Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Małaszyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Małaszyński. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

"Jack Strong"



W trzecim seansie w ramach zimowej edycji Sztuki za 6-stkę pokładałem chyba największe nadzieje na dobre, trzymające w napięciu kino. Przed projekcją spodziewałem się bowiem, że "Jack Strong" w reżyserii i na podstawie scenariusza Władysława Pasikowskiego będzie rozrywką na najwyższym, dostępnym w Polszy, poziomie. Zasług reżysera w budowaniu chwały i potęgi polskiej kinematografii przecież nie trzeba przytaczać. Dodatkowo temat filmu wydawał się niezwykle interesujący i co najmniej kontrowersyjny. W niniejszej recenzji nie mam jednakże zamiaru oceniać postaci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, która do dzisiaj budzi żywe podziały w Cebulandii. Potrafię zrozumieć jego szczytną motywację (szkodzenie Związkowi Radzieckiemu, a nie Polsce Ludowej), aczkolwiek nawet pomimo najlepszych intencji w każdym przypadku zdrady pozostaje wyraźny niesmak. Co prawda nie mam zamiaru iść do Parku Jordana by zbezcześcić popiersie pułkownika, ale przechodząc obok niego za każdym razem zastanawiam się czy rzeczywiście powinno się tam znajdować. Pełen nadziei na doskonałe kino, nieunikające trudnych dylematów, zasiadłem zatem w Reducie, rozkoszując się widokiem wprost zachwycająco pięknych żyrandoli.
źródło: http://www.impawards.com
Z czerstwych napisów początkowych dowiadujemy się, że panują okrutne czasy zimnej wojny i ogólnie rzecz biorąc nie jest fajnie (szczególnie w Polszy). Major Ryszard Kuliński (Marcin Dorociński) to cudowne dziecko planowania wielkich operacji wojskowych Układu Warszawskiego. Odpowiedzialny m.in. za bratnią interwencję polskich wojsk w Czechosłowacji swoimi koncepcjami oraz talentem wywiera spore wrażenie na radzieckich dowódcach. Wkrótce Kuliński zostaje awansowany na podpułkownika zyskując dostęp do największych tajemnic wojskowych Układu Warszawskiego. Jednakże oficer nie jest zatwardziałym komunistą i wskutek coraz bardziej pesymistycznych prognoz oraz wydarzeń w Polsce (Grudzień 1970) postanawia nawiązać współpracę z CIA.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie da się ukryć, że "Jack Strong" jest sprawnie zrealizowanym i momentami całkiem solidnym filmem. Niestety po dziele Władysława Pasikowskiego spodziewałem się o wiele więcej, toteż czuję się zawiedziony bardzo. Jakież mogę podnieść zarzuty? Po pierwsze kontakty pułkownika z CIA wyglądają mega amatorsko, jakby zostały żywcem wyjęte z filmu szpiegowskiego klasy C. Malowanie kredą znaków na murach? Sekretne spotkania w kościele? Tajne skrytki w cegłówkach? Tak w rzeczywistości wyglądała działalność Jacka Stronga? Zakrawa to na czysty absurd i nonsens! Średnio ogarnięty widz powinien poświęcić chwilę na refleksję na temat ówczesnych realiów. Czyż mam uwierzyć, że pracownicy ambasady USA poruszają się po mieście bez ludowej obstawy by radośnie werbować imperialistycznych agentów? Z mojego (oraz radzieckiego) punktu widzenia jest to po prostu niedopuszczalne! Jest tego sporo i niestety wpłynęło to bardzo negatywnie na ocenę końcową. Po drugie pod koniec filmu Pasikowski uraczył widzów dynamicznym inaczej pościgiem po ulicach Warszawy. Nie wiem po co scena znalazła się w filmie – na pewno nie jako potwierdzenie sprawności technicznej. Pogoń jest fatalna i sztampowa: na drodze aut pojawiają się śmieciarze z kubłami oraz małe dziewczynki. Zabrakło jedynie dwóch gości niosących szybę, rozwalenia ulicznego warzywniaka (niestety akurat zima) oraz finału w morderczych kartonach śmierci. Trzeci zdecydowany minus to relacje rodzinne. Zbuntowany syn? Jakież to odkrywcze! A niesławną już scenę z listą osób do internowania pominę po prostu długim, bardzo wymownym milczeniem. Oczywiście, wzorem "Argo", w końcówce filmu niepotrzebnie zagęszczono napięcie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Chociaż uważam "Jacka Stronga" za spore rozczarowanie to warto jednak wspomnieć o zaletach produkcji Pasikowskiego. Duże wrażenie zrobiła na mnie otwierająca film scena spalenia Olega Pieńkowskiego w piecu hutniczym (chociaż tak naprawdę nie da się ustalić czy rzeczywiście kiedykolwiek zaistniała). Równie doskonale wypadło pierwsze spotkanie pułkownika Kulińskiego i Davida Fordena (Patrick Wilson) – zwróćcie uwagę na autentyczny entuzjazm naszego bohatera. Wśród moich ulubionych scen znalazło się także miejsce dla pogawędki Breżniewa oraz marszałka Kulikowa (Oleg Maslennikov) rozpoczętej od niewinnego pytania: Marszałku Kulikow, czy planowaliście inwazję na Europę? W "Jacku Strongu" pije się sporo gorzeliny, aczkolwiek trzeba przyznać, że pali się zdecydowanie więcej papierosów (sceny bez tytoniu są naprawdę nieliczne). Warto również pochwalić twórców za dobre oddanie siermiężnych realiów ówczesnej rzeczywistości.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pod względem aktorskim "Jack Strong" może jawić się jako najprawdziwszy gwiazdozbiór. Marcin Dorociński zagrał bardzo dobrze pułkownika Kuklińskiego. Świetnie wypadły zmiany w psychice oficera, będące efektem wieloletniego życia w ogromnym stresie. Wielkie propsy! Maja Ostaszewska (Hanna Kuklińska) jest w porządku, ale bez szału. To samo mogę powiedzieć o Patricku Wilsonie wcielającym się w amerykańskiego oficera prowadzącego pułkownika. Zdecydowanie ciekawsze rzeczy dzieją się na drugim planie. Dwie najlepsze postacie w filmie to Sasza Iwanow (Dimitri Bilov), prawdopodobnie ze Smierszu, oraz wspomniany już marszałek Wiktor Kulikow. Obaj aktorzy zaprezentowali się znakomicie, chociaż pod względem charakteru ich postaci znaleźli się na całkowicie przeciwstawnych biegunach (spokojny, opanowany Szasza vs. wybuchowy Kulikow, zdolny zrobić awanturę nawet generałowi Jaruzelskiemu). Oprócz wspomnianych wyżej cała rzesza znanych i lubianych: Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński, Krzysztof Globisz, Krzysztof Dracz, Mariusz Bonaszewski. Jednakże pomimo tak wielu uznanych nazwisk mogę wyróżnić jedynie Zamachowskiego, Bakę oraz Ireneusza Czopa. Na specjalną nagrodę zasłużył natomiast Sebastian Stegmann – od teraz nie wyobrażam sobie lepszego strażnika granicznego rodem z NRD.
źródło: http://www.filmweb.pl
Podsumowując: chociaż osobiście odbieram "Jacka Stronga" jako ogromne rozczarowanie to muszę przyznać, iż jest to dosyć solidna produkcja jak na polskie realia. Jeżeli nie zasiądziecie do projekcji z wybujałymi oczekiwaniami, licząc na coś w rodzaju rodzimej wersji genialnego "Tinker Tailor Soldier Spy", to możecie bawić się całkiem nieźle. Ja niestety od twórcy pokroju Władysława Pasikowskiego wymagam znacznie więcej i wskutek wielu wymienionych wyżej wad nie mam ochoty podnieść oceny filmu choćby o pół gwiazdki. Wracając jeszcze do "Szpiega" – jest to idealny przykład kina szpiegowskiego, które mimo niespiesznej narracji, braku eksplozji czy efektowności, trzyma widza w ciągłym napięciu. Może biorąc się za taki temat należałoby skorzystać z tegoż właśnie wzorca? Ku mojemu zaskoczeniu to "Jack Strong" okazał się najsłabszą produkcją z tegorocznej edycji Sztuki za 6-stkę. Niejako powetowaniem strat moralnych i w zasadzie największym pozytywem seansu była natomiast niezwykle urocza dziewczyna w czerwonej sukience, która objawiła się niespodziewanie, kiedy słabe światło mozolnie rozjaśniało mroki Reduty. Na szczęście nie spotkał mnie los podobny do bohatera Czerwonej sukienki Fisza.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 8 lipca 2013

"Ciacho"


What the fuck happened to you, man?

W odległych czasach żył sobie młody, utalentowany reżyser i scenarzysta, niemal nadzieja polskiej kinematografii. Jak na pszenno-buraczaną krainę, w której mieszkał, nosił nazwisko wysoce niestandardowe. Początki miał niezłe, albowiem serial dokumentalny "Prawdziwe psy" oglądało się z nieukrywaną przyjemnością. Potem co prawda zaprzedał duszę TVN-owskiej komercji ("Kryminalni"), ale z dzisiejszej perspektywy wszyscy wiemy, że hajs się musi zgadzać. Jednakże jednocześnie był w stanie stworzyć jeden z najlepszych seriali kryminalnych w dziejach TVP – a jest wielu takich, którzy twierdzą, że nawet najlepszy. Mowa oczywiście o Patryku Vega i "PitBullu". W tym okresie hype wokół jego osoby był przeogromny. Pamiętam do dziś, że szerzyły się pogłoski, iż Vega zrobi serial na podstawie książek o Mocku Marka Krajewskiego. Cieszyłem się wtedy niezmiernie, ponieważ ogromnie poważam cykl o międzywojennym Breslau. Plany były zatem ambitnie, ale efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. W 2010 roku Vega nakręcił "Ciacho", w 2012 roku powstał "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć", a ostatnia jego udana inaczej produkcja to "Last Minute". Jestem przekonany, że najlepiej karierę tego pana podsumowują słowa Ordella (Samuel L. Jackson) z "Jackie Brown": What the fuck happened to you, man? Shit, your ass used to be beautiful! Dzisiaj na warsztat biorę pierwszy przejaw upadku Vegi, czyli "Ciacho".
źródło: Syrena Films

O debilnej fabule słów kilka

"Ciacho" wygląda na film – o przepraszam to może za duże słowo – wyrób filmopodobny stworzony przez debili dla większej rzeszy debili. Basia (Marta Żmuda Trzebiatowska) to warszawska policjantka z wieloma sukcesami na koncie. Jednakże po kolejnej udanej akcji zostaje wrobiona w przestępstwo, którego nie popełniła. Swoją drogą wstawianie tego rodzaju rozwiązań fabularnych do takiego gówna, to jawny policzek dla legendarnego "Renegata". Myślę, że Reno Raines i Bobby Sixkiller powinni zniewolić dupsko Patryka Vegi po wsze czasy za tę potwarz. Wracając do fabuły: Basia, po błyskotliwej akcji policji, trafia do kryminału. W tejże niefortunnej sytuacji na odsiecz ruszają bracia dzielnej policjantki – warto dodać, że jeden bardziej niedojebany od drugiego. Najnormalniejszy (oczywiście mówimy o standardach "Ciacha") wydaje się Krzyś (Marcin Bosak), Dawid to już pojeb jakich mało (Tomasz Karolak), ale Karolek (Paweł Małaszyński) przekracza granice ludzkiego pojęcia. Dzielna ekipa retardów postanawia uwolnić siostrę i dowieść jej niewinności.
źródło: Syrena Films

Hajs się musi zgadzać

Już pierwsza scena rzuciła mną o ścianę i rozwaliła mózg na suficie. Dawid i motyw groty Nestle to tak żenująca zagrywka, że aż szkoda mi literek by o niej pisać. Naprawdę, nie mogę uwierzyć w to co zobaczyłem … Kolejne hejty należą się za idiotyczną fabułę, której targetem są ewidentnie debile i retardy. Vega odarł film z jakichkolwiek elementów inteligencji oraz zaskoczenia – kurwa, jeszcze by ktoś przez to nie zrozumiał czegoś! Już na samym początku dowiadujemy się bowiem, kto stoi za wrobieniem Basi. Oczywiście jest to Janek (Tomasz Kot), wystylizowany na Stansfielda z "Leona Zawodowca". Można było mieć choćby szczątkowy szacunek dla widza-plebejusza i dać mu czas by się sam domyślił. Dalszy rozwój akcji to nieustanne pasmo irracjonalnych zachowań bohaterów, pozbawione jakiejkolwiek logiki. To co wyczynia się by odbić Basię z więzienia wykracza poza granice surrealizmu – sprawdźcie motywy szpitalne. Trudno jest nawet opisywać filmowe wydarzenia, aby oddać pełną skalę ich debilizmu. Nurtuje mnie zatem kilka ważnych pytań: dlaczego polskie filmy ordynarnie uwłaczają mojej inteligencji? Dlaczego widzowie są bezpardonowo ruchani przez tzw. twórców? Wydaje się, że jedyną ambicją tzw. twórców jest zapewnienie by hajs się zawsze zgadzał. Bo jak wytłumaczyć zebranie ekipy aktorów uznawanych za plebs przez gwiazdy i upchnięcie ich w tak bezsensownej produkcji? A do tego jak widzę w telewizji jakiegoś pacyfona albo czytam z nim wywiad, w którym co rusz podkreśla, że on jest przecież artystą to mam ochotę rozerwać się granatem.
źródło: Syrena Films

Występy poniżej godności

Pod względem występów poniżej godności ludzkiej w "Ciachu" zaistniała prawdziwa klęska urodzaju. Z uwagi na tak wiekopomne wydarzenie pozwolę sobie odejść od standardowego opisywania postaci i po prostu wypunktuję moje opinie o czterech najgorszych moim zdaniem kreacjach:
  • Marta Żmuda Trzebiatowska (Basia) – fatalnie napisana, kompletnie nierealistyczna postać, a do tego totalnie przeszarżowana; oglądanie Żmudy w tym filmie wywoływało u mnie lęk i odrazę; udział w najbardziej żenującej scenie miłosnej, jaką miałem okazję oglądać w swoim życiu (retarded erotic) – odebrało to całkowicie radość z wdzięków aktorki pokazanych na ekranie,
  • Cezary Żak (Komendant) – fatalna, przerysowana do granic możliwości postać, a na dodatek aktor swoimi wysiłkami pogarsza sprawę; wyjątkowo żenująca scena przy paleniu plantacji marihuany,
  • Tomasz Karolak (Dawid) – dożywotni hejt za rolę w "Ciachu" - choćbyś dostał 200 Oscarów do końca życia zapamiętam ci tę żenującą rolę! Proponuję również epitafium "Grota Nestle" na rodzinnym grobowcu,
  • Paweł Małaszyński (Karolek) – trudno w to uwierzyć, ale postać gorsza niż Basia, a występ tragiczniejszy od Karolaka; hejt i pogarda do końca wszechświata za scenę tarzania się w gównie; trauma, rozpacz i śmierć; Małaszyński nie oglądał chyba "Tropic Thunder", albo nie wyciągnął właściwych wniosków z nauk Kirka Lazarusa: You went full retard, man. Never go full retard.
Hajs się zgadza, uciekam do domu!
źródło: Syrena Films
Pozytywne występy aktorskie w "Ciachu"? Brak, aczkolwiek są role, które nie są aż tak żenujące. Mam namyśli oczywiście żenujące w odniesieniu do wymienionej wyżej czwórki. Z tonacji totalnej chujni udało się wydostać Marcinowi Bosakowi, który starał się nadać jakiś wyraźniejszy rys swojej postaci. To samo można powiedzieć o Tomaszu Kocie, którego rola jest nawet znośna i patrząc na niego nie miałem ochoty pozbawić się wzroku za pomocą miksera. O rolach drugoplanowych nie chcę nawet wspominać – okryjmy je zatem grubym całunem milczenia. Aktorom zdecydowanie nie pomagają kwestie padające na ekranie. Dawno nie słyszałem takiego natężenia sucharu np. zganiałam się jak pedofil w sklepie z zabawkami czy też Trzymaj się! A Ty się nie puszczaj! Nie dziwcie się zatem, że miałem ochotę wyłączyć jednocześnie i fonię i wizję.
źródło: Syrena Films

Full retard

"Ciacho" to filmowy full retard. Nie potrafię wskazać ani jednej zalety produkcji Patryka Vegi, bo nawet w mojej opinii jest zbyt długi, by go oglądać bez ryzyka poważnego uszkodzenia mózgu. Najsmutniejsze jest to, że reżyser nie wyciągnął żadnych wniosków z tej monstrualnej porażki i dalej tworzy filmy w podobnej tonacji. Co gorsze znalazł wielu naśladowców, którzy postanowili skorzystać z utartej ścieżki i wyruchać do cna polskich widzów (bo nie wierzę, że ktoś się odważył puszczać te filmy za granicą). Najbardziej znane przykłady to oczywiście "Wyjazd integracyjny" oraz niesławny "Kac Wawa". Pewnie zagoszczą na tym blogu pewnego dnia – mam tylko nadzieję, że po projekcji nie skończę w Arkham. Jeśli chodzi o ocenę "Ciacha" to początkowo miałem wystawić 2/10, ale pisząc recenzję miałem cały czas przed oczami Małaszyńskiego tarzającego się w gównie. Za to wspaniałe wspomnienie daję najniższą możliwą notę.
Prosto z Groty Nestle...
źródło: Syrena Films

Ocena: 1/10.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Weekend"

W końcu nadszedł ten długo oczekiwany moment. Biorę na warsztat najchujowsze polskie produkcje ostatnich lat. Nie wiem co prawda czy nie porzucę tego projektu po jednej projekcji, ale na razie czuję się silny jak nigdy, chociaż wkurwiony jak zwykle. Na początek zajmę się komedią gangsterską z 2011 roku. "Weekend" w reżyserii Cezarego Pazury przed premierą obwieszczano jako najśmieszniejszą polską komedię od czasu "Chłopaki nie płaczą". Bardzo odważne deklaracje. W przeszłości reżyser był obiecującym aktorem, ale zdaje się, że w ostatnich latach postanowił zostać zostać wyjątkowo czerstwym komikiem i ewidentnie dąży by przejąć "Familiadę" po śmierci Karola Strasburgera. Chociaż nie wiem, może komuś imponują suche żarty o teściowych. Mniejsza z tym, Pazura zgromadził doborową obsadę (czyli swoich ziomów) i wysmażył swój debiut reżyserski.
źródło: http://www.filmweb.pl/
Jak przystało na jawną kopię kina zachodniego "Weekend" to wielowątkowa opowieść. W pierwszym z nich gangster Norman (Paweł Wilczak) traci czterech ludzi oraz walizkę pełną koksu na rzecz tajemniczej killerki (Małgorzata Socha). Drugi to opowieść o wdrażaniu do policyjnej służby niemal upośledzonego aspiranta Malinowskiego (Antoni Królikowski). Trudnego zadania, na prośbę kochanki dziwki, podejmuje się Komisarz (Jan Frycz). Ostatnia podopowieść przedstawia natomiast losy dwuosobowej grupy windykacyjnej (brutalny gwałt albo sadystycznie nieudolna parodia "Pulp Fiction"). Max (któż by inny - Paweł Małaszyński) i Gula (Michał Lewandowski) mają odebrać kasę od Ruskich. A w międzyczasie, jako wątek rozrywkowy, oglądamy zabawne inaczej perypetie cygańskiego gangu.
Norman - "chuj wcielony"
(źródło: http://www.interia.pl/)
Ponoć scenariusz "Weekendu" wybrano spośród 100 nadesłanych projektów. Opcje są zatem dwie: albo pozostałe 99 było ultra-słabe (chociaż nie umiem sobie tego wyobrazić) albo Cezary Pazura jest debilem i nie zdołał pojąć ich sensu i wybrał jedyny, który zrozumiał. Pozwólcie, że wyjątkowo przytoczę słowa twórcy o własnym dziele: "Nie pamiętam, żebym oglądał coś takiego w polskim wydaniu." No kurwa, ja też nie! Co więcej, nie pamiętam żebym oglądał takie gówno w niepolskim wydaniu. "Weekend" to upośledzona produkcja czerpiąca garściami z wybitnych dzieł Quentina Tarantino (głównie echa "Pulp Fiction") oraz Guya Ritchie'ego ("Snatch", "Rock'N'Rolla", "Lock, Stock and Two Smoking Barrels"). Jest mi niezmiernie przykro wymieniać nazwiska tych wielkich reżyserów w takim kontekście, dlatego z góry przepraszam Quentina i Guya za haniebne zestawienie z Cezarym Pazurą w jednej recenzji. Hejting byłbym na pewno skromniejszy, gdyby nie jedna rzecz: "Weekend" dostał dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (sic!). Dlaczego? - zapewne spytacie. Nie ma pojęcia, naprawdę. Szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie, aby można je było gorzej zainwestować.
Przykra scena akcji...
(źródło: http://www.interia.pl/)
Przyjrzyjmy się postaciom. Oczywiście jak przystało na polski film gangsterski, nasi bohaterowie wożą się BMW lub Mercedesem i noszą ciemne garnitury. Max to typowy iceman – zawsze rozważny, skupiony i gotowy do akcji. Gula z kolei prawdopodobnie ma homoseksualne ciągoty i dlatego oddaje się spółkowaniu z coraz młodszymi małolatami. Norman to prawdziwy kutas i postrach całego półświatka, określany też jako "chuj wcielony". Komisarz, jak przystało na prawdziwego glinę, żłopie wódę i żre obiady w firmowej stołówce. Jest także twardy jak kryptonit i skorumpowany do granic możliwości. O jego pomagierze, Malinowskim, napiszę jedynie, że to true retard. Maja (Małgorzata Socha), zawodowa zabójczyni, to dla mnie postać wyjęta z jednego z odcinków serialu "Fastlane". Podobnie zresztą jak wysoce przewidywalny wątek miłosny. Widać nie tylko Oliver Stone czerpie inspirację od McG w tych trudnych czasach. W każdym razie niezwykle realna rzecz jak na polską rzeczywistość. Handlarz bronią i alkoholik Borys (Radosław Pazura) to polska wersja Borysa Klingi z "Przekrętu". Z kolei pederasta Johnny (Tomasz Tyndyk) jest jawnie inspirowany Johnnym Quidem z "Rock'N'Rolli". W całym filmie podobała mi się w zasadzie tylko jedna postać – mianowicie Stefan (Andrzej Andrzejewski) i jego wesoły warsztat. Jak na 66-osobową obsadę to trochę słaby wynik. A pojawia się wiele znanych twarzy: Olaf Lubaszenko, Filip Bobek, Tomasz Sapryk, Piotr Miazga, Adrianna Biedrzyńska, chłopcy z Ani Mru Mru czy Sławomir Sulej (w zasadzie też bardzo w porządku). Chociaż część nazwisk może Wam nic nie mówić, to gwarantuję, że znacie te twarze.
źródło: http://www.interia.pl/
Od samego początku zostałem zaatakowany przez natłok dialogów czerstwych jak tygodniowy chleb z Tesco oraz suchych i jednocześnie upośledzonych żartów. Humor "Weekendu" opiera się na najbardziej prymitywnych gagach (pierdy, homoseksualizm – w tej materii szczególnie szerokie pole do popisu) oraz na nieustannym bluzganiu. W co najmniej jednej scenie dorośli bohaterowie wyzywają się od pedałów, nie osiągając nawet poziomu gimbazy. Wszystko to razem sprawia, że tak naprawdę trudno znieść te przykre dialogi. Sceny akcji miały być jak w Hollywood, a oglądamy nieudolne naśladownictwo, żeby nie powiedzieć parodię. W szczególności chciałbym zwrócić uwagę na scenę rozwałki w ruskiej melinie. Określenie totalny żen nie odda w pełni tych wrażeń. Do tego przykry i niezwykle nachalny product placement. To już nie chodzi o to, że widzimy bohaterów na tle jakiegoś logo. Cezary Pazura uraczył mnie kilkoma dodatkowymi ujęciami samych produktów! W finale oczywiście pościg samochodowy, jak na polskie realia rozwiązany nietypowo – jednocześnie wyjątkowo bezsensownie. Jakieś plusy? Chyba kilka niezłych ujęć, przy czym kilka rozumiem jako maksymalnie trzy, a bardziej dwa. Odejmuję jedną gwiazdkę za brak rozbieranych scen z Małgorzatą Sochą, gdyż bez tego jej udział w filmie jest kompletnie bezsensowny. Jedynki nie będzie, bo niby jakaś fabuła jest, niemniej przestrzegam przed oglądaniem tej produkcji! Okazuje się przy tym, że ocena ocenie nie równa, bo chociaż "3000 mil do Graceland" też dostało 2/10 to jest o wiele lepszym filmem pod każdym względem.
źródło: http://www.interia.pl/
Ocena: 2/10.