sobota, 2 kwietnia 2016

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 2"



Dzisiaj wreszcie nastał długo oczekiwany i pamiętny dzień, w którym dojdzie do ostatecznej rozprawy z serią "The Hunger Games". Po pierwszej części nie przejawiałem zbyt optymistycznego nastawienia do tematu, ale dostrzegałem pewien ukryty potencjał. Druga odsłona to z pewnością miłe zaskoczenie i solidna dawka rozrywki na konkretnym poziomie, przez którą zacierałem ręce na spektakularny finał. Jednakże pierwszy epizod ostatniej części okazał się dla mnie nawet nie siarczystym policzkiem wymierzonym przez twórców "Igrzysk Śmierci", ale monstrualnym kindybałem w szamot. Wtedy to postanowiłem wykreślić "Mockingjay – Part II" z mojej listy obowiązkowych seansów kinowych. Jednakże, ponieważ czuję się wyjątkowo niekompletny, gdy nie kończę czegoś co zacząłem (w efekcie tej ułomności obejrzałem wszystkie sezony "Prison Break"), spadł na mnie obowiązek zaliczenia ostatniej części ostatniej części "The Hunger Games" (tym razem naprawdę ostatniej – przynajmniej taką żywię nadzieję).
źródło: http://www.impawards.com
Po tym, jak w pierwszej odsłonie "Kosogłosa" dowiedzieliśmy się wreszcie gdzie jest Peeta (Josh Hutcherson), zjednoczone przed przewodnictwem Dystryktu XIII siły rebelii planują ostateczne rozwiązanie kwestii supremacji Kapitolu. Oczywiście zaszczytna rola w tymże epokowym wydarzeniu została również przypisana Katniss (Jennifer Lawrence). Jednakże dzielna i niezłomna dziewczyna nie weźmie udziału w bezpośrednich starciach z siłami opresyjnego reżimu, lecz podążając za wojskami rebelii ma skupić się na kręceniu materiałów propagandowych. Jak łatwo się domyślić przebiegły plan prezydent Coin (Julianne Moore) nie przypada naszej bohaterce do gustu i tradycyjnie już, niczym Frank Sinatra, postanawia pójść własną drogą.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Jak wspomniałem we wstępie druga część "Kosogłosa" to ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci" (chociaż wyraźnie dostrzegam potencjał na prequele). Czego zatem oczekiwałem od długo wyczekiwanego finału? Epickiej bitwy z rebeliantów z siłami Kapitolu, widowiskowości, wartkiej akcji! A zamiast tego obejrzałem smętne rozmowy o uczuciowym trójkącie, nudne pogadanki o niczym, mało dynamicznej akcji oraz zdecydowanie za wiele ugly cry face. Toż to zakrawa na absurd i nonsens! Ponadto twórcy zaserwowali kilka motywów, które wymykają się mojemu pojmowaniu przedstawionej rzeczywistości. Pierwszy przykład to zmiechy/zmieszańce (jak się dowiedziałem z Internetu są to genetycznie zmodyfikowane stworzenia hodowane w laboratoriach Kapitolu), które wyglądają niczym trochę większy i agresywniejszy Gollum, dodatkowo uzależniony od cracku. Z tego co pamiętam, w żadnej części filmowych "Igrzysk Śmierci" nie było mowy o tym gównie, więc mogłem być z deczka zaskoczony. Druga, w zasadzie nawet bardziej szokująca, sprawa to kobieta-tygrys. Tu komentarz nie jest wystarczający (poza tym nasuwa mi się jedynie WTF?), trzeba to zobaczyć na własne oczy.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Oglądając ostatniego "Kosogłosa" zastanawiałem się kiedy właściwie Kapitol przegrał tę wojnę. W poprzedniej części prezydent Snow napierdalał przecież bombami w Dystrykt XIII aż trzeszczało. A tymczasem, po idiotycznej decyzji Antoniusa (Robert Knepper, legendarny T-Bag z "Prison Break"), elitarne siły utknęły zasypane przez rebelię w jakiejś górskiej twierdzy! Brawo za wybranie na strategosa człowieka o tak wysoce rozwiniętej wyobraźni.  Niemniej wkrótce okazuje się, że były to ostatnie wartościowe jednostki reżimu (lotnictwo też tam ugrzęzło?) i droga do stolicy stoi otworem. W filmie nie zobaczymy zatem epickich bitew, które doprowadziły Kapitol na skraj upadku. Jednakże całe miasto usłane zostało tzw. kokonami – urządzeniami, które opierając się na magicznej technologii stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo dla biednych rebeliantów szturmujących metropolię. Otóż te pułapki są niekiedy tak finezyjne, absurdalnie złożone i nieużyteczne, że aż warto spytać czy nie lepiej było postawić na zawsze solidne siły pancerne i lotnicze? Abstrahując od miotaczy płomieni pragnę zwrócić Waszą uwagę na kokon, który po aktywacji zamknął wejścia na dziedziniec budynku i nie wiadomo skąd zaczął pompować ogromne ilości czarnej mazi, w której mieli utonąć nasi bohaterowie. Trzeba mieć prawdziwą fantazję! Oczywiście, można było również postawić na zawsze skuteczne miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, a dodatkowo usiać miasto snajperami, ale przecież nie jest to wystarczająco finezyjne rozwiązanie. Kolejna szokująca z mojej perspektywy sprawa to straszliwa sztampowość "Kosogłosa". Postacie drugoplanowe giną w regularnych odstępach czasowych, oczywiście niemal wyłącznie w bohaterskich okolicznościach (czasem zdarza się im nawet wygłosić krótki, pełen patosu monolog). A w jaki sposób pozostać nierozpoznanym w samym sercu Kapitolu, gdzie na każdym rogu wisi twoja podobizna? Wystarczy założyć płaszcz z kapturem! A co zrobić, gdy strażnicy pokoju niemalże demaskują twój bezbłędny kamuflaż? Nic, wystarczy poczekać na nieoczekiwany atak rebeliantów. Poza tym uważam, że gdyby Boggs albo w szczególności Gale mieli jaja ze stali to Peeta nie dożyłby do połowy filmu.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Pomyje i gorzkie żale wylane, więc czas przejść do nielicznych pozytywów. Niezaprzeczalnie druga odsłona "Kosogłosa" jest zrealizowana naprawdę sprawnie i potrafię docenić solidne rzemiosło. Efekty specjalne może nie są specjalnie przełomowe, ale także nie raziły mnie szczególnie komputerową nachalnością. Jeżeli miałbym wskazać dlaczego warto obejrzeć ten film to dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy to interesująca scena bombardowania ludności cywilnej pod rezydencją prezydenta Snowa – oczywiście muszę jednak podkreślić, że zdecydowanie zabrakło odwagi w pokazaniu makabrycznych skutków tej zbrodni wojennej. Gdyby zrobiono to choćby tak dobrze jak w "Mieście 44" to byłbym skłonny podnieść ocenę o jedną gwiazdkę za nieszablonowe podejście do tematu. Drugi powód to znakomita rozmowa Katniss i prezydenta Snowa w szklarni – nie wiem czy może nawet nie jest to najlepsza scena w całej serii (oczywiście głównie z powodu Donalda Sutherlanda). Przyznacie jednakże, iż jak na ponad dwugodzinną produkcję to troszkę mało, nieprawdaż?
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Z nieukrywanym żalem oglądałem niemal nieustanną ugly cry face w wykonaniu Jennifer Lawrence. Gdzież się podziała zjawiskowa panna Katniss Everdeen? – pytałem z niedowierzaniem. Otóż Kosogłos w wyjątkowej postaci pojawia się tylko raz i to na dodatek pod sam koniec filmu. Nie chcę tutaj również wspominać o wyborach uczuciowych naszej bohaterki, bo jak absurdalna i nieuzasadniona niczym jest to sytuacja może dostrzec każdy. Josh Hutcherson tym razem wciela się w Peetę wychodzącego powoli z uzależnienia od mefedronu. Na tle jego miałkości Liam Hemsworth (Gale) mieni się niczym supernowa. Woody Harrelson w dalszym ciągu gra zapijaczoną wersję samego siebie, a Julianne Moore wydaje się tworzyć podręcznikowy przykład kreacji zimnej suki pozbawionej wszelkich skrupułów. Odniosłem natomiast wrażenie, że sceny ze zmarłym Philipem Seymourem Hoffmanem znalazły się w filmie trochę na siłę. Niemniej po raz kolejny produkcję kompletnie zawłaszczył Donald Sutherland – nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego w roli prezydenta Snowa i w mojej opinii to właśnie ten aktor jest największym zwycięzcą całego przedsięwzięcia.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Recenzja trochę się rozciągnęła w czasie i przestrzeni, ale wreszcie nastał czas na podsumowanie. Jako ostatnia część cyklu "Kosogłos" kompletnie zawiódł moje oczekiwania (a raczej oczekiwania jakie miałem przed obejrzeniem pierwszej części finału). Żenujące, idylliczne zakończenie uwydatnia jedynie miałkość "Igrzysk Śmierci" jako całości. Oczywiście brakuje odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtują po upadku Kapitolu. Niemniej twórcy poszli na łatwiznę, olewając nieuchronny problem anarchii po likwidacji opresyjnego reżimu i skupili się na bajkowej przyszłości Katniss. Po drugiej części serii miałem naprawdę wybujałe oczekiwania, ale niestety okazało się, że był to jedynie ulotny one-time wonder. Pozostaje jedynie po raz kolejny oddać się ubolewaniom nad zmarnowanym potencjałem "The Hunger Games" i wyczekiwać na ewentualny reboot.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10 (jedna gwiazdka za Donalda Sutherlanda).

Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

środa, 16 marca 2016

St. Patrick's Day Irish Top 2016



Jak powszechnie wiadomo jutro nastanie najważniejszy dzień w roku dla każdego prawdziwego Irlandczyka, czyli St. Patrick’s Day. Z tej okazji zamiast obchodzić to wspaniałe święto w tradycyjny irlandzki sposób (tj. urżnąć się jak świnia i leżeć w rynsztoku bez życia) proponuję bardzo subiektywny ranking siedemnastu filmów dotyczących Szmaragdowej Wyspy lub też licznej irlandzkiej diaspory. W nawiasach obok filmów podaję moje oceny z IMDB. Przejrzyjcie zatem zestawienie, a potem nie zapomnijcie oczywiście przejść do tradycyjnych, typowo irlandzkich, obchodów Dnia Świętego Patryka! Sláinte!
źródło: http://www.irishcentral.com
W tym roku obchodzimy stulecie Powstania Wielkanocnego, w związku z czym nie zapomnijcie wychylić niejednej szklaneczki whiskey lub pinty irlandzkiego ale za bohaterów 1916 roku oraz za niepodległą, zjednoczoną Republikę Irlandii, dla której wielu z nich poświęciło swoje życie. Chwała bohaterom! Sláinte!
źródło: Laura Hutton/Photocall Ireland
Na początek kilka pozycji, które wypadły z poprzednich edycji rankingu, ale warto o nich wspomnieć z różnorodnych powodów. Ławka rezerwowych przedstawia się następująco:
  • "Blown Away" (4/10) RECENZJA - An Irish bomber escapes from prison and…I chuj! Głupawość, sztampowy scenariusz i maksymalne przeszarżowanie kreacji Tommy’ego Lee Jonesa skutecznie zniechęcają do ponownego obejrzenia "Blown Away". Jako plus albo minus (wedle Waszego uznania) można zaliczyć kilka piosenek U2. Sláinte!
  • "Hallow" a.k.a. "The Woods" albo "Hubopysk" (4/10) RECENZJA – zapowiadało się na coś w rodzaju irlandzkiego "Evil Dead", ale wyszło wprost tragicznie. Polecam wyłącznie najbardziej hardcore’owym miłośnikom kina grozy. Sláinte!
  • "The Crying Game" (5/10) – jeśli popatrzycie na opis fabuły oraz noty filmu Neila Jordana na IMDb to możecie pomyśleć, że jest to najprawdziwsza perełka. Niestety "Gra pozorów" to absolutna porażka z jednym z najbardziej pojebanych twistów w dziejach. Sláinte!
  • "Patriot Games" (5/10) – lekkie, niezobowiązujące kino akcji spod znaku Toma Clancy’ego. Harrison Ford z CIA vs. Sean The Living Spoiler Bean reprezentujący IRA. Produkcja sprawnie nakręcona i warta jednokrotnego obejrzenia – niestety, spędziwszy o wiele za wiele czasu z Polsatem, znam film Phillipa Noyce’a niemalże na pamięć. Sláinte!
  • "Devil’s Own" (5/10) RECENZJA – znowu Harrison Ford (jakże on musi nienawidzić Irlandczyków!), ale tym razem contra Brad Pitt. Zamiast skupić się grze aktorskiej i nakręceniu porządnego thrillera, ekipa musiała borykać się z mordobiciami odtwórców głównych ról oraz poważnymi konfliktami na planie. Mogło być zdecydowanie lepiej, ale cóż poradzić – takie jest widocznie irlandzkie szczęście. Sláinte!
  • "Brooklyn" (5/10) RECENZJA – świeżutka, totalnie przereklamowana ekranizacja bestsellerowej powieści Colma Tóibína, którą dodatkowo, kompletnie nie wiadomo za co, uhonorowano oscarową nominacją w kategorii najlepszy film. Wyłącznie dla miłośniczek rzewnych i totalnie przewidywalnych romansów. Sláinte!


17) "Veronica Guerin" (6/10) – film zdecydowanie bardziej poważny niż poprzednia pozycja: dziennikarka na tropie zbrodni. Ciekawostka: pojawia się tu Martin Cahill, który pojawi się również w dalszej części naszego rankingu i to przedstawiony znacznie sympatyczniej. Sláinte!

16) "Michael Collins" (6/10) – życiorys jednego z największych nowożytnych herosów Irlandii oraz twórcy Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Niestety zbyt cukierkowy, toteż niska pozycja w rankingu. Mocne sceny z Powstania Wielkanocnego wielką zaletą filmu Neila Jordana. Sláinte!

15) "Calvary" (6/10) RECENZJA – historia dobrego księdza, któremu pozostało dokładnie siedem dni życia. Znakomite dialogi, Brendan Gleeson, Kelly Reilly i piękne plenery hrabstwa Sligo, aczkolwiek pod względem fabularnym film pozostawia wiele do życzenia. Sláinte!

14) "The Boondock Saints" (7/10) – niemal perfekcyjne kino rozrywkowe: Willem Dafoe, Sean Patrick Flanery oraz Norman Reedus. Sláinte!

13) "Road to Perdition" (7/10) RECENZJA – tym razem nie Szmaragdowa Wyspa, lecz dzieje dumnych irlandzkich emigrantów po drugiej stronie oceanu. Mocne kino osadzone na początku lat 30-tych XX wieku. Sláinte!

12) "The Guard" (7/10) – dla odpoczynku od poważnych tematów polecam lekką komedyjkę z kilkoma świetnymi żartami. W przeciwieństwie do większości polskich filmów rozrywkowych nie obraża niczyjej inteligencji. Wielkim plusem wspaniała obsada: Brendan Gleeson, Don Cheadle oraz Mark Strong. Sláinte!

11) "Shadow Dancer" (7/10) RECENZJA – członkini Tymczasowej IRA, schwytana po nieudanym zamachu w Londynie przez funkcjonariuszy MI5, staje przed trudnym wyborem między długoletnią odsiadką w więzieniu albo współpracą z brytyjskim kontrwywiadem. Absolutnie obowiązkowa scena pogrzebu! Sláinte!

10) "The General" (7/10) – historia Martina Cahilla, znanego dublińskiego przestępcy przedstawiona w kontekście o wiele bardziej pozytywnym niż w "Veronice Guerin". Brendan Gleeson zawsze na propsie! Sláinte!

9) "Hidden Agenda" (7/10) RECENZJA - pozycja obowiązkowa nie tylko dla wszystkich zafascynowanych Szmaragdową Wyspą, ale także miłośników thrillerów politycznych, w których świat brytyjskiej polityki oraz arystokracji przenika się w niemal każdym aspekcie z działaniami wywiadu. Oklaski dla Kena Loacha za odwagę – w szczególności za znakomite, kompletnie nie akceptowalne w Hollywood zakończenie. Sláinte!

8) "’71" (7/10) RECENZJA – historia młodego, angielskiego żołnierza pozostawionego na pastwę losu na pełnych przemocy ulicach Belfastu. Narastający na sile konflikt katolików z protestantami, niejednoznaczna postawa brytyjskich służb specjalnych oraz nocne stolicy Ulsteru – czegóż chcieć więcej? Sláinte!

7) "Philomena" (7/10) RECENZJA – wprost genialna rola Judi Dench (w pełni zasłużona oscarowa nominacja) w zabawno-smutnej produkcji opartej na prawdziwej historii. Sláinte!

6) "In the Name of the Father" (8/10) – mocne kino o niefortunnych skutkach urodzenia się w Irlandii Północnej i bycia katolikiem. Jim Sheridan po raz pierwszy. Sláinte!

5) "The Wind That Shakes the Barley" (8/10) – dramatyczna historia o początkach Wolnego Państwa Irlandzkiego ukazana przez pryzmat dwóch braci, którzy dokonują diametralnie różnych wyborów. Przed seansem zalecana krótka lekcja XX-wiecznej historii Irlandii, żeby potem nie narzekać jak niedoszły absolwent Wydziału Historycznego UJ, że nie wiadomo ocb. Sláinte!

4) "The Boxer" (8/10) – wspaniała produkcja Jima Sheridana rozgrywająca się pośród smutnych ulic podzielonego Belfastu. Plus Daniel Day-Lewis oraz Emily Watson – czegóż chcieć więcej? Sláinte!

3) "Hunger" (8/10) RECENZJA – chłodny zapis ostatnich miesięcy życia Bobby’ego Sandsa, żołnierza IRA, który w proteście przeciwko odebraniu republikanom statusu więźniów politycznych rozpoczął strajk głodowy w niesławnym więzieniu Maze. Mocne i bardzo brudne (dosłownie!) kino. Sláinte!

2) "Bloody Sunday" (8/10) – niemal dokumentalny zapis pokojowej manifestacji zorganizowanej przez NICRA w Derry 30 stycznia 1972 roku, która przerodziła się w jedną z największych tragedii w Sześciu Hrabstwach. Dzięki błyskotliwej akcji brytyjskich żołnierzy zastrzelono 13 nieuzbrojonych uczestników marszu (czternasta ofiara zmarła w szpitalu) w Bogside. Pod względem oddania realizmu absolutne mistrzostwo! Sláinte!

1) "The Long Good Friday" (9/10) RECENZJA – co prawda głównym bohaterem filmu jest londyński gangster bez wątpienia angielskiego pochodzenia, ale przekonajcie się sami dlaczego film Johna Mackenzie zajął pole position w moim zestawieniu. Jest to na tyle nieznana w Polszy produkcja, że nie napiszę ani słowa więcej! Sláinte!
źródło: http://www.irishtimes.com
Tiocfaidh ár lá!

czwartek, 10 marca 2016

"Spotlight"



Tegoroczne Oscary już dawno rozdanie, ale ja w dalszym ciągu kontynuuję przygodę zarówno ze zwycięzcami, jak i tymi, którym ostały się jeno nominacje. Dzisiaj na świeczniku ląduje nagrodzony statuetką za najlepszy film "Spotlight" w reżyserii Toma McCarthy’ego. Co prawda możecie nie kojarzyć gościa z jego dotychczasowych osiągnięć reżyserskich, niemniej wszyscy fani legendarnego "The Wire" powinni pamiętać go z roli Scotta Templetona, de facto dziennikarza śledczego o dosyć specyficznym (w zasadzie kreatywnym) podejściu do zbierania informacji, który wypłynął na szerokie wody w ostatnim sezonie serialu. Tytułem wstępu jestem zmuszony wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Wkrótce po ogłoszeniu werdyktu Akademii, z którym można się zgadzać lub nie, "Spotlight" znalazł się w ogniu krytyki przedstawicieli tzw. polskiej myśli nacjonalistyczno-prawicowej (m.in. Łukasz Warzecha, Marek Migalski), którzy, jak można śmiało podejrzewać, nawet nie obejrzeli filmu. Oczywiście, reprezentując typowo polskie podejście, należy piętnować wszelkie produkcje szkalujące (przez to słowo należy rozumieć ujawniające skandale pedofilskie) dobry kościół katolicki oraz reprezentować tzw. linię prawicowego bólu dupy, gdy jakiś antypolski film dostanie statuetkę (vide zeszłoroczny casus "Idy").
źródło: http://www.impawards.com
Jak na ironię "Spotlight", oparty na prawdziwych wydarzeniach, opowiada historię dziennikarzy śledczych pracujących w specjalnym dziale Boston Globe. Wraz z nadejściem nowego redaktora (Liev Schreiber) tytułowy Spotlight otrzymuje zadanie przygotowania artykułu o pedofilii szerzącej się pośród księży katolickich w Bostonie. Gdy zespół dziennikarzy kierowanych przez Waltera Robinsona (Michael Keaton) rozpoczyna mozolny, wielomiesięczny i niezwykle skomplikowany proces zbierania oraz weryfikacji materiałów, nikt nie spodziewa się jak szerokie kręgi zatoczy szokująca opinię publiczną afera.
źródło: Open Road Films, LLC
Osobiście nie przepadam za filmami o dziennikarskim rzemiośle, a co więcej pogardzam wieloma przedstawicielami tegoż zawodu (średnie wspomnienia ze studenckich praktyk w lokalnej rozgłośni radiowej). Oczywiście, mając to na uwadze, możecie zarzucić mi, że już na starcie uprzedziłem się do "Spotlight". Częściowo jest to niestety prawda, ponieważ produkcję Toma McCarthy’ego obejrzałem głównie z powodu oscarowej nominacji, która przerodziła się finalnie w statuetkę, ale również, aby dać odpór prawicowo-nacjonalistycznej ciemnocie. Gdyby nie wspomniane czynniki zapewne ominąłbym film szerokim łukiem, ponieważ tego rodzaju tematyka raczej średnio mnie interesuje (a mam długą listę filmów, które chcę zobaczyć i naprawdę niewiele wolnego czasu, żeby to zrobić). Z pewnością trudno zaliczyć "Spotlight" do efektownych produkcji – akcja wlecze się wyjątkowo mozolnie, często na ekranie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego, a kolejne przełomy w śledztwie są tak naprawdę mało przełomowe (przynajmniej dla mnie). Niemniej chyba tak właśnie wygląda praca dziennikarska – brak efektowności i powolne zbieranie danych.
źródło: Open Road Films, LLC
Czy zatem "Spotlight" można uznać za atak na kościół katolicki? Jeżeli przez słowo atak rozumiemy ujawnienie pedofilskiego skandalu, w których uczestniczyło kilkudziesięciu księży w samym Bostonie, a najwyżsi kościelni dostojnicy przez długie lata tuszowali ich wybryki, to zdecydowanie tak. Oglądając film Toma McCarthy’ego zaszokowała mnie tak naprawdę jedna rzecz. Sam problem pedofilii w kościele nie jest mi obcy (przytoczmy choćby głośne skandale w Irlandii), ale twórcy znakomicie przedstawili zmowę milczenia, która obejmuje nie tylko ofiary i sprawców, lecz niemal całą, lokalną społeczność katolicką. Nie może zatem dziwić, że ludzie, którzy zdecydowali się przerwać milczenie, automatycznie stają się wyrzutkami, a próby uzyskania informacji od zatwardziałych w wierze katolików są przeważnie całkowicie bezowocne. Układ obejmuje także wyższe sfery – absolwentów prestiżowej szkoły, którzy w dorosłym życiu zostali prawnikami, dziennikarzami czy też innymi wpływowymi personami. Za niezwykle realistyczne przedstawienie tegoż zamkniętego kręgu milczenia należą się twórcom spore brawa. Ogólny poziom realizacji tego projektu można określić mianem solidnego rzemiosła – zdjęcia są w porządku, a ścieżka dźwiękowa jest mało nachalna (po seansie myślałem, że w ogóle jej nie było, ale na YouTube można znaleźć parę ładnych utworów).
źródło: Open Road Films, LLC
Jeśli chodzi o aktorstwo to tak naprawdę trudno mi wskazać jakieś wyróżnienia dla członków zespołu Spotlight. Odrodzony Michael Keaton jest w porządku, ale z drugiej strony jego rola nijak ma się do epickiej kreacji w "Birdmanie". Z kolei Mark Ruffalo (Mike Rezendes) epatuje jakiś dziwnym dupościskiem połączonym z ADHD, więc żywię mieszane uczucia. Rachel McAdams (Sacha Pfeiffer) położyła całkowicie drugi sezon "True Detective", więc przez jakiś czas nie mam ochoty oglądać jej na ekranie. Briana d'Arcy Jamesa (Matt Carroll) zapamiętałem na tyle, żeby napisać, że był spoko. Oczywiście warto pamiętać, że aktorzy wcielili się w rzeczywiste osoby, które często pomagały im w przygotowaniach do roli. Niestety żaden z powyższych bohaterów nie był w stanie przykuć mojej uwagi na dłuższą chwilę. O wiele ciekawej wypadły postacie drugoplanowe: Liev Schreiber, wcielający się w mściwego żydowskiego redaktora naczelnego, ale przede wszystkim Stanley Tucci (Mitchell Garabedian), w znakomitej roli ormiańskiego prawnika tropiącego pedofilskie afery. Przypadkowy spisek syjonistyczno-ormiański? Nie sądzę!
źródło: Open Road Films, LLC
Chociaż "Spotlight" epatuje wyjątkową solidnością, to z dotychczas obejrzanych przeze mnie nominowanych filmów statuetkę przyznałbym "Mad Maxowi". Niemniej polecam zapoznać się z produkcją Toma McCarthy’ego choćby z tytułu braku efektowności i raczej realistycznego przedstawienia dziennikarskiego rzemiosła. Fascynujący wydaje się również fakt, że w początkach XXI wieku kościołowi katolickiemu w dalszym ciągu udawało się ukrywać aferę pedofilską na tak ogromną skalę. Z kolei wszystkim bezkrytycznym fanatykom polskiego papieża pragnę zadedykować napisy pojawiające się po ostatniej scenie filmu.
źródło: Open Road Films, LLC
Ocena: 7/10.

środa, 2 marca 2016

"Brooklyn"



W tym roku pod względem nominacji oscarowych trochę u mnie słabo, ponieważ pisząc te słowa obejrzałem dopiero cztery z ośmiu filmów, a ceremonia zbliża się wielkimi krokami. W zasadzie, kiedy będziecie czytać niniejszą recenzję, wszystkie nagrody już będą rozdane (no chyba, że umrę jutro, a moja rodzina postanowi nie zarabiać na mojej twórczości i nigdy nie opublikuje tego epickiego tekstu). Niemniej również coraz bliżej do marca oraz kolejnej odsłony dorocznego rankingu najlepszych produkcji dotyczących Irlandii. Nie może zatem nikogo dziwić, że warsztacie wylądował "Brooklyn" w reżyserii Johna Crowleya, oparty na oczywiście bestsellerowej powieści Colma Tóibína. Książka porusza bowiem ważny problem, obecny od wieków w historii Szmaragdowej Wyspy, a mianowicie emigrację. Wspomnijmy choćby słynny odlot earlów z 1607 roku, kiedy to earl Tyrone, Hugh O’Neill, oraz jego zwolennicy opuścili Hibernię, Dzikie Gęsi służące w na przestrzeni wieków w kontynentalnych armiach czy olbrzymią wprost falę migrantów w okresie Wielkiego Głodu. Jednakże nawet, gdy Irlandia stała się niepodległą republiką, emigracja zarobkowa w dalszym ciągu drenowała zasoby ludzkie tego państwa. I właśnie tego rodzaju historię przedstawia, rozgrywający się w początkach lat 50-tych ubiegłego stulecia, "Brooklyn".
źródło: http://www.impawards.com
Enniscorthy, położone w hrabstwie Wexford, to małe miasteczko, w którym tradycyjnie nie ma zbyt wielu perspektyw na lepszej jakości życie. Szczególnie jeśli mówimy o Republice Irlandii na początku lat 50-tych XX wieku. Dziwnym nie jest zatem, że Eilis (Saoirse Ronan), choć kocha swoją rodzinę, marzy o czymś więcej niż pracy w sklepie ogólnospożywczym w roli ekspedientki. Niebywała szansa na odmianę losu nadarza się, gdy siostra naszej bohaterki (Fiona Glascott), dzięki kontaktom z sympatycznym księdzem Floodem (Jim Broadbent), załatwia dziewczynie możliwość zarobkowego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Targana wątpliwościami Eilis w końcu decyduje się wyruszyć do Nowego Jorku, by zmienić swoje życie.
20th Century Fox Film Corporation
Spodziewałem się, że "Brooklyn" będzie naprawdę poważnym filmem z pełnią szarej prozy życia na irlandzkiej prowincji oraz klepaniu imigranckiej biedy w Nowym Jorku. Niestety pomyliłem się, gdyż twórcy postanowili zafundować mi niemal bajkową historyjkę, która dodatkowo kompletnie zniechęciła mnie do przeczytania książkowego pierwowzoru. I to wszystko za jednym zamachem! Naprawdę, jestem pełen uznania. Całkowicie nie kupuję świata przedstawionego w "Brooklynie". Irlandzka prowincja może nie jest szczytem marzeń dla każdego człowieka, ale w zasadzie nie dzieją się tam większe dramaty. Mogę nawet wyjątkowo przewrotnie napisać, że wystarczy śmierć jednej osoby i skończenie kursu księgowości, aby przenieść egzystencję na zdecydowanie wyższy poziom. Nie wiem ponadto jak srogie hajsy zarabiała Eilis w domu towarowym, ale to musiał być naprawdę rzetelny bilon. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć milion ubrań, par butów (zauważcie, że w każdej z późniejszych scen rozgrywającej się w Republice bohaterka nosi inne buty) oraz okularów? W jaki sposób osoba pracująca na tak niskim stanowisku mogła sobie pozwolić na podróże przez Atlantyk i spędzenie beztroskiego miesiąca w hrabstwie Wexford?
20th Century Fox Film Corporation
Przeboleję jeszcze brak jakiejkolwiek wzmianki o ucisku irlandzkiej ludności w Sześciu Hrabstwach – nie jest to przecież dramat społeczny, lecz raczej melodramat czy też romans, a IRA wówczas dopiero szykowała się do Operacji Żniwa. Niemniej zero, dosłownie zero, odniesień do mafii w sytuacji, gdy wybranek naszej bohaterki jest Włochem? Absurd i nonsens. I dodam jeszcze, że jest typowym przedstawicielem włoskiej mniejszości w USA, zakochanym w baseballu i pożywiającym się wyłącznie spaghetti wraz z wielodzietną rodziną (na dodatek to hydraulik jak Mario - tak bardzo niestereotypowo). Oczywiście nie mam nic przeciwko temu międzyetnicznemu mezaliansowi – w USA zrodził się nie jeden dziwny związek (najlepszy przykład to legendarny irlandzki polityk, Éamon de Valera), ale zdecydowanie zamiast lukrowania rzeczywistości preferuję szarą prozę egzystencji. O ile Włosi zostali potraktowani stereotypowo to muszę stwierdzić, że zdecydowanie zabrakło konsekwencji w przypadku Irlandczyków. Niestety obraz zapijaczonych, rebelianckich meneli kłóciłby się z idealistyczną wizją przedstawioną w filmie. O ile mnie pamięć nie myli to w "Brooklynie" spożywa się jedynie kilka pint Guinnessa, więc zdecydowanie nie polecam tej produkcji na Dzień Świętego Patryka. Natomiast w kontekście "Spotlight" należy wspomnieć o dobrych katolickich księżach, którzy nikogo nie zgwałcili (choć może to jedynie wynikać z faktu, że główna bohaterka jest już dosyć wyrośniętą dziewczyną, a zatem znajduje się poza kręgiem ich zainteresowań seksualnych).
20th Century Fox Film Corporation
Ponieważ nie obejrzałem jeszcze wielu produkcji nominowanych do tegorocznych Oscarów trudno mi ocenić czy Saoirse Ronan zasłużyła by znaleźć się w gronie nominowanych. Co prawda darzę ją sporym szacunkiem, ale kreacja Eilis nie urwała mi dupy w jakiś szczególny sposób. Dziewczyna się stara, ale scenariusz jest tak miałki, że naprawdę trudno cokolwiek z niego wykrzesać. Tego problemu nie ma natomiast w przypadku Emory’ego Cohena (Tony), który dodatkowo charakteryzuje się wysoce włoską aparycją. Fatalna rola, zagrana z taką jakąś dziwaczną manierą przypominającą lekkie upośledzenie. Prawdziwym dramatem "Brooklynu" jest całkowity brak interesujących oraz wyrazistych postaci drugoplanowych. W zasadzie jedyną kreacją wartą wzmianki jest rola Domhnalla Gleeson, wcielającego się w Jima – irlandzką alternatywę dla naszej bohaterki – oraz Fiona Glascott grająca Rose, siostrę Eilis. Reszta postaci to albo pocieszni Włosi, dobrzy irlandzcy księża lub też zawistne, małomiasteczkowe kobiety w podeszłym wieku. Bardzo odkrywczo i tak mało stereotypowo.
20th Century Fox Film Corporation
"Brooklyn" odbieram jako kompletne rozczarowanie. Mimo pokładanych nadziei na solidną prozę życia otrzymałem polukrowaną, rzewną bajkę, w której irlandzka dziewczyna musi dokonać trudnego wyboru między ubogim włoskim hydraulikiem a prowincjonalnym Irlandczykiem (który de facto wcale nie jest odrażający ani szpetny, a ponadto dysponuje rzetelnym bilonem oraz solidnym kwadratem). Jeżeli macie ochotę poświęcić niemal dwie godziny na rozwiązanie tego dylematu Eilis to bawcie się dobrze. Brak nominacji dla "The Hateful Eight" czy "Sicario" za najlepszy film przy takim poziomie "Brooklynu" uważam za wyjątkową szyderę.
"Tyle hajsu... Pewnie mogą kupować w Almie, huh?"
20th Century Fox Film Corporation
Ocena: 5/10 (podnoszę za irlandzką tematykę).

środa, 24 lutego 2016

"Black Dahlia"



Całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się po raz pierwszy z prozą Jamesa Ellroya. Na moim biurku wylądowała powieść otwierająca tzw. kwartet L.A. – Czarna Dalia. Lektura jest to zaiste znakomita, więc gorąco polecam ją wszystkim miłośnikom kryminałów noir. Oczywiście po przeczytaniu książki natychmiast zapałałem przemożną chęcią odświeżenia sonie ekranizacji z 2006 roku, którą wyreżyserował Brian De Palma. Znakomita powieść autora "L.A. Confidential" przełożona na język filmu przez twórcę produkcji takich jak "Scarface", "Carlito’s Way", "The Untouchables" czy "Mission: Impossible"? Na pierwszy rzut oka wszystko zapowiadało się znakomicie, bowiem szansa na spierdolenie czegokolwiek przy tak epickich warunkach wydawała się niemal znikoma. Wówczas, gdzieś z najmroczniejszych zakamarków umysłu, zaczęły dobiegać mocno rozmyte w czasie, acz wyjątkowo rozpaczliwe, echa dziewiczego seansu "Czarnej Dalii"…
źródło: http://www.impawards.com
"Black Dahlia" to historia oparta na faktach. 15 stycznia 1947 roku w Los Angeles odkryto makabrycznie okaleczone zwłoki 23-letniej kobiety, Elizabeth "Betty" Short, a w rozwiązanie śledztwa zaangażowano nieproporcjonalnie duże siły policyjne. Niemniej bohaterów filmów poznajemy zanim popełniono tę brutalna zbrodnię. Dwight "Bucky" Bleichert (Josh Hartnett), szeregowy policjant, który z powodu nazistowskich sympatii ojca musiał zakapować swoich kolegów z dzieciństwa, oraz prawdziwa wschodząca gwiazda LAPD, Lee Blanchard (Aaron Eckhart), mają stoczyć pojedynek bokserski. Walka, z uwagi na ich półamatorskie kariery bokserskie, ma przyciągnąć tłumy, a przede wszystkim zapewnić zwiększenie środków na finansowanie policji Los Angeles. Zgodnie z oczekiwaniami porywający spektakl zapewnia granty, ale także staje się trampoliną dla policyjnych karier naszych bohaterów. Nie trzeba chyba dodawać, że wkrótce po wszczęciu śledztwa dotyczącego Czarnej Dalii, Lee oraz Bucky dostają przydział do sprawy tajemniczego morderstwa.
źródło: Universal Pictures
Jeżeli liczycie, że "Black Dahlia" klimatem przypomina legendarne "Tajemnice Los Angeles" to możecie już na samym początku porzucić wszelką nadzieję. Film Briana De Palmy wydaje się być niemal całkowicie wyssany z jakiejkolwiek atmosfery, ocierającej się choćby o klasyczne noir. Niby na pozór wszystko jest w porządku: postacie odziane są w stroje z ówczesnej epoki, jeżdżą odpowiednimi autami itp. – ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że świat przedstawiony w filmie to tak naprawdę marna i sztuczna namiastka tamtej rzeczywistości. Oczywiście wielka w tym zasługa wspaniale dobranej obsadzie, ale temu zagadnieniu jestem zmuszony poświęcić odrębny akapit. Twórcy "Czarnej Dalii" dostali prawdziwą, soczystą pomarańczę w postaci prozy Jamesa Ellroya. Mam świadomość, że wierne przeniesienie na ekran niemal 400-stronicowej powieści może być trudne (o ile w ogóle możliwe), ale scenariusz autorstwa Josha Friedmana zasługuje tylko na jedno słowo podsumowania: abominacja. Mniej więcej od połowy filmu fabuła powieści oraz adaptacji zaczynają się srogo rozjeżdżać – niemal wszystkie pomysły scenarzysty wyglądają na wyjątkowo nieśmieszną parodię prozy Jamesa Ellroya (jedyny chwalebny przykład to zakończenie wątku Madeleine, które z kolei nie pasuje kompletnie do praworządności Bucky'ego).
źródło: Universal Pictures
Im dalej od powieści Jamesa Ellroya, tym gorzej dla filmu. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że mam już dość oglądania tej abominacji i z szacunku dla pisarza wyłączę to gówno. Niestety, chociaż byłoby to bardzo kuszące, nie pozwoliłoby mi to na zgromadzenie wystarczającej ilości materiału do napisania rzetelnej recenzji, oddającej całokształt ułomności "Czarnej Dalii". Pytam zatem donośnie: gdzie się podziała w filmie psychika bohaterów (w szczególności Bucky’ego)? Abstrahując już od wybornego castingu poszczególne postacie nie mogą w żaden sposób pokazać kierujących nimi motywacji, a wystarczyło przecież podać parę sensownych linijek z offu, choćby bezczelnie zerżniętych z literackiego pierwowzoru. Brakuje właściwego (to jest realistycznego) oddania realiów epoki, głębi oraz refleksji charakteryzującej powieść, fabuła jest coraz głupsza im bliżej końca, a dodatkowo ścieżka dźwiękowa jest mocno taka sobie. W zasadzie za najlepszą scenę w całym filmie muszę uznać pojedynek bokserski Lee i Bucky’ego, ponieważ prawie nie ma w nim dialogów.
źródło: Universal Pictures
Obsada "Czarnej Dalii" wygląda jak jakiś wyjątkowy chory żart ludzi odpowiedzialnych za castingi. Zwróćmy uwagę kto gra dwie główne role męskie: Josh "Sztywny Pal Azji" Hartnett jako Bucky oraz Aaron "Chcę walczyć z zatwardzeniem jak Clive Owen" Eckhart jako Lee mają mnie przekonać, że jest to poważna produkcja oparta na prozie Jamesa Ellroya? Scarlett Johansson, wcielająca się w Kay, i jednocześnie dająca solidne argumenty zwolennikom teorii, że jest beztalenciem, które po prostu wyjątkowo dobrze wygląda? I prawdziwa perełka w koronie Briana De Palmy: Hilary Swank (sic!) wcielająca się w piękną (sic!) i tajemniczą (sic!) femme fatale… Kurwa mać! – chciałoby się zakrzyknąć donośnie, ale to jeszcze nie koniec! Na drugim planie potrafi być równie żenująco – dawno bowiem nie widziałem tak kompletnie przeszarżowanej kreacji jak Ramona w wykonaniu Fiony Shaw. W zasadzie na jedyne propsy zasłużyli Mike Starr (Russ Millard) oraz Patrick Fischler (Ellis Loew), chociaż muszę zaznaczyć, że na podstawie książki całkowicie inaczej sobie wyobrażałem pierwszego z nich.
źródło: Universal Pictures
Mógłbym napisać, że Brian De Palma dał się zwieść przebiegłym scenarzystom, którzy pobrali solidne wynagrodzenie, a potem pokątnie zamienili wybitną powieść Jamesa Ellroya w stertę odpychającego gówna. Mógłbym również napisać, że nawet ta sterta odpychającego gówna być może choćby częściowo wybroniła się, gdyby nie ludzie od castingów, którzy najwyraźniej zdradzili reżysera po całości. Mógłbym uwierzyć w legendarną, pierwotna, trzygodzinną wersję filmu, do której klaskał ponoć sam autor powieści. Mógłbym, ale Brian chyba zapomniał o ważnej zasadzie lansowanej przez Rycha Peję: za to życie kurewskie miej do siebie pretensje. A zatem po prostu przeczytajcie książkę i wyrzućcie z pamięci informację, że ktoś kiedykolwiek postanowił ją sfilmować.
źródło: Universal Pictures
Ocena: 3/10

Książka a film

Tak jak wspominałem już wielokrotnie w recenzji scenariusz stanowi prawdziwą abominację i zasadniczo porównywanie go z prozą Jamesa Ellroya nie ma żadnego sensu. Nie zgadza się praktycznie nic: od wyglądu głównych bohaterów (gdzie są końskie zęby Bucky’ego; Martha miała być totalnie szpetna), przez ich nazwiska (dlaczego zmieniono Sprague na Linscott?), po kluczowe wydarzenia (m.in. kompletne pominięcie wątku meksykańskiego – pewnie hajs się nie zgadzał). Los Angeles w powieści to miasto brudne, odpychające i kompletnie zdegenerowane. Degrengolada posunięta jest tak daleko, że znaczącym sponsorem wiecznie niedofinansowanego LAPD został legendarny gangster Mickey Cohen. I co jeszcze ciekawsze, nikt, nawet najbardziej praworządni książkowi gliniarze, nie mają zamiaru zmienić obowiązującego status quo. A czy w filmie zobaczymy choć ułamek tegoż brudu? Oczywiście, że nie! Josh Friedman po prostu ordynarnie zgwałcił prozę Ellroya, więc naprawdę dalsze tworzenie tego akapitu nie ma żadnego sensu. Poza książką nie istnieje kompletnie nic!

sobota, 13 lutego 2016

"Mad Max: Fury Road"



Mad Max to legenda, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Trylogia opiewająca heroiczne czyny postapokaliptycznego bohatera walczącego o przywrócenie prawa i porządku na bezkresnych pustkowiach to dla mnie oczywista klasyka współczesnej kinematografii. Dowiedziawszy się o planowym reboocie zacząłem się zastanawiać czy po 30 latach naprawdę konieczne jest odgrzebywanie legendy, które, tak jak w przypadku ostatniego Indiany Jonesa, może zakończyć się spektakularną katastrofą. Co prawda na stolcu reżyserskim ponownie zasiadł George Miller, ale zauważmy, że po zakończeniu przygody z Mad Maxem przestawił się na trochę inny profil filmowej działalności. "Babe" i "Happy Feet" to produkcje wywołujące raczej słabe skojarzenia z postnuklearną, bezwzględną rzeczywistością. Z drugiej strony wiele obiecywałem sobie po obsadzie. Tom Hardy oraz Charlize Theron stanowią klasę samą w sobie, więc nie można było całkowicie skreślać "Mad Max: Fury Road". Niemniej napisanie recenzji tejże produkcji zajęło mi co najmniej kilka miesięcy (zacząłem w zeszłoroczne wakacje – nie pytajcie nawet dlaczego).
źródło: http://www.impawards.com
"Mad Max: Fury Road" od samego początku brutalnie atakuje widza natłokiem ekranowych wydarzeń. Max (Tom Hardy), małomówny pustynny wojownik, zostaje schwytany przez siepaczy lokalnego watażki, bezwzględnego Immortan Joe (Hugh Keays-Byrne). Tenże czarny charakter dysponując dostępem do wody pitnej (niezwykle cennego surowca na pustynnych bezdrożach) stworzył dziwaczną i wręcz odrażającą dyktaturę opartą na bezwzględnym posłuszeństwie. Los był raczej średnio łaskawy dla naszego bohatera – Max ma bowiem służyć jako worek z krwią i chodzący zestaw części zamiennych dla żołnierzy Immortan Joe. Niemniej wskutek nieoczekiwanej zdrady, w wydawałoby się jednomyślnych oraz zawsze wiernych szeregach dyktatury, rozpoczyna się jeden z najbardziej epickich pościgów w dziejach kinematografii.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Pierwsza myśl, jak nasuwa się po obejrzeniu najnowszej odsłony "Max Maxa", to monstrualne propsy za efekty specjalne, które w przeciwieństwie do produkcji sygnowanych logiem Marvela zostały wykonane w większości za pomocą tradycyjnych metod. W zalewie niemal odrażającego sztucznością CGI nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek dostąpię zaszczytu obejrzenia takich epickich rzeczy. Dlatego też mam zamiar polecać dzieło Georga Millera wszystkim, którzy twierdzą, że nie da się nakręcić dobrego, wakacyjnego blockbustera bez pracy super wydajnych komputerów i niebieskiego/zielonego ekranu. Oczywiście same efekty specjalne nie mogą stanowić decydującego czynnika, który sprawia, że film staje się znakomity w odbiorze lub nie (aczkolwiek Michael Bay od początku kariery filmowej hołduje całkowicie przeciwstawnej idei). Fabuła jest dosyć interesująca chociaż jednocześnie wyjątkowo nieskomplikowana. Bardzo intrygujący jest fakt, że tak naprawdę chociaż Mad Max sygnuje film swoim pseudo, to trudno z czystym sumieniem nazwać go głównym bohaterem tej opowieści. Zdecydowanie bardziej na palmę pierwszeństwa zasłużyła bowiem Imperator Furiosa (Charlize Theron). Wydaje mi się to trochę absurdalne, ale cóż poradzić, skoro tak właśnie skonstruowany został scenariusz.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Wizja postapokaliptycznego świata wykreowana przez Georga Millera prezentuje się na ekranie wprost znakomicie – można zaryzykować nawet stwierdzenie, że epicko. Oczywiście najwięcej uwagi poświęcono tyranii stworzonej Immortan Joe – istnej fabryce wojowników, hołubiących ponad wszystko V8 i pragnących dostąpić zaszczytu wstąpienia do Valhalli po śmierci. W tym miejscu jestem zmuszony nadmienić, że świat przedstawiony w najnowszym "Max Maxie" potrafi momentami być prawdziwie brutalny, odrażający, a nawet obleśny. Jeśli zatem do przekonującego obrazu przyszłości, w którym nastąpił powrót do rządów opartych na sile, dołożymy wartką akcję, niemal pozbawioną przestojów, otrzymamy przepis na prawdopodobnie najlepszy film zeszłorocznego sezonu letniego. I w zasadzie wszystko byłoby cacy i niemal można by przybijać piątki z twórcami, gdyby nie finał kompletnie nie pasujący do wysoce defetystycznego wydźwięku reszty filmu. Trudno mi coś takiego zaakceptować i naprawdę ubolewam, że zakończenie nie ma całkowicie pesymistycznego charakteru. Warto natomiast zwrócić uwagę na znakomitą ścieżkę dźwiękową, która wprost idealnie pasuje do szaleńczego pościgu po bezkresnej pustyni (koleś grający na gitarze ziejącej ogniem to epickość przekraczająca wszelką znaną skalę).
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Jak już wspominałem Mad Maxa trudno uznać za głównego bohatera filmu. Tom Hardy, jako wyjątkowo małomówny mściciel bezdroży, wypada całkiem młodzieżowo. Jednakże trudno uznać, iż ta kreacja zostanie mu zapamiętana na lata, tak jak miało to miejsce w przypadku legendarnej roli Mela Gibsona. Wydaje mi się, że o wiele bardziej kojarzona z tą produkcją będzie znakomita Charlize Theron, wcielająca się w Imperator Furiosę. Doskonała rola, dzięki której jednoręka bohaterka całkowicie zdominowała ekran. Na propsy z pewnością zasłużył również villain, czyli Hugh Keays-Byrne – bardzo interesujący występ oraz nietypowa stylówka czarnego charakteru. Z postaci drugoplanowych warto także wyróżnić Nicholasa Houlta. Nux w jego wykonaniu to chyba najbardziej złożona emocjonalnie, a jednocześnie najsympatyczniejsza (przy czym może należy tu zastosować nie do końca standardową definicję tego słowa), postać w całym filmie.
źródło: http://www.madmaxmovie.com
"Mad Max: Fury Road" to nie tylko jeden z najlepszych rebootów, jakie miałem okazję oglądać w swoim życiu, ale także produkcja zdecydowanie wymykająca się utartym standardom letnich blokcbusterów – mroczna, pełna prawdziwej, brutalnej przemocy w starym stylu i dosyć defetystyczna. Gdyby nie zakończenie, które w mojej skromnej opinii, zdecydowanie odbiega od całości to byłbym gotów dać ocenę wyższą o jedną gwiazdkę. Ponadto, spoglądając z kilkumiesięcznej perspektywy na całokształt, wyraźnie brakowało mi Mad Maxa w stylu Mela Gibsona – Tom Hardy był spoko, ale niestety takim występem nie zbuduje własnej legendy. Mimo tychże ułomność jest to pozycja absolutnie obowiązkowa!
źródło: http://www.madmaxmovie.com
Ocena: 7/10.

sobota, 6 lutego 2016

"The Hateful Eight"



Po niezaprzeczalnym sukcesie "Django Unchained" (osobiście znam jedynie dwie osoby, którym ten film nie podobał się w ogóle) Quentin Tarantino zafundował nam kolejną wycieczkę w konwencję westernu. Co prawda, gdy do internetu wyciekła pierwotna wersja scenariusza, byłem całkowicie przekonany, że "The Hateful Eight" nigdy nie powstanie. Na szczęście kiedy z Quentina zeszły ogromne pokłady irytacji i wkurwienia, postanowił zmienić zdanie, przerobił scenariusz i nakręcił ponad trzygodzinny, postmodernistyczny western. Warto również zauważyć, że przy okazji nowego filmu miała miejsce kolejna odsłona starego konfliktu ze Spike’iem Lee. Twórca "Malcolma X" od dawna bowiem krytykuje i nawołuje do bojkotu filmów Quentina za nadużywanie słowa nigger, które w Stanach Zjednoczonych stanowi prawdziwy temat tabu (jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czym jest sławne N-word to macie odpowiedź). Z uwagi na historię ojczyzny Wuja Sama potrafię częściowo zrozumieć wymogi poprawności politycznej w tej kwestii, ale ostatnio chyba zbyt często dochodzi do kompletnie absurdalnych sytuacji.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Nienawistnej Ósemki" rozgrywa się niedawno po zakończeniu wojny secesyjnej, wśród ośnieżonych ostępów Wyoming. Niesławny łowca nagród John „The Hangman” Ruth (Kurt Russel) za pomocą wynajętego dyliżansu transportuje do Red Rock kryminalistkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Z powodu zbliżającej się potężnej śnieżycy na darmowy transport załapuje się czarnoskóry kolega po fachu, major Marquis Warren (Samuel L. Jackson) oraz przyszły szeryf Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Ponieważ zamieć narasta z godziny na godzinę pasażerowie dyliżansu postanawiają poczekać na lepszą pogodę w przytulnym zajeździe. Po przybyciu na miejsce okazuje się jednak, że dotychczasowi właściciele zniknęli, interesu dogląda niejaki Meksykanin Bob (Demián Bichir), a towarzystwo spędzające śnieżycę przy komiku wydaje się wyjątkowo mocno podejrzane.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Na początek mała sugestia techniczno-organizacyjna: jeżeli macie zamiar oglądać "Nienawistną Ósemkę" w kinie to wybierzcie salę z naprawdę wygodnymi fotelami. Ósma produkcja Quentina Tarantino trwa bowiem ponad trzy godziny i pod koniec seansu naprawdę poczułem, że Czerwona Sala w Kinie Pod Baranami to nie jest chyba najwygodniejsze miejsce na świecie. Oczywiście czas trwania projekcji to prawdziwa gratka dla fanów reżysera "Pulp Fiction", który co prawda może kręci filmy dosyć rzadko, ale jak już to zrobi to przynajmniej mają więcej niż solidną długość. Nie napisałbym przy tym, że "The Hateful Eight" jest nużące, aczkolwiek co poniektórym uczestnikom seansu zdarzały się momenty wyraźnego osłabienia, a z najmroczniejszych rzędów kinowej sali dobiegało głośne chrapanie. Niemniej z mojej perspektywy zabawa była przednia, chociaż westernowa konwencja nie należy być może do moich ulubionych gatunków filmowych (z drugiej strony tak naprawdę mam spore zaległości w tym temacie). Jednakże muszę od początku podkreślić, że mimo, iż "Nienawistna Ósemka" to wyborne kino to "Django Unchained" jest moim zdaniem filmem o troszkę lepszym i z pewnością bardziej śmiechowym.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Można śmiało założyć, że akcja "The Hateful Eight" rozgrywa się nie tylko w uniwersum "Django Unchained", ale w zasadzie w szerokim uniwersum, które tak naprawdę dotyczy całej twórczości Tarantino (potwierdza to choćby przewijający się motyw wyrobów tytoniowych sygnowanych nazwą Red Apple). Jednakże w przeciwieństwie do wspomnianego westernu (w zasadzie southernu) fabuła "Nienawistnej Ósemki" wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana i złożona – praktycznie każdy z tytułowej ósemki bohaterów skrywa jakąś tajemnicę. Tak naprawdę trudno nawet określić kto pełni rolę typowego villaina, ponieważ kandydatów jest zdecydowanie zbyt wielu! Oczywiście jak przystało na film Quentina przemoc momentami totalnie wypełnia ekran, chociaż w tej produkcji trup zaczyna ścielić się relatywnie późno. Niemniej długie oczekiwanie na śmierć kolejnych postaci z pewnością rekompensują metody ich uśmiercania, które czasem ocierają się o gore – aczkolwiek jest to bardzo specyficzne podejście. Naprawdę dawno nie widziałem sytuacji, w której widownia pękałaby ze śmiechu, ponieważ jeden z bohaterów właśnie umarł wskutek wyjątkowo spektakularnego rzygania fontannami krwi. Równie zaskoczył mnie natomiast poziom oklepu, który zbiera Daisy w trakcie trwania filmu – jestem jednak zmuszono nadmienić, iż według Grażki limo zdobiące facjatę tej kryminalistki wypadło koszmarnie. W "Nienawistnej Ósemce" Tarantino po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem pisania dialogów. Ponadto niektóre motywy z filmu prawdziwie urywają dupę – moje ulubione to wyjątkowo ekspresyjna opowieść o śmierci syna gen. Smithersa (wielkie pozdro dla tłumacza za słowo kutang, wywołujące ciepłe skojarzenia z mitycznym Kutang Klanem z "Kapitana Bomby") oraz list od Abrahama Lincolna. Do innych niezaprzeczalnych plusów należy zaliczyć piękne krajobrazy ośnieżonego Colorado, które na ekranie udaje Wyoming. Zwróćcie na nie uwagę na początku filmu, ponieważ potem akcja rozgrywa się w zasadzie wyłącznie w zajeździe, więc można to łatwo przegapić. Jak powszechnie wiadomo Quentin Tarantino znakomicie radzi sobie z wyborem utworów muzycznych do swoich filmów. Tym razem, chociaż ścieżka dźwiękowa opiera się w dużej mierze na kompozycjach legendarnego Ennio Morricone, to największe wrażenie zrobiła na mnie ballada śpiewana przez Daisy – Jim Jones At Botany Bay.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Aktorstwo – jak zwykle wypada znakomicie. Samuel L. Jackson po raz kolejny udowadnia, że jest aktorem ze ścisłego hollywoodzkiego topu. Jeden z najlepszych motywów filmu to niezwykle plastyczny monolog majora Warrena o śmierci syna gen. Smithersa – polecam zwrócić na niego szczególną uwagę. Brak nominacji do Oscara to taka sama potwarz jak w przypadku Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler". Na szczęście Akademia się troszkę ogarnęła i wyróżniła Jennifer Jason Leigh za epicką kreację z jednej strony fascynującej, ale również totalnie odrażającej kryminalistki Daisy skazanej na śmierć przez powieszenie. Jestem pod całkowitym wrażeniem aktorstwa tej kobiety i mam nadzieję, że zgarnie statuetkę, ponieważ w pełni na nią zasłużyła (choćby za szyderczy do granic uśmiech). Na drugim planie dzieje się naprawdę sporo: nie sposób nie wyróżnić znakomitego Kurta Russella, świetnego Tima Rotha (Oswaldo Mobray) czy Bruce’a Derna wcielającego się w konfederackiego gen. Smithersa. Również Michael Madsen (Joe Gage), garściami czerpiący z oszczędnej gdy aktorskiej Sylvestra Stallone’a w produkcjach takich jak "John Rambo" czy "Cop Land", jest akceptowalny. Moim osobistym faworytem jest Walton Goggins, grający przyszłego szeryfa Red Rock (przynajmniej wedle jego słów). Niby syn legendarnego rebelianta z Południa, ale w zasadzie hipokryta i kompletny oportunista. Warto zauważyć, że nawet ludzie grający zwykłych woźniców potrafili stworzyć fajne kreacje – propsy dla Jamesa Parksa oraz Zoë Bell.
źródło: http://thehatefuleight.com/
W zasadzie jedyny zarzut, jaki mogę postawić "Nienawistnej Ósemce", to delikatny brak świeżości. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to być może niewiele znacząca w kontekście całości uwaga, to jednak od Quentina Tarantino wymagam znacznie więcej niż od innych reżyserów i chciałbym, aby każda produkcja sygnowana jego nazwiskiem wnosiła jak najwięcej do światowej kinematografii. Mimo to film jest wyborny w odbiorze, więc jeżeli macie akurat ochotę na makabrycznie krwawy, wypełniony po brzegi czarnym humorem, postmodernistyczny western to polecam "The Hateful Eight".
źródło: http://thehatefuleight.com/
Ocena: 8/10.