sobota, 23 maja 2020

"The Mule" (2018)

For what it's worth, I'm sorry for everything.

Siedziałem sobie ostatnio w błogim nastroju w wannie rozmyślając czy każdy wstęp do recenzji musi wyglądać tak samo, no chyba jednak nie, doszedłem do wniosku, siedemsetna strona opowiadań zbioru Książę Nocy Nowakowskiego Marka przecież na liczniku, a w pamięci cały czas dobrej reminiscencje prozy Myśliwskiego Wiesława znakomitej, a także kiedyś młodej nadziei pisarstwa polskiego Masłowskiej Doroty Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zawsze na propsie, w filmowym nawet wydaniu doskonała, z Szycem Borysem w Silnego pięknie roli zagranej, ale do tematu głównego powrócić należałoby, co by czytelnik zdezorientowany się nie czuł dłużej, no i ten Nowakowski, gites, grypsera, frajernia ciągle, to może by coś o przestępczości obejrzeć, o akurat na HBO GO "The Mule" się pojawił Eastwooda Clinta, legendy hollywoodzkiej w reżyserii i wykonawstwie pierwszoplanowym, o kartelach i narkotykach, to myślę sobie czemu nie, świeża pozycja, aż od koksu się bieli, nowością promieniuje, a do kina i tak nie pójdziemy ni chuja, fajnie, że do parku i lasu już można, po co było w ogóle zamykać, decyzja absurdalna i nonsensowna co najmniej, no ale to nie o tym dzisiaj tutaj piszemy, a o fabułę jeśli zaś się rozchodzi do akapitu poniższego zapraszam.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Earl Stone (Clint Eastwood) to weteran wojny w Korei, który poświęcił się całkowicie uprawie kwiatów, zyskując spore uznanie i wiele nagród w swojej branży. Jednakże z powodu wiekowości naszego bohatera oraz niedoceniania potęgi Internetu nasz botaniczny heros musi zwinąć kiedyś dobrze prosperujący biznes i zwolnić swoich wiernych Portoryków. W obliczu życiowej porażki odwiedza swoją byłą żonę Mary (Dianne West), która przygotowuje wesele ich wnuczki Ginny (Taissa Farmiga). Jeden ze znajomych dziewczyny zachęca Earla do odwiedzin w pewnym warsztacie samochodowym, prowadzonym przez zaprzyjaźnionych meksykańskich ese. W efekcie nasz bohater zostaje amatorskim przemytnikiem na usługach potężnego meksykańskiego kartelu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jakkolwiek fabuła brzmi absurdalnie to jest to produkcja oparta na faktach (w rzeczywistości wiekowy weteran II wojny światowej pracował dla meksykańskiego kartelu Sinaloa, któremu do niedawna przewodził niesławny Joaquín "El Chapo" Guzmán). Warto gloryfikować zasługi Clinta Eastwooda dla światowej kinematografii i docenić, że jeszcze żyje i mu się chce kręcić filmy, ale "Przemytnik" to naprawdę nie jest nawet solidne kino. Absurdalne rozwiązania i skróty fabularne (jakiś randomowy koleś kieruje nieznanego sobie człowieka do przemytniczej dziupli potężnego meksykańskiego kartelu, by podjął się przewozu narkotyków wartych setki tysięcy albo nawet miliony dolarów) kompletnie pozbawiają produkcję jakiegokolwiek realizmu. Dodajmy, że Earl w uznaniu zasług i wybitnych osiągnięć w przemycie poznaje samego przywódcę kartelu na grubym melanżu zorganizowanym ku jego czci w epickiej hacjendzie. Naprawdę już na etapie pisania scenariusza coś musiało zdecydowanie pójść nie tak, ponieważ wiele wątków zostanie po prostu niewyjaśnionych w żaden sposób (np. dalsze losy Julia, który miał nadzorować przerzuty Earla, czy też meksykańskich asasynów). W takiej wersji był to wymarzony stolec dla Nicolasa Cage’a, tylko należałoby podkręcić trochę tempo i dodać więcej akcji. Podobny pod względem starości "The Old Man & the Gun" z Robertem Redfordem miał o wiele więcej uroku i był zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jednak najbardziej wkurwia mnie to, że "The Mule" w żaden sposób nie ukazuje szkodliwości procederu Earla. Nasz bohater wykonując kolejne kursy kosi coraz większy pieniądz, który rozpierdala na lokalne dziwki, alko na wesele wnuczki i przypałowe autko. Nie uświadczymy tu żadnej, nawet najmniejszej refleksji, że może jednak przemyt narkotyków dla meksykańskiego kartelu nie jest do końca moralnie w porządku i może wyrządzać poważne szkody w amerykańskim społeczeństwie. Nie, w "Przemytniku" to po prostu emocjonująca, beztroska wręcz przygoda dla staruszka u kresu życia. To trochę dziwne, zważywszy, że bohaterem jest zahartowany i twardy weteran wojny w Korei, który powinien posiadać sztywny kręgosłup moralny. Kolejna sprawa, że fakt, że Earl tak naprawdę ma w dupie swoją rodzinę, mimo wygłaszanych deklaracji, że jest inaczej. No bo czy lepiej spędzić te kilka pozostałych lat w gronie bliskich czy samotnie w więzieniu stanowym uprawiając kwiaty? Warto także zwrócić uwagę na dosyć pozytywny obraz DEA, raczej rzadko spotykany w Hollywood (chociaż kierownictwo agencji naciska na wyniki w korporacyjnym stylu). Absurdalnie wypadła scena z afroamerykańską rodziną i wymianą koła w aucie – kompletnie nie rozumiem czemu miało to służyć.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Aktorstwo w "Przemytniku" nie jest może totalnie koszmarne, ale jest po prostu do bólu przeciętne. Z wyjątkiem Clinta Eastwooda, który de facto gra chyba znowu samego siebie albo postać z "Gran Torino", to ciężko kogokolwiek wyróżnić. Bradley "Tell Me Something Girl" Cooper (Bates), Laurence Fishburne (nawet nikomu nie chciało się wymyślić mu nazwiska) i  Michael Peña (Treviňo) są totalnie bezbarwni i nie robią praktycznie nic, abyśmy mogli zapamiętać ich występy. Ignacio Serrichio miał potencjał na fajną, dramatyczną rolę, ale postanowił kompletnie nic z tym nie zrobić.  Na Croma co tu w ogóle robi Andy Garcia?! Trochę lepiej jest w przypadku występów kobiecych: w szczególności dotyczy to grającej byłą żonę Earla Dianne West, jego córkę Alison Eastwood oraz wnuczkę Taissa Farmiga. W zasadzie najsympatyczniej wypada ekipa Meksów z warsztatu samochodowego.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Chuj z rodziną, chuj z moralnością, nie wyszedł biznes z kwiatami, to będziemy rozwozić koks dla meksykańskiego kartelu. To jest skrótowy przekaz filmu Clinta Eastwooda. Sami zdecydujcie czy warto rozciągać to jedno zdanie na prawie dwie godziny seansu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 4/10*

*Normalnie dałbym trójeczkę, ale przyznaję dodatkową gwiazdkę z szacunku dla Clinta za to, że jeszcze żyje, może i mu się chce.

niedziela, 12 kwietnia 2020

"The Lighthouse" (2019)

Should pale death, with treble dread,
make the ocean caves our bed,
God who hears the surges roll
deign to save our suppliant soul.

Praktycznie co roku w oscarowych nominacjach pomijany jest jakiś znakomity film (lub nawet kilka), który obiektywnie powinien mieć choćby szansę zawalczyć z nominowanymi mizeriami albo nawet zgarnąć parę statuetek. W tegorocznej edycja ta mało zaszczytna rola przypadła "The Lighthouse" w reżyserii Roberta Eggersa, znanego z fantastycznego "The VVitch: A New-England Folktale". Czarno-biała produkcja zyskała uznanie wyłącznie w jednej kategorii (nominacja za najlepsze zdjęcia), co osobiście uważam za absurd i nonsens, ale przecież się nie wkurwiam, ponieważ to nie ma znaczenia bo nic go w końcu nie ma. W zasadzie chyba powinien przyznawać własne nagrody i przestać wreszcie oglądać się na werdykty Akademii. Jednakże zanim to nastąpi postaram się Was jak najlepiej zachęcić do obejrzenia "The Lighthouse" w jakże ciężkich czasach zarazy. Od razu muszę przyznać, że od czasów studenckich mam bardzo wiele wspólnego z marynistyką, ponieważ często zdarzało mi się przebywać w przesyconych unikalnym zapachem piwnicach krakowskiego Starego Portu.
źródło: https://www.imdb.com/
Tworząc scenariusz Robert i Max Eggers zainspirowali się makabryczną historią, która wydarzyła się na początku XIX wieku w latarni Smalls Lighthouse położonej niedaleko półwyspu Marloes w Pembrokeshire u wybrzeży Walii. Niemniej akcja "The Lighthouse" została osadzona na małej, odludnej wysepce u wybrzeży Nowej Anglii, mniej więcej pod koniec XIX stulecia. Doświadczony latarnik i wilk morski Thomas Wake (Willem Dafoe) oraz były drwal Ephraim Winslow (Robert Pattinson) wyruszają do trudno dostępnej latarni morskiej na kilkutygodniową zmianę. Od samego początku panowie nie pałają do siebie zbytnią sympatią, ale w obliczu potężnego sztormu, który uziemia ich na oddalonym od lądu skrawku ziemi, ich wzajemne relacje zaczynają się znacząco pogarszać.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" oczarował mnie już od pierwszych kadrów. Przede wszystkim należy docenić kolosalną pracę odpowiedzialnego za zdjęcia Jarina Blaschke (pracował również przy "The VVitch"), któremu udało się osiągnąć prawdziwą maestrię. Odnośnie czarno-białych zdjęć czytałem kiedyś wywiad z Davidem Lynchem o trudach kręcenia filmów w takiej kolorystyce dzięki czemu zyskałem świadomość, że piekielnie trudno zrobić to poprawnie i żeby przy okazji wyglądało dobrze na ekranie. Tutaj wszystko zagrało idealnie: wspaniałe zdjęcia, podkreślone rzadko spotykanym, prawie kwadratowym formatem obrazu (1.19 : 1), który de facto postarza film, znakomite kostiumy i charakteryzacja (Dafoe i Pattinson zapuścili naturalne brody i wąsy) oraz bezbłędna scenografia (plenery kręcono na przylądku Forchu w Nowej Szkocji) tworzą niepowtarzalną atmosferę. Dodatkowo trzeba oczywiście pochwalić przejmującą realizmem ścieżkę dźwiękową idealnie wprowadzającą grozę brutalnego, oceanicznego żywiołu oraz przeżycia bohaterów skłaniające ich ku szaleństwu (w szczególności powtarzający się stale, przerażający dźwięk syreny mgłowej). To wszystko czynniki, które złożyły się na wywołanie u widza nieustannego poczucia niepokoju oraz zatarcia się wrażenia między prawdziwymi wydarzeniami a halucynacjami czy też wytworami wyobraźni bohaterów. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! I teraz można sobie zadać pytanie dlaczego "The Lighthouse" nie dostał nominacji choćby za scenariusz, role męskie, reżyserię, najlepszy film, kostium, scenografię, dźwięk czy jeszcze wiele innych?
źródło: https://www.imdb.com/
Oczywiście trzeba także pamiętać, że nie jest to film łatwy i przystępny dla masowego widza (zapomnijcie o seansie przy niedzielnym obiadku i pomyślcie raczej o ciemnej, listopadowej nocy, gdy dmie mroźny wiatr, a drzewa wydają się czymś innym niż są w rzeczywistości, chociaż kto tam wie, ale sowy na pewno nie są tym, czym się wydają). Pod względem fabularnym trudno połapać się w rzeczywistości i fikcji tworzonej przez bohaterów i można pokusić się o wiele interpretacji. Twórcy oczywiście wskazują na inspirację motywami mitologicznymi: zazdrośnie strzegący ognia latarni Wake ma być swoistym Proteuszem (bóstwo morskie, syn Posejdona i Tetydy), natomiast ciekawy tejże tajemnicy, energiczny i młody Winslow uosabia Prometeusza (którego nikomu przedstawiać nie trzeba). Nie sposób w tym kontekście nie zwrócić uwagi na trytony, syreny i tym podobne stworzenia wprowadzające atmosferę fantastyczną. Oprócz greckich mitów można także dostrzec wpływy twórczości uznanych pisarzy takich jak choćby Herman Melville (m.in. Moby Dick) czy mistrz powieści grozy H.P. Lovecraft, a także wiele legend i przesądów typowo marynistycznych (np. o duszach marynarzy mieszkających w ptakach morskich).
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to przede wszystkim popis aktorskich umiejętności dwóch aktorów. Robert Pattinson po raz kolejny dobitnie udowadnia, że potrafi być znakomitym aktorem zmywając z siebie błyszczącą się hańbę sagi "Zmierzch". Jego przejmująca rola Winslowa to prawdziwy popis powolnego popadania w szaleństwo, podlanego sosem okrutnej tajemnicy z przeszłości. Partnerujący mu na ekranie Willem Dafoe nie musi co rusz udowadniać swojej aktorskiej klasy, ale tym razem naprawdę zasłużył na co najmniej nominację do Oscara, a gdyby nawet otrzymał statuetkę wcale nie czułbym się z tym źle. Aktor znakomicie wcielił się w postać doświadczonego marynarza, kreując Wake’a na bezwzględnego, acz morzobojnego i wysoce zabobonnego wilka morskiego, który lubi najebać się w wolnej chwili i poznęcać nad żółtodziobem Winslowem, traktując go niemal jak niewolnika. Dafoe świetnie oddał również fascynację swojej postaci ogniem latarni, stając się kimś w rodzaju strażnika/kapłana płomienia. Zdecydowanie warto pochwalić obu aktorów także za świetne przygotowanie pod względem językowym – w szczególności wiązanki morskich przekleństw wyrzucane taśmowo przez Dafoe robią piorunujące wrażenie.
źródło: https://www.imdb.com/
"The Lighthouse" to znakomite, acz niełatwe i niebanalne kino, które wymaga od widza uwagi i pełnego zaangażowania. Uwielbiam tego rodzaju filmy i szczerze boleję nad prawie kompletnym pominięciem dzieła braci Eggers w tegorocznym Oscarach. Niemniej Wy się tym nie przejmujcie i śmiało bierzcie się za tę doskonałą produkcję z wyjątkowo niespokojnym klimatem.
źródło: https://www.imdb.com/
Ocena: 9/10.

Ps.
Nigdy nie zabijajcie morskich ptaków.

poniedziałek, 30 marca 2020

"Dolor y gloria"/"Ból i blask" (2019)

The nights that coincide several pains, those nights I believe In God and pray to him.
The days when I only suffer a type of pain I’am an atheist.

Jeśli chodzi o tegoroczne nominacje oscarowe, to zdecydowanie najlepiej zaznajomiliśmy się z kategorią najlepszy film nieanglojęzyczny, ponieważ udało się nam obejrzeć już trzy spośród pięciu nominowanych produkcji. Oprócz "Parasite" (recenzja miałem nadzieję, że się pojawi wkrótce, ale chyba nie pojawi się nigdy) i niedawno recenzowanego "Bożego Ciała" ostatnio udało się zaliczyć seans "Bólu i blasku" uznanego hiszpańskiego reżysera, Pedro Almodóvara. Wstyd się przyznać, ale twórczości tego słynnego na całym świecie twórcy nie znam aż tak dobrze jak powinienem. Niestety ponieważ przez lata fascynowało mnie przeważnie kino hollywoodzkie i chłonąłem niemal każde gówno niczym gąbka, poświęcałem swój cenny czas na nawet najgorsze produkcje z Fabryki Snów (na moim blogu znajdziecie przecież wiele recenzji takich właśnie nikomu niepotrzebnych stolców). Jednak im więcej się podróżuje po Europie czy reszcie świata, tym większa jest potrzeba poznania fascynujących kultur odwiedzanych państw, co przekłada się równie na historię, literaturę czy właśnie kino. A w zalewie popkulturowej papki w postaci kolejnych produkcji Marvela, DC Comics, remake’ów innych remake’ów czy na przykład totalnie absurdalnego disnejowskiego "Aladdina" (hajs się zgadza) warto czasem poświęcić chwilę na bardziej refleksyjne i głębsze doznania.
źródło: https://www.imdb.com/
Salvador Mallo (Antonio Banderas), znany hiszpański reżyser filmowy w jesieni życia, cierpi na wiele dolegliwości, które uniemożliwiają mu kontynuowanie kariery. Spędzając samotnie czas w swoim genialnie urządzonym mieszkaniu oddaje się głównie wspomnieniom z dzieciństwa spędzonego pod czujnym okiem opiekuńczej matki (Penélope Cruz) na wyjątkowo ubogiej hiszpańskiej prowincji. Pewną szansą na powtórną aktywizację społeczną bohatera staje się seria pokazów jego największego dzieła "Sabor". W związku z tymi eventami Salvador postanawia pogodzić się z gwiazdą tejże produkcji, Albertem Crespo (Asier Etxeandia), z którym nie rozmawiał od trzydziestu lat po wygłoszeniu dosyć krytycznych opinii o wypaczeniu sensu zagranej przez niego postaci. Odnowienie znajomości z aktorem grającym obecnie chałtury w meksykańskim telenowelach skutkuje jednakże rozpoczęciem nieoczekiwanej przygody z zażywaniem heroiny w celu ukojenia bólu kręgosłupa.
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" to na pozór wyświechtana klisza upadłego bohatera, który chciałby, acz nie może ponownie pławić się w blasku chwały. Oczyma wyobraźni już widzę hollywoodzki totalnie miałki remake, w którym protagonista zarzucając co chwilę widzów banalnymi prawdami przezwycięża własne ułomności i wspina się powtórnie na szczyt przy akompaniamencie patetycznej ścieżki dźwiękowej. Ale na szczęście film powstał w Europie i tym razem możemy po prostu cieszyć się bogatym warsztatem Pedro Almodóvara oraz znakomitym aktorstwem (Antonio Banderas otrzymał nominację do Oscara za najlepszą główną rolę męską). "Ból i blask" to przede wszystkim bardzo gorzka produkcja, ukazująca bezczynnego, a przede wszystkim bardzo cierpiącego twórcę rozliczającego swoją egzystencję. Ból nie ogranicza się jednakże do wyłącznie fizycznej formy, gdyż determinując również niemoc twórczą Salvadora skazuje go na jeszcze gorsze dla niego męki psychiczne. Jako twórca niepierwszej młodości reżyser stara się znajdować ukojenie we wspomnieniach nie do końca sielskiego dzieciństwa (bieda, bieda, bieda!), często myśląc również o własnej matce. Dlatego też chociaż w filmie praktycznie nic się nie dzieje pod względem fabularnym, to obraz Almodóvara potrafi zachwycić właśnie nieśpiesznym tempem oraz nutką nostalgii (chociaż należy uczciwie przyznać, że dzieciństwo Salvadora nie było do pozazdroszczenia).
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" ujął mnie wieloma aspektami. Oprócz nieśpiesznego tempa duże wrażenie zrobiły na mnie piękne zdjęcia, kompozycje kadrów, scenografia czy kostiumy (choćby zajebista stylówka Alberta czy też elegancki styl Federica). Niektóre ze scen, podkreślone pięknymi kolorami, wyglądały niemalże jak obrazy! Przedstawiona na ekranie hiszpańska, niezwykle uboga prowincja z analfabetyzmem, rolą kościoła i innymi problemami społecznymi wydaje się być niezwykle naturalistyczna. Swoją drogą w kwestii analfabetyzmu polecam Wam sprawdzić ile wynosi ten wskaźnik choćby w takim Arkansas (czego dowiedziałem się dzięki świetnej, podróżniczej książce Paula Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji). Warto również docenić bardzo dobrze napisane dialogi oraz sporą dozę humoru, która wiąże się głównie z wątkiem narkotykowym. Oprócz wspomnianych wyżej zalet bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie fantastyczne wręcz zakończenie filmu, które spina całość swoistą klamrą fabularną.
źródło: https://www.imdb.com/
Antonio Banderas w pełni zasłużył na swoją nominację oscarową, tworząc pełnokrwistą postać, którą nie każdy musi od razu lubić. To nie do końca prawda, że cierpienie zmieniło niegdyś uznanego reżysera w nieznośnego kutasa, gdyż już w czasach świetności potrafił skutecznie zniechęcać do siebie ludzi. Niemniej emocje na twarzy Banderasa, w szczególności w świetnej scenie z Federico (Leonardo Sbaraglia), to prawdziwy popis aktorstwa. Swoją drogą panowie stworzyli na ekranie świetną chemię, lepszą niż w niejednym romansie. Warto również pamiętać o zabawnej roli Asiera Etxeandia, którego Alberto przynosi wiele ekranowej radości. Zaczęliśmy od mężczyzn, ponieważ w dużej mierze jest to film męski, ale na koniec muszę pochwalić za wspaniałą rolę Penélope Cruz, która zagrała czułą, lecz niezwykle silną i zdeterminowaną matkę głównego bohatera, która jest gotowa poświęcić niemalże wszystko dla dobra swojego syna.
źródło: https://www.imdb.com/
"Ból i blask" to wspaniały przykład nieśpiesznego opowiadania subtelnej opowieści o kryzysie twórczym i rachunku dotychczasowego żywota, w której duże znaczenie ma nie tylko słowo, ale także piękne kadry. Jeżeli macie czasem ochotę odpocząć od natłoku bezsensownych zdarzeń, to w dziele Pedro Almodóvara znajdziecie prawdziwe ukojenie.
źródło: https://www.imdb.com/
Ocena: 8/10.

niedziela, 2 lutego 2020

"Boże Ciało"/"Corpus Christi" (2019)

Każdy z nas jest kapłanem Chrystusa.

Chociaż "Boże Ciało" w reżyserii Jana Komasy miało premierę już 11 października 2019 roku, to nam udało się wybrać na seans dopiero w trakcie renesansu wywołanego przez nominację do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Film reżysera "Sali samobójców" i "Miasta 44" (recenzja) uznałem na początku za niezbyt interesujący z uwagi na kościelną tematykę (tak, nie oglądałem nawet jeszcze "Kleru" Wojtka Smarzowskiego!). I chociaż w trakcie podróży mniejszych i większych wiele czasu spędzamy w kościołach w różnych częściach Europy, to jednak wynika to całkowicie z zainteresowania architekturą a nie obrządkami czy rytuałami. Niemniej oscarowa nominacja jednak coś jeszcze znaczy (ciekawe jak długo?), więc postanowiłem przekonać się czy mamy do czynienia z kolejnym obrazoburczym, antypolskim i antykatolickim tworem, który przed pokazem w jedynej prawdziwej TVP zostanie poprzedzony pogadanką z wyjaśnieniami (vide zdobywca Oscara "Ida")?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Akcja "Bożego Ciała" rozpoczyna się w dosyć nieprzyjaznym poprawczaku, zwanym przez podopiecznych zakładem. Charyzmatyczny ksiądz Tomasz (Łukasz Simlat) stara się trafić do młodzieży odprawiając mszę w wysoce niekonwencjonalny sposób. Pełniący rolę ministranta Daniel (Bartosz Bielenia) wkrótce ma opuścić mury ośrodka i podjąć pracę w tartaku na Podkarpaciu. Chłopak ma akurat dużo szczęścia, ponieważ do zakładu wraca jego stary znajomy Bonus (Mateusz Czwartosz), który pragnie wyrównać stare rachunki. Po przybyciu do wsi Daniel przypadkowo poznaje miejscowego proboszcza (Zdzisław Wardejn), któremu wkręca bajerę, że jest podróżującym młodym księdzem. Wskutek zdrowotnej niedyspozycji farorza, chłopak tymczasowo obejmuje małą parafię w posiadanie.
źródło: https://www.filmweb.pl/
Na wstępie warto zauważyć, że scenariusz autorstwa Mateusza Pacewicza został zainspirowany prawdziwą historią. W 2011 roku w jednej ze wsi na Mazowszu charyzmatyczny osiemnastolatek, wykorzystując chorobę lokalnego proboszcza, przez dwa miesiące udawał księdza zastępując go w pełnieniu posługi kapłańskiej. Oczywiście twórcy nie przenieśli tej opowieści w skali 1:1, dodając m.in. fikcyjny origin story w poprawczaku, ale wcale nie wpłynęło to na poziom realizmu filmu. Niestety zanim zaczęliśmy oglądać "Boże Ciało" zostaliśmy ponownie (jak to zwykle w przypadku polskiego kina) uraczeni długą listą sponsorów oraz różnych instytucji, które przyczyniły się do powstania tego dzieła. Czy naprawdę nie można tego zrobić w bardziej gustowny i mniej widoczny sposób? Wracając jednakże do fabuły historia Daniela pragnącego zostać księdzem (co jest niemożliwe wskutek jego problemów z prawem i pobytu w poprawczaku) jest naprawdę fascynująca i zaskakująca. Sporym zaskoczeniem wydaje się być przemiana głównego bohatera w udawanego kapłana, który mimo pewnych wad, nie ma na celu krzywdzić czy wyzyskiwać finansowo swoich parafian. Głównym celem bohatera staje się po prostu obnażenie hipokryzji i zakłamania mieszkańców wsi, a przede wszystkim wyjaśnienie traumatycznego wypadku samochodowego, w którym zginęło siedem osób. Społeczny ostracyzm dotykający wdowę (Barbara Kurzaj) po jednej z ofiar może wydawać się szokujący, ale doskonale przecież wiecie, że takie rzezy dzieją się obok nas.
źródło: https://www.filmweb.pl/
A ja mam już dość oglądania filmów o takiej Polsce! – podsumowała brutalnie seans w kinie Mikro młoda dama w eleganckich, czarnych szpilkach z kokardkami. Czymże jest zatem taka Polska? "Boże Ciało" nakręcono głównie we wsi Jaśliska położonej w powiecie krośnieńskim w województwie podkarpackim – a zatem Polska B, pełna rozczarowań, przemocy domowej, ciemnoty, biedy i alkoholizmu! Trzeba jednak przyznać, że wspomniana miejscówka ma bardzo ładne położenie i krajobrazy Beskidu Niskiego mogą robić spore wrażenie. Niemniej lokalna młodzież pozbawiona perspektyw wali alko na przystanku PKS, tak jak i za moich młodych lat się waliło w wakacje spędzane u babci w gminie Kije (choć i tak zawsze wolałem miejscówkę na peronie PKP - dzisiaj straszliwie zarośnięte i opuszczone Stawiany Pińczowskie). Wierni chodzą do kościoła raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby wiary, a zaraz po opuszczeniu progów świątyni zapominają o naukach Jezusa obarczając winą za śmierć bliskich niewinne osoby. Genialne wypadła scena z klękaniem w błocie, a przecież motyw z kucaniem zamiast klękania w brudzie możemy znaleźć w znakomitej książce Zimowla mojej serdecznej koleżanki Dominiki Słowik (laureatka tegorocznego Paszportu Polityki). Jan Komasa przedstawia tę historię w niezwykle uniwersalny sposób (trochę przypomina to genialne duńskie "Polowanie"), dzięki czemu mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu w Polsce. Oczywiście, świetnie przedstawiono polską prowincję zarówno pod względem scenografii, jak i dialogów, niemniej nie stanowi to o istocie opowiadanej historii. Jedyne moje większe rozczarowanie dotyczy tak naprawdę kwestii technicznych (a pamiętam doskonale "Miasto 44"), chociaż gdyby się głębiej zastanowić to może takie zdjęcia idealnie podkreślają urodę paździerza polskiej prowincji?
źródło: https://www.filmweb.pl/
Jeśli chodzi o aktorstwo to oczywiście Bartosz Bielenia zasłużył na owację na stojąco. Daniel w jego wykonaniu to postać pełna sprzeczności, ale jednocześnie oddana Bogu i naukom księdza Tomasza o wiele bardziej niż niejeden zawodowy kapłan. Fantastyczne jest to, że ten młody aktor potrafi tak dużo wyrazić wyłącznie swoją twarzą, a w szczególności oczami. Mam nadzieję, że będzie to początek wielkiej i pięknej kariery aktorskiej! Partnerująca mu na ekranie Eliza Rycembel (Eliza) stworzyła także bardzo dobrą kreację dziewczyny borykającej się z matką dewotką i tragiczną śmiercią brata, ale także mającą świadomość kto mógł naprawdę spowodować wypadek. Podium uzupełnia natomiast Łukasz Simlat, wcielający się w niezwykle charyzmatycznego księdza Tomasza, który od samego początku zawłaszcza każdą scenę, w której się pojawia. Warto także docenić casting do roli Bonusa – Mateusz Czwartosz ma taką facjatę, że wyskoczylibyście z telefonu i portfela nawet bez groźby rychłego wpierdolu. Z pozostałych ról warto zwrócić uwagę na Aleksandrę Konieczną (Lidia) oraz Tomasza Ziętka (Pinczer).
źródło: https://www.filmweb.pl/
"Boże Ciało" wydaje się być godnym oscarowym reprezentantem naszej wstającej z kolan ojczyzny, niemniej poziom wyznaczony przez koreański "Parasite" wydaje się być nieosiągalny. Tym razem TVP chyba nie będzie musiało poprzedzać filmu Komasy pogadanką ideologiczną (chociaż nigdy nie wiadomo). Abstrahując od niepoważnej telewizji i jej wysoce szkodliwego przekazu to szczerze polecam "Boże Ciało" – dla roli Bartosza Bielenia, a przede wszystkim dla pouczającej historii o hipokryzji i obłudzie. Ku chwale naszej przaśnej ojczyzny!
źródło: https://www.filmweb.pl/
Ocena: 8/10.

środa, 15 stycznia 2020

"Star Wars: Episode IX - The Rise of Skywalker" (2019)

Confronting fear is the destiny of a Jedi. Your destiny.

Ponieważ przeważnie zachowuję się poważnie i lubię kończyć, to co zacząłem (pozdro Leszek Miller), więc po prostu nie mogłem odpuścić finalnej części ostatniej trylogii. I nie zląkłem się nawet w obliczu fatalnych recenzji "Star Wars: Episode IX – The Rise of Skywalker", a także podejścia niektórych znajomych, którzy położyli przysłowiowego chuja na najnowsze dzieło J.J. Abramsa. Ja po prostu musiałem się wreszcie dowiedzieć w jaki sposób skończy się przygoda rozpoczęta na nowo w 2015 roku! I chociaż ostatnie filmy spod znaku "Star Wars" nie napawały mnie przesadnym optymizmem (choćby borykający się z problemami produkcyjnymi raczej średni "Solo: A Star Wars Story"), to ciekawość jest naprawdę potężną i fascynującą siłą. Zważywszy na dodatek, że "The Last Jedi" pozostawił po sobie spuściznę wielu pytań i wątpliwości, to dwuletnie wyczekiwanie stało się prawdziwą katorgą! Ponieważ jesteśmy już świeżutko po ogłoszeniu nominacji oscarowych, to wspomnę jeszcze, że "The Rise of Skywalker" dostał trzy: oryginalna ścieżka dźwiękowa (w pełni zasłużenie), efekty specjalne i montaż dźwięku. Tym razem na arenę kinematograficznej walki wybraliśmy epicką do granic salę krakowskiego Kina Kijów, która w wigilię Sylwestra zapełniła się jedynie w przygnębiających około 10%.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Tym razem fabuła przekroczyła chyba wszelkie poznane przez ludzkość granice absurdu i nonsensu. Prawie 40 lat po swojej spektakularnej śmierci Imperator Palpatine (Ian McDiarmid) postanowił nagle ożyć wypuszczając na miasto wiadomość, iż planuje wszystko rozpierdolić w drobny mak za pomocą epickiej floty, która kosmicznym kulom się nie kłania. Ponieważ włodarze faszystowsko-militarystycznego Najwyższego Porządku nie do końca wiedzą czy groźby najpotężniejszego lorda Sithów dotyczą również ich wesołej organizacji, Kylo Ren (Adam Driver) wyrusza w nieznane rubieże galaktyki w poszukiwaniu Exogal, mitycznej ojczyzny Sithów. Tymczasem Rey (Daisy Ridley) kontynuuje przyspieszony kurs Jedi, ale wskutek jasnego przekazu Imperatora również siły Ruchu Oporu postanawiają sprawdzić czy stary wróg rzeczywiście powrócił do gry.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Oglądając "The Rise of Skywalker" długimi momentami czułem się jak na seansie jakichś "Avengersów" (i to nie jest zaleta). Akcja toczyła się w tak zawrotnym tempie, że po dwóch tygodniach od seansu nie jestem w stanie przypomnieć sobie większości mniej lub bardziej absurdalnych, ekranowych wydarzeń. Im dalej w film, tym bardziej ogarniało mnie poczucie bezsilności i frustracji, a mantry typu O ja pierdolę!, Kurwa, czy to się dzieje naprawdę? lub J.J., jak ty mogłeś wszystko tak spierdolić? wyrywały się coraz częściej z moich ust. Kuriozów jest tutaj niestety cała masa: od nonsensownej sceny leczenia pustynnego węża (czyżby czerw z "Diuny"?) przez odwiedzanie tysięcy niepotrzebnych nikomu planet w poszukiwaniu magicznych artefaktów Sithów po absurdalny desant konnicy na pokładzie gwiezdnego niszczyciela. Swoją drogą technika musiała pójść naprawdę do przodu, skoro na każdym okręcie Ostatecznego Porządku zamontowano działo do niszczenia planet. Ponadto pojawia się kompletnie nieuzasadniony niczym innym niż poprawność polityczna i całkowicie nic nie wnoszący do akcji wątek homoseksualnych bohaterów (nie krytykuję oczywiście ze względów ideologicznych, lecz z powodu sztuczności i zbędności tej sceny). Fabuła niby wyjaśnia wreszcie pewne kluczowe kwestie (np. pochodzenie Rey i Snoke’a), ale pozostawia całą masę istotnych tematów bez żadnego sensownego wytłumaczenia. Z góry przepraszam za spoilery, ale w tym miejscu po prostu muszę zadać parę pytań, na które nie otrzymałem odpowiedzi:
  • W jaki sposób Imperator przeżył eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci (chociaż w sumie odkąd dowiedziałem się, że Darth Maul żyje, nie uwierzę już w żaden ekranowy zgon)?
  • Dlaczego eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci przetrwała tajna komnata?
  • W jaki sposób, kiedy i gdzie dokładnie została zbudowana flota Ostatecznego Porządku? Skąd rekrutowano załogi okrętów?
  • W jaki sposób Kylo Ren opuścił księżyc Endora?
  • Od kiedy gen. Pryde (Richard E. Grant) jest przełożonym gen. Huxa (Domhnall Gleeson)?
  • Jaki jest związek Finna (John Boyega) i mocy?
  • Dlaczego Imperator wyznaczył dokładny termin uderzenia floty zamiast wykorzystać przewagę zaskoczenia i zaatakować znienacka?
TM & © Lucasfilm Ltd.
Takich pytań można mnożyć dziesiątki, a może nawet setki. Podobnie irytuje natrętny i ordynarny fan service (przykładowo Chewbacca dostaje wreszcie pierdolony medal za zasługi sprzed czterdziestu lat), ale może przejdźmy do tych kilku małych rzeczy, które J.J. Abramsowi się o dziwo udały. Na pierwszy rzut idą oczywiście przeważnie doskonałe i bezbłędne efekty specjalne (przykładowo ogromne fale na księżycu Endora z wrakiem drugiej Gwiazdy Śmierci), które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Choreografie walk na miecze świetlne również wypadły na ekranie olśniewająco, to samo można powiedzieć o lokacjach i kostiumach (np. stylówka Zorii Bliss). Duże wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim wszystkie sceny z Imperatorem oraz jego armią Sithów. Twórcom filmu udało się zbudować niezwykłą grozę i niepokój w tajemniczej kryjówce Palpatine’a, chociaż tron kojarzy się zdecydowanie z popularnym serialem HBO. Chyba największą zaletą "The Rise of Skywalker", i jedynym elementem nawiązującym poziomem do oryginalnej trylogii, jest ścieżka dźwiękowa autorstwa niezawodnego Johna Williamsa. Mimo 88 lat na karku amerykański kompozytor po raz kolejny pokazał prawdziwą klasę, tworząc perełki jak choćby utwór ilustrujący dachową konwersację Poe (Oscar Isaac) i Zorii (Keri Russell).

TM & © Lucasfilm Ltd.
Akapit o aktorstwie i postaciach mógłbym w sumie przekopiować z recenzji poprzedniej części. Zarówno Adam Driver, jak i Daisy Ridley w dalszym ciągu grają to samo, więc ciężko pochwalić któreś z nich. Dodatkowo scenarzyści w irytujący sposób poszerzając zakres nowych mocy Rey (m.in. ręce, które leczą oraz siłowanie się na statki kosmiczne) zmienili tę postać w niemal über-Jedi, która potrafi wszystko. Oscar Isaac (Poe) i John Boyega (Finn) są w miarę w porządku, ale zdecydowanie bez szału. Z wiadomych względów rola Carrie Fisher (Leia) została zredukowana do resztek skrawanych z dostępnych materiałów, a Mark Hamill wraca jedynie chwilami w postaci ducha Mocy. Warto odnotować niezły powrót Billy’ego Dee Williamsa do roli Lando, ale przy okazji można się spytać gdzie była ta fajna postać przez te wszystkie lata i dwie poprzednie części? W porównaniu do pozostałych filmów rola Domhnalla Gleesona (gen. Hux) została zredukowana do absurdalnego wręcz minimum. Jedyna wypływająca z tego korzyść to pojawienie się intrygującej postaci gen. Pryde’a, w którego wcielił się Richard E. Grant. Z największych plusów należy wyróżnić znakomity powrót Iana McDiarmida do roli Imperatora oraz krótki, acz zapadający w pamięć, występ Keri Russell (Zorii Bliss).
TM & © Lucasfilm Ltd.
Przede wszystkim w "The Rise of Skywalker" brakuje nieuchwytnego pierwiastka, czegoś co potrafi sprawić (z wyjątkiem świetnej muzyki Johna Williamsa), że od razu czujemy, iż jest to jedna z TYCH wielkich, uniwersalnych produkcji opowiadających o odwiecznej walce dobra i zła. Film J.J. Abramsa w takiej formie można spokojnie uznać, za jeden z mniej znaczących wytworów uniwersum "Star Wars", a nie epickie uwieńczenie całej trylogii! Osobiście uważam, że jest to największe, obok finału "Gry o tron", rozczarowanie 2019 roku (oczywiście nie liczę "Avengers: Endgame", ponieważ i tak wiedziałem, że wspaniała redukcja herosów w "Infinity War" zostanie zaprzepaszczona). Pozostaje zadać sobie pytanie jaki cel czy idea (oprócz zarabiania monet) przyświecała nowej trylogii? Praktycznie żaden z filmów nie nawiązał poziomem do oryginalnej trójcy, a co więcej można było odnieść wrażenie, że są to ordynarne remake’i poszczególnych odsłon. Najgorsze jednak jest to, że po seansie "The Rise of Skywalker" z sentymentem zacząłem spoglądać w stronę drugiej z trylogii z przełomu stuleci… Chociaż Jar Jar Binks nie został nigdy ujawniony jako lord Sithów, to może właśnie on pociągał od początku za wszystkie sznurki…
TM & © Lucasfilm Ltd.
Ocena: 5/10.

Recenzje pozostałych filmów "Star Wars":

wtorek, 31 grudnia 2019

"Joker" (2019)


For my whole life, I didn’t know if I even really existed.
But I do, and people are starting to notice.

Przyszły listopadowe, chłodne wieczory, więc dysponuję zdecydowanie większą ilością czasu na pisanie, przez co postaram się jak najszybciej nadrobić wczesnojesienne zaległości (edit: pisanie recenzji przeciągnęło się jednak aż do Sylwestra). Dzisiaj zabieram się za laureata Złotego Lwa na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, czyli wychwalanego zewsząd "Jokera" w reżyserii Todda Phillipsa (znanego najbardziej z serii "The Hangover"). Przeważnie sceptycznie podchodzę do kina superbohaterskiego (z naprawdę nielicznymi wyjątkami), ale tym razem miało być inaczej i naprawdę poważnie. Swoją drogą, jeżeli ktoś ogląda wyłącznie mainstreamowe produkcje Marvela albo DC, to chyba nietrudno zaskoczyć go jakimkolwiek głębszym rysem psychologicznym w scenariuszu (wow, to tak można?). Niemniej za najbardziej interesującą kwestię uznałem udział Joaquina Phoenixa w tym projekcie, ponieważ amerykański aktor bardzo starannie dobiera swoje kolejne role i przeważnie nie zalicza lipy. A zatem camaradas, zapraszam na kompletnie nowy origin story jednego z największych zbirów popkultury!
© Warner Bros. Entertainment Inc.
Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) prowadzi marną egzystencję reprezentując biedę w ubogich dzielnicach Gotham City. Dorosły mężczyzna próbuje zarobić na życie jako klaun do wynajęcia. Oglądając wraz z schorowaną matką (Frances Conroy) program rozrywkowy prowadzony przez Murraya Franklina (Robert De Niro) nieustannie marzy o występach jako komik w blasku estradowych świateł. Niestety traumatyczne problemy psychiczne (m.in. napady histerycznego śmiechu), cięcia budżetowe dotykające opieki społecznej oraz braki intelektualne bohatera piętrzą przed nim kolejne problemy. Sytuacji Arthura nie poprawia również dramatyczna sytuacja społeczna w Gotham City i narastająca wśród zwykłych mieszkańców frustracja, coraz częściej przekształcająca się w bezmyślną agresję.
© Warner Bros. Entertainment Inc.
Od razu na muszę Was ostrzec, że "Joker" ma bardzo niewiele wspólnego ze współczesnym kinem superbohaterskim. Jest to raczej wyjątkowo depresyjny dramat psychologiczny, który zdecydowanie wyróżnia się na tle popkulturowej papki serwowanej przez Marvela i DC, dając jednocześnie nadzieję, że nie każda produkcja musi wywoływać uczucie zażenowania i przykrości. Dlatego też cieszy mnie, że ten zwrot ku powadze, dodatkowo oznaczony kategorią R, był w stanie zarobić ponad miliard USD na całym świecie (w trakcie seansu w Kinie pod Baranami pełna sala plus dostawianie krzeseł), a już szerzą się pogłoski o kręceniu kontynuacji. Z kolejną częścią może być oczywiście bardzo różnie, niemniej warto docenić próbę stworzenia czegoś dla trochę ambitniejszej widowni. W przeciwieństwie do większości produkcji Marvela i DC akcja "Jokera" toczy się w wyjątkowo ślamazarnym tempie. Nie uświadczymy spektakularnych efektów specjalnych, epickiej widowiskowości czy zaskakujących zwrotów akcji. Twórcy skupili się natomiast na drobiazgowym ukazaniu wyjątkowo podłej egzystencji kompletnie przeciętnego bohatera. Zatem zamiast oglądać eksplozje i CGI dostajemy sesje z psychoterapeutką, histeryczne napady śmiechu, problemy w pracy, randki i wręcz beznadziejną prozę życia w ubogiej dzielnicy wielkiego miasta.
© Warner Bros. Entertainment Inc.
Świat przedstawiony w "Jokerze" nie jest kolorowym wytworem wyobraźni twórców CGI, lecz paskudnym i odpychającym obrazem najbiedniejszych dzielnic współczesnej metropolii, który dodatkowo pogarszają zalegające wszędzie sterty śmieci. Lokacje w Nowym Jorku, Jersey City czy w Newark idealnie wpisują w się klimat tak przedstawionego Gotham City. Mieszkańcy miasta są po prostu wkurwieni zaistniałą sytuacją, a przede wszystkim bezczynnością i bezradnością ratusza (w tym miejscu serdeczne pozdrowienia dla prezydenta Majchrowskiego). Iluzorycznym promykiem nadziei wydaje się być natomiast potężny i opływający w dostatek Thomas Wayne (Brett Cullen), który postanawia zawalczyć o stanowisko burmistrza. Twórcy bardzo realistycznie przedstawili również proces przeistaczania się wkurwienia zwykłych ludzi w coś przypominającego krwawe rewolucje z ubiegłych stuleci. Warto także pochwalić stronę realizacyjną za świetne kompozycje poszczególnych kadrów oraz bardzo ładne zdjęcia. Na wielki plus zasługuje także dobór utworów do ścieżki dźwiękowej. Niemniej nie wszystko w "Jokerze" wyszło idealnie. Nie zdradzając fabuły muszę przyznać, że w pewnych momentach zabrakło trochę logiki (choć z drugiej strony może to wynikać z nie do końca wiarygodnego źródła narracji), a ponadto kompletnie nie kupuję scen rozgrywających się w programie telewizyjnym Murraya.
© Warner Bros. Entertainment Inc.
Jeżeli chodzi o postać Jokera to zawsze było to dla mnie uosobienie geniuszu podlanego gęstym sosem totalnego szaleństwa. Jednakże Arthur Fleck w wykonaniu Joaquina Phoenixa to postać borykająca się oczywiście z ogromnymi problemami psychicznymi, ale jednocześnie średnio ogarnięta pod względem życiowym oraz nieprzejawiająca większych oznak wybitnej inteligencji (tzw. ofiara losu). Poruszająca kreacja amerykańskiego aktora wzbudza poczucie litości oraz współczucia, nawet mimo zła czynionego przez tę postać. Litujemy się bowiem nad losem człowieka, który tak naprawdę nie miał żadnego wpływu na swoje traumatyczne dzieciństwo i starał się postępować w miarę dobrze. Jest to całkowicie odmienne podejście do Jokera niż dotychczas i z pewnością zasługuje na uznanie. Niestety nie wszyscy aktorzy dostosowali się poziomem do występu Joaquina Phoenixa. Największe zarzuty żywię oczywiście pod adresem wielkiego Roberta De Niro, który wcielił się w kompletnie pozbawionego charyzmy i średniozabawnego Murraya. Muszę przyznać, że zjazd formy Roberta chyba nie zostanie powstrzymany, gdyż nawet ostatni występ w "Irlandczyku" nie pozostawił u mnie większych emocji. Na trochę większe uznanie zasłużył natomiast Brett Cullen wcielający się w zarozumiałego i aroganckiego Thomasa Wayne’a oraz Frances Conroy grająca matkę Arthura.
© Warner Bros. Entertainment Inc.
W kompletnie nudnym i przewidywalnym kinie superbohaterskim „Joker” rozbłysnął niczym supernowa. Mam nadzieję, że odmienność wniesiona przez film Todda Phillipsa nie zgaśnie równie szybko jak się pojawiła i będzie kontynuować trend zdecydowanie bardziej poważnego podejścia (vide "Watchmen") do superbohaterów oraz ich odwiecznych przeciwników.
© Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 8/10.

środa, 6 listopada 2019

"Captain Marvel" (2019)

I'm kind of done with you telling me what I can't do.

Ostatnio miałem trochę dłuższą przerwę w pisaniu wynikającą przede wszystkim z lenistwa, ale także długo wyczekiwanych wakacji, podróży mniejszego kalibru oraz świetnej pogody w październiku, którą wykorzystałem do nabijania statystyk w Wavelo. Niemniej, ponieważ tegoroczny listopad nie jest już tak ciepły, to mam nadzieję powrócić w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Na pierwsze uderzenie po powrocie wybrałem film może niezbyt ambitny, ale przynajmniej wydaje mi się, że tekst powstanie w miarę szybko, gładko i przyjemnie. Po ogromnym sukcesie "Wonder Woman" z 2017 roku (a był to naprawdę jeden z lepszych filmów superbohaterskich, chociaż warto również obejrzeć w ramach uzupełnienia wciągający "Professor Marston and the Wonder Women"), również Marvel zapragnął mieć swoją własną Gal Gadot (a przede wszystkim zarobić jeszcze więcej milionów monet). "Captain Marvel" stanął zatem do morderczego pojedynku o prymat najlepszej superbohaterki w dziejach!
© Marvel
W kwestii fabuły muszę napisać, że jeżeli chcecie w pełni czerpać radość z przygód Kapitan Marvel to należy na bok odłożyć wiele uprzedzeń i oczekiwań odnośnie sensowności i logiki filmu. Ale z drugiej strony podejrzewam, że niejedna produkcja Marvela za Wami, więc nie jesteście amatorami w takich zagrywkach. Tym razem akcja rozpoczyna się na planecie Hala, ojczyźnie zaawansowanej technologicznie rasy Kree, rządzonej przez sztuczną inteligencję (Annette Bening). Vers, trapiona dziwnymi snami, (Brie Larson, laureatka Oscara za "Room") zakończywszy szkolenie trafia do elitarnego oddziału dowodzonego przez Yon-Rogga (Jude Law). Jednostka bierze udział w wieloletniej wojnie z rasą zmiennokształtnych Skrullów, którzy okrutnie i krwawo podbijają kolejne planety w galaktyce. Jednakże pomimo niezwykłych umiejętności, Vers już w trakcie pierwszej misji trafia do niewoli, a następnie po brawurowej ucieczce trafia na Ziemię, gdzie staje przed szansą wyjaśnienia pełnej tajemnic przeszłości.
© Marvel
Nie muszę chyba przypominać, że nie jestem marvelowskim nerdem i całą wiedzę o tym uniwersum czerpię raczej z wybranych produkcji, aniżeli z komiksowych pierwowzorów. Wybaczcie zatem moją ignorancję w pewnych kwestiach oraz ewentualne błędy merytoryczne. Pod wieloma względami "Kapitan Marvel" wpisuje się w typowe schematy i klisze doskonale znane i nielubiane z dotychczasowego dorobku MCU. Ciężko w zasadzie oceniać fabułę pod względem sensowności i logiki, skoro na przykład główna bohaterka przez dłuższy czas nie widzi niczego niezwykłego w swoich unikalnych umiejętnościach, sądząc chyba, że jest zwyczajną przedstawicielką rasy Kree. Oczywiście drużyna Yon-Rogga składa się z przedstawicieli wielu różnych kolorów skóry (ciekawe jednak, że dowodzi akurat biały), niemniej to już widzieliśmy choćby w pierwszym "Thorze". Klasycznie standardowym sposobem na załatwianie problemów nie jest używanie zaawansowanej technologicznie broni, lecz honorowa walka wręcz. Niemniej, jeżeli pominiemy większe i mniejsze głupotki scenariusza, to na "Captain Marvel" można się nawet całkiem nieźle bawić. Moim zdaniem jest to idealny film na kacowe popołudnie albo wieczorne, kompletne odmóżdżenie po wyczerpującym dniu (chociaż jeśli jest ciepło to polecam zdecydowanie bardziej aktywność fizyczną: rower, bieganie, etc.). Nie jest to może poziom zaprezentowany przez naprawdę zaskakujące "Wonder Woman" (z tymi pochwałami też nie można przesadzać), ale wchodzi naprawdę spoko i przynosi trochę radości w szarej, codziennej egzystencji.
© Marvel
Co zatem sprawia, że "Captain Marvel" wyróżnia się tle pozostałych produkcji MCU? Po pierwsze odbieram ten film jak swoisty pastisz całej dotychczasowej konwencji, cechujący się zdecydowanie lżejszym (mniej patosu – yeah!!!), a wręcz ironicznym podejściem do tematu. Doskonale ilustruje to na przykład jedna ze scen ukryta w napisach końcowych (Flerken i Tesseract), epickie sprinty odmłodzonego Samuela L. Jacksona czy jego wyjątkowa zażyłość z sympatycznym kotem o imieniu Goose (partner Mavericka z "Top Gun" zawsze w naszych homoerotycznych sercach!). Dodatkowo Stan Lee dostał bardzo fajne cameo, które w zasadzie jest kwintesencją humorystycznej konwencji. Po drugie "Kapitan Marvel" bardzo mocno opiera się na nostalgii za latami 90-tymi XX wieku, w których akurat miałem okazję spędzić dzieciństwo i początki nastoletniości. Nawiązań jest tu naprawdę multum, więc nie ma sensu ich wszystkich wymieniać. I tak w zasadzie możemy płynnie przejść do trzeciej zalety, czyli ścieżki dźwiękowej, która zrobiła na mnie więcej niż dobre wrażenie. Usłyszeć na ekranie Come As You Are Nirvany to coś naprawdę wyjątkowego!
© Marvel
Czwarta przewaga "Kapitan Marvel" nad resztą stawki opiera się natomiast na fantastycznej, ekranowej chemii między wcielającą się w główną rolę Brie Larson, a weteranem kinematografii Samuelem L. Jacksonem (Nick Fury). Nie jest to oczywiście poziom Vincenta i Julesa z "Pulp Fiction", ale nie przypominam sobie bardziej zgranej pary herosów w całym MCU. Z prawdziwą i szczerą radością śledziłem przygody dwójki bohaterów na ekranie, ubolewając jednocześnie, że tak rzadko mam okazję oglądać tak owocną współpracę. Ostateczna ocena filmu mogłaby być nawet wyższa, gdyby wreszcie Marvel postarał się bardziej i stworzył prawdziwego villaina z krwi i kości. Mając w obsadzie aktora tak wybitnego jak Jude Law, podobnie jak w recenzowanym niedawno "Królu Arturze" kompletnie zaprzepaszczono potencjał. Sytuacji nie ratuje również Lee Pace (Ronan znany z pierwszych "Strażników Galaktyki"), który pojawia się epizodycznie. Na plus warto zaliczyć podwójne występy Annette Bening (ileż to już lat od "American Beauty"?) oraz Bena Mendelsohna.
© Marvel
"Captain Marvel" nie posiada ambicji do bycia czymś więcej niż czystą rozrywką. I chociaż nawet pod tym względem nie jest tak dobry jak choćby "Wonder Woman", to jednak urzekł mnie pewien lekko ironiczny klimat filmu Anny Boden i Ryana Flecka. Jeśli na dodatek dostajemy znakomitą ekranową chemię między Brie Larson i Samulem L. Jacksonem to i ocena musi być zdecydowanie łaskawsza niż przeważnie.
© Marvel
Ocena: 6/10.