Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciarán Hinds. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciarán Hinds. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2017

"Silence" (2016)



 Mountains and rivers can be moved but men's nature cannot be moved.

Całkiem niedawno miałem spory dylemat odnośnie wyboru filmu na piątkowy wieczór po całym tygodniu męczącej i wyczerpującej psychicznie pracy. Początkowo postanowiłem postawić na jakieś lekkie, odmóżdżające kino, w ramach umysłowej relaksacji. Niemniej, mimo posiadania dosyć długiej watchlist na IMDb, nie mogłem zdecydować się na cokolwiek (w zasadzie moja lista nie pełni praktycznie żadnej funkcji oprócz tego, że istnieje – to coś w rodzaju posiadania bezużytecznego stworzenia w stylu kota). W końcu doszedłem do wniosku, że nastał wreszcie czas na "Hacksaw Ridge" Mela Gibsona, ale w ostatniej chwili zmieniłem decyzję wybierając "Silence" w reżyserii Martina Scorsese. Ot, taki sobie niespodziewany kaprys. Chociaż w tegorocznych Oscarach film doświadczonego reżysera uzyskał tylko jedną nominację w kategorii najlepsze zdjęcia, to zewsząd dało się słyszeć głosy, że jest to kawał solidnej roboty.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" (kolejne niezwykle trafne tłumaczenie, owacja na stojąco! – "Milczenie") to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych mistrzach Zakonu Jedi, którzy wyruszają w wyjątkowo niegościnne miejsce, aby odnaleźć dawnego mentora i legendarnego mistrza Qui-Gon Jinna. Zacznijmy może jeszcze raz: "Silence" to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych portugalskich księżach Towarzystwa Jezusowego, którzy wyruszają do niegościnnej dla chrześcijan XVII-wiecznej Japonii, by odnaleźć swojego dawnego mentora ojca Ferreirę (wyglądający jak typowy Portugalczyk z hrabstwa Antrim Liam Neeson). Wedle relacji holenderskich kupców (lub jak ktoś woli: na mieście mówią, że) ów legendarny misjonarz rzekomo porzucił katolicką religię, aby wieść szczęśliwy i beztroski żywot apostaty. Ponieważ byli uczniowie ojca Ferreiry, Rodrigues (Andrew Garfield, rdzenny Portugalczyk urodzony w Los Angeles) oraz Garupe (Adam Driver, rdzenny Portugalczyk z San Diego), nie mogą znieść szczęścia dawnego mentora, uzyskawszy zgodę swojego przełożonego ojca Valignano (Ciarán Hinds, kolejny rdzenny Portugalczyk z Ulsteru, tym razem z Belfastu), wyruszają do Japonii, aby sprowadzić apostatę na drogę wiecznego cierpienia, umartwiania się oraz udręki.
© 2017 Paramount Pictures
Abstrahując od humorystycznego opisu fabuły, wyraźnie należy podkreślić, że "Silence" jest filmem nad wyraz poważnym, dotykającym istoty wiary oraz sensu cierpienia za Jezuska i Maryję Zawsze Dziewicę (przy okazji: chwała Wielkiej Polsce!). Co ciekawe tym razem to chrześcijanie cierpią straszliwe katusze za próby krzewienia religii wśród Japończyków bez uprzedniego spytania władz o zgodę. Trzeba podkreślić, że dumni mieszkańcy Nipponu mają bardzo kreatywne podejście do torturowania oraz uśmiercania więźniów, a co najlepsze wszystko jest podlane sporą dozą dosyć nietypowego, czarnego humoru (co reprezentuje głównie uśmiechnięty inkwizytor Inoue). Ideę tegoż bezsensownego kształcenia najuboższych japońskich chłopów w chrześcijańskiej wierze doskonale i trafnie wykłada ojciec Ferreira w podniosłej konfrontacji z młodzieńczym idealizmem Rodriguesa. Nauczając o Jezusku misjonarze praktycznie skazują Japończyków na poniżające rytuały apostazji lub okrutną, pełną cierpienia śmierć. Co więcej, pełni ignorancji dla miejscowych wierzeń jezuici w swoim zaślepieniu wyższością religii chrześcijańskiej nie potrafią dostrzec, że bez ich stałej obecności obrzędy i wierzenia zaczynają przyjmować wyraźnie lokalne piętno, często całkowicie różne od przyjętych przez Watykan założeń. To wszystko sprawia, że "Silence" jest bardzo istotnym głosem w dyskusji o nawracaniu niewiernych na daną religię. Swoją drogą film trwa prawie trzy godziny, a wcale nie jest monotonny.
© 2017 Paramount Pictures
Jak już wspomniałem we wstępie "Silence" otrzymał jedną jedyną nominację do tegorocznych Oscarów za zdjęcia Rodrigo Prieto. Muszę przyznać, że wyróżnienie w tej kategorii filmu Martina Scorsese jest w pełni zasłużone, ponieważ ukazana w filmie niegościnna, rządząca się swoim prawami Japonia, jest po prostu piękna. Z uwagi na nielegalną działalność bohaterowie większość czasu spędzają w urokliwych nadmorskich krajobrazach, które momentami zapierają dech w piersiach (chociaż trzeba napisać, że film kręcono głównie na Tajwanie). Warto również zwrócić uwagę na scenografię oraz kostiumy. Kiedy pisałem, że japońscy chłopi poddawani chrześcijańskiej indoktrynacji są ubodzy, to mogłem wyrazić się nazbyt eufemistycznie. Nędza, brud i ubóstwo przedstawione w "Milczeniu" są po prostu totalne i bezkompromisowe. Na przeciwstawnym biegunie leżą z kolei schludne stroje oraz domy oprawców. Znakomicie oddano również wszelkie wizerunki świętych oraz relikwie, do których modlą się japońscy chrześcijanie. Wizualne doznania doskonale uzupełnia dobrze dopasowana ścieżka dźwiękowa.
© 2017 Paramount Pictures
Jeśli miałbym wyróżnić najlepsze role w "Milczeniu" to bez wahania wskazuję na trzy występy. Po pierwsze na największe oklaski zasłużył ojciec Rodrigues świetnie zagrany przez Andrew Garfielda. Znakomita, niejednoznaczna rola młodego aktora, która spokojnie mogłaby zasłużyć na oscarową nominację (i byłoby tak zapewne, gdyby nie nominacja za "Hacksaw Ridge"). Drugie miejsce to wspaniały występ Issei Ogata, który wcielił się w inkwizytora Inoue. Połączenie mądrości, bezwzględności oraz niepowtarzalnego poczucia czarnego humoru (w sumie dosyć dziwnego) wryło mi się solidnie w pamięć. Ostatnie miejsce na podium zajmuje z kolei Yôsuke Kubozuka. Rola wielokrotnego, notorycznego judasza Kichijiro to dramatyczny, przejmujący i pełen emocji występ. W ramach wyróżnienia warto wspomnieć o niezłomnym przywódcy wioski Ichizo (Yoshi Oida) czy ironicznym towarzyszu inkwizytora (Tadanobu Asano). Ciarán Hinds pojawia się natomiast na tak krótko, że trudno cokolwiek powiedzieć o jego występie. Co ciekawe największe rozczarowania dotyczą potencjalnie najjaśniejszych gwiazd. Ojciec Ferreira w wykonaniu Liama Neesona to prostu kolejna wariacja mistrza Jedi Qui-Gon Jinna z "Mrocznego widma". Naprawdę można było się bardziej postarać, w szczególności, że postać dokonuje sporej wolty. Równie, a może nawet bardziej rozczarowujący jest występ Adam Drivera, który ponownie opiera swoją kreację na paniczno-histerycznej manierze.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" to znakomite kino opowiadające o ignorancji, wierze i poświęceniu. Nie jest to łatwa łatwa produkcja, którą można obejrzeć sobie przy leniwym, niedzielnym obiedzie. Po seansie w głowie rodzi się tak naprawdę wiele dylematów, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Największa zaleta filmu Martina Scorsese to zdecydowanie brak oceny postępowania zarówno jezuitów, jak i Japończyków, które pozwala widzom na wyrobienie sobie własnej opinii.
© 2017 Paramount Pictures
Ocena: 8/10.

sobota, 24 stycznia 2015

"Miami Vice" (2006)



Niezaprzeczalnie "Miami Vice" zalicza się do grona pierwszych seriali, które miałem przyjemność oglądać w moim życiu. Obok płonących szybów w Kuwejcie oraz Żółwi Ninja znakomite intro produkcji Michaela Manna jest moim najwcześniejszym wspomnieniem związanym z telewizją. Co więcej, jako jeden z niewielu, przetrwał próbę czasu i w dalszym ciągu mogę śledzić losy Sonny’ego Crocketta oraz Ricardo Tubbsa z nieukrywaną przyjemnością. Możliwe nawet, że pewnego dnia pokuszę o napisanie recenzji wszystkich pięciu sezonów tego znakomitego serialu (w zasadzie jedyne czego potrzebuję to sporo wolnego czasu na odświeżenie całości). "Policjanci z Miami" mieli ogromny wpływ nie tylko na świat telewizyjnych produkcji, ale także na moje życie. Z tejże oto produkcji dowiedziałem się bowiem jak wygląda Miami, Ferrari Testarossa oraz jak należy godnie wyglądać w białej marynarce. Kiedy usłyszałem, że po latach Michael Mann postanowił wskrzesić swoich bohaterów pomyślałem tylko jedno: proszę, nie spierdol tego! Pierwszy raz pełnometrażowe "Miami Vice" oglądałem kilka lat temu – nie odczuwałem ani zachwytów ani żenady. Ostatnio jednakże postanowiłem zrewidować ówczesne wrażenia, ponieważ w książce El Narco autorstwa Ioana Grillo spotkałem się z niezwykle interesującą opinią na temat produkcji Michaela Manna. Pozwólcie zatem, że przytoczę wypowiedź agenta DEA pracującego pod przykrywką w okresie premiery filmu: Było naprawdę źle, chciało się powiedzieć: Co za skurwysyństwo. Mieli nas na talerzu, mieliśmy przerąbane. Widać było nasz plan na wylot. A to dlatego, że inni agenci robili przy tym filmie. Dlatego jest taki prawdziwy. Niemal stuprocentowo (Ioan Grillo, El Narco, Wydawnictwo REMI, Warszawa 2012). Czyż potrzebna jest lepsza rekomendacja?
źródło: http://www.impawards.com
"Miami Vice" to opowieść o policjantach ze słonecznego (a czasem huraganowego) Miami, którzy na co dzień zwalczają przestępczość pracując pod przykrywką. Sonny Crocket (Colin Farrell) oraz Ricardo Tubbs (Jamie Foxx) to fachmani jakich mało, dlatego też gdy w trakcie nieudanej akcji tracą informatora oraz kolegów od razu postanawiają znaleźć winnych. Wcielając się w role przemytników narkotyków policjanci próbują dotrzeć do samego szczytu potężnego kolumbijskiego kartelu, którym zarządza wszechwładny Montoya (Luis Tosar). Niestety niełatwo zdobyć zaufanie Kolumbijczyków, a dodatkowo sytuację komplikuje zdrada szerząca się w szeregach amerykańskich agencji walczących z narkotykami.
źródło: Universal Pictures
Szczęśliwie Michael Mann nie poszedł w ślady Stevena Spielberga i Georga Lucasa, którzy dla hajsu postanowili bez wazeliny zgwałcić Indianę Jonesa. Crocket i Tubbs wyglądają naprawdę dobrze, a "Miami Vice" momentami utrzymane jest w znakomitym klimacie serialowego pierwowzoru. Oglądając film Manna wyraźnie widać, że w budżecie hajs się musiał zgadzać. Przecież "Policjanci z Miami" nie mogli zostać nakręceni na biedno! Stąd też sporo bling blingu – znakomite auta, słynne szybkie łodzie motorowe tnące fale, najgorętsze kluby, góry koksu oraz piękne kobiety. Oczywiście oprócz znakomicie ukazanego Miami (w szczególności zwróćcie uwagę na urzekające nocne ujęcia) wraz z bohaterami zwiedzamy wiele interesujących miejsc – m.in. Port-au-Prince, Hawanę czy epicką hacjendę położoną w kolumbijskiej dżungli. Pod względem fabuły jest naprawdę ciekawie i nie ma miejsca na nudę. Akcja trzyma widza w napięciu i szczęśliwie, w przeciwieństwie do wielu współczesnych produkcji, uniknięto żenady. Oczywiście hejterzy mogą przyczepić się do wątku romansowego, ale pamiętajcie jedno: pierwowzorem filmu był serial z lat 80-tych i gorący romans idealnie wpisuje się w ówczesny klimat. Na ogromny plus zasłużył także wygląd członków Bractwa Ariańskiego, których w filmie przewija się kilku – zaiste, znakomite stylówki!
źródło: Universal Pictures
Niestety nie wszystko wypada tak idealnie jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Oczywiście Michael Mann po prostu nie mógł nie wykorzystać jednego z najbardziej sztampowych (przynajmniej dla mnie) hollywoodzkich motywów. Widzieliście kiedykolwiek kompetentnego, uczciwego agenta DEA? W niemal każdym filmie funkcjonariusze Drug Enforcement Administration są albo debilami albo kręcą lewe interesy z kartelami narkotykowi lub próbują wzbogacić się na handlu anielskim pyłem. Gdzie szukać źródeł tak głęboko zakorzenionej nienawiści Hollywood do tejże agencji? Serial słynął ze znakomitej ścieżki dźwiękowej – aby wczuć się odpowiedni nastrój pisząc recenzję słucham OST z pierwszych trzech sezonów. Niestety pod tym względem film wyraźnie odstaje od pierwowzoru. Co prawda nie uświadczyłem większego przypału, ale muzyka naprawdę nie wyróżnia się w żaden szczególny sposób – Jan Hammer, Chaka Khan, Tina Turner, Glenn Frey (znakomita piosenka "You Belong To The City") czy Phil Collins pozostają jednak bezkonkurencyjni.
źródło: Universal Pictures
Aktorstwo w przypadku "Miami Vice" to bardzo ważna kwestia. Serial opierał się w dużej mierze na znakomitych rolach Dona Johnsona, Philipa Michaela Thomasa oraz Edwarda Jamesa Olmosa. A jak wygląda sytuacja w wersji pełnometrażowej? Ogólnie rzecz biorąc mogło (a raczej powinno!) być znacznie lepiej. Z pewnością na wielkie brawa zasłużył Colin Farrell, który mierząc się z legendą Dona Johnsona, wypadł co najmniej godnie. W jego postaci potrafiłem dostrzec szczerą inspirację serialowym pierwowzorem oraz znakomite wczucie się w klimat produkcji – duże propsy za świetną rolę. Również partnerującej Farrellowi Li Gong (Isabella) udało się stworzyć interesującą, niejednoznaczną bohaterkę bez taniego sentymentalizmu, która potrafi przyciągnąć uwagę widza. W zasadzie tylko tyle mogę napisać w kwestii wyróżnień pozytywnych. Niestety pomimo wysokiego stopnia pazerności na hajs Jamie Foxx (po zdobyciu Oscara za "Raya" kategorycznie zażądał podwyżki w efekcie czego obcięto gażę Farrella) niezbyt postarał się, aby jego Ricardo Tubbs wyróżnił się czymkolwiek. Bardzo płaska rola, o której można zapomnieć zaraz po zakończeniu filmu. Równie wielkie rozczarowanie to Barry Shabaka Henley wcielający się w legendarnego Castillo. Jego roli nie ma sensu nawet zestawiać z wybitną kreacją Olmosa – po prostu zbyt niski poziom. Wśród czarnych charakterów na pewno pochwalić należy Johna Ortiza (Jose Yero) oraz Luisa Tosara (Montoya) – obaj wykreowali ciekawe postacie. Niestety nie można tego napisać o Ciaránie Hindsie – mogę jedynie wspomnieć, że pojawia się w filmie.
źródło: Universal Pictures
Pełnometrażowe "Miami Vice" z pewnością nie przynosi hańby serialowemu pierwowzorowi. Momentami jawnie epatuje doskonałym klimatem, który wypełniał perypetie Crocketta i Tubbsa w połowie lat 80-tych. Niestety nie uniknięto kilku pomyłek (wkurwiający i chciwy Jamie Foxx raził mnie najbardziej), przez co nie mogłem w pełni cieszyć się z tego swoistego powrotu do przeszłości. Film Michaela Manna w dalszym ciągu pozostaje jednak solidną, sprawnie zrealizowaną produkcją, którą jestem gotów polecić nie tylko fanom genialnego serialu rodem z upalnego Miami.
źródło: Universal Pictures
Ocena: 7/10 (może trochę sentymentalnie).

środa, 14 listopada 2012

"Road to Perdition"



Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach mojej młodości, Sam Mendes porwał mnie genialnym "American Beauty". Dlatego też niezwykle trudno mi uwierzyć, że "Skyfall" jest dopiero ósmym filmem jaki wyreżyserował. Aczkolwiek na Bonda czas jeszcze przyjdzie, natomiast dziś zajmiemy się "Road to Perdition" ("Droga do zatracenia") z 2002 roku. Znakomity angielski reżyser kręci film o Irlandczykach w Ameryce lat 30-tych ubiegłego stulecia? A więc zapowiada się przednia zabawa!
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja filmu przenosi nas do krainy Wuja Sama w początkach lat 30-tych XX wieku. Jak wiadomo były to czasy Wielkiego Kryzysu, prohibicji oraz błyskotliwych gangsterskich karier. Mike Sullivan (Tom Hanks) pracuje dla poważanego w mieście i bardzo zamożnego Johna Rooneya (Paul Newman). W przeszłości, gdy Mike nie miał niczego, pan Rooney przygarnął go i zaoferował mu pracę, dlatego też nasz bohater oddaje swojemu pracodawcy niemal ojcowską cześć i jest wobec niego niezwykle lojalny. Czym zajmuje się Mike, spytacie? Otóż jego specjalnością jest tzw. brudna robota, przy której można pobrudzić sobie ręce krwią. Podczas kolejnego zadania nadpobudliwy syn Rooneya, Connor (Daniel Craig), doprowadza do niepotrzebnej rzezi. Wszystko dałoby się zamieść pod dywan, gdyby nie fakt, że świadkiem egzekucji był syn Mike’a, Michael (Tyler Hoechlin). O ile pan Rooney jest przekonany, że mały się nie wysypie i podobnie jak każdy Irlandczyk wyrośnie na pijaka, złodzieja lub mordercę (oczywiście według opinii Torysów), o tyle Connor postanawia załatwić sprawę samodzielnie. W efekcie ginie żona i młodszy syn Mike’a, a on sam wkracza na ścieżkę krwawej vendetty.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy to bardzo ładne zdjęcia. Film wizualnie jest niemal doskonały, wspaniale udało się odwzorować realia początku lat 30-tych. Nie ma biedy doskonale znanej z polskiego kina. Choćby ilość aut pokazanych na ekranie jest imponująca, a w rezydencjach i hotelach panuje odpowiedni przepych. Oczywiście wielokrotnie pojawia się legendarny Tommy Gun. W filmie znalazło się kilka świetnych scen, ale moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje sekwencja strzelaniny w deszczu. Prawdziwa maestria! Przy okazji wspomnę, że deszcz towarzyszy nam często w filmie i jest to naprawdę syty deszcz, a nie jakaś mżawka. Pod względem rozwoju fabuły nie uświadczyłem żenady, ale przyznam, że końcowy monolog wywołał u mnie niezwykle negatywne odczucia.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Aktorstwo na bardzo wysokim poziomie. Wyjątkowo podobała mi się postać Finna McGoverna (Ciarán Hinds), tym bardziej szkoda, że jego gwiazda zgasła tak prędko. Brawa dla Toma Hanksa za przekonującą rolę małomównego ojca, ale jeszcze większe należą się dla Paula Newmana. John Rooney w jego wykonaniu to chyba najlepsza postać w całym filmie. Jeśli miałbym przyznać komuś drugie miejsce to dostałby je na pewno Daniel Craig za świetne wcielenie się w Connora. Ponadto podobał mi się również Stanley Tucci grający Franka Nitti. Do oceny została mi jeszcze jedna gwiazda w obsadzie, aczkolwiek jest to największy dla mnie problem. Niestety nie można zaliczyć mnie do fanów Jude’a Law, ale nie mogę się przyczepić do postaci, którą zagrał (Harlen Maguire). Niemniej na miejscu Sama Mendesa wziąłbym z pewnością innego aktora, bo Jude Law troszkę mnie jednak mierzi. W zasadzie to nie podobała mi się postać młodego Michaela Sullivana, aczkolwiek raczej z powodu scenariuszowej prawości niż gry aktorskiej.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Kiedy spojrzycie na ocenę możecie być lekko skonfundowani. Są bowiem pochwały, mało hejtingu, a nota wysoka, ale czemuż nie wyższa? Otóż czasem oglądając dobry film mam uczucie, że czegoś w nim brakuje. Zwykle nie potrafię tego zdefiniować, aczkolwiek brak pierwiastka boskości powoduje, że ocena nie nigdy przekroczy pewnej granicy. W przypadku "Drogi do zatracenia" niestety zabrakło odrobinki magii kina, która wzniosła by ten całkiem dobry film na wyższy poziom. To w sumie dziwne, bo klimat wydawał się odpowiedni na wielkie dzieło. Niemniej uważam, że "Droga do zatracenia" to bardzo wartościowe kino, godne polecenia. Jeśli ktoś lubi filmy o dziejach Irlandczyków w Ameryce to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

"John Carter"


Przyznam, iż nie liczyłem na wiele gdy zabierałem się do oglądania "Johna Cartera". Czas od wiadomości o powstaniu tego dzieła do jego projekcji wypełniony był bowiem nieustającym hejtingiem. Niestety trailer z białymi małpami dodatkowo pogorszył sytuację i sprawił, że zacząłem się spodziewać totalnej chały za 250 mln USD (w między czasie pojawiały się również pomysły jak można lepiej wydać tyle pieniędzy). Mimo to radośnie zasiadłem do oglądania, albowiem nigdy w życiu nie złamie mnie swoją głupotą kino amerykańskie (nawet "Green Lantern" był lepszy od większości polskich komedii z ostatnich lat).
źródło: http://www.moviefanatic.com/
Fabułę opiszę w jednym zdaniu: kolesia wessało na Marsa. Aczkolwiek mniej więcej w połowie filmu byłem ogromnie zaskoczony, gdyż nasz bohater nie był postacią w pełni kryształową, a jego głównym celem było nahapanie się złota. Efekty latających statków bardzo fajnie wypadły, kostiumy ludzi i krajobrazy z Marsa również, aczkolwiek wszelkie inne rzeczy robione komputerowo dupy nie urywają. Za 250 milionów dolarów można oczekiwać czegoś więcej, nieprawdaż?
źródło: http://www.notjustnewmovies.com/
W tym momencie myślałem, podobnie jak mój szanowny kolega Dziurałkę, iż „John Carter” otrzyma niezwykle wysoką notę 5/10. Niestety jakże niemile potraktowali mnie scenarzyści – im bliżej końca tym gorzej. Im bardziej nasz bohater ma przejebane, tym większa szansa, że zostanie uratowany w ostatniej chwili. Jednakże nie jest to film aż tak głupi, jak by mógł być, a dodatkowo zebrano całkiem ciekawą obsadę. Interesujący jest fakt, że w filmie występują co najmniej 3 pierwszoplanowe postacie z serialu „Rzym” (Ciaran Hinds, James Purefoy oraz Polly Walker). Za to wszystko wystawiam zatem standardową ocenę, zatem oglądajcie na własne ryzyko. Chociaż z drugiej strony warto zobaczyć jak można zmarnować 250 milionów dolarów.

Ocena: 3/10.

PS. Tak się wczoraj złożyło, iż oglądałem "Czerwoną Planetę". Szkoda, że w "Johnie Carterze" nie padły słowa Vala Kilmera (genialna rola Kosmicznego Ciecia), który opuszczając Marsa stwierdził Fuck this planet!

piątek, 10 sierpnia 2012

„Ghost Rider: Spirit of Vengeance”

"Ghost Rider: Spirit of Vengeance", czyli Johnny Blaze powraca! Po umiarkowanym sukcesie pierwszej odsłony (nie była tak żenująca jak myślałem), liczyłem na całkiem rozrywkowe kino, któremu z czystym sumieniem przyznam 3/10. Tym razem Johnny postanowił zerwać ze swoim mrocznym alter ego i zamieszkał w Europie Środkowo-Wschodniej (film kręcono głównie w Rumunii i Turcji). Po wizycie francuskiego księdza („black, French, alcoholic priest, kind of a dick”) Moreau (Idris Elba), Blaze wyrusza uratować cygańskiego bękarta, którego ojcem jest sam Lucyper (Ciarán Hinds). Jak widać na pierwszy rzut oka fabularnie „Ghost Rider 2” aspiruje do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz.
Przechodząc do wylewania pomyjów od razu stwierdzam, że film nie ma żadnych zalet. No dobra, może całkowity brak wątku miłosnego może zostać uznany za plus, bo przy tym poziomie z pewnością byłby zjawisko dramatyczny. O fabule nie napiszę nic więcej, ponadto co padło w pierwszym akapicie. "Ghost Rider 2" w porównaniu do pierwszej części jest bezbrzeżnie głupi, totalnie beznadziejny, a mimo 75 milionów USD budżetu efekty wyglądają gorzej. Przeniesienie akcji do Europy to moim zdaniem największa porażka twórców, zaraz po dialogach. Obsada aktorska całkiem niezła, bo jest Elba i Hinds, ale w takim filmie żal na nich patrzeć. Cage za to umiarkowanie demoniczny.

Co ciekawe "Ghost Rider 2" wiąże z pierwszą częścią jedynie osoba Cage’a. Flashbacki o tym jak Blaze został Riderem zdecydowanie różnią się od tego, co pokazano w pierwszej odsłonie. Nie wiem czemu taki zabieg, ale pewnie chodziło o pieniądze. O ile pierwszy "Ghost Rider" był znośny i w zasadzie starał się mieć jakiś klimat, to „Spirit of Vengeance” jest całkowicie niezdatny do oglądania i jawi się jako bardzo nieudany wytwór. Zdecydowanie odradzam projekcję, bo jest to mniej więcej traumatyczny poziom "Green Lantern".
Ocena: 2/10.