Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania młode wilki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania młode wilki, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 września 2013

"Młode Wilki"

Wyobraźcie sobie naszą przaśną ojczyznę w 1995 roku. O internetach mało kto słyszał, droga do Unii Europejskiej wydawała się niezwykle odległa, Edyta Górniak cieszyła się popularnością jak nigdy, a ja chodziłem do podstawówki. W tym właśnie roku powstała jedna z najbardziej legendarnych produkcji polskiej kinematografii po zmianie ustroju – "Młode Wilki". Przesadzam? Jasne, można wskazać wiele o wiele lepszych filmów, które pozbawione są wysoce żenujących elementów. Niemniej pod pewnymi względami dzieło reżyserowane przez Jarosława Żamojdę wydaje się być prekursorskie. Przy czym pojęcia tego nie należy rozumieć jako wprowadzania nowych trendów do światowego biznesu filmowego, a jedynie jako bezpardonowe przeszczepianie amerykańskich wzorców do rodzimej pszenno-buraczanej kultury. Po niemal dwudziestu latach od premiery straszliwie łatwo jest hejtować "Młode Wilki" po całości. Można wyśmiać drętwe aktorstwo, rozwiązania fabularne czy choćby żenujące sceny akcji. Ja jednak chcę Was przekonać, żebyście dali "Młody Wilkom" szansę i nie skreślali filmu już na starcie!
Plakat z pewnością nie zachęca...
(źródło: http://plakat.net.pl)
Głównym bohaterem "Młodych Wilków" jest świeżo upieczony absolwent szczecińskiego liceum, Prymus (Piotr Szwedes). Chociaż chłopak pochodzi z biednej rodziny, a jego ojciec (Edward Linde-Lubaszenko) poważnie zapadł na zdrowiu, to przez cztery lata ogólniaka udało mu się zdobyć tytuł najlepszego ucznia. W nagrodę otrzymuje komputer IBM (co podkreśla się dobitnie w filmie – nie mogło zabraknąć product placement) ufundowany przez miejscowego krezusa Chmielewskiego (Jan Nowicki). Prymus jednakże o wiele bardziej interesuje się piękną córką biznesmena, Cleo (Michelle Cleo Godsey). Niestety po zakończeniu edukacji nie ma zbyt różowych perspektyw. By zapewnić rodzinie godną egzystencję nasz bohater zmuszony zostaje do podjęcia pracy w charakterze zwykłego robotnika. Sytuacja zmienia się, gdy Prymus nawiązuje bliższą znajomość z licealnym kolegą Cichym (Jarosław Jakimowicz), który kręci lewe interesy z miejscowym gangsterem Czarnym (Alex Murphy).
Cichy - bezapelacyjnie najlepsza postać w "Młodych Wilkach"
(źródło: http://film.wp.pl)
Co ciekawe pod względem fabularnym "Młode Wilki" są fuzją dwóch typowych amerykańskich gatunków. Niemal połowę filmu można śmiało uznać za high school movie, ze wszystkimi obowiązkowymi elementami. Mamy więc outsidera, licealne bling-blingowe melanże, trudno dostępną elitę, no i oczywiście gorącą laskę, która jest poza zasięgiem naszego bohatera. W polskich realiach momentami wygląda to naprawdę zabawnie i można by wylać hektolitry hejtów. Niemniej patrząc na "Młode Wilki" jako high school movie niemalże rozczuliłem się nad czasami własnej, licealnej młodości. Świat piękny i radosny, z pierwszymi poważnymi miłościami, utracony bezpowrotnie w odmętach czasu... Tempus fugit, aeternitas manet. Poza tym odkąd sięgam pamięcią lubiłem amerykańskie high schoolowe seriale (m.in. "Veronica Mars", "The O.C."), toteż nie czułem się zażenowany pod tym względem zbyt wielce. Niestety o wiele gorsza wydaje się druga składowa "Młodych Wilków", czyli gangsterskie kino akcji. O ile do przekrętów, walki o wpływy oraz samej działalności przestępczej zarzutów raczej nie mam (poza jednym) to pod względem technicznym wszystko jest fatalne. Dawno nie widziałem tak żenujących strzelanin, bijatyk oraz eksplozji. Bieda, nędza i rozpacz. Jeśli chcecie zobrazować sobie to wizualnie to porównajcie scenę napadu na bank z filmu Żamojdy i "Gorączki" Michaela Manna, która powstała w tym samym roku. Ponadto "Młode Wilki" wpisują się w nurt kina twierdzący, że seria z karabinu (tutaj standardowy wschodniooeuropejski AK-47) puszczona po masce i przedniej szybie zamienia auto w monstrualną kulę ognia. Jeśli chodzi natomiast o jeden wspomniany zarzut to finałowy przerzut uranu/plutonu wydaje mi się trochę za dużą akcją, jak na możliwości naszych chłopców. Jednak mam świadomość, że w tamtym okresie był to dosyć chwytliwy i aktualny temat.
Prawie jak w Kalifornii...
(źródło: http://film.wp.pl)
Miało być po amerykańsku, więc Żamojda dodał sekwencje, w których zamiast dialogów możemy posłuchać piosenek. Wbrew pozorom tak dziwnie (jak na ówczesne czasy) wyglądający zabieg, wcale nie razi w "Młodych Wilkach". Z pewnością należy zatem pochwalić soundtrack, z zapadającym w pamięć utworem Pocałuj Noc Varius Manx. Masakra, pierwsze takty i przeniosłem się mentalnie w lata 90-te. Co jeszcze warto wspomnieć z fascynacji Hollywood? Na pewno bling-blingowe posiadłości, motorówki i auta niemal takie same jak w "Miami Vice", czy choćby windsurfing. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeden z najgłupszych motywów w dziejach polskiej kinematografii. Zatrudnienie do polskiego filmu anglojęzycznego aktora, a następnie podłożenie dubbingu pod jego kwestie wydaje mi się absurdem, który może wystąpić jedynie w Polsce. Nie mam przy tym pretensji do Alexa Murphy'ego, bo ma zajebistą stylówkę i fajną stworzył postać, ale panie Żamojda pytam się po co kurwa, po co?! W przypadku postaci granej przez Michelle Cleo Godsey ma to jeszcze jakieś fabularne uzasadnienie, ale bitch please! Naprawdę czasami chciałbym wiedzieć jaka idea kierowała niektórymi reżyserami w danym momencie!
Czarny - najprawdziwszy badass motherfucker
(źródło: http://film.wp.pl)
Co zatem sprawia, że "Młode Wilki" są filmem aż tak wyjątkowym? Po pierwsze wspomniany i nie do końca udany przeszczep amerykańskich wzorców na polski grunt. Mimo, że nie wszystko poszło po myśli reżysera to do tak bezpardonowego rżnięcia trzeba wykazać się nie lada odwagą. Za to wielki szacunek dla pana Żamojdy. Po drugie "Młode Wilki" przedstawiają świat, którego już nie ma, ponieważ wraz z akcesją do UE stracił rację bytu. Po trzecie już w 1995 roku wiadomo było, że po skończeniu studiów nie ma szans na pracę w zawodzie. Dobitnie pokazuje to postać Marzeny (Małgorzata Kożuchowska!!!), absolwentki etnografii, która jedynie za ładną figurę dostała pracę sekretarki. Za ten ukazany w zajebisty sposób brak perspektyw na lepsze życie wpisuję "Młode Wilki" do kanonu polskiej kinematografii. Najważniejszy jednakże powód to fakt, że film ma prawdziwy KLIMAT! Mimo ogromniastych ułomności daje się go czuć na każdym kroku i do tego ta wszechogarniająca nostalgia! Naprawdę, pod tym względem "Młode Wilki" zaimponowały mi bardzo. Jeśli chodzi o aktorstwo to wiadomo, że jest przeważnie czerstwo. Piotra Szwedesa mógłby zastąpić randomowy aktor bez straty dla filmu. O Michelle Cleo Godsey można napisać tyle, że nie jest żenująca. Jan Nowicki wypada natomiast całkiem poprawnie, aczkolwiek jakoś nie sądzę bym zapamiętam jego rolę w szczególny sposób. A oprócz wymienionych cała rzesza znanych i lubianych: Małgorzata Kożuchowska, Edward Linde-Lubaszenko (szkoda, że tylko jedna scena!), Paweł Deląg (Biedrona), Marek Frąckowiak, Michał Milowicz, Robert Wabich, a nawet Grażyna Torbicka. Jednakże największe uznanie należy się Jarosławowi Jakimowiczowi. Cichy w jego wykonaniu to najlepsza postać w całym filmie. Jestem przekonany, że była to rola życia tego aktora i nie jest w stanie jej przeskoczyć! Koniecznie sprawdźcie jego monolog, o tym żeby nigdy się do niczego nie przyznawać – chyba najmocniejsza scena "Młodych Wilków"! Za niezwykle charyzmatyczną rolę Cichego Jakimowicz ma mój wieczny szacunek, choćby nie wiem jak hańbił się do końca żywota! Takiego kumpla chciałby mieć każdy z nas: niby badass, ale w gruncie rzeczy człowiek o złotym sercu.
Obowiązkowa scena miłosna w basenie
(źródło: http://film.wp.pl)
"Młode Wilki" mimo amerykańskich korzeni są bardzo mocno osadzone w polskiej rzeczywistości. Wszechobecne układy są godne nawet znacznie późniejszych dzieł Wojciecha Smarzowskiego. Niemniej film Żamojdy pełen jest ułomności, które zmuszają do odjęcia kilku gwiazdek. Z drugiej strony za klimat, nostalgię oraz rolę Jakimowicza należy się godniejsza ocena niż zwykle. Poza tym dla wielu późniejszych polskich filmów "Młode Wilki" wydają się niemal niedoścignionym wzorem. Nie potrafię wskazać żadnej innej rodzimej produkcji, która w tak doskonały sposób pokazywałaby życie chwilą. Wiem, że notą którą wystawiłem może wydawać się na wyrost, ale będę jej bronił jak Ordon swojej reduty!
Cichy i Czarny - zajebisty duet
(źródło: http://film.wp.pl)
Ocena: 7/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Krugerandy"


Kolejne starcie z polskim kinem zakończyło się epicką porażką. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć kto, po co i dlaczego w taki sposób postanowił nakręcić "Krugerandy". Drugi problem jaki mnie dotknął po projekcji to nieadekwatność przyjętej skali oceniania. To jest po prostu niemożliwe, aby w jakikolwiek można było porównać polskie filmy z innym kinem bez obrazy dla tego drugiego. To co wczoraj zobaczyłem to było już prawdziwe przegięcie. Najgorsze, że nie była to durna komedia dla ludzi debilów, ale niby film poważny, za który reżyser Wojciech Nowak dostał nominację do Złotych Lwów (na szczęście w Gdyni, a nie w Wenecji). W zasadzie nie mogę uwierzyć w tę nominację i wypieram to ze świadomości.
źródło: http://alejka.pl/
Pierwsze żale wylane, więc mogę przejść do konkretów. "Krugerandy" to historia grupy przyjaciół z małego miasteczka kończących właśnie lokalne technikum. Jak powszechnie wiadomo miejsca takie nie są zbyt perspektywiczne, to też panuje w nich totalna chujoza oraz brak nadziei na lepsze życie. W filmie ukazano to raczej słabo i nieprzekonywująco. Chcąc się wyrwać z zaklętego kręgu ubóstwa Ragnara Nurkse młodzież wstępuje na drogę zbrodni wykonując zlecenia dla lokalnego bonza. Zuchwałe akcje nacechowane są niestety głębokim upośledzeniem zarówno ze strony geniusza zbrodni, jak i wykonawców. Tego się nie da opisać – to trzeba zobaczyć! Przy tym filmie "Młode wilki" są prawdziwym arcydziełem! Zresztą porównywać "Młode wilki" do tego gówna to jest ogromna obraza. Pod względem fabularnym nawet "Lejdis" są lepsze (w życiu się nie spodziewałem, że to napiszę).
źródło: http://aleksandraniespielak.com/film.html
Obsada za to wspaniała: Dorociński, Stuhr, Żukowski (wygląda jak Two Face), Tyszkiewicz, Trela. Skoku na kasę tu zdecydowanie nie było, więc nie rozumiem motywów uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Aktorstwo w filmie to prawdziwy żal, jedynie daje radę przekonująco zagrać Trela i może częściowo Tyszkiewicz. I właśnie z powodu Jerzego Treli „Krugerandy” dostają jedną gwiazdkę, a nie zero (zresztą jak powszechnie wiadomo na IMDb najniższą oceną jest 1/10). Przewrotnie napiszę, iż polecam ten film – zobaczcie jak wygląda prawdziwe polskie gówno. Ktoś w jakiejś recenzji napisał, że zmarnowano potencjał na dobre kino – ani przez chwilę żadnego potencjału nie ujrzałem. Co gorsze, film nie jest wcale zabawny, nawet w niezamierzony sposób i się ogromnie dłuży. „Krugerandy” mogą spodobać się jedynie ultra ortodoksyjnym fanom Dorocińskiego. Totalna porażka.

Ocena: 1/10.

wtorek, 11 grudnia 2012

"3000 Miles to Graceland"



To nie było tak, że nie wiedziałem o słabości "3000 mil do Graceland". Wielokrotnie spotykałem się z powszechnym i całościowym hejtingiem na dzieło Demiana Lichtensteina. Za starych, złotych czasów "Gazety Telewizyjnej" regularnie zbierało jedną na pięć gwiazdek. Zawsze nurtowało mnie pytanie: czy "3000 mil do Graceland" może być aż tak złe? Czy Lichtenstein balansował na cienkiej granicy pomiędzy geniuszem a upośledzeniem? Czy może jest to prawdziwa perełka, którą złośliwa krytyka strąciła ze szczytów hollywoodzkiego Olimpu w najgłębsze czeluście Hadesu kina klasy Z? Ostatnio nadarzyła się okazja (ba, nawet dwukrotna – kocham TV4) na zmierzenie się z tą legendą.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Fabułę już od samego początku można określać mianem retarded. Michael Zane (Kurt Russell) wychodzi właśnie po 5-letniej odsiadce z kryminału. Zamiast zacząć uczciwie zarabiać na życie wraz z kumplami spod celi bierze udział w śmiałym napadzie na kasyno w Las Vegas. Dzięki przebiegłości geniusza zbrodni Murphy’ego (Kevin Costner) nasi dzielni zbóje wykorzystują międzynarodowy zjazd sobowtórów Elvisa Presleya i w przebraniach Króla dokonują zuchwałej zbrodni. Wszystko przebiega gładko i zgodnie z planem do momentu, gdy jeden z bandytów, Franklin (Bokeem Woodbine), umiera na skutek ran postrzałowych. Śmierć kompaniona budzi bardzo negatywne uczucia wśród naszych bohaterów, a ich wspólna ucieczka staje pod dużym znakiem zapytania.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Lichtenstein nie balansował na żadnej granicy – on po prostu zanurkował w najbardziej niedostępne głębiny chujowej kinematografii. Ale muszę przyznać, że były to głębiny hollywoodzkie – tamtejsi twórcy jeszcze nie mają odpowiedniego doświadczenia, żeby upaść tak nisko jak niekiedy upada nasza, rodzima kinematografia. Totalnie niedorzeczna fabuła – what the fuck happened? W jakim wymiarze znajdowali się scenarzyści w trakcie tworzenia scenariusza? Jakie narkotyki zażywali? To pytania, na które odpowiedzi nie poznamy nigdy. Legendarnie chujowe "Gigli" w porównaniu do "3000 mil do Graceland" wypada jak szczytowe osiągnięcie ludzkiej kinematografii. Fatalny scenariusz tworzy sztampowe i przykre do oglądania postacie. Prawdziwy szczyt tegoż zjawiska to Murphy i Hamilton (Ice-T). Na szczęście występują tylko w jednej sekwencji – niestety dla widza razem. Dialogi są po prostu ultra-przykre i nie da się ich słuchać. Poza tym 42 miliony USD budżetu? Bitch, please! Gdzie te pieniądze się podziały? Czyżby malwersacja?
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Aktorstwo… W "3000 mil do Graceland" prawie nie występuje. Kevin Costner to najprawdziwszy dramat. Jedyną zaletą pojawienia się na ekranie Christania Slatera (Hanson) jest jego stosunkowo szybka śmierć. Niestety trzeba oglądać jego popisy ponad 30 minut – smuteczek. Courteney Cox (Cybil) – nie wierzę, że to się działo naprawdę. Jedynie do Kurta Russella mam stosunkowo mało zastrzeżeń, bo widać, że się starał się wykrzesać coś ze swojej chujowej postaci. Bokeem Woodbine był w miarę spoko, ale umarł żenującą śmiercią i miał słabe kwestie, toteż wychodzi poniżej zera. Zatem pod względem gry aktorskiej jest to jeden z najtragiczniejszych filmów jakie miałem przyjemność (ha, ha, ha) oglądać w moim życiu. Czy można zatem odnaleźć w "3000 mil do Graceland" jakieś pozytywy? Owszem, ale trzeba się nieźle ubabrać w gównie. W zasadzie zalety są dwie. Po pierwsze kilka piosenek Presleya – zawsze dobrze posłuchać. Po drugie samochód Murphy’ego – czerwony cadillac, zawsze miło popatrzeć. Są takie filmy, które mimo swojej ułomności sprawiają kupę radości (sztandarowy przykład - "Młode Wilki"). Niestety "3000 mil do Graceland" przynosi tylko czarną, bezdenną rozpacz i nieopisany smutek. Horror, horror...
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ocena: 2/10.

sobota, 4 maja 2013

"Jesteś bogiem"

Kaliber 44 otworzył moją głowę na hip hop. Chociaż minęło wiele lat i przesłuchałem dziesiątki, a może nawet setki płyt, to w dalszym ciągu w TOP 5 moich ulubionych polskich albumów rapowych znajdują się Księga Tajemnicza. Prolog oraz W 63 minuty dookoła świata. Gdyby ktoś był zainteresowany to dodam, że resztę stawki uzupełniają Jazz w wolnych chwilach oraz Tylko dla dorosłych Ostrego, a także Światła Miasta Grammatika. Specjalne wyróżnienie natomiast należy się dla Wzgórza Ya-Pa 3 za ich genialny debiutancki album Wzgórze Ya-Pa 3, który pokazał, że można to robić polsku. Chociaż do dzisiejszego dnia ubolewam, że płyta nie wyszła pod oryginalnie planowanym tytułem (Co cię wkurwia? Jebani wąchacze i Huy!). Dlaczego piszę o tym wszystkim? Otóż wybitną rolę w mojej hiphopowej edukacji odegrał Mag Magik I, który w czasach Kalibra wznosił się na wyżyny talentu. Później nie było już aż tak dobrze, bo jak pewnie zauważyliście w zestawieniu nie znalazła się żadna z dwóch płyt Paktofoniki. Niemniej Piotr Łuszcz odpowiada za chyba najbardziej znany polski kawałek rapowy, czyli legendarne Jestem bogiem, które kiedyś znali wszyscy. Po ponad dekadzie od jego tragicznej śmierci na ekrany polskich kin wszedł "Jesteś bogiem" oparty na książce Paktofonika – przewodnik Krytyki Politycznej Macieja Pisuka (nie czytałem) reklamowany jako najbardziej oczekiwany film roku. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę jesienią ubiegłego roku miałem ochotę wybrać się do kina. Niestety był to ciężki okres i po trzykroć pieniądze na bilet zostały zdefraudowane pod parasolami krakowskiej Rotundy.
źródło: http://glamrap.pl
Przed zarysowaniem fabuły należy pamiętać o bardzo ważnym zastrzeżeniu: film Leszka Dawida jest TYLKO oparty na faktach. Oznacza to, że nie można traktować go jako edukacyjnego dokumentu, pokazującego powstawanie Paktofoniki. Dla znawców tematu wiele przedstawionych w filmie wydarzeń jest co najmniej dziwnych, a nawet totalnie bezsensownych – ale do tego wątku powrócimy w dalszej części recenzji. "Jesteś bogiem" przedstawia historię Fokusa, Rahima i Magika. Ten ostatni po wielkim konflikcie opuszcza Kaliber 44 (oczywiście po raz kolejny nie dowiadujemy się dlaczego) i zaczyna działać na własną rękę. Natomiast Fokus i Rahim to młode wilki, które chcą zaistnieć na hiphopowej scenie. Po wielu przejściach chłopcy nawiązują współpracę i rozpoczynają prace nad debiutancką płytą nowego zespołu, marząc o wielkim koncercie w katowickim Spodku.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wspomniałem powyżej "Jesteś bogiem" zostało oparte na faktach i szczerze powiedziawszy jest to pierwsze moje rozczarowanie. Moim zdaniem twórcy powinni zdecydować się pójść w którąś stronę, a tak po prostu stanęli w rozkroku nad przepaścią. Wyimaginowane rozwiązania fabularne i jawne przekłamania rażą mnie ogromnie! Co gorsza przeciętny widz z gimbazy zacznie wierzyć, że tak było naprawdę. I mnie to nie zachwyca! Moim zdaniem najlepszym wzorcem było pójście drogą albo "Control" o Ianie Curtisie z Joy Division albo "8 mili" osnutej niezwykle mocno na wątkach z biografii Eminema, aczkolwiek opowiadającej o fikcyjnym raperze. Niestety Leszek Dawid widocznie za bardzo wziął sobie do serca teksy swojego bohatera i poszedł własną drogą. Podejrzewam, że wielu z Was nie zna historii PFK i może nie wiedzieć o co mi chodzi dokładnie. W tym celu posłużę się kilkoma przykładami. Zanim Magik został członkiem PFK przez wiele lat z Dabem i Joką tworzył Kaliber 44, stając się jednym z najbardziej znanych polskich raperów. Dlatego dziwi mnie niezmiernie, iż w filmie jest ukazany jak jakiś trochę bardziej utalentowany rookie. Gdzież jego legenda? Nie wybaczę twórcom, że prawie kompletnie olali Kaliber, który wyniósł do sławy Magika. Na dodatek pozostałych członków zespołu ukazali jako antypatycznych i przesadnie luzackich hejterów wyśmiewających ułomności nieudolnie rymującego Rahima. Poza tym "Jesteś bogiem" ma totalnie zaburzoną chronologię, ponieważ wedle mojej wiedzy podpartej wywiadami choćby z Dabem, wszyscy zainteresowani poznali się przed rozpadem K44. Zauważmy, że Rahim sam pojawia się gościnnie na pierwszej płycie Kalibra w kawałku Psychodela, a Fokus zrobił do albumu charakterystyczną czcionkę. Ale przecież nie byłoby to dobre dla dramaturgii filmu, nieprawdaż?
W tle plakat Kalibra 44...
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Kolejny zarzut: mam uwierzyć, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich raperów ma problem by nagrać płytę? Naprawdę? Wiele wytwórni (choćby SP Records) po sukcesach Kalibra przyjęłaby jego materiał z pocałowaniem rączki. Scena, w której Magik wydaje ostatnie 15 PLN na kilka minut w studiu, ma chyba wywołać u widza współczucie dla tych biednych chłopców z osiedla. No kurwa, jak to byłby Rychu Peja, który reprezentował najprawdziwszą biedę, to bym może uwierzył. Ale PFK? Sprawdźcie ich teksty, a raczej nie znajdziecie wersów, o tym, że nie mieli hajsu na zupkę chińską. Nie rozumiem, czemu twórcy nie postanowili przekonać widza do zespołu samą muzyką i wprowadzili rzewny wątek straszliwej biedy naszych bohaterów. Ma mi być przykro, że Magik nie miał kasy na studio i sępił od Gustawa najnędzniejsze grosze? No kurwa, to mógł ich nie rozjebać na wszystko inne. Przy jego postaci chcę również zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko. Po śmierci Magika powstał swoisty kult jego osoby, a jego wyznawcy nie są w stanie przyjąć jakiejkolwiek krytyki ich bóstwa. Po filmie Leszka Dawida mogę stwierdzić, że jego image znacznie ucierpiał (przynajmniej dla mnie). Genialna, choć życiowo nie ogarnięta postać, sępiąca każdy grosz i będąca wyjątkowym chujem dla żony. Z Justyną wiąże się wiele żenujących scen i najtańszych rzewnych zagrywek (m.in. scena z telefonem w kiblu, monitoring czy nagłe przebudzenie nad ranem). Patrząc na całokształt ogromnie nie podobała mi się epizodyczność fabularna oraz tendencyjność poszczególnych postaci. Wielki zarzut mam do twórców za dobór koncertowej publiczności, bo wygląda jak najbardziej tragiczna mieszanka z gimbazy.
źródło: http://www.filmweb.pl
W czasie projekcji starałem się w oceanie chujozy wyłowić jakieś plusy. W zasadzie zapamiętałem tyle dobrych scen, że mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Imponujący moment to Magik rymujący Plus i minus na klatce schodowej – to naprawdę robi wrażenie! Niestety, zdecydowana większość filmu nie ma takiej magnetycznej mocy. Podobała mi się także konwersacja Fokusa i Magika rozpoczynająca się od słów "o co Ci chodzi w życiu?" oraz dyskusja na temat Jestem bogiem. Pozytywnie odebrałem również większość scen z Gustawem – swoją drogą kolejna bardzo dobra kreacja Arkadiusza Jakubika. Co do głównych wykonawców to największe brawa należą się oczywiście dla Marcina Kowalczyka wcielającego się w Magika. Chociaż scenariusz nawet w połowie nie wykorzystuje potencjału tej tragicznej postaci to jego odtwórcy należą się mimo wszystko ogromne brawa. Fokus (Tomasz Schuchardt) i Rahim (Dawid Ogrodnik) to dla mnie bezpłciowe i niczym nie wyróżniające się postacie, chociaż bliskie mi osoby mają odmienne zdanie na ten temat. Najbardziej brakowało mi starć charakteru i gorących kłótni między Magikiem i Fokusem. Ich relacje są zdecydowanie zbyt letnie i grzeczne. Wśród ról drugoplanowych warto wyróżnić Przemysława Bluszcza (ojciec Magika), który wyróżnia się na tle bezpłciowych postaci (m.in. Justyny – Katarzyna Wajda). Nie wiem czy nową ambicją Marcina Dorocińskiego jest zagrać w każdym polskim filmie, ale tutaj pojawia się również w epizodzie. W sumie nie wiem po co. Natomiast Kozak (Piotr Nowak) został przerysowany tak bardzo, że jestem gotów poprzeć jego pozew przeciwko twórcom filmu. W „Jesteś bogiem” wygląda niemal jak Mefistofeles polskiego przemysłu fonograficznego, który w zamian za podpisanie kontraktu jest gotów odebrać biednym raperom ich dusze.
źródło: http://www.filmweb.pl
Po ostatniej scenie moja towarzyszka stwierdziła, że nie był to wcale taki zły film i była gotowa wystawić wyższą ocenę niż ja. Szczerze powiedziawszy bardzo trudno mi się zgodzić z jej opinią. Niestety "Jesteś bogiem" nie jest nawet filmem średnim, a buńczuczne slogany o najlepszej produkcji roku wywołują jedynie uśmiech politowania. Do dzieła Leszka Dawida o wiele lepiej pasuje określenie największe rozczarowanie roku albo medialnie napompowany balon, po którego pęknięciu nie pozostaje absolutnie nic. Spojrzenie na powstawanie PFK kaprawym okiem oraz wyraźne ułomności filmu nie pozwalają się cieszyć opowieścią przedstawioną w "Jesteś bogiem". W sumie to nie jest ona nawet specjalnie zajmująca: ot, chłopcy chcą nagrać płytę, ale jakoś im się czasami nie chce, a na dodatek nie mają hajsu. Przez większość filmu miałem w dupie los głównego bohatera, a jego koleżków to już w ogóle, więc nie świadczy to zbyt dobrze o dziele Leszka Dawida. Zdecydowanie nie polecam "Jesteś bogiem" i bardzo cieszę się, że nie poszedłem na film do kina. Pozycja obowiązkowa jedynie dla bezkrytycznych wyznawców kultu Magika.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 4/10.

poniedziałek, 4 maja 2015

"Yuma"



Ponieważ już dawno nie było niczego z Polszy, dzisiaj wyruszymy w pasjonującą (to się akurat jeszcze okaże) podróż do początków transformacji ustrojowo-gospodarczej. W tym celu na warsztat biorę oczywiście słynną niedawno "Yumę" w reżyserii no name’a Piotra Mularuka. Produkcję z 2012 roku początkowo zaklasyfikowałem jako coś w rodzaju prequela prequela legendarnych "Młodych Wilków" – tylko nie zmuszajcie mnie do ponownego oglądania "Młodych Wilków ½"! Swoją drogą co za wyjątkowo zjebany pomysł na numerację – nie dość że ułamek dziesiętny wyglądałby o wiele lepiej, to dodatkowo wywoływałby z pewnością przyjemne skojarzenia. Ale wracając do głównego tematu to muszę przyznać, że "Yuma" zapowiadała się całkiem solidnie, mimo niemal całkowitej no name’owości reżysera. Rzut na oka na obsadę to moim zdaniem najlepsza rekomendacja do obejrzenia filmu. Ponadto okazało się, że przedstawiona historia została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami (cokolwiek to znaczy).
źródło: http://www.filmweb.pl
Tak jak wspominałem we wstępie "Yuma" przenosi nas do siermiężnej, szarej rzeczywistości przełomu lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Z prologu rozgrywającego się, gdy socjalizm jeszcze nie umarł całkowicie, dowiadujemy się, że czasem za nieuiszczenie rachunku może spotkać naprawdę okrutna kara (chociaż w zasadzie łudząco podobny motyw pojawił się w "Poranku Kojota"). Na oczach młodego Zygi (Jakub Gierszał) następuje kompletny rozkład dotychczasowej rzeczywistości. Chłopak, zamieszkujący przygraniczne miasteczko pozbawione jakichkolwiek perspektyw, marzy o wyrwaniu się z zaklętego kręgu ubóstwa Ragnara Nurksego. Najbardziej pożądanym obiektem luksusu są nowe adidasy, ponieważ nasz bohater codziennie przemierza miasto w jebanych sofixach lub tekturowych butach do trumny. Nadzieją na lepsze życie nieoczekiwanie staje się ciotka Zygi, Halinka (Katarzyna Figura), prowadząca miejscowy dom rozkoszy, a od czasu do czasu trudniąca się szmuglem papierosów do ponownie zjednoczonego Reichu.
źródło: http://www.filmweb.pl
Na początek mała uwaga do twórców: jeżeli chcecie pokazać w filmie definicję jakiegoś terminu to proponuję posłużyć się bardziej wiarygodnym źródłem niż Wikipedia. Niemniej pozwólcie, że przytoczę znakomity fragment z wyjaśnienia pojęcia juma/yuma: zwany był wtórnym, słowiańskim, sprawiedliwym podziałem dóbr osobistych. Pod względem fabularnym "Yuma" to raczej sztampowa historia od zera do bohatera, nad którym majaczy widmo nieuchronnego i spektakularnego upadku. Jak przystało na tego typu opowieści oglądamy oczywiście porażającą biedę, szarość i brak perspektyw. Młodzi ludzie szlajają się po zatopionym w beznadziei miasteczku: nie ma pracy, nie ma pieniędzy, a zamiast egzystencji na poziomie jest marna wegetacja w oczekiwaniu na kompletnie nie wiadomo co. Jak zatem w tak niekorzystnych warunkach zaimponować pięknej Majce (Karolina Chapko)? Trzeba oddać twórcom, że ukazanie tej beznadziei totalnej wyszło im całkiem nieźle. Gdyby przyznawano order imienia Rycha Peji za ekranowe reprezentowanie biedy to "Yuma" z pewnością znalazłaby się w gronie faworytów. Oczywiście sytuacja Zygi zmienia się diametralnie, gdy w trakcie szmuglowania papierosów odkrywa, że w Rzeszy można dokonać relatywnie łatwej redystrybucji dóbr luksusowych. Dzięki wrodzonej przedsiębiorczości chłopak rekrutuje dzielną drużynę szabrowników, szybko osiągając pozycję zbawcy przygranicznego miasteczka.
źródło: http://www.filmweb.pl
Oczywiście, jak w każdej tego rodzaju opowieści, spektakularne sukcesy wieszczą jeszcze bardziej spektakularną porażkę. Coraz bardziej brawurowe akcje ekipy Zygi szybko przyciągają uwagę szerszego otoczenia. Co prawda zagrożenie ze strony okrutnie pohańbionego w prologu byłego kumpla Rysia (Kazimierz Mazur), który został stróżem prawa, jest znikome, gdyż na niego wystarczy kontrolna lepa na ryj. Warto w tym miejscu wspomnieć o wysoce żenującej scenie szczekania w barze – totalna porażka. Jednakże prawdziwe niebezpieczeństwo dla Zygi stanowi Opat (Tomasz Kot), rezydent rosyjskiej mafii doglądający czujnym okiem szmuglowania przez granicę przemysłowych ilości spirytusu. O ile początkowo historia przedstawiona w "Yumie" jest nawet wciągająca i ciekawa, to wraz z upływem czasu wszystko zaczyna się rozsypywać. Finał to po prostu kompletna porażka, na dodatek okraszona jednymi z najsłabszych efektów specjalnych, jakie widziałem w życiu. Można jedynie wyrazić ubolewanie, że wysokiego poziomu z początku filmu nie udało się dociągnąć do końca. Niestety Mularuk nie ustrzegł się innych błędów. W "Yumie" znajdziemy pełną gamę klisz typowych dla historii od zera do bohatera (m.in. niedostrzeganie oczywistego zainteresowania ze strony bliskiej znajomej, uganianie się za nieosiągalną wybranką, nielojalni towarzysze itp.).
źródło: http://www.filmweb.pl
Jeśli chodzi o aktorstwo to z pewnością należy wyróżnić odtwórcę głównej roli. Jakub Gierszał, wcielający się w Zygę, stworzył bardzo dobrą kreację i kupuję w całości tego chłopaka. Niestety na drugim planie jest o wiele gorzej. Oczywiście bezapelacyjne propsy należą się Katarzynie Figurze za chyba najlepszą w filmie rolę ciotki Halinki – a przecież już od dawna byłem przekonany, że ta polska aktorka odeszła na zawsze do licznego grona parodystów. Na oklaski zaliczył również Tomasz Kot, wcielający się w bezwzględnego Opata. W tym miejscu po raz kolejny apeluję do polskich twórców: jeżeli chcecie mieć w swoim filmie postać rosyjskojęzyczną to wpierdolcie polskie napisy, gdy używa tegoż języka kurwa mać!!! Przypominam, że czasy się zmieniły i już nie każdy w Polszy legitymuje się znajomością mowy wschodnich przyjaciół. Za wyjątkowo uroczy wygląd na ekranie pragnę natomiast wyróżnić Karolinę Chapko – Majka tak bardzo kojarzy mi się z Marusią Ogoniok! Poza trójką wymienionych reszta postaci drugoplanowych nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym – są to po prostu typowe, płaskie role. Zarówno ekipa Zygi (Jakub Kamieński, Krzysztof Skonieczny oraz Helena Sujecka), burmistrz Bronek (Przemysław Bluszcz), pocieszny Niemiec Ernest (Tomasz Schuchardt) czy policjant Rysio (Kazimierz Mazur) to jednowymiarowi bohaterowie do szybkiego zapomnienia. Z tego kręgu ubóstwa wybija się jedynie Mieczysław Grąbka, wcielający się w sympatycznego celnika, a przy okazji chrzestnego Zygi.
źródło: http://www.filmweb.pl
Niestety "Yuma" to kolejny przykład zmarnowanego potencjału. Film Piotra Mularuka to w gruncie rzeczy sztampowa opowieść o wzlocie i upadku, aczkolwiek charakteryzująca się bardzo dobrym oddaniem realiów początkowego okresu polskiego transformacji ustrojowo-gospodarczej. Głównych przyczyn porażki upatruję w ułomności scenariusza (im bliżej końca tym bardziej monumentalny zjazd) oraz niedoświadczeniu reżysera. Biorąc pod uwagę całokształt to "Młode Wilki" z 1995 roku w dalszym ciągu pozostają niedoścignionym wzorem.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.