Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2019

"Once Upon a Time... in Hollywood"/"Pewnego razu w Hollywood" (2019)


Don't cry in front of the Mexicans.

Po czterech latach posuchy Quentin Tarantino wreszcie wjechał na ekrany ze swoim dziewiątym, a zarazem przedostatnim (przynajmniej wedle zapowiedzi reżysera; na IMBb już pojawiła się pogłoska o tym, że dziesiąta produkcja będzie z uniwersum Star Trek) filmem. Oczywiście takiej wybornej okazji przegapić nie można, więc seans był jedynie kwestią czasu. Tym razem, wybierając z bogatej oferty krakowskich lokali, postawiliśmy na poniedziałkowy seans w studyjnym Kinie Mikro, położonym nieopodal naszego krowoderskiego apartamentu (nocne spacery po ulicy Lea takie wspaniałe!). Zarówno cena biletu w poniedziałki, jak i bliskość, to spore zalety, ale Mikro urzeka przede wszystkim świetnym klimatem prawdziwego kina z dawnych lat. Jak się okazało po seansie wspomniana atmosfera tego miejsca idealnie wpisała się w wydźwięk "Once Upon a Time... in Hollywood", które wręcz wypełnia nostalgia i wspomnienia z Miasta Aniołów. Co ciekawe jak stwierdził sam Quentin Tarantino jego najnowszy film to osobisty list miłosny do Los Angeles. No, ale przejdźmy wreszcie do fabuły, nie marnując więcej czasu na niepotrzebne, przydługie i pisane na siłę frazy składające się na rodzący się w bólach wstęp.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
W Mieście Aniołów roku pańskiego 1969 podupadający gwiazdor telewizyjnych serialów Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) próbuje ratować resztki swojej kariery. U jego boku wiernie stoi doświadczony kaskader, dubler, a prywatnie najlepszy kumpel, Cliff Booth (Brad Pitt). Dwójka bohaterów stara się za wszelką ceną uzyskać angaż do produkcji, która umożliwiłaby powrót na aktorski Parnas, a przede wszystkim miliony monet (kosztowna rezydencja Daltona nie jest najbardziej ekonomiczną miejscówką w L.A.). Tymczasem w najbliższym sąsiedztwie Ricka pomieszkuje coraz bardziej znany polski reżyser Roman Polański (Rafał Zawierucha) ze swoją piękną, młodą żoną Sharon Tate (Margot Robbie). A dodatkowo w okolicach L.A. doskonale znany wymiarowi sprawiedliwości Charles Manson (Damon Herriman) rozkręca hipisowską wspólnotę na opuszczonym ranczu, służącym w dawnych czasach za plan filmowy.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Kiedy wyszedłem z kina byłem całkowicie pomieszany (pozdro Grażka :*), ponieważ otrzymałem coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Quentin Tarantino zmieszał z błotem moje oczekiwania i totalnie mnie zaskoczył (w szczególności finałem, o którym napiszę troszkę w dalszej części recenzji), niemniej od razu wiedziałem, że prymat "Pulp Fiction" nie został zagrożony. „Pewnego razu w Hollywood” to nie tylko list miłosny reżysera do Miasta Aniołów, ale także wyjątkowo osobista produkcja opierająca się w głównej mierze na wspomnieniach Quentina oraz nostalgii za złotą erą Fabryki Snów. Tempo, w którym rozgrywa się akcja filmu, jest wyjątkowo nieśpieszne, ba można nawet powiedzieć, że praktycznie nic się nie dzieje. Początkowo wydawało mi się to nawet troszkę nudnawe, ale po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że tak powolny rozwój posiada prawdziwy urok – w szczególności w czasach, gdy bezmyślne kino opiera się na zawrotnej narracji przynoszącej widzowi jedynie konfuzję, absurd i nonsens. Liczba nawiązań i odniesień w "Pewnego razu w Hollywood" jest wręcz ogromna (ha, sprawdźcie choćby sam tytuł), przez co w zasadzie nie ma sensu wymieniać wszystkiego, ponieważ istnieje groźba, że jeszcze coś pominę. Warto jednak zwrócić uwagę, że dużą część akcji oglądamy zza szyby samochodu prowadzonego przez Cliffa, Romana czy Sharon – Quentin w jakimś wywiadzie twierdził, że tak właśnie zapamiętał dzieciństwo w Los Angeles.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Ogromną zaletą "Dawno temu w Hollywood", a jednocześnie znakiem rozpoznawalnym dla Quentina Tarantino, jest znakomita ścieżka dźwiękowa. Warto obejrzeć film choćby, żeby posłuchać tych wszystkich znakomitych utworów. Nie sposób również nie zwrócić uwagi na znakomite dialogi, które przez cały seans cieszą ucho, ale to już po prostu kolejny znak rozpoznawczy Quentina. Oczywiście pod względem fabularnym oczekujcie raczej rozwiązań w stylu "Bękartów wojny" niż filmu dokumentalnego (a spodziewałem się najgorszego – wyjątkowo realistycznie przedstawionej rzezi dokonanej przez bandę Mansona). Ponieważ nie chcę Wam psuć zabawy, to trudno napisać cokolwiek o finale, ale na pewno takiego rozwiązania splatających się wątków nie przewidziałem. Swoją drogą jest to wspaniałe, typowe dla Tarantino zakończenie, a dodatkowo niezwykle spektakularne. Warto napisać parę słów o przedstawieniu postaci Sharon Tate, gdyż multum gromów spadło za to na reżysera. Wiele zarzutów opiera się na spłycaniu portretu aktorki, która po prostu ma wyglądać na ekranie. Moim zdaniem Sharon pokazana w trakcie wykonywania zwyczajnych, przyziemnych czynności (oczywiście dla hollywoodzkiej aktorki) takich jak tańczenie, zabawa, słuchanie muzyki czy oglądanie samej siebie na ekranie, wcale nie umniejsza czy szarga jej legendę. Czytałem nawet opinie, że tak ukazana na ekranie aktorka zyskuje dodatkowy czynnik anielskości, gdyż wydaje się wręcz nieziemską, piękną istotą. Dla mnie scena, w której Sharon Tate z dziecięcym entuzjazmem przygląda się reakcjom widzów oglądających jej film w kinie, jest po prostu piękna i stanowi esencję kinematografii. Podobnie wygląda sprawa z rzekomo kontrowersyjnym przedstawieniem Bruce'a Lee – ludzie, dajcie spokój, to nie jest film biograficzny. Na koniec warto zwrócić jeszcze uwagę na długą scenę rozgrywającą się na ranczu Spahn, którą cechuje budowa imponującego napięcia i dramaturgii – po prostu czuć, że coś fatalnego dzieje się w tym miejscu.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Quentin Tarantino potrafi bezbłędnie dobierać aktorów, a potem świetnie prowadzić ich na planie. W duecie Leonarda DiCaprio i Brada Pitta występuje lepsza chemia niż między parą głównych bohaterów w niejednym romansie. Rick Dalton w wykonaniu DiCaprio to po prostu czysta poezja – blednący aktor, o skłonnościach depresyjnych, próbujący wrócić za wszelką cenę na szczyt. Dodatkowo "Pewnego razu w Hollywood" zawiera multum jego różnych kreacji i wcieleń, pokazanych w retrospekcjach oraz filmach kręconych w trakcie rozwoju fabuły (w tym pięknej sceny, w której Dalton odbiera pochwały od reżysera) – są nawet wokalno-taneczne popisy Leonardo (piosenka The Green Door). Dla mnie jednak cichym bohaterem filmu jest Brad Pitt, który zdaje się, podobnie jak filmowy Cliff, pozostawać w cieniu DiCaprio/Daltona. Niemniej bohater wojenny i kaskader to znakomicie zagrana postać, która znając swoje ograniczenia zdecydowanie nie wychyla się przed szereg, a przede wszystkim nie pajacuje, gdy musi wykonać tak prozaiczne zadanie jak naprawa anteny telewizyjnej. Naprawdę, myślę, że każdy z nas chciałby mieć tak oddanego kumpla. Przechodząc do drugiej pary słynnych bohaterów od razu należy stwierdzić, że Rafał Zawierucha dostał niewiele ekranowego czasu i wypowiada może ze trzy kwestie. W tym duecie natomiast o wiele bardziej błyszczy Margot Robbie, która chociaż niewiele mówi, to jednak wypełnia ekran swoim jestestwem. Sharon Tate w jej wykonaniu jest wyjątkowo urzekająca, piękna, czuć od niej emanujące dobro i zdaje się jakby istotą nie z tego świata. Na drugim planie i w epizodach wystąpiło tak wielu wspaniałych aktorów, że nie sposób tego wszystkiego ogarnąć. Do moich faworytów z pewnością zalicza się Mike Moh (Bruce Lee), Margaret Qualley (Pussycat) oraz Julia Butters, wcielająca się w małoletnią aktorkę Trudi (naprawdę imponujący występ!).
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
W przypadku "Pewnego razu w Hollywood" zachodzi u mnie swoisty paradoks. Chociaż w recenzji pisałem, że film wydawał się troszkę nużący, to jednak z przyjemnością obejrzałbym pełną wersję, trwającą prawdopodobnie jakieś cztery godziny z wszystkimi epizodycznymi postaciami, które ostatecznie wycięto. Z pewnością jest to produkcja, która zdecydowanie zyskuje po głębszym zastanowieniu. Zaraz po wyjściu z kina myślałem, żeby wystawić siódemkę, ale już gdy zaczynałem pisać recenzję postanowiłem podnieść do ósemki, a teraz gdy recenzja jest na ukończeniu, a w mojej krwi jest coraz więcej pysznego rumu Božkov z Czeskiej Republiki, to zdecydowałem się jeszcze podkręcić ostateczną notę. "Pewnego razu w Hollywood” posiada naprawdę imponujący klimat Miasta Aniołów i pozostaje jedynie ubolewać, że prawdziwa historia potoczyła się inaczej.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Ocena: 9/10.

sobota, 6 lutego 2016

"The Hateful Eight"



Po niezaprzeczalnym sukcesie "Django Unchained" (osobiście znam jedynie dwie osoby, którym ten film nie podobał się w ogóle) Quentin Tarantino zafundował nam kolejną wycieczkę w konwencję westernu. Co prawda, gdy do internetu wyciekła pierwotna wersja scenariusza, byłem całkowicie przekonany, że "The Hateful Eight" nigdy nie powstanie. Na szczęście kiedy z Quentina zeszły ogromne pokłady irytacji i wkurwienia, postanowił zmienić zdanie, przerobił scenariusz i nakręcił ponad trzygodzinny, postmodernistyczny western. Warto również zauważyć, że przy okazji nowego filmu miała miejsce kolejna odsłona starego konfliktu ze Spike’iem Lee. Twórca "Malcolma X" od dawna bowiem krytykuje i nawołuje do bojkotu filmów Quentina za nadużywanie słowa nigger, które w Stanach Zjednoczonych stanowi prawdziwy temat tabu (jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czym jest sławne N-word to macie odpowiedź). Z uwagi na historię ojczyzny Wuja Sama potrafię częściowo zrozumieć wymogi poprawności politycznej w tej kwestii, ale ostatnio chyba zbyt często dochodzi do kompletnie absurdalnych sytuacji.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Nienawistnej Ósemki" rozgrywa się niedawno po zakończeniu wojny secesyjnej, wśród ośnieżonych ostępów Wyoming. Niesławny łowca nagród John „The Hangman” Ruth (Kurt Russel) za pomocą wynajętego dyliżansu transportuje do Red Rock kryminalistkę Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh). Z powodu zbliżającej się potężnej śnieżycy na darmowy transport załapuje się czarnoskóry kolega po fachu, major Marquis Warren (Samuel L. Jackson) oraz przyszły szeryf Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Ponieważ zamieć narasta z godziny na godzinę pasażerowie dyliżansu postanawiają poczekać na lepszą pogodę w przytulnym zajeździe. Po przybyciu na miejsce okazuje się jednak, że dotychczasowi właściciele zniknęli, interesu dogląda niejaki Meksykanin Bob (Demián Bichir), a towarzystwo spędzające śnieżycę przy komiku wydaje się wyjątkowo mocno podejrzane.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Na początek mała sugestia techniczno-organizacyjna: jeżeli macie zamiar oglądać "Nienawistną Ósemkę" w kinie to wybierzcie salę z naprawdę wygodnymi fotelami. Ósma produkcja Quentina Tarantino trwa bowiem ponad trzy godziny i pod koniec seansu naprawdę poczułem, że Czerwona Sala w Kinie Pod Baranami to nie jest chyba najwygodniejsze miejsce na świecie. Oczywiście czas trwania projekcji to prawdziwa gratka dla fanów reżysera "Pulp Fiction", który co prawda może kręci filmy dosyć rzadko, ale jak już to zrobi to przynajmniej mają więcej niż solidną długość. Nie napisałbym przy tym, że "The Hateful Eight" jest nużące, aczkolwiek co poniektórym uczestnikom seansu zdarzały się momenty wyraźnego osłabienia, a z najmroczniejszych rzędów kinowej sali dobiegało głośne chrapanie. Niemniej z mojej perspektywy zabawa była przednia, chociaż westernowa konwencja nie należy być może do moich ulubionych gatunków filmowych (z drugiej strony tak naprawdę mam spore zaległości w tym temacie). Jednakże muszę od początku podkreślić, że mimo, iż "Nienawistna Ósemka" to wyborne kino to "Django Unchained" jest moim zdaniem filmem o troszkę lepszym i z pewnością bardziej śmiechowym.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Można śmiało założyć, że akcja "The Hateful Eight" rozgrywa się nie tylko w uniwersum "Django Unchained", ale w zasadzie w szerokim uniwersum, które tak naprawdę dotyczy całej twórczości Tarantino (potwierdza to choćby przewijający się motyw wyrobów tytoniowych sygnowanych nazwą Red Apple). Jednakże w przeciwieństwie do wspomnianego westernu (w zasadzie southernu) fabuła "Nienawistnej Ósemki" wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana i złożona – praktycznie każdy z tytułowej ósemki bohaterów skrywa jakąś tajemnicę. Tak naprawdę trudno nawet określić kto pełni rolę typowego villaina, ponieważ kandydatów jest zdecydowanie zbyt wielu! Oczywiście jak przystało na film Quentina przemoc momentami totalnie wypełnia ekran, chociaż w tej produkcji trup zaczyna ścielić się relatywnie późno. Niemniej długie oczekiwanie na śmierć kolejnych postaci z pewnością rekompensują metody ich uśmiercania, które czasem ocierają się o gore – aczkolwiek jest to bardzo specyficzne podejście. Naprawdę dawno nie widziałem sytuacji, w której widownia pękałaby ze śmiechu, ponieważ jeden z bohaterów właśnie umarł wskutek wyjątkowo spektakularnego rzygania fontannami krwi. Równie zaskoczył mnie natomiast poziom oklepu, który zbiera Daisy w trakcie trwania filmu – jestem jednak zmuszono nadmienić, iż według Grażki limo zdobiące facjatę tej kryminalistki wypadło koszmarnie. W "Nienawistnej Ósemce" Tarantino po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem pisania dialogów. Ponadto niektóre motywy z filmu prawdziwie urywają dupę – moje ulubione to wyjątkowo ekspresyjna opowieść o śmierci syna gen. Smithersa (wielkie pozdro dla tłumacza za słowo kutang, wywołujące ciepłe skojarzenia z mitycznym Kutang Klanem z "Kapitana Bomby") oraz list od Abrahama Lincolna. Do innych niezaprzeczalnych plusów należy zaliczyć piękne krajobrazy ośnieżonego Colorado, które na ekranie udaje Wyoming. Zwróćcie na nie uwagę na początku filmu, ponieważ potem akcja rozgrywa się w zasadzie wyłącznie w zajeździe, więc można to łatwo przegapić. Jak powszechnie wiadomo Quentin Tarantino znakomicie radzi sobie z wyborem utworów muzycznych do swoich filmów. Tym razem, chociaż ścieżka dźwiękowa opiera się w dużej mierze na kompozycjach legendarnego Ennio Morricone, to największe wrażenie zrobiła na mnie ballada śpiewana przez Daisy – Jim Jones At Botany Bay.
źródło: http://thehatefuleight.com/
Aktorstwo – jak zwykle wypada znakomicie. Samuel L. Jackson po raz kolejny udowadnia, że jest aktorem ze ścisłego hollywoodzkiego topu. Jeden z najlepszych motywów filmu to niezwykle plastyczny monolog majora Warrena o śmierci syna gen. Smithersa – polecam zwrócić na niego szczególną uwagę. Brak nominacji do Oscara to taka sama potwarz jak w przypadku Jacka Gyllenhaala za "Nightcrawler". Na szczęście Akademia się troszkę ogarnęła i wyróżniła Jennifer Jason Leigh za epicką kreację z jednej strony fascynującej, ale również totalnie odrażającej kryminalistki Daisy skazanej na śmierć przez powieszenie. Jestem pod całkowitym wrażeniem aktorstwa tej kobiety i mam nadzieję, że zgarnie statuetkę, ponieważ w pełni na nią zasłużyła (choćby za szyderczy do granic uśmiech). Na drugim planie dzieje się naprawdę sporo: nie sposób nie wyróżnić znakomitego Kurta Russella, świetnego Tima Rotha (Oswaldo Mobray) czy Bruce’a Derna wcielającego się w konfederackiego gen. Smithersa. Również Michael Madsen (Joe Gage), garściami czerpiący z oszczędnej gdy aktorskiej Sylvestra Stallone’a w produkcjach takich jak "John Rambo" czy "Cop Land", jest akceptowalny. Moim osobistym faworytem jest Walton Goggins, grający przyszłego szeryfa Red Rock (przynajmniej wedle jego słów). Niby syn legendarnego rebelianta z Południa, ale w zasadzie hipokryta i kompletny oportunista. Warto zauważyć, że nawet ludzie grający zwykłych woźniców potrafili stworzyć fajne kreacje – propsy dla Jamesa Parksa oraz Zoë Bell.
źródło: http://thehatefuleight.com/
W zasadzie jedyny zarzut, jaki mogę postawić "Nienawistnej Ósemce", to delikatny brak świeżości. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to być może niewiele znacząca w kontekście całości uwaga, to jednak od Quentina Tarantino wymagam znacznie więcej niż od innych reżyserów i chciałbym, aby każda produkcja sygnowana jego nazwiskiem wnosiła jak najwięcej do światowej kinematografii. Mimo to film jest wyborny w odbiorze, więc jeżeli macie akurat ochotę na makabrycznie krwawy, wypełniony po brzegi czarnym humorem, postmodernistyczny western to polecam "The Hateful Eight".
źródło: http://thehatefuleight.com/
Ocena: 8/10.

czwartek, 14 marca 2013

"Desperado"

"Desperado" to jedna z największych legend mojego dzieciństwa, oglądana milijon razy jako megahit Polsatu, ale również nie raz na zapomnianej dzisiaj technologii VHS. Jak wszyscy doskonale wiemy produkcja Roberta Rodrigueza z 1995 roku jest czymś w rodzaju swoistego remake'u legendarnego "El Mariachi". Wskutek ogromnej popularności filmu zrobionego za najprawdziwsze grosze, Rodriguez dostał znacznie większe środki finansowe na powtórzenie tego sukcesu w Hollywood. Chociaż patrząc ze współczesnej perspektywy budżet filmu wydaje się śmiesznie niski - to zaledwie 7 milionów USD! I tak właśnie powstało "Desperado" – hollywoodzka wariacja "El Mariachi" z gwiazdorską obsadą. W wielu przypadkach tego rodzaju przedsięwzięcia nie wychodzą zbyt dobrze, ale tym razem Rodriguez spisał się na medal. Nie będę ukrywał, że "Desperado" od razu weszło do kanonu moich ulubionych filmów i sprawia mi kupę radości za każdym razem, gdy je oglądam. A dlaczego tak się dzieje postaram wyjaśnić poniżej.
źródło: http://www.moviegoods.com/default.asp
"Desperado" to historia o zemście (widocznie jest to bardzo dobry temat na doskonałe filmy – vide "Kill Bill" czy "Payback"). Tym razem El Mariachi (Antonio Banderas) przemierza meksykańskie stepy poszukując legendarnego gangstera, zwanego Bucho (Joaquim de Almeida). Nasz bohater nie jest zwyczajnym muzykiem – jego futerał wypełnia broń, a serce chęć krwawej vendetty. Wszystko wskutek utraty ukochanej kobiety i przetrącenia kariery muzycznej, za które odpowiada oczywiście wspomniany wyżej czarny charakter. W końcu El Mariachi dociera do zadupnego miasteczka, w którym staje przed szansą ostatecznego wypełnienia swojej misji. Nieoczekiwanie poznaje tutaj piękną Carolinę (Salma Hayek), która może okazać się remedium dla jego poranionej duszy.
źródło: http://www.movieweb.com/
Fabularne nihil novi, powiecie pewnie. Jednakże w przypadku "Desperado" fabuła nie odgrywa pierwszorzędnego znaczenia, ale mimo wszystko wcale nie rozczarowuje widza, ponieważ do uniwersalnego kanonu zemsty wprowadzono wiele interesujących smaczków. Poza tym od pierwszych minut wiemy, iż nie jest to film do końca na poważnie, a raczej utrzymany w konwencji rozrywkowo-zabawowej. Każdy element "Desperado" ma służyć świetnej zabawie – nieśmiertelna chwała Rodriguezowi za to, że nie zrezygnował z tzw. brutalnej przemocy. Film niemal ocieka krwią, czerpiąc garściami z wcześniejszych dokonań Quentina Tarantino (który pojawia się na ekranie, ale o tym w dalszej części). W "Desperado" umiera się zwykle w niezwykle makabryczny sposób, tryskając posoką na wszystko wokół, ewentualnie płonąc żywcem w widowiskowej eksplozji. Scena rozwałki w barze przechodzi do kanonu kina akcji jako wyśmienita sekwencja niepozbawiona elementów humorystycznych (i w dodatku autentycznie zabawnych). Na całokształt oceny "Desperado" ogromny wpływ ma świetna scenografia. Zadupne, prowincjonalne miasteczko nie mogłoby być lepsze, a meksykańskie mordownie straszą tak autentycznym syfem i nędzą, że trudno sobie wyobrazić coś gorszego. Nie wierzycie? Zobaczcie scenę w której Tavo prowadzi Quentina Tarantino na zaplecze przez wyłączony z użycia kibel. Najgorszy WC jaki widziałem w życiu. Wielkie brawa za pomysł i niezwykle realistyczne wykonanie, ponieważ widz niemal czuje smród gówna rozmazanego po ścianach.
Bucho - my hero :)
źródło: http://www.movieweb.com/
Oczywiście hejterzy zarzucą "Desperado" czerstwość wątku romantycznego. Moim zdaniem w tym przypadku love story wybija się zdecydowanie ponad przeciętność i idealnie wpasowuje w całą konwencję filmu. Gorąca latynoska miłość – czyż można było wybrać lepszych aktorów niż Antonio Banderas i Salma Hayek? Nie sądzę, ponieważ na ekranie widać między nimi autentyczną chemię. Ponoć w czasie kręcenia sceny miłosnej (jakże doskonałej) na planie zjawiła się cała ekipa filmowa, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej ani później przez całe zdjęcia. Jakoś się nie dziwię. Do tego wszystkiego dodać należy wspaniałą ścieżkę dźwiękową z nieśmiertelnym motywem "Canción del Mariachi" ("Morena de Mi Corazón"). Idealnie dobrana muzyka podkreśla świetnie klimat filmu, tworząc odpowiedni nastrój poszczególnych scen. Nie może być przecież inaczej, skoro głównym bohaterem jest El Mariachi.
Najgorszy barman ever :)
źródło: http://www.movieweb.com/
Rzut oka na postacie i aktorstwo. Antonio Banderas urodził się by zagrać El Mariachi – nikt nigdy nie zrobi tego lepiej. Podobnie jest z Salmą Hayek, gdyż nie wyobrażam sobie aby jakakolwiek inna aktorka mogła wcielić się w postać Caroliny z takim efektem. Jednakże od zawsze moi ulubieni bohaterowie "Desperado" stali po stronie zła. Bucho (Joaquim de Almeida) to jeden z najlepszych villainów w dziejach kinematografii. Świetnie zagrana, ciekawa i magnetyczna postać, którą uwielbiam od dziecka. Na drugim miejscu stawiam natomiast Tuvo. Uwielbiam rolę Tito Larrivy, bowiem idealnie wpasował się w klimat podrzędnej speluny. Naprawdę ubolewam, że tak rzadko ten aktor i muzyk pojawia się na ekranie, aczkolwiek w "Desperado" zagrał rolę swojego życia. Z pewnością na wyróżnienie zasługuje również Cheech Marin – jak można nie lubić jego kreacji Barmana? Świetnie napisana postać, która tworzy doskonały duet z Tavo. Navajas to już motyw nie z tej ziemi. Z perspektywy lat można powiedzieć, że jest to pierwowzór Maczety i jedna z najfajniejszych ról Danny'ego Trejo. Oczywiście nikt lepiej nie mógłby wyglądać w takiej konwencji niż on. Oprócz wymienionych powyżej aktorów na ekranie pojawia się m.in. Quentin Tarantino (opowiadając bardzo zabawny dowcip o moczu), Steve Buscemi, czy Carlos Gómez wcielający się w prawą rękę Bucha. Nie ma sensu wymieniać wszystkich aktorów drugoplanowych. Należy natomiast nadmienić, że każda, choćby najmniejsza rólka, wnosi do "Desperado" nową jakość. Widać, że Rodriguez bardzo dokładnie rozplanował każdą postać i zadbał o niemal każdy szczegół.
Tavo - druga najlepsza postać w "Desperado"
źródło: http://www.movieweb.com/

Przejdźmy do podsumowania. A więc co oferuje widzowi "Desperado"? Przystojnego herosa i mistrza gitary brutalnie mszczącego się za śmierć ukochanej, piękną kobietę partycypującą w krwawej vendetcie, bezlitosnych przestępców, multum najbrutalniejszej przemocy, doskonałą muzykę oraz niezwykle czarny humor. Przepis na hit? Tak sądzę! Absolutnie polecam!
Navajas - pierwowzór Maczety
źródło: http://www.movieweb.com/
Ocena: 9/10.

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Django Unchained"

Nie da się ukryć, że Quentin Tarantino jest moim ulubionym reżyserem, a "Pulp Fiction" uważam za najlepszy film, jaki widziałem w swoim życiu. Ponadto jest to jeden z niewielu twórców, którzy nie zaliczyli dotąd poważnej wtopy (przynajmniej w mojej opinii). "Django Unchained" to długo oczekiwany przeze mnie powrót Quentina Tarantino. Muszę przyznać, że trochę obawiałem się iść do kina, gdyż "Inglourious Basterds" nie zrobiły na mnie piorunującego wrażenia. Ponadto czytałem wiele pozytywnych recenzji, a co gorsza pisanych przez ludzi, którzy nie doceniają największych osiągnięć Quentina, toteż trochę zwlekałem z wyprawą, lękając się zawodu i rozczarowania. W końcu jednak udało mi się przezwyciężyć wewnętrzne fobie i zasiadłem pełen oczekiwań w kinowym fotelu. Jeśli chcemy zaklasyfikować "Django Unchained" to możemy uznać je za western, chociaż sam Quentin preferuje znacznie bardziej określenie southern. Czemuż? Otóż akcja filmu nie rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, ale w niewolniczych stanach dirty south. Tytuł filmu to nawiązanie do spaghetti westernu z 1966 roku, w którym główną rolę zagrał Franco Nero. Co ciekawe ów heros również pojawia się w epizodycznej rólce w najnowszym dziele Tarantino.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Django Unchained" to przewrotna opowieść o stawaniu się wolnym człowiekiem. Tytułowy Django (Jamie Foxx) wiedzie marny żywot niewolnika do momentu, gdy na swej drodze spotyka niebanalnego dr Schultza (Christoph Waltz). Niemiecki łowca nagród potrzebuje naszego bohatera, aby odnaleźć niebezpiecznych przestępców poszukiwanych listem gończym. Jak się szybko okazuje mordowanie białych ludzi za pieniądze wychodzi Django bardzo dobrze, dlatego też Schultz postanawia założyć z nim spółkę. Niemniej, kiedy szlachetny Niemiec dowiaduje się, że Django pragnie odnaleźć swoją ukochaną Broomhildę (Kerry Washington) niczym germański heros Zygfryd, postanawia dołożyć wszelkich starań, aby jego czarnoskóry partner odniósł sukces.
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Już po pierwszych minutach filmu rozwiały się moje wszelkie obawy, co do klasy "Django Unchained". Tarantino po raz kolejny wrócił w wielkim stylu. Świetna czołówka wsparta doskonałym jak zwykle soundtrackiem i pięknymi krajobrazami zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Muzyka w filmie jest imponująca: chociaż dostajemy pomieszanie różnych gatunków i zdarza się nawet rap, to każda piosenka idealnie wpasowuje się w poszczególną scenę. Dodam tylko, że niniejsza recenzja powstaje przy dźwiękach zapętlonego "Too Old To Die Young". Plenery zaiste doskonałe – czy to ośnieżone szczyty górskie, prerie czy też ogromne plantacje Południa – wszystko wygląda imponująco! Do tego świetne kostiumy – tutaj naprawdę widać, że budżet w wysokości 100 milionów USD nie rozpłynął się w jakimś lewym przekręcie. 
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Ponadto "Django" jest bardzo krwawym filmem i za to należą się brawa, bo rzadko oglądamy na ekranie taki poziom przemocy. Ludzie trafieni pociskami albo niemal eksplodują albo tryskają fontannami czerwonej posoki. Znakomicie się na to patrzy! Wspomnę jeszcze o scenie rozrywania niewolnika przez psy – no to już jesteśmy blisko kina gore. Jedziemy dalej – fabuła jest bez przypału, chociaż jak na Tarantino nie jest specjalnie skomplikowana. Tym razem prawie nie uświadczymy zabaw z chronologią wydarzeń, ponieważ pojawia się jedynie kilka króciutkich flashbacków. Utrzymano za to bardzo wysoki poziom dialogów – pojawia się multum autentycznie zabawnych rozmów i kwestii. Warto także zauważyć, że według danych z IMDb słowo nigger lub jego wariacje pada z ust bohaterów co najmniej 110 razy! I tutaj zwracam się do osoby odpowiedzialnej za kinowe napisy: nigger na pewno nie znaczy Murzyn, pisane na dodatek z dużej litery!
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
W "Django Unchained" Tarantino wykreował świat, w którym niemal każda postać (choćby z najdalszego planu) jest bardzo wyrazista i daje się zapamiętać. Zobaczcie choćby jak ludzie reagują na negra jadącego na koniu! Jamie Foxx idealnie wpasował się w konwencję i trudno mi uwierzyć, że Quentin pisząc scenariusz myślał o Willu Smithie. Christoph Waltz jest świetny jak zawsze, aczkolwiek mógłbym trochę zmodyfikować postać dr Schultza, bo z czasem za bardzo mięknie (chodzi mi o flashbacki z niewolnikiem rozrywanym przez psy). Niemniej jest to kwestia drugorzędna i nie wpływa na percepcję filmu w znaczący sposób. Bardzo podobał mi się Don Johnson (Big Daddy). Sekwencje z jego udziałem to jedne z najlepszych scen w całym filmie – od dialogu z niewolnicą o tym jak należy traktować Django po motyw z workami. Prawdziwa klasa! Na dalszym miejscu plasuje się Leonardo DiCaprio (Calvin Candie), ale nie znaczy to, że jest gorszy od Dona Johnsona, gdyż stworzył równie doskonałą kreację. Z większych ról pozostaje jeszcze Kerry Washington oraz Laura Cayouette (Lara Lee Candie) – jeśli miałbym wybierać palmę pierwszeństwa przyznaję tej drugiej. Ano i oczywiście, jakże mógłbym zapomnieć! Samuel L. Jackson jako nigga with attitude Stephen to tak imponująca rola, że aż brak mi słów by ją opisać! A do tego wszystkie multum świetnych malutkich postaci, w które wcielili się m.in: James Remar (Butch Pooch/Ace Speck), Tom Wopat (U.S. Marshal Gill Tatum), Walton Goggins (Billie Crash), Jonah Hill, piękna Nichole Galicia (Sheba) czy choćby sam Quentin Tarantino. Każda postać ma unikalny charakter i każda wnosi coś ciekawego do filmu. Naprawdę niewiele jest produkcji z tak barwną galerią bohaterów. Za to należą się ogromne brawa dla Quentina.
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
"Django Unchained" oferuje rozrywkę na najwyższym poziomie – tu widz nie uświadczy wszechpanującej ostatnio w kinematografii lipy. Kilka mistrzowskich scen, genialne i inteligentne dialogi plus cała rzesza wyrazistych bohaterów – czegóż można więcej oczekiwać po filmie? Jest to oczywiście swoista i przewrotna zabawa z konwencją westernu, ale nie ma aż tylu odwołań do klasycznych dzieł kina klasy B, jak choćby w obu częściach "Kill Bill". Dlatego też nie poczujemy się wcale zagubieni nie znając ich. Jak dla mnie jest to doskonałe kino i na pewno najlepszy film jaki widziałem od bardzo, bardzo dawna. Wychodząc z kina miałem na twarzy ogromny uśmiech, a to zdarza się ostatnio niezwykle rzadko. Gwarantowane miejsce na półce klasyka i jestem przekonany, że obejrzę go jeszcze wielokrotnie. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego szanującego się kinomana. Po prostu wstyd nie znać!
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Ocena: 9/10.

czwartek, 18 października 2012

"Kill Bill Vol. 1 & Vol. 2"



Według legendy Quentin Tarantino spędził młodość pracując w wypożyczalni kaset video. Z tego właśnie wynika jego uwielbienie dla kina zwykle określanego mianem klasy B, które lansuje niemal w każdym swoim filmie. Nie inaczej jest w "Kill Billu" – w zasadzie jest to jeden wielki hołd oddany kinematografii. Ilość nawiązań do innych filmów naprawdę przytłacza i wymaga od widzów niezwykłej znajomości kina. Bez uwzględnienia powyższego kontekstu "Kill Bill" może wydawać się jedynie bezsensowną historyjką o zemście. Jako, że "Kill Bill" stanowi całość podzieloną jedynie na potrzeby kinowe, recenzja będzie traktować łącznie o obu częściach.
źródło: http://www.free-extras.com/
Panna Młoda (Uma Thurman), a właściwie jak dowiadujemy się w II części Beatrix Kiddo, budzi się w szpitalu z 4-letniej śpiączki. Młoda kobieta jako jedyna przeżyła masakrę w czasie próby ślubu w teksańskim kościele. Za tę zuchwałą zbrodnię odpowiadają jej byli współpracownicy – Deadly Viper Assassination Squad, ekipa świetnie wyszkolonych zabójców, której przywódcą jest tytułowy Bill (David Caradine). Z uwagi na fakt, że Panna Młoda była w ciąży przed zamachem na jej życie, poprzysięga krwawą zemstę swoim byłym kolegom i koleżankom, zostawiając na deser ich przywódcę. Warto przy tym zauważyć, że w pierwszej części pewne wątki zostają ledwie naszkicowane, by zostać wyjaśnione w finalnej odsłonie (m.in. za pomocą świetnych flashbacków).
źródło: http://www.starpulse.com/
Postać Panny Młodej wymyślili wspólnie Uma Thurman i Quentin Tarantino. Obie części są doskonale zrealizowane, przy czym od razu napiszę, że o wiele bardziej podobał mi się "Vol. 2". Dlaczego? Otóż w trakcie projekcji na karteczce wypisywałem sobie najlepsze momenty, aby nie uleciały mi z pamięci, i pod względem liczby druga odsłona wygrywa w cuglach. W obydwu częściach natomiast dominuje świetna muzyka, za którą odpowiadają m.in. Robert Rodrigez oraz RZA z Wu-Tang Clanu. Jest to naprawdę idealne dopełnienie akcji, które świetnie komponuje się z obrazem. I aktorstwo! Masakra, naprawdę momentami miażdży. Świetna Uma Thurman, boski David Caradine, wspaniały Michael Madsen – naprawdę jestem pełen podziwu.
źródło: http://www.pedestrian.tv/
Jak wspominałem wcześniej "Vol. 1" przynosi zdecydowanie mniej fajnych eventów, aczkolwiek na brak akcji nie można narzekać. W szczególności zachwycać może dynamiczna walka Panny Młodej z Obłędem 88 w japońskiej knajpie oraz znacznie bardziej kameralny pojedynek na śniegu z O-Ren (Lucy Liu). Bardzo podobał mi się również motyw z wykuwaniem miecza w Japonii przez Hattoriego Hanzo oraz nieśmiertelny już Pussy Wagon. Zdecydowanie za mało w tej części jest Billa, nad czym ubolewam po dzień dzisiejszy i z tego powodu też ocena końcowa "Vol. 1" będzie znacznie niższa.
źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/
"Kill Bill Vol. 1" – ocena: 8/10.

Na szczęście druga część uderza od razu niezwykle mocno – sekwencja otwierająca jest świetna, ale rozmowa Billa i Beatrix we flashbacku tuż przed masakrą to prawdziwa maestria kina. W zasadzie dla mnie film mógłby się składać wyłącznie z dialogów między tymi dwiema postaciami. Równie imponująco wypada scena przy ognisku, w której Bill opowiada o tym jak główny kapłan Białego Lotosu dokonał pacyfikacji klasztoru Shaolin. Postać mistrza Pai Mei to z kolei pomysł imponujący – wspaniałe są retrospekcje z treningu Beatrix, zwłaszcza gdy Pai Mei gładzi swoją długą, białą brodę. Również tutaj mamy trochę walki – świetna sceny akcji w czasie pojedynku z Elle (Daryl Hannah). Michael Madsen jako Budd – nie widzę lepszego aktora do tej roli. A pomysł zostawienia bezcennego miecza („w El Paso nie był bezcenny”) za 250 USD to jeden z najlepszych motywów w filmie. Poza tym upadły Budd pracujący w charakterze wykidajły w klubie go-go bardzo mnie rozbawił. Do tego zakopywanie żywcem, Esteban Vihaio, świetny monolog Billa o Supermanie i nieoczekiwane zakończenie. Podsumowując "Kill Bill vol. 2" to jeden z najlepszych filmów jakie obejrzałem w życiu i dlatego nagrodzę go najwyższą możliwą oceną.
źródło: http://www.hotflick.net/

Uwielbiam dialog:
The Bride: When will I see you again?
Bill: You know, that's the name of my favorite soul song from the '70s.

"Kill Bill Vol. 2" – ocena: 10/10.