Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jena Malone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jena Malone. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 grudnia 2016

"The Neon Demon"



Beauty isn’t everything. It’s the only thing.

Nicolas Winding Refn powrócił! Co prawda na filmy duńskiego reżysera nie trzeba czekać tak długo jak w przypadku Toma Forda, ale trzy długie lata, które upłynęły od znakomitego "Only God Forgives" to niemalże wieczność. Tym razem twórca legendarnego "Drive" postanowił zająć się bezwzględnym światem mody, który momentami pod względem brutalności nie ustępuje wcale najgorszym gettom Los Angeles. Podobnie jak w przypadku poprzedniej produkcji spotkałem się z całkowicie skrajnymi podejściami do "The Neon Demon" (zapewne dlatego ocena filmu na IMDb obecnie oscyluje w okolicach szóstki). Bardzo nie lubię posługiwać się wyświechtanymi, banalnymi sloganami, ale jednak sporo racji mają ludzie twierdzący, że twórczość Refna to typowe przykłady hate it or love it, gdzie pośrodku nie ma po prostu niczego.
źródło: http://www.impawards.com
"The Neon Demon" to historia młodej, pięknej dziewczyny Jesse (Elle Fanning), która stara się zaistnieć na rynku modelek w Los Angeles. Dzięki niebanalnej sesji zdjęciowej autorstwa amatorskiego fotografa Deana (Karl Glusman) nasza bohaterka zostaje dostrzeżona przez tuzy świata mody i staje przed szansą na wielką karierę. Jednak błyskawiczne sukcesy w Mieście Aniołów budzą zawiść u starszych, bardziej doświadczonych koleżanek po fachu. Dodatkowo sytuacji Jesse nie polepsza zamieszkiwanie w najtańszym motelu prowadzonym przez typa spod wyjątkowo ciemnej gwiazdy, taplającego się w seksualnych aluzjach (Keanu Reeves).
źródło: http://theneondemon.com/
Jakkolwiek wybór świata mody jako tematu na najnowszy film Refna początkowo wzbudził u mnie pewne kontrowersje to muszę jednakże przyznać, że końcowy efekt jest wprost porażający. Ostatnia, mniej więcej półgodzinna, część "The Neon Demon" to prawdziwy rollercoaster emocji oraz szokujących obrazów. Od początku swojej kariery duński reżyser przyzwyczaja swoich widzów do naturalistycznie ukazanej przemocy, ale nigdy nie spodziewałbym się, że będę oglądał dantejskie sceny z udziałem pięknych, długonogich modelek. Zestawienie prawdziwego, naturalnego piękna Jesse oraz jej zdecydowanie mniej naturalnych koleżanek po niezliczonych operacjach plastycznych z pedofilią (srogie nawiązania do "Lolity"), rytualnymi mordami, zjadaniem ofiar oraz kąpielami w krwi w stylu Elżbiety Batory czy onanistyczną nekrofilią nie każdemu mogą przypaść do gustu. W filmie znalazło się więcej nawiązań do twórczości Stanleya Kubricka – warto wspomnieć choćby toaletową scenę z szminką Red Rum. Warto również zauważyć, że pod wieloma względami fabuła "The Neon Demon" jest prawdziwie zaskakująca i kompletnie pozbawiona wtórności (naprawdę tym razem Refn zaskoczył mnie solidnie pod tym względem).
źródło: http://theneondemon.com/
Jakkolwiek "The Neon Demon" może zostać pod wieloma aspektami uznany za szokujący, kontrowersyjny, a nawet odrażający film to Refnowi nie sposób odmówić niezwykłej dbałości o najmniejszy detal w każdej scenie oraz znakomity dobór muzyki. Ścieżka dźwiękowa po raz kolejny została znakomicie dopasowana do rozwoju fabuły i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem dotychczasowego dorobku Refna w tym zakresie. Jednakże tym razem na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się u mnie wrażenia wizualne. Poszczególne sceny są po prostu tak zjawiskowe, że miałbym ochotę zapuścić je w nieskończoność. Oglądając film zwróćcie uwagę w szczególności na początkową sesję zdjęciową z Deanem, tajemniczą imprezę w klubie, wszystkie sceny z fotografem Jackiem (Desmond Harrington), casting z projektantem mody (Alessandro Nivola) czy przemowę Jesse o istocie piękna nad pustym basenem. Maestria, przed którą należy paść na kolana i bić pokłony do samiutkiej ziemi! Oczywiście, jak przystało na Refna, bohaterowie mówią niewiele, choć i tak w porównaniu do poprzednich produkcji dostrzegłem znaczący rozwój dialogów. Nie mogło także zabraknąć tak charakterystycznych kadrów pulsujących czerwienią. Efekty specjalne są bardzo przekonywujące, a w dzisiejszych czasach trudno udaje się to osiągnąć, w szczególności, gdy budżet wynosił jedynie 7 milionów USD.
źródło: http://theneondemon.com/
Nie da się ukryć, że nawet najdoskonalsze kadry nie są w stanie uratować filmu, jeśli aktorzy grają od niechcenia. Na szczęście Refn ma świetne wyczucie w tym względzie, dzięki czemu nie mogę przyczepić się nawet do najkrótszego występu w "The Neon Demon", ponieważ wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście największe laury i zaszczyty przypadły Elle Fanning za rolę prawdziwie zjawiskowej Jesse. Nie sposób jednakże nie rozpływać się na resztą obsady. Jena Malone (Ruby) po raz kolejny udowadnia, że dysponuje nieprzeciętnymi umiejętnościami aktorskimi, a Bella Heathcote (Gigi) oraz Abbey Lee (Sarah) wydają się być po prostu stworzone do ról bezwzględnych, bezdusznych modelek. Znakomicie w roli pro fotografa zaprezentował się Desmond Harrington, równie fajnie wypadł jako amator Karl Glusman. Niezaprzeczalne propsy dla Christiny Hendricks (Roberta), ale gdybym miał wskazać na najlepszy występ drugoplanowy to bez wahana wybieram Alessandro Nivolę – rola od razu przykuwa uwagę i nie sposób oderwać oczu od projektanta mody. Ciekawie wypadł również Keanu Reeves grający wyjątkowo odrażającego i obleśnego typa.
źródło: http://theneondemon.com/
Po raz kolejny Nicolas Winding Refn nie zawiódł moich oczekiwań, a w sumie dostałem nawet więcej niż chciałem. "The Neon Demon" to znakomite i piękne wizualnie, chociaż jednocześnie niezwykle brutalne, makabryczne, a momentami wręcz obrzydliwe w swoim naturalizmie kino. Pozycja obowiązkowa!
źródło: http://theneondemon.com/
Ocena: 8/10.

środa, 7 grudnia 2016

"Nocturnal Animals"



Do you ever feel like your life is turning into something you never intended?

Szczerze napisawszy po obejrzeniu olśniewającego "A Single Man" po prostu nie mogłem doczekać się premiery najnowszego filmu Toma Forda. A trzeba Wam wiedzieć, że ten amerykański projektant mody i jedynie przy okazji reżyser, nie rozpieszcza swoich fanów karząc im czekać na kolejnego produkcje po kilka lat. "Nocturnal Animals" (zgrabnie przetłumaczone na "Zwierzęta nocy") już w samych trailerach zapowiadało się na znakomitą, wyjątkowo stylową i bezbłędną produkcję. Warto nadmienić, że scenariusz został oparty na opublikowanej w 1993 roku powieści Austina Wrighta zatytułowanej Tony and Susan. Co ciekawe, na okładkach związanych z premierą filmu wznowieniach książki pojawia się już tytuł Nocturnal Animals.
źródło: http://www.impawards.com
"Nocturnal Animals" to złożona produkcja, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a zdarzenia fikcyjne mieszają się z rzeczywistością, więc w trakcie seansu należy się skupić na skomplikowanej fabule (w przypadku "A Single Man" było zdecydowanie prościej). Główny wątek to historia na pozór doskonałej i szczęśliwej Susan Morrow (Amy Adams), która wraz z przystojnym mężem Huttonem (Armie Hammer) realizuje się w swojej pasji prowadząc galerię sztuki. Jednakże powierzchowna doskonałość pary skutecznie maskuje problemy finansowe oraz niezbyt poprawne relacje małżeństwa. Życie Susan ulega diametralnej przemianie, gdy otrzymuje od swojego byłego męża (Jack Gyllenhaal) rękopis tytułowej powieści Nocturnal Animals. Książka, przedstawiająca mrożące krew w żyłach przeżycia Edwarda (również Jack Gyllenhaal) oraz jego rodziny rozgrywające się na amerykańskich pustkowiach, wywołuje u kobiety niezwykle silne emocje i skłania ku refleksjom nad własną egzystencją.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Już od pierwszych kadrów "Zwierzęta nocy" olśniewają wizualnym pięknem oraz znakomitym, niepowtarzalnym stylem Toma Forda. Oglądając film można po prostu dojść do wniosku, że jest to glamour w najczystszej, nieskażonej postaci. Oczywiście dotyczy to w większości scen związanych ze współczesnymi perypetiami Susan, ale nawet ukazane na ekranie zwłoki mają w sobie coś pięknego. Podobne wrażenia można odnieść do otwierającej produkcję sceny, w której widzimy performance dla galerii sztuki: dosyć otyłe, tańczące kobiety. Mimo, że naprawdę daleko im do aktualnych standardów piękna, to jednakże trudno odwrócić wzrok, gdyż te obrazy mają w sobie coś hipnotycznego. Tom Ford po raz kolejny zadbał, aby bohaterowie mieszkali w naprawdę wypasionych (acz jednocześnie wyjątkowo stylowych) i nowoczesnych domostwach. Ogromne przestrzenie oraz zimne kolory budzą jednakże uczucie pustki oraz straszliwej samotności, która w szczególności dotyka Susan. Wprost genialnie wypada scena, w której nasza bohaterka z uwagą przygląda się obrazowi z napisem REVENGE. W tym miejscu warto również podkreślić niebywałą rolę muzyki skomponowanej przez Abla Korzeniowskiego. Poszczególne utwory urzekają niezwykłym pięknem, nie pozwalając o sobie zapomnieć jeszcze długo po wyjściu z kina. Jakież to niezwykłe szczęście, że żyjemy w czasach, w których można ich po prostu posłuchać na YouTube’ie! Tak wspaniałe kompozycje zasługują na nominację do Oscara, ale ja osobiście żywię nadzieję, że na tym się nie skończy.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Skoro w powyższym akapicie opisałem moje wrażenia audio-wizualne należałoby się skupić na przedstawionej w "Zwierzętach nocy" fabule. Muszę przyznać, że Tom Ford posiadł niezwykłą umiejętność stopniowego budowania napięcia. Historia przedstawiona w powieści Tony’ego to prawdziwy, mrożący krew w żyłach majstersztyk. Od dawna nie odczuwałem w kinie takiego niepokoju jak w nocnej scenie rozgrywającej się na teksańskim pustkowiu. Napięcie narastające powoli od błahego incydentu na drodze wyraźnie szuka ujścia by eksplodować z pełną mocą. Każdy gest czy nieodpowiednia odzywka, a nawet ton głosu, (pozdro Grażka!) mogą przynieść fatalne konsekwencje. Warto zaznaczyć, że film od razu daje widzowi do myślenia jak zachowałby się podobnej sytuacji – czy warto twardo stawiać się przeciwnikom czy też przyjąć postawę koncyliacyjną? Aczkolwiek Edward, bohater książki Tony’ego, nie jest przecież jakimś niezwykłym herosem, a raczej przeciętnym, spokojnym człowiekiem postawionym w sytuacji, której do końca nie rozumie. Wielkie brawa należą się Tomowi Fordowi za tak umiejętne, a przede wszystkim interesujące przeplatanie powieści z wątkami z życia Susan i Tony’ego, które przecież rozciągają się na przestrzeni wielu lat.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Nie od dziś wiadomo, że nazwiska Amy Adams oraz Jake’a Gyllenhaala umieszczone na filmowym plakacie gwarantują znakomite występy, ale w "Zwierzętach Nocy" obydwoje wnieśli się na wyżyny swojego kunsztu. Nie umniejszając niczego Amy Adams, która świetnie ukazała na ekranie straszliwą samotność Susan oczywiście trudniejsze zadanie stanęło przed Gyllenhaalem, ponieważ musiał wcielić się w dwie postacie. Niemniej zarówno Tony, jak i Edward, to znakomicie i bezbłędnie zagrane role – w szczególności powieściowy bohater pozostaje na długo w pamięci. Na drugim planie również jest znakomicie. Na gromkie oklaski zasłużył przede wszystkim Michael Shannon, wcielający się porucznika Bobby’ego Andesa. Równie doskonale, a przede wszystkim niesztampowo, wypadł Aaron Taylor-Johnson (Ray Marcus) – o takie role właśnie walczyłem przez te wszystkie lata! A żeby uniknąć oskarżeń o faworyzowanie męskiej części obsady warto wspomnieć o świetnych występach Isli Fisher (Laura) oraz Ellie Bamber (India), które wcieliły się w żonę oraz córkę powieściowego Edwarda. Na koniec warto jeszcze wymienić kilka sław, które przewijają się epizodycznie: Armie Hammer, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone czy Kristin Bauer van Straten.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
"Nocturnal Animals" to ostatnia wieczerza dla wszystkich głodnych prawdziwego glamour, wysublimowanych, pięknych kadrów podkreślanych przez muzykę najlepszej próby oraz mistrzowskiego aktorstwa. Na film Toma Forda czekałem z naprawdę wielkimi nadziejami i muszę przyznać, że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, dostałem jeszcze więcej niż chciałem. Absolutnie mistrzowskie kino!
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Ocena: 10/10.

sobota, 2 kwietnia 2016

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 2"



Dzisiaj wreszcie nastał długo oczekiwany i pamiętny dzień, w którym dojdzie do ostatecznej rozprawy z serią "The Hunger Games". Po pierwszej części nie przejawiałem zbyt optymistycznego nastawienia do tematu, ale dostrzegałem pewien ukryty potencjał. Druga odsłona to z pewnością miłe zaskoczenie i solidna dawka rozrywki na konkretnym poziomie, przez którą zacierałem ręce na spektakularny finał. Jednakże pierwszy epizod ostatniej części okazał się dla mnie nawet nie siarczystym policzkiem wymierzonym przez twórców "Igrzysk Śmierci", ale monstrualnym kindybałem w szamot. Wtedy to postanowiłem wykreślić "Mockingjay – Part II" z mojej listy obowiązkowych seansów kinowych. Jednakże, ponieważ czuję się wyjątkowo niekompletny, gdy nie kończę czegoś co zacząłem (w efekcie tej ułomności obejrzałem wszystkie sezony "Prison Break"), spadł na mnie obowiązek zaliczenia ostatniej części ostatniej części "The Hunger Games" (tym razem naprawdę ostatniej – przynajmniej taką żywię nadzieję).
źródło: http://www.impawards.com
Po tym, jak w pierwszej odsłonie "Kosogłosa" dowiedzieliśmy się wreszcie gdzie jest Peeta (Josh Hutcherson), zjednoczone przed przewodnictwem Dystryktu XIII siły rebelii planują ostateczne rozwiązanie kwestii supremacji Kapitolu. Oczywiście zaszczytna rola w tymże epokowym wydarzeniu została również przypisana Katniss (Jennifer Lawrence). Jednakże dzielna i niezłomna dziewczyna nie weźmie udziału w bezpośrednich starciach z siłami opresyjnego reżimu, lecz podążając za wojskami rebelii ma skupić się na kręceniu materiałów propagandowych. Jak łatwo się domyślić przebiegły plan prezydent Coin (Julianne Moore) nie przypada naszej bohaterce do gustu i tradycyjnie już, niczym Frank Sinatra, postanawia pójść własną drogą.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Jak wspomniałem we wstępie druga część "Kosogłosa" to ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci" (chociaż wyraźnie dostrzegam potencjał na prequele). Czego zatem oczekiwałem od długo wyczekiwanego finału? Epickiej bitwy z rebeliantów z siłami Kapitolu, widowiskowości, wartkiej akcji! A zamiast tego obejrzałem smętne rozmowy o uczuciowym trójkącie, nudne pogadanki o niczym, mało dynamicznej akcji oraz zdecydowanie za wiele ugly cry face. Toż to zakrawa na absurd i nonsens! Ponadto twórcy zaserwowali kilka motywów, które wymykają się mojemu pojmowaniu przedstawionej rzeczywistości. Pierwszy przykład to zmiechy/zmieszańce (jak się dowiedziałem z Internetu są to genetycznie zmodyfikowane stworzenia hodowane w laboratoriach Kapitolu), które wyglądają niczym trochę większy i agresywniejszy Gollum, dodatkowo uzależniony od cracku. Z tego co pamiętam, w żadnej części filmowych "Igrzysk Śmierci" nie było mowy o tym gównie, więc mogłem być z deczka zaskoczony. Druga, w zasadzie nawet bardziej szokująca, sprawa to kobieta-tygrys. Tu komentarz nie jest wystarczający (poza tym nasuwa mi się jedynie WTF?), trzeba to zobaczyć na własne oczy.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Oglądając ostatniego "Kosogłosa" zastanawiałem się kiedy właściwie Kapitol przegrał tę wojnę. W poprzedniej części prezydent Snow napierdalał przecież bombami w Dystrykt XIII aż trzeszczało. A tymczasem, po idiotycznej decyzji Antoniusa (Robert Knepper, legendarny T-Bag z "Prison Break"), elitarne siły utknęły zasypane przez rebelię w jakiejś górskiej twierdzy! Brawo za wybranie na strategosa człowieka o tak wysoce rozwiniętej wyobraźni.  Niemniej wkrótce okazuje się, że były to ostatnie wartościowe jednostki reżimu (lotnictwo też tam ugrzęzło?) i droga do stolicy stoi otworem. W filmie nie zobaczymy zatem epickich bitew, które doprowadziły Kapitol na skraj upadku. Jednakże całe miasto usłane zostało tzw. kokonami – urządzeniami, które opierając się na magicznej technologii stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo dla biednych rebeliantów szturmujących metropolię. Otóż te pułapki są niekiedy tak finezyjne, absurdalnie złożone i nieużyteczne, że aż warto spytać czy nie lepiej było postawić na zawsze solidne siły pancerne i lotnicze? Abstrahując od miotaczy płomieni pragnę zwrócić Waszą uwagę na kokon, który po aktywacji zamknął wejścia na dziedziniec budynku i nie wiadomo skąd zaczął pompować ogromne ilości czarnej mazi, w której mieli utonąć nasi bohaterowie. Trzeba mieć prawdziwą fantazję! Oczywiście, można było również postawić na zawsze skuteczne miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, a dodatkowo usiać miasto snajperami, ale przecież nie jest to wystarczająco finezyjne rozwiązanie. Kolejna szokująca z mojej perspektywy sprawa to straszliwa sztampowość "Kosogłosa". Postacie drugoplanowe giną w regularnych odstępach czasowych, oczywiście niemal wyłącznie w bohaterskich okolicznościach (czasem zdarza się im nawet wygłosić krótki, pełen patosu monolog). A w jaki sposób pozostać nierozpoznanym w samym sercu Kapitolu, gdzie na każdym rogu wisi twoja podobizna? Wystarczy założyć płaszcz z kapturem! A co zrobić, gdy strażnicy pokoju niemalże demaskują twój bezbłędny kamuflaż? Nic, wystarczy poczekać na nieoczekiwany atak rebeliantów. Poza tym uważam, że gdyby Boggs albo w szczególności Gale mieli jaja ze stali to Peeta nie dożyłby do połowy filmu.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Pomyje i gorzkie żale wylane, więc czas przejść do nielicznych pozytywów. Niezaprzeczalnie druga odsłona "Kosogłosa" jest zrealizowana naprawdę sprawnie i potrafię docenić solidne rzemiosło. Efekty specjalne może nie są specjalnie przełomowe, ale także nie raziły mnie szczególnie komputerową nachalnością. Jeżeli miałbym wskazać dlaczego warto obejrzeć ten film to dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy to interesująca scena bombardowania ludności cywilnej pod rezydencją prezydenta Snowa – oczywiście muszę jednak podkreślić, że zdecydowanie zabrakło odwagi w pokazaniu makabrycznych skutków tej zbrodni wojennej. Gdyby zrobiono to choćby tak dobrze jak w "Mieście 44" to byłbym skłonny podnieść ocenę o jedną gwiazdkę za nieszablonowe podejście do tematu. Drugi powód to znakomita rozmowa Katniss i prezydenta Snowa w szklarni – nie wiem czy może nawet nie jest to najlepsza scena w całej serii (oczywiście głównie z powodu Donalda Sutherlanda). Przyznacie jednakże, iż jak na ponad dwugodzinną produkcję to troszkę mało, nieprawdaż?
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Z nieukrywanym żalem oglądałem niemal nieustanną ugly cry face w wykonaniu Jennifer Lawrence. Gdzież się podziała zjawiskowa panna Katniss Everdeen? – pytałem z niedowierzaniem. Otóż Kosogłos w wyjątkowej postaci pojawia się tylko raz i to na dodatek pod sam koniec filmu. Nie chcę tutaj również wspominać o wyborach uczuciowych naszej bohaterki, bo jak absurdalna i nieuzasadniona niczym jest to sytuacja może dostrzec każdy. Josh Hutcherson tym razem wciela się w Peetę wychodzącego powoli z uzależnienia od mefedronu. Na tle jego miałkości Liam Hemsworth (Gale) mieni się niczym supernowa. Woody Harrelson w dalszym ciągu gra zapijaczoną wersję samego siebie, a Julianne Moore wydaje się tworzyć podręcznikowy przykład kreacji zimnej suki pozbawionej wszelkich skrupułów. Odniosłem natomiast wrażenie, że sceny ze zmarłym Philipem Seymourem Hoffmanem znalazły się w filmie trochę na siłę. Niemniej po raz kolejny produkcję kompletnie zawłaszczył Donald Sutherland – nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego w roli prezydenta Snowa i w mojej opinii to właśnie ten aktor jest największym zwycięzcą całego przedsięwzięcia.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Recenzja trochę się rozciągnęła w czasie i przestrzeni, ale wreszcie nastał czas na podsumowanie. Jako ostatnia część cyklu "Kosogłos" kompletnie zawiódł moje oczekiwania (a raczej oczekiwania jakie miałem przed obejrzeniem pierwszej części finału). Żenujące, idylliczne zakończenie uwydatnia jedynie miałkość "Igrzysk Śmierci" jako całości. Oczywiście brakuje odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtują po upadku Kapitolu. Niemniej twórcy poszli na łatwiznę, olewając nieuchronny problem anarchii po likwidacji opresyjnego reżimu i skupili się na bajkowej przyszłości Katniss. Po drugiej części serii miałem naprawdę wybujałe oczekiwania, ale niestety okazało się, że był to jedynie ulotny one-time wonder. Pozostaje jedynie po raz kolejny oddać się ubolewaniom nad zmarnowanym potencjałem "The Hunger Games" i wyczekiwać na ewentualny reboot.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10 (jedna gwiazdka za Donalda Sutherlanda).

Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 1"



Ponieważ ostatnio oglądałem same bardzo dobre, dobre oraz chociaż solidne produkcje w odmętach mojej złożonej osobowości zaczęła kiełkować silna żądza przerwania tej hossy i pogrążenia się w totalnej filmowej chujozie. Jak już bowiem nie raz wspominałem: nie można prawdziwie docenić piękna nie wiedząc niczego o brzydocie. I kiedy miałem już przeglądać IMDb w poszukiwaniu odpowiedniej słabizny (primary objective: Nicolas Cage), przypomniałem sobie, że nie obejrzałem przecież jeszcze najnowszej odsłony "The Hunger Games: Mockingjay Part 1". Pomyślałem sobie zatem: oka, jeszcze jedna solidna produkcja i rozpoczynam podróż do kresu filmowej wytrzymałości. Albowiem wówczas, po ostatniej, bardzo dobrej części, nie spodziewałem się, że zostanę tak brutalnie zdradzony, a moja wewnętrzna potrzeba obejrzenia kompletnej chujni zostanie zaspokojona z nawiązką. Zanim przejdziemy do wylewania pomyj, zwróćcie uwagę na tytuł filmu. Oczywiście twórcy "Igrzysk Śmierci" doskonale wpisali się w współczesne trendy i podzielili ostatnią odsłonę na dwie części. Zaprawdę, powiadam Wam: hajs się musi zgadzać! Z gestów o wiele bardziej szlachetnych należy odnotować, że "Kosogłos" został zadedykowany pamięci zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana.
źródło: http://www.impawards.com
Jak doskonale pamiętacie z poprzedniej części jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci zakończyły się kompletną klęską Kapitolu. Katniss (Jennifer Lawrence), w ostatniej chwili uratowana z areny, trafia do legendarnego Dystryktu XIII. Jak się okazuje mieszkańcy pechowego sektora nie zostali wcale wymordowani przez rząd centralny, ale po prostu zeszli do podziemia (dosłownie). Pod wodzą prezydent Coin (Julianne Moore) zmilitaryzowane społeczeństwo dystryktu przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z Kapitolem. W zamierzeniach miejscowego establishmentu Katniss ma stać się Kosogłosem, nieskalanym symbolem rewolucji, który podtrzyma ogień rebelii tlący się w pozostałych sektorach i ułatwi ich zjednoczenie pod jednym sztandarem.
© Lions Gate Entertainment
Pod koniec recenzji "The Hunger Games: Catching Fire" wyraziłem bardzo niefortunną obawę: twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się wówczas, jak prorocze będą to słowa. Francis Lawrence, w przebłysku geniuszu, postanowił bowiem spierdolić wszystko, co osiągnął w poprzedniej części. Niestety z porównaniem do czwartej odsłony 'Terminatora" trochę przesadziłem, ponieważ cokolwiek by złego nie powiedzieć o filmie McG, to jednak coś się tam dzieje i momentami bywa efektownie. W "Mockingjay" natomiast nie dzieje się praktycznie nic – oczywiście nie ma przecież Igrzysk! Oglądając film zastanawiałem się, kiedy zacznie się jakaś prawdziwa akcja. Niestety okazało się, że wcześniej zobaczyłem napisy końcowe, więc podejrzewam, że wszystko zostawiono na finałową odsłonę. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i rozczarowaniu na pierwszy plan wysunięte zostały wątki romansowe (rozłąka szaleńczo zakochanych tak niezwykle bolesna) oraz rozterki emocjonalne Katniss. O wiele bardziej istotne wydarzenia kompletnie straciły na znaczeniu, zepchnięte głęboko w drugoplanowe odmęty. Jakież znaczenie ma bowiem przyszłość ludzkości, kiedy panna Everdeen musi dowiedzieć się co dzieje się aktualnie z uzależnionym od cracku Peetą? Jak słusznie zauważyli twórcy Honest Trailers film powinien nosić podtytuł "Where’s Peeta?: Part 1".
© Lions Gate Entertainment
Co zatem powinno znaleźć się na pierwszym planie? Moim skromnym zdaniem wyniszczające starcie pomiędzy Dystryktem XIII i Kapitolem, po którym przy odrobinie pecha nie będzie czego zbierać. O ile rządzący Trzynastką mają jakiekolwiek pojęcie o prowadzeniu wojny i są do niej doskonale przygotowani to działania podjęte przez rebeliantów w pozostałych sektorach są żenująco idiotyczne. Samobójczy, bezmyślny szturm na elektrownię wodną czy leśna zasadzka drwali to najlepsze przykłady skończonej głupoty i nieliczenia się z czynnikiem ludzkim. Trzeba przyznać, że Kapitol nie pozostaje dłużny i wykorzystując najlepsze przykłady z historii XX wieku odpowiada z pełną mocą brutalności. Ludobójstwo oraz masowe egzekucje są na porządku dziennym, a tysiące szkieletów w Dystrykcie XII zaczynają już niebezpieczne przypominać Holokaust. Ogólnie rzecz biorąc pozostałe sektory przedstawiają obraz totalnej anihilacji – wszędzie zniszczenia, ruchawka i pożoga. Kolorowy, wypełniony przepychem Kapitol oglądamy jedynie przez chwilę, a podziemna, surowa baza prezydent Coin wzmaga jedynie pesymistyczny wydźwięk "Kosogłosa". Warto zwrócić uwagę na ciekawy aspekt walki propagandowej – filmiki nagrywane przez obie strony. Z uwagi na położenie Dystryktu XII ich propaganda skojarzyła mi się z wystąpieniami Osamy bin Ladana kręconymi w afgańskich jaskiniach.
© Lions Gate Entertainment
Nie pamiętam kiedy równie solidna postać zanotowała tak okrutny zjazd. W najnowszej odsłonie Katniss Everdeen to po prostu wrak człowieka, spędzający wolne chwile na użalaniu się nad sobą w jakichś kanałach. Rozumiem, że chciano w ten sposób ukazać negatywny wpływ Igrzysk Śmierci na bohaterkę, ale twórcy posunęli się zdecydowanie za daleko. Z dumnego, niezłomnego symbolu buntu pozostała jedynie tak naprawdę rozhisteryzowana egoistka kierująca się partykularnym interesem – na szczęście dysponująca świetną ekipą od PR. Z prawdziwym żalem ogląda się Jennifer Lawrence prezentującą przez bite dwie godziny cry face. Jedyna dobra scena to Katniss śpiewająca piosenkę The Hanging Tree, ponieważ wreszcie jest w miarę normalna (oczywiście laureatka Oscara jej nienawidzi, ponieważ nie lubi śpiewać). Znakomita obsada drugoplanowa wyjątkowo nie ratuje sytuacji, gdyż po prostu scenariusz nie pozwala. Co z tego, że Julianne Moore, Elizabeth Banks (Effie), Philip Seymour Hoffman (Plutarch), Woody Harrelson (Haymitch) Jeffrey Wright (Beetee) czy Donald Sutherland (Jon Snow Prezydent Snow) grają dobrze, gdy na pierwszym planie oglądamy bolejącą nad rozłąką Katniss? I tu zwracam się do pań oraz mniejszości homoseksualnej: naprawdę wolelibyście uzależnionego od cracku Josha Hutchersona (Peeta) niż brata Thora, Liama Hemswortha (Gale) Really? W filmie pojawia się także Jena Malone (Johanna Mason), która ujęła mnie swoim jestestwem w poprzedniej części. Dodajmy jedynie, że jej występ w "Mockingjay" trwa mniej więcej 30 sekund…
© Lions Gate Entertainment
O ile na pierwszą cześć "Kosogłosa" czekałem z prawdziwym wytęsknieniem to po tym, co zobaczyłem, drugą odsłonę zamierzam jedynie obejrzeć z czystego obowiązku, by zamknąć ostatecznie całą serię i nigdy więcej do niej nie wracać. Przewijające się przez "Igrzyska Śmierci" powiedzenie the odds are never in our favor nigdy nie było bowiem bardziej aktualne.
© Lions Gate Entertainment
Ocena: 4/10.


Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.
 

środa, 4 grudnia 2013

"The Hunger Games: Catching Fire"

W sierpniu 2012 roku recenzją "The Hunger Games" zainaugurowałem działalność mojego bloga. Od tego epokowego wydarzenia w dziejach tegoż marnego uniwersum upłynęło trochę czasu i pojawiło się sporo nowych tekstów. Niemniej z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że trochę przegiąłem z oceną filmu Gary'ego Rossa. W zalewie późniejszej chujni nie było to bowiem dzieło aż tak złe, by otrzymać 4/10. Niestety póki co z braku czasu nie zanosi się na rehabilitację i rewizję oceny, aczkolwiek do dziś odczuwam niezwykle silną irytację z powodu niektórych rozwiązań fabularnych czyniących z Katniss niemal świętą (głównie dotyczy to uśmiercenia Rue). Jednakże znalazłem trochę inny sposób na zadośćuczynienie krzywdom przeszłości. Jak się zatem domyślacie dzisiaj wracamy do korzeni, ponieważ wreszcie spiąłem się i wybrałem do kina na najnowszą odsłonę "Igrzysk Śmierci", czyli "Catching Fire". Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że moje oczekiwania co do tego, że kolejne ekranizacje powieści Suzanne Collins będą good enough zawsze zawierały się w pięknym powiedzeniu the odds are never in our favor.
Mockingjay, czyli Kosogłos.
(źródło: http://www.impawards.com)
Jak doskonale pamiętamy z pierwszej części Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson) dosyć nieoczekiwanie zwyciężyli w 74 Igrzyskach Śmierci. Jako zwycięzcy odbywają swoiste tournee po wszystkich Dystryktach, spotykając się z ich mieszkańcami. W założeniach prezydenta Snowa (Donald Sutherland) podróż miała ugruntować władzę Kapitolu i wyeliminować wszelkie zarzewie buntu. Jednakże jak napisał kiedyś Geoffrey Chaucer - Yet in our ashen cold is fire yreken. Zwycięstwo Katniss dało nadzieję uciskanemu ludowi Dystryktów i mimo stosowania terroru, prości ludzie nadal manifestują poparcie dla pary z Dwunastki. Większość wystąpień kończy się zamieszkami, w związku z czym Snow postanawia zlikwidować uciążliwy problem poprzez jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci, w których obsadzie mają się znaleźć wyłącznie dotychczasowi zwycięzcy.
Tournee poszło trochę słabo...
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pierwsza rzecz o jakiej należy wspomnieć przy okazji "Catching Fire" to wymiana reżysera. Francis Lawrance spisał się moim zdaniem o wiele lepiej niż Gary Ross, a sam film jest o wiele bardziej mroczny i poważniejszy. Momentami dziwiłem się nawet, że dostał wysoce pogardzaną kategorię PG13, ponieważ niektóre sceny są wyjątkowo brutalne (m.in. egzekucje niemal jak z czasów katyńskich, biczowanie godne "Pasji", czy choćby rozliczne poparzenia chmurą kwasu). Warto w tym miejscu wspomnieć również postać dowódcy Threada (Patrick St. Esprit) – jest tak doskonale bezlitosna, że chętnie przeszczepiłbym ją do nowego "Dredda". Bardzo dobrze, że wątki romansu młodych ludzi same z siebie niejako usuwają się na drugi plan i nie zamieniają "Catching Fire" w coś pokroju "Zmierzchu". Ponadto, chociaż jest to film o zarzewiu rewolucji, wątki lewackie są praktycznie nieobecne, a ziarna samej rebelii dopiero kiełkują. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby na drugi dzień po zwycięstwie w Igrzyskach Katniss stanęła na czele buntu jak Joanna D'Arc. Póki co jest daleka od posiadania jakichkolwiek cech przywódczych – poprzednie Igrzyska poważnie uszkodziły jej psychikę, miewa koszmary i halucynacje, przez co wydaje się o wiele bardziej ludzka, a film bardziej realistyczny. Również prezydent Snow nie oszczędza naszej bohaterki fundując jej różne psychologiczne niespodzianki (m.in. malowidło Rue na podłodze w czasie prezentacji zawodników).
...więc El Comandante Snow nie był zachwycony.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Twórcy okazali się konsekwentni, przez co udało się utrzymać spójną wizję Dystryktów z poprzedniej części. Kapitol olśniewa i przyznam, że chociaż wtedy kręciłem nosem, to teraz kupuję tę oryginalną wizję rzeczywistości, a za jej główny wyraz mogę uznać kolorowe stroje Effie (Elizabeth Banks). Na prowincji w dalszym ciągu bieda, której reprezentować nie powstydziłby się Rychu Peja. Myślałem, że biedniej niż w Dystrykcie XII być nie może, niemniej jak się okazało po paru ujęciach z Dystryktu XI (zamieszkanego de facto przez ludność afroamerykańską - przypadek?), wykazałem się kompletnym brakiem wyobraźni. "Catching Fire" momentami olśniewa efektami specjalnymi. Polecam scenę, w której Katniss prezentuje białą suknię – czegoś takiego jak żyję nie widziałem. Niesamowite wykonanie jednego z najbardziej oryginalnych pomysłów – po prostu OUTSTANDING. Sceny akcji również nie zawodzą, niemniej oglądanie kolejnej edycji Igrzysk nie jest już może tak bardzo odkrywcze. O wiele bardziej byłem zainteresowany tym, co działo się przed ich rozpoczęciem.
Gale również nie był zachwycony sytuacją.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pod względem aktorskim "Catching Fire" prezentuje się bardzo dobrze. Jennifer Lawrence zasługuje na oklaski za świetną grę oraz zjawiskowy wygląd. Były sceny kiedy szeptałem: Damn, that girl is so beautiful! Niemniej po raz kolejny potwierdza ogromny talent i udowadnia, że tegoroczny Oscar nie był przypadkowy. Kompanioni Katniss również wypadają bez zarzutu. Zarówno Liam Hemsworth (Gale), jak i Josh Hutcherson (Peeta), dobrze wczuli się w kreacje, nie uderzając przy tym w typowo nastoletnie emocje. Na drugim planie lepiej niż solidnie wypadają Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Elizabeth Banks, Stanley Tucci oraz nowy w tym zacnym towarzystwie Philip Seymour Hoffman. Aczkolwiek największe oklaski zostawiam dla postaci prezydenta Snowa i Johanny Mason. Donald Sutherland zalicza się do moich ulubionych aktorów, ale w "Catching Fire" po prostu kradnie każdą scenę. Podobnie wypada debiutantka w "Igrzyskach Śmierci" – Jena Malone. Zaprawdę, powiadam Wam, doskonały występ!
OUTSTANDING!
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Kończąc recenzję "The Hunger Games" napisałem, że Igrzyska mają pewien potencjał, może nie na kino wybitne, ale na solidną rozrywkę na pewno. "Catching Fire" udowodnił, że po eliminacji wad części pierwszej, kolejne odsłony mogą stać się znakomitą rozrywką. Przyznam szczerze, że dosyć mocno wkręciłem się w przedstawioną rzeczywistość i to chyba najlepiej świadczy o magii tego filmu. Niemniej względem części trzeciej mam pewne obawy, ponieważ twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Niemniej jak pisałem we wstępie the odds are never in our favor, więc może również doznam pozytywnego zaskoczenia.
Prawie jak w "Winter's Bone".
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Ocena: 7/10.
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.