużenie). Z pewnych względów miałem ochotę uhonorować "Skyfall" podobną oceną, choćby za piękne zdjęcia czy dobre aktorstwo. Po głębokim namyśle uznałem jednak, że 7/10 to zbyt wygórowana ocena dla produkcji Sama Mendesa. Zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do "Skyfall" oraz straszliwie słaby scenariusz przyniosły niespodziewanie ogromne rozczarowanie. Jeśli kiedykolwiek IMDb wprowadzi połówki, to ocena pójdzie z deczka w górę. Niemniej z ogromnym niepokojem oczekuję 24 Bonda.
źródło: http://www.skyfall-movie.com/site/

Ocena: 6/10.

czwartek, 15 listopada 2012

Bond No. 21: "Casino Royale"



Całkiem niedawno przeczytałem "Casino Royale" Iana Fleminga, które jak doskonale wiadomo zapoczątkowało serię powieści i opowiadań o przygodach Jamesa Bonda. Z tejże okazji, a także ogólnego zajawienia społeczeństwa na "Skyfall" postanowiłem napisać recenzję filmowej ekranizacji pierwszej książki cyklu. Od opublikowania powieści (1953) do kinowej premiery "Casino Royale" (2006) upłynęło trochę czasu. Co prawda w latach 1954 i 1967 powstały filmy oparte na książce, aczkolwiek nie weszły do oficjalnej serii. "Casino Royale" to dwudziesty pierwszy Bond i debiut w roli agenta JKM Daniela Craiga. Niniejsza recenzja oprócz poruszania spraw typowo filmowych, w ostatniej części odniesie się także do różnic między książkowym oryginałem a filmem. Generalnie byłem zaskoczony, że jest ich naprawdę niewiele, a część z nich ma znaczenie drugorzędne.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Na początku "Casino Royale" dowiadujemy się w jaki sposób Bond (Daniel Craig) zdobył licencję na zabijanie, czyli słynne dwa zera. Chwilę potem akcja przenosi się do Ugandy, gdzie mamy okazję poznać złowieszczego Le Chiffre (Mads Mikkelsen). Ów typ spod ciemniej gwiazdy i przy okazji matematyczny geniusz zbrodni jest znanym bankierem terrorystów oraz wszelkich ruchów narodowowyzwoleńczych (lub wszczynających ruchawki jak kto woli). Bond udaremnia niezwykle wysublimowany plan Le Chiffre’a, dzięki któremu miał pomnożyć powierzone pieniądze ugandyjskiej guerilli. Wskutek totalnej klęski spekulacyjnej na akcjach Skyfleet dalsza egzystencja bankiera staje pod poważnym znakiem zapytania. Le Chiffre postanawia się odkuć i organizuje w tytułowym Casino Royale rozgrywkę pokerową o wielką stawkę. MI6 upatruje w tym doskonałą szansę na przejęcie bankiera i wysyła do Czarnogóry swojego najlepszego hazardzistę.
źródło: http://www.about.com/
Podobnie jak w klasycznych Bondach w "Casino Royale" odwiedzamy sporo ładnych lub egzotycznych miejsc. Tym razem jest to Praga, Uganda, Madagaskar, Bahamy, Miami, Montenegro oraz Wenecja. Nie można zatem narzekać na brak efektowności. Niemniej jest to film zdecydowanie odmienny od dotychczasowego nurtu. Wielu fanów serii mogło przecierać oczy ze zdumienia patrząc na ekran. Nowy James Bond to brutalny, bezuczuciowy morderca, który bez mrugnięcia okiem wykończy potencjalnego terrorystę i jeszcze się będzie z tego cieszył. Polecam scenę w Miami, w której Bond leży skuty na masce radiowozu i obserwuje detonację bomby. "Casino Royale" na tle innych filmów z serii wyróżnia się wysokim poziomem brutalności oraz porzuceniem tradycyjnych gadżetów na rzecz realizmu. Warto podkreślić choćby fakt, że nawet na chwilę nie pojawia się Q. Moim zdaniem był to bardzo trafny zabieg, który znacznie odświeżył całą serię. Niemniej pościgi samochodowe oraz parkourowe dalej cieszą oko swoją dynamiką.
źródło: http://www.about.com/
Niezwykle trafiony okazał się wybór Daniela Craiga, który idealnie wpasował się w rolę nowego Bonda. Ogólnie rzecz biorąc pod względem aktorstwa jest to chyba najlepszy film w całej serii. Eva Green jako Vesper Lynd wiesza poprzeczkę dla kolejnych dziewczyn 007 bardzo wysoko. Sceny rozmowy dwójki bohaterów w pociągu, limuzynie czy hotelu to prawdziwa maestria! Na dodatek mamy wreszcie porządny czarny charakter, zrobiony z krwi i kości. Le Chiffre nie chce zdobyć świata tylko zarabiać pieniądze – świetna rola Madsa Mikkelsena. Jak zawsze wspaniała jest Judi Dench w roli M. Jej konwersacje z niepokornym agentem oraz narzekania na zakończenie Zimnej Wojny mogę oglądać do znudzenia. Pozostała obsada również dotrzymuje poziomu: Jeffrey Wright (Felix Leiter), Giancarlo Giannini (Rene Mathis) oraz Jesper Christensen (Mr. White). Wszystko to sprawia, że "Casino Royale" można uznać za jeden z najlepszych filmów w serii, jeśli nawet nie najlepszy. Świetne kino od początku do końca, do polecenia bez najmniejszego przypału. Samo zakończenie zasługuje na ogromne oklaski. Oglądałem je chyba z milijon razy. Dlatego też "Casino Royale" dostaje bardzo wysoką ocenę w moim rankingu.
źródło: http://www.about.com/
Świetna była scena zamawiania legendarnego drinka:
Bond: [after Bond has just lost his 10 million in the game, to the bartender] Vodka-martini.
Bartender: Shaken or stirred?
Bond: Do I look like I give a damn?
źródło: http://www.imcdb.org/
Jak wspominałem we wstępie na sam koniec zostawiłem porównanie książki i filmu. Ostrzegam, że będą grubaśne spoilery. Po pierwsze inne są lokalizacje tytułowego Casino Royale: w powieści jest to północne wybrzeże Francji, a nie Czarnogóra. Książka ogranicza się zasadniczo do samej rozgrywki w kasynie kończąc się wkrótce po samobójczej śmierci Vesper. Główny wątek fabularny jest mniej więcej podobny, tyle że Le Chiffre jest bankierem francuskich związków zawodowych (oczywiście sterowanych z Moskwy), a nie Quantum i wtopił inwestując w burdele. W powieści Fleminga bohaterowie grają w bakarata, a nie w Texas Hold’Em. Mamy również wątek polski: ukochany Vesper to polski lotnik przeszkolony do działalności wywiadowczej przez brytyjski wywiad, a następnie pochwycony przez Sowietów. Bicie Bonda po jajcach to oryginalny pomysł Fleminga, tyle, że w książce Le Chiffre używa innego narzędzia. 007 zostaje uratowany przez agenta SMERSZ, przy czym dostaje od niego wyjątkową pamiątkę. Byłem natomiast niezwykle zaskoczony, że książka kończy się zdaniem Ta suka już nie żyje. Podsumowując: film polecam absolutnie, natomiast książka może być miłym dopełnieniem do projekcji (czyta się bardzo szybko).

Ocena: 9/10.

czwartek, 25 października 2012

Bond No. 22: "Quantum of Solace"



"Quantum of Solace" – 22 film o przygodach Jamesa Bonda i drugi, w którym w postać brytyjskiego agenta MI6 wciela się Daniel Craig. Pamiętam, że po świetnym "Casino Royale", które przywróciło serii dawny blask (choć i trzeba przyznać, że miało swoich hejterów), wszyscy oczekiwali równie dobrego, ba może nawet lepszego kina. Oczekiwania rosły w miarę zbliżania się premiery, którą de facto przesunięto na jesień 2008 roku (pierwotnie zaplanowano ją na maj, aczkolwiek wtedy wchodził do kin "Iron Man"). Czy zatem "Quantum" spełniło pokładane w nim nadzieje? W zasadzie, po pierwszym obejrzeniu filmu, zapamiętałem jedynie mocne przekonanie, że nie. W rozmowach ze znajomymi dominowało i dominuje po dziś dzien przekonanie, że jest to film zdecydowanie gorszy od "Casino Royale", a w zasadzie nawet słaby sam w sobie. Aczkolwiek z powodu zbliżającej się premiery "Skyfall" oraz niemal całkowitej amnezji dotyczącej fabuły "Quantum" postanowiłem obejrzeć film ponownie.
źródło: http://eu.movieposter.com/
"Quantum" to bezpośredni sequel "Casino Royale", co rzadko zdarza się w bondowskim uniwersum. Wcześniej miało to miejsce jedynie w przypadku tzw. trylogii Blofelda: "Żyje się tylko dwa razy", "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" i "Diamenty są wieczne". Film rozpoczyna się od bardzo dynamicznego pościgu samochodowego po krętych górskich szosach. Bond dostarcza pojmanego w finale poprzedniej części pana White’a do kwatery MI6, gdzie ma zostać poddany szczegółowym przesłuchaniom. Jednakże okazuje się, że nawet szeregi brytyjskiego wywiadu zostały zinfiltrowane przez zbrodniczą i tajemniczą organizację Quantum. M (Judi Dench) ledwie uchodzi z życiem, a Bond dokonuje dewastacji zabytkowego starego miasta w Sienie. Od tego momentu głównym celem MI6 staje się rozpracowanie i zniszczenie Quantum.
źródło: http://www.irishtimes.com/
Tym razem wraz z 007 zwiedzamy wspomnianą już Sienę, Port-Au-Prince (udawany przez Colon w Panamie), austriackie Bregenz (gdzie Bond pierwszy raz w historii odwiedza operę), włoskie Talamone, La Paz, boliwijską pustynię (kręconą w Chile), aby na koniec dla odmiany zobaczyć zimowe krajobrazu Kazania. Pod względem plenerowym nie można zatem narzekać, a chociaż obracamy się głównie w klimatach słoneczno-południowych, to w międzyczasie odwiedzamy także deszczowy Londyn. Naprawdę fajnie wyglądały zdjęcia na boliwijskiej pustyni – Bond w garniturze pośród piasku i kamulców zostaje w pamięci na długo. Fabularnie jest całkiem interesująco, dużo nawiązań do poprzedniej części, pojawiają się nawet starzy znajomi – Felix Leiter (Jeffrey Wright) oraz Rene Mathis (Giancarlo Giannini). Bond w dalszym ciągu epatuje brutalnością, mordując ku rozpaczy M większość podejrzanych. Co ciekawe 007 nie korzysta z żadnych, tak typowych przecież dla serii wypasionych gadżetów, a używa jedynie lekko stunnigowanego telefonu. Znamienne, że w filmie nie pojawia się nawet Q. Finał "Quantum" to natomiast jawny ukłon w stronę klasycznych Bondów – typowa rozwałka siedziby przeciwnika z dużą ilością eksplozji i innych efektów specjalnych. Budżet oceniano na 200 mln USD, więc wygląda to całkiem spektakularnie.
źródło: http://www.ew.com/ew/
Czy zatem "Quantum" spełnia wygórowane oczekiwania po "Casino Royale"? Częściowo tak, aczkolwiek jest to zdecydowanie słabszy film. Nie oznacza to jednakże, iż ma jakiś dramatycznie niski poziom. Po prostu w mojej opinii stanowi doskonałe dopełnienie "Casino Royale" i śmiało stwierdzam, że jest o wiele lepszy niż wszystkie Bondy z Brosnanem. Z pewnością brakuje mi bardziej wyrazistego przeciwnika dla 007, gdyż Dominic Greene (Mathieu Amalric) wydaje się z deczka nijaki i nie jest zepsuty do szpiku kości jak być powinien. Ponadto dziewczyna Bonda Camille (Olga Kurylenko) zdecydowanie nie dorównuje Vesper, ale Eva Green zawiesiła poprzeczkę naprawdę wysoko. Od Camille zdecydowanie bardziej podobała mi się natomiast Strawberry Fields (Gemma Arterton), przy czym podkreślam, że kreacja Olgi Kurylenko nie jest wcale słaba. Na szczęście w dalszym ciągu cieszą dialogi M z Bondem, a niezwykle rozbawiła mnie scena z tekstem Jesteśmy nauczycielami, wygraliśmy na loterii. Podsumowując: "Quantum of Solace" nie jest aż tak słabym filmem, jak panuje powszechna opinia i myślę, że warto je obejrzeć jako godne uzupełnienie "Casino Royale".

Ocena: 7/10.

niedziela, 30 września 2012

Bond No. 19: "The World Is Not Enough"



Święcie przekonany, iż znam każdego Bonda z Piercem Brosnanem jak własną kieszeń, zasiadłem do 19 filmu o przygodach agenta MI6. Jak się szybko okazało "Świat to za mało” był dla mnie kompletnym zaskoczeniem i jestem obecnie przekonany, że nie oglądałem tego filmu nigdy wcześniej. Niemniej jest to typowy Bond, który nie wyłamuje się z dotychczasowej konwencji panującej w całej serii. Tytuł "The World Is Not Enough” wywodzi się z tłumaczenia łacińskiej frazy Orbis non-sufficit, która, jak się okazuje w filmie, jest dewizą rodową Bonda.
źródło: http://eu.movieposter.com/
Tym razem James Bond ma dowiedzieć się kto w finezyjny sposób zlikwidował potentata naftowego, sir Roberta Kinga. Jako, że M (Judi Dench) łączyły z nim w przeszłości specjalne relacje, 007 ma zająć się również ochroną jego córki, Elektry (Sophie Marceau). Dzielny agent brytyjskiego wywiadu wyrusza zatem do Azerbejdżanu, gdzie King Enterprises buduje rurociąg mogący zapewnić Europie Zachodniej dostawy ropy naftowej na długie dziesięciolecia. Tym razem przeciwnikiem Bonda jest nieodczuwający bólu bezwzględny terrorysta Renard (Robert Carlyle), ale to nie koniec atrakcji.
źródło: http://www.themoviescene.co.uk/index.html
Wraz z 007 tym razem zwiedzamy Azerbejdżan, Kazachstan oraz Stambuł. Film otwiera całkiem niezły pod względem wykonania pościg motorówkami po Tamizie, a i później nie możemy narzekać na brak atrakcji typowych dla serii. Wiadomo: albo przyjmujemy tę konwencję i się nią cieszymy albo hejtujemy, że nie ma realizmu, że tak się nie da, a Bond powinien umrzeć tysiąc razy. „Świat to za mało” jest jednak wyjątkowy pod pewnymi względami. Po pierwsze po raz ostatni w roli Q pojawia Desmond Llewelyn, który wcielił się w tę postać 17 razy. Na jego następcę zostaje namaszczony R – John Cleese. Po drugie, w wyniku eksplozji na początku filmu, MI6 przenosi swoją bazę z Londynu do Szkocji. Plenery wokół zamku Eilean Donan są urzekająco piękne (co ciekawe zamek ten był wykorzystany również w kultowym "Highlander”). Poza tym kilka bardzo uszczypliwych dialogów, wartka akcja oraz tradycyjne miłosne podboje Jamesa. Wszystko bardzo lekkie i przyjemne do oglądania.

Ocena: 6/10.