Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Pitt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Pitt. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2019

"Once Upon a Time... in Hollywood"/"Pewnego razu w Hollywood" (2019)


Don't cry in front of the Mexicans.

Po czterech latach posuchy Quentin Tarantino wreszcie wjechał na ekrany ze swoim dziewiątym, a zarazem przedostatnim (przynajmniej wedle zapowiedzi reżysera; na IMBb już pojawiła się pogłoska o tym, że dziesiąta produkcja będzie z uniwersum Star Trek) filmem. Oczywiście takiej wybornej okazji przegapić nie można, więc seans był jedynie kwestią czasu. Tym razem, wybierając z bogatej oferty krakowskich lokali, postawiliśmy na poniedziałkowy seans w studyjnym Kinie Mikro, położonym nieopodal naszego krowoderskiego apartamentu (nocne spacery po ulicy Lea takie wspaniałe!). Zarówno cena biletu w poniedziałki, jak i bliskość, to spore zalety, ale Mikro urzeka przede wszystkim świetnym klimatem prawdziwego kina z dawnych lat. Jak się okazało po seansie wspomniana atmosfera tego miejsca idealnie wpisała się w wydźwięk "Once Upon a Time... in Hollywood", które wręcz wypełnia nostalgia i wspomnienia z Miasta Aniołów. Co ciekawe jak stwierdził sam Quentin Tarantino jego najnowszy film to osobisty list miłosny do Los Angeles. No, ale przejdźmy wreszcie do fabuły, nie marnując więcej czasu na niepotrzebne, przydługie i pisane na siłę frazy składające się na rodzący się w bólach wstęp.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
W Mieście Aniołów roku pańskiego 1969 podupadający gwiazdor telewizyjnych serialów Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) próbuje ratować resztki swojej kariery. U jego boku wiernie stoi doświadczony kaskader, dubler, a prywatnie najlepszy kumpel, Cliff Booth (Brad Pitt). Dwójka bohaterów stara się za wszelką ceną uzyskać angaż do produkcji, która umożliwiłaby powrót na aktorski Parnas, a przede wszystkim miliony monet (kosztowna rezydencja Daltona nie jest najbardziej ekonomiczną miejscówką w L.A.). Tymczasem w najbliższym sąsiedztwie Ricka pomieszkuje coraz bardziej znany polski reżyser Roman Polański (Rafał Zawierucha) ze swoją piękną, młodą żoną Sharon Tate (Margot Robbie). A dodatkowo w okolicach L.A. doskonale znany wymiarowi sprawiedliwości Charles Manson (Damon Herriman) rozkręca hipisowską wspólnotę na opuszczonym ranczu, służącym w dawnych czasach za plan filmowy.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Kiedy wyszedłem z kina byłem całkowicie pomieszany (pozdro Grażka :*), ponieważ otrzymałem coś, czego kompletnie się nie spodziewałem. Quentin Tarantino zmieszał z błotem moje oczekiwania i totalnie mnie zaskoczył (w szczególności finałem, o którym napiszę troszkę w dalszej części recenzji), niemniej od razu wiedziałem, że prymat "Pulp Fiction" nie został zagrożony. „Pewnego razu w Hollywood” to nie tylko list miłosny reżysera do Miasta Aniołów, ale także wyjątkowo osobista produkcja opierająca się w głównej mierze na wspomnieniach Quentina oraz nostalgii za złotą erą Fabryki Snów. Tempo, w którym rozgrywa się akcja filmu, jest wyjątkowo nieśpieszne, ba można nawet powiedzieć, że praktycznie nic się nie dzieje. Początkowo wydawało mi się to nawet troszkę nudnawe, ale po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że tak powolny rozwój posiada prawdziwy urok – w szczególności w czasach, gdy bezmyślne kino opiera się na zawrotnej narracji przynoszącej widzowi jedynie konfuzję, absurd i nonsens. Liczba nawiązań i odniesień w "Pewnego razu w Hollywood" jest wręcz ogromna (ha, sprawdźcie choćby sam tytuł), przez co w zasadzie nie ma sensu wymieniać wszystkiego, ponieważ istnieje groźba, że jeszcze coś pominę. Warto jednak zwrócić uwagę, że dużą część akcji oglądamy zza szyby samochodu prowadzonego przez Cliffa, Romana czy Sharon – Quentin w jakimś wywiadzie twierdził, że tak właśnie zapamiętał dzieciństwo w Los Angeles.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Ogromną zaletą "Dawno temu w Hollywood", a jednocześnie znakiem rozpoznawalnym dla Quentina Tarantino, jest znakomita ścieżka dźwiękowa. Warto obejrzeć film choćby, żeby posłuchać tych wszystkich znakomitych utworów. Nie sposób również nie zwrócić uwagi na znakomite dialogi, które przez cały seans cieszą ucho, ale to już po prostu kolejny znak rozpoznawczy Quentina. Oczywiście pod względem fabularnym oczekujcie raczej rozwiązań w stylu "Bękartów wojny" niż filmu dokumentalnego (a spodziewałem się najgorszego – wyjątkowo realistycznie przedstawionej rzezi dokonanej przez bandę Mansona). Ponieważ nie chcę Wam psuć zabawy, to trudno napisać cokolwiek o finale, ale na pewno takiego rozwiązania splatających się wątków nie przewidziałem. Swoją drogą jest to wspaniałe, typowe dla Tarantino zakończenie, a dodatkowo niezwykle spektakularne. Warto napisać parę słów o przedstawieniu postaci Sharon Tate, gdyż multum gromów spadło za to na reżysera. Wiele zarzutów opiera się na spłycaniu portretu aktorki, która po prostu ma wyglądać na ekranie. Moim zdaniem Sharon pokazana w trakcie wykonywania zwyczajnych, przyziemnych czynności (oczywiście dla hollywoodzkiej aktorki) takich jak tańczenie, zabawa, słuchanie muzyki czy oglądanie samej siebie na ekranie, wcale nie umniejsza czy szarga jej legendę. Czytałem nawet opinie, że tak ukazana na ekranie aktorka zyskuje dodatkowy czynnik anielskości, gdyż wydaje się wręcz nieziemską, piękną istotą. Dla mnie scena, w której Sharon Tate z dziecięcym entuzjazmem przygląda się reakcjom widzów oglądających jej film w kinie, jest po prostu piękna i stanowi esencję kinematografii. Podobnie wygląda sprawa z rzekomo kontrowersyjnym przedstawieniem Bruce'a Lee – ludzie, dajcie spokój, to nie jest film biograficzny. Na koniec warto zwrócić jeszcze uwagę na długą scenę rozgrywającą się na ranczu Spahn, którą cechuje budowa imponującego napięcia i dramaturgii – po prostu czuć, że coś fatalnego dzieje się w tym miejscu.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Quentin Tarantino potrafi bezbłędnie dobierać aktorów, a potem świetnie prowadzić ich na planie. W duecie Leonarda DiCaprio i Brada Pitta występuje lepsza chemia niż między parą głównych bohaterów w niejednym romansie. Rick Dalton w wykonaniu DiCaprio to po prostu czysta poezja – blednący aktor, o skłonnościach depresyjnych, próbujący wrócić za wszelką cenę na szczyt. Dodatkowo "Pewnego razu w Hollywood" zawiera multum jego różnych kreacji i wcieleń, pokazanych w retrospekcjach oraz filmach kręconych w trakcie rozwoju fabuły (w tym pięknej sceny, w której Dalton odbiera pochwały od reżysera) – są nawet wokalno-taneczne popisy Leonardo (piosenka The Green Door). Dla mnie jednak cichym bohaterem filmu jest Brad Pitt, który zdaje się, podobnie jak filmowy Cliff, pozostawać w cieniu DiCaprio/Daltona. Niemniej bohater wojenny i kaskader to znakomicie zagrana postać, która znając swoje ograniczenia zdecydowanie nie wychyla się przed szereg, a przede wszystkim nie pajacuje, gdy musi wykonać tak prozaiczne zadanie jak naprawa anteny telewizyjnej. Naprawdę, myślę, że każdy z nas chciałby mieć tak oddanego kumpla. Przechodząc do drugiej pary słynnych bohaterów od razu należy stwierdzić, że Rafał Zawierucha dostał niewiele ekranowego czasu i wypowiada może ze trzy kwestie. W tym duecie natomiast o wiele bardziej błyszczy Margot Robbie, która chociaż niewiele mówi, to jednak wypełnia ekran swoim jestestwem. Sharon Tate w jej wykonaniu jest wyjątkowo urzekająca, piękna, czuć od niej emanujące dobro i zdaje się jakby istotą nie z tego świata. Na drugim planie i w epizodach wystąpiło tak wielu wspaniałych aktorów, że nie sposób tego wszystkiego ogarnąć. Do moich faworytów z pewnością zalicza się Mike Moh (Bruce Lee), Margaret Qualley (Pussycat) oraz Julia Butters, wcielająca się w małoletnią aktorkę Trudi (naprawdę imponujący występ!).
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
W przypadku "Pewnego razu w Hollywood" zachodzi u mnie swoisty paradoks. Chociaż w recenzji pisałem, że film wydawał się troszkę nużący, to jednak z przyjemnością obejrzałbym pełną wersję, trwającą prawdopodobnie jakieś cztery godziny z wszystkimi epizodycznymi postaciami, które ostatecznie wycięto. Z pewnością jest to produkcja, która zdecydowanie zyskuje po głębszym zastanowieniu. Zaraz po wyjściu z kina myślałem, żeby wystawić siódemkę, ale już gdy zaczynałem pisać recenzję postanowiłem podnieść do ósemki, a teraz gdy recenzja jest na ukończeniu, a w mojej krwi jest coraz więcej pysznego rumu Božkov z Czeskiej Republiki, to zdecydowałem się jeszcze podkręcić ostateczną notę. "Pewnego razu w Hollywood” posiada naprawdę imponujący klimat Miasta Aniołów i pozostaje jedynie ubolewać, że prawdziwa historia potoczyła się inaczej.
© 2019 Sony Pictures Digital Productions Inc.
Ocena: 9/10.

sobota, 6 września 2014

"The Devil's Own"



Ponieważ ostatnio zmierzyłem się ze znakomitą książką Eda Moloneya A Secret History of the IRA postanowiłem obejrzeć parę filmów związanych z The Troubles. Zanim przejdę do właściwego tematu kilka słów o wspomnianej publikacji. Jeżeli ktokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, pragnie zgłębić historię powstania i działalności Tymczasowej IRA to z pewnością niezwykle trudno będzie znaleźć lepszą pozycję. Ed Moloney zachwyca znajomością tematu oraz dogłębną analizą motywów działania republikańskich przywódców, ale prawdziwą wisienką na torcie są relacje uczestników opisywanych zdarzeń. Wybitna książka, warta każdych pieniędzy! Zakończywszy lekturę znalazłem się w wysoce prorepublikańskim nastroju, więc postanowiłem go trochę przedłużyć, tym razem przy pomocy produkcji filmowych. Niestety na "’71" przyjdzie jeszcze troszkę poczekać, więc zwróciłem się ku starociom. Na pierwszy ogień poszedł ostatni film wyreżyserowany przez Alana J. Pakulę, czyli niesławny "The Devil’s Own" (w Polszy znane jako "Zdrada"). Ponoć już w trakcie kręcenia dochodziły słuchy o poważnym konflikcie czołowych aktorów, mordobiciach na planie oraz kilkukrotnych zmianach scenariusza. Oczywiście wszystkie z powyższych czynników w negatywny sposób wpłynęły na końcowy efekt, o czym możemy przekonać się poniżej.
źródło: http://www.impawards.com
Idylliczny prolog "The Devil’s Own" rozgrywa się w Sześciu Hrabstwach w wyjątkowo niespokojnym roku 1972. Ojciec 8-letniego Francisa McGuire’a na oczach rodziny zostaje zamordowany przez lojalistyczną bojówkę za sympatyzowanie z Irlandzką Armią Republikańską. Ponad dwadzieścia lat później dorosły Frankie (Brad Pitt) jest już osławionym i wielce szanowanym członkiem Óglaigh na hÉireann. Jako doskonale wyszkolony miejski partyzant ma na swoim koncie wiele zabójstw brytyjskich żołnierzy, funkcjonariuszy RUC oraz lojalistów. Niestety Brytyjczycy dysponując ogromną dysproporcją sił zawężają pętlę wokół jednostki McGuire’a. Po nieudanej zasadzce, w trakcie której przelano hektolitry krwi rojalistycznych okupantów, Frankie by odetchnąć dostaje ważną misję w USA. Pomieszkując u Toma O’Meara (Harrison Ford), policjanta NYDP o irlandzkich korzeniach, nasz bohater ma zadanie sfinalizować transakcję zakupu Stingerów, które pozwolą IRA na skuteczniejszą walkę z brytyjskim reżimem.
źródło: http://www.rollingstone.com
Na początek kilka słów o republikańskich realiach przedstawionych w filmie. Jeżeli ktoś mi powie, że zabójstwa w stylu odpalenia ojca McGuire’a są nierealistyczne i nie mogły mieć miejsca to zapraszam do zapoznania się z historią północnoirlandzkiego konfliktu, a w szczególności z działalnością osławionego Shankill Butchers powiązanego z UVF. Fajnie, że zaznaczono podział IRA na niewielkie jednostki nazywane ASU (Active Service Units), które zaczęto wyodrębniać pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Natomiast wysłanie do USA tak bardzo poszukiwanego Ochotnika wydaje się wyjątkowo absurdalne. W ojczyźnie Wuja Sama istniały bowiem struktury, które zajmowały się zakupem broni oraz zbieraniem funduszy, więc nie było potrzeby wysyłania tam ludzi, którzy wydatnie zwiększaliby ryzyko niepowodzenia misji. Motyw przewiezienia broni statkiem wyraźnie nawiązuje natomiast do współpracy Tymczasowej IRA i pułkownika Mu’ammara Kaddafiego w drugiej połowie lat 80-tych. Eksterminowanie żołnierzy ASU bez procesu również ma spore racje bytu (vide Gibraltar 1988 - Operacja Flavius). Podsumowując realizm należy stwierdzić, iż jak na ignorancję Hollywood jest w porządku, ale bez szału.
Tom O'Meara - plugawy zdrajca irlandzkiej sprawy.
(źródło: http://www.rollingstone.com)
O ile podobały mi się początkowe sceny rozgrywające w się Ulsterze, o tyle po przeniesieniu akcji za ocean pierwotny entuzjazm zaczął drastycznie opadać. Scenariusz nie trzyma napięcia i niestety jest straszliwe przewidywalny. Nie będę ukrywał, że dla mnie pozytywnym bohaterem filmu jest Frankie, zagorzały bojownik o zjednoczenie Irlandii i poprawę losu uciskanego ludu Ulsteru. Ciekawa postać i co jeszcze bardziej interesujące, mimo podążającego za nią okrucieństwa i bezwzględności, potrafiąca wywołać u widza sympatię. Ogromna w tym zasługa Brada Pitta, który naprawdę dał z siebie wszystko, abyśmy polubili Frankiego. Polecam w szczególności znakomitą scenę z monologiem głównego bohatera o śmierci ojca i sytuacji panującej w Sześciu Hrabstwach. Na przeciwnym biegunie stawiam natomiast Toma O’Meara, którego traktuję jak najprawdziwszego villaina. Nie dość, że jawnie zdradził sprawę swoich przodków to na dodatek niemal zakapował swojego kolegę policjanta. Przez większość ekranowego czasu strasznie jednowymiarowa postać – niemal stąpający po nowojorskich ulicach ideał prawa, sprawiedliwości oraz nieprzekupności, a przy tym przykładny ojciec rodziny. Jednakże gdy przychodzi co do czego O’Meara zaczyna zastraszać, oklepywać świadków oraz wymuszać zeznania, kompletnie ignorując rozkazy przełożonych. Bez przesady można stwierdzić, iż przemienia się w berserkera żądnego irlandzkiej krwi. Oczywiście Harrison Ford poszedł na łatwiznę i po raz kolejny zagrał z typową dla siebie manierą. Wszystko to sprawia, że szczerze zacząłem nienawidzić jego bohatera i życzyć mu powolnej, bolesnej śmierci. Na drugim planie nie ma większego szału ani wybitnych postaci. Z pewnością chciałbym wyróżnić Nataschę McElhone (Megan) oraz Rubéna Bladesa (Diaz), bo na przykład rola Treata Williamsa (Burke) nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych kreacji.
źródło: http://www.rollingstone.com
Zasadniczo "The Devil’s Own" mogę polecić jedynie osobom, które przejawiają prawdziwe zainteresowanie konfliktem w Irlandii Północnej. Pod wieloma względami film Pakuly jest momentami głupawym, hollywoodzkim widowiskiem, ale ma również swoje smaczki. Szczęśliwie stosunkowo mało jest scen, w których Harrison Ford dokonuje rzeczy niemożliwych. Niestety zakończenie nie jest, chociaż to kilkukrotnie podkreśla w filmie Frankie, typowo irlandzkie – oglądamy finał sztampowo amerykański. Mogło być zdecydowanie lepiej, ale cóż takie już widocznie irlandzkie szczęście.
źródło: http://www.rollingstone.com
Ocena: 5/10.

wtorek, 19 listopada 2013

"The Counselor"

W zeszłym roku do narkobiznesu w kinematografii swoją cegiełkę dołożył upadły Oliver Stone. "Savages" naprawdę mnie nie zachwycił, niemniej było to raczej dzieło w stylu McG niż reżysera "Plutonu". W tym roku, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, za handel anielskim pyłem zabrał się sam Ridley Scott. Brytyjczyka nie trzeba nikomu przedstawiać, aczkolwiek dotychczas raczej nie był kojarzony z tego rodzaju tematyką. Co więcej, w roli pomagiera brytyjskiego mistrza (czyt. scenarzysty) wystąpił sam Cormac McCarthy, laureat Nagrody Pulitzera. A co jeszcze lepsze, Scott na planie filmowym zdołał zgromadzić gwiazdy z hollywoodzkiej ekstraklasy. Michael Fassbender, Cameron Diaz, Penélope Cruz, Javier Bardem, Brad Pitt – zestawienie tyleż imponujące, co dziwne (przynajmniej dla mnie). Zapewne większość z Was po tym wstępie pomyśli, że Ridley był w stanie wysmażyć z takich składników kolejne doskonałe dzieło, wydatnie zwiększające jego dotychczasową chwałę. Film, dzięki któremu wszyscy zapomną o wtopie "Prometeusza", i który stanie się MVP przyszłorocznej gali oscarowej. Niestety wystarczył rzut oka na oceny "The Counselor" zaraz po premierze, żeby dostrzec, iż something went terribly wrong.
źródło: http://www.impawards.com
Jak już wspomniałem we wstępie "The Counselor" to opowieść o handlu prochem. Niestety nie oglądamy tutaj gór anielskiego pyłu szmuglowanych przez granicę ani epickich bitew między kartelami z użyciem broni ciężkiej. Zasadniczo fabuła obraca się wokół jednego transportu, mającego przynieść zysk w wysokości 20 milionów USD. Tytułowy Counselor (Michael Fassbender) to prawnik obracający się wśród bardzo bogatych person, które nie zawsze dorobiły się swoich fortun w legalny sposób. A gdy w kasie naszego bohatera zaczyna być z deczka pustawo wpada na genialny, przynajmniej w jego mniemaniu, pomysł. Otóż aby podreperować domowy budżet postanawia wejść do narkogry i zainwestować w transport kolumbijskiej kokainy do Chicago. Początkowo wszystko idzie gładko, ale jak wszyscy wiemy z reklam życie to nie bajka.
Miłość bardzo.
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Co zatem poszło nie tak? Po pierwsze scenariusz autorstwa Cormaca McCarthy'ego jest po prostu tragiczny. Gdybym miał ocenić dorobek tego renomowanego pisarza wyłącznie na podstawie "The Counselor" to byłoby naprawdę słabo. Debiut w roli scenarzysty wypadł tak fatalnie, że potencjalną, wyjściową ocenę każdego jego kolejnego dzieła będę ustawiał na poziomie 3/10. Wysiłki McCarthy'ego sprawiły, że w filmie jest niemal zero akcji, a przez większość czasu oglądamy tytułowego adwokata wysłuchującego pseudofilozoficznych monologów. I to dosłownie od każdego! Rozumiem, że takie teksty może sadzić Reiner (Javier Bardem), ale nie jakiś były klient w restauracji czy też cieć pracujący w meksykańskiej mordowni. Ilość tego gówna po prostu poraża. Podejrzewam, że Nicolas Winding Refn w całej swojej filmografii nie miał tylu dialogów, ile w "Counselor" upchnął McCarthy do spóły ze Scottem. Skoro przebrnęliśmy przez problem okropnych dialogów czas przyjrzeć się rozwiązaniom fabularnym. Generalnie nie zauważyłem żadnej świeżości, film nie wnosi kompletnie nic nowego do tematu narkobiznesu. Owszem bywa brutalnie, aczkolwiek niektóre rozwiązania wydają mi się wysoce upośledzone. Za najlepszy przykład niechaj posłuży dekapitacja, której dokonano za pomocą pułapki na intelektualnym poziomie Kojota ze Strusia Pędziwiatra (autentycznie!). Oczywiście pułapka została założona na publicznej drodze w USA, po której przez kilka godzin (tj. aż do czasu pojawienia się ofiary) nie przejechał dokładnie nikt! Wydaje mi się po prostu, że przez większość kręcenia filmu Scott i McCarthy mieli wyłączone mózgi.
Na bogato bardzo.
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Świat przedstawiony w "The Counselor" to coś w rodzaju bling-blingowej utopii: piękni ludzie, Bentleye, wypasione posiadłości, brylanty z Amsterdamu, a nawet gepardy. Jedna z recenzji na IMDb zaczynała się od stwierdzenia, że Ridley nakręcił dwugodzinną reklamę Calvina Kleina. Wszystko to sprawia, że chłopcy z "Savages" w porównaniu do dzieła Scotta wyglądają jak Rumuni przy Lexusie. Może to właśnie z nadmiernego zbytku nasi bohaterowie zachowują się niemal jak idioci i w obliczu totalnej porażki nic nie robią sobie z gróźb kartelu. Wygląda to mniej więcej tak: towar za grube hajsy stracony, ale co z tego – będzie dobrze, kartel wyrozumiały, posłuchaj mojej historii o jakichś pierdołach. Beztroska filmowych postaci jest po prostu uderzająca! Winę w większym stopniu ponosi na pewno McCarthy, skoro stworzył takie gówno, ale gdzie miał mózg Scott, gdy brał się za kręcenie? Przecież tak doświadczony reżyser powinien być w stanie skorygować błędy swojego scenarzysty i wykrzesać cokolwiek, w szczególności, że posiadał tak znakomitą obsadę! Zamiast tego znajduję w "The Counselor" sekwencję, w której Malkina (Cameron Diaz) dosłownie rucha auto Reinera oraz wysoce żenującą scenę spowiedzi. O ile pierwszy motyw jest jeszcze do przyjęcia z powodu genialnej miny Reinera, ale nijak pasuje do Scotta, to drugi nadaje się raczej do jakiejś głupawej komedii. Jeśli chodzi natomiast o jakieś zalety to nie spodziewałem się, że kiedykolwiek napiszę to przy dziele takiego mistrza. Mianowicie - dostrzegłem aż ... dwie. Na plus zaliczę może ze dwa utwory ze ścieżki dźwiękowej oraz fakt, że wszyscy zwracali się do głównego bohatera per Counselor. Nic ponadto... Aha, jeszcze jedna kwestia: może przydałoby się zrobić napisy, gdy bohaterowie mówią po hiszpańsku? Wiem, że w USA sytuacja wygląda inaczej, ale tak się składa, że nie jestem Hispanic.
Javier, pls!
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
Mimo zgromadzenia wielkiej ilości hollywoodzkich gwiazd żadna kreacja mnie nie zachwyciła. Michael Fassbender przeważnie snuje się smutno po ekranie wysłuchując życiowych porad od reszty obsady, a czasami wydaje się zabujany w Penélope Cruz jak jakiś gimb. Z kolei wybranka jego serca to postać prawdziwie niewinna, dobra i w ogóle – po prostu nudna. Javier Bardem wypadłby całkiem młodzieżowo, gdyby jego postać nie była aż tak oderwana od rzeczywistości i gdyby nie wykreowano mu tak porażającej umysł stylówy. Cameron Diaz w roli zimnej suki odnalazła się całkiem dobrze, ale nie jest to kreacja szczególnie zapadająca w pamięć. Ostatni z wielkich, Brad Pitt, gra kolesia znającego temat i dysponującego poczuciem humoru – czyli tak jak zawsze. Ucieszyłem się jedynie z obecności na ekranie Natalie Dormer – długo zastanawiałem się skąd znam tę twarz zanim nie przypomniałem sobie, że występuje w "Grze o Tron". Generalnie z zebrania pięciu gwiazd wielkiego formatu nie wynika kompletnie nic.
Któż z nas nie sprowadzał koksu z Kolumbii?
(źródło: http://www.thecounselormovie.com)
"The Counselor" najzwyczajniej w świecie męczy i wkurwia. W trakcie ostatnich minut seansu ogarnęła mnie ogromna irytacja. Spodziewałem się, że nie będzie to wybitne kino, ale nie sądziłem, że McCarthy i Scott pójdą w tym kierunku. Uznaję "The Counselor" za brakujące ogniwo filmowej ewolucji pomiędzy normalnym kinem, a wyczynami pokroju "Revolveru" Guya Ritchiego. Widocznie im twardsze narkotyki są tematem filmu, tym cięższe i bardziej męczące filmy należy kręcić. Gdybym stanął przed wyborem jaki film obejrzeć ponownie to bez wahania wskazuję "Savages". Dzieło Stone'a przynajmniej jest lekkie w odbiorze i nie ma ambicji aby stać się pseudofilozoficzną opowiastką. A chociaż Oliver upadł nisko to jednak inspirował się samym McG, dzięki czemu jego film zapewniał jakiś poziom rozrywki (chociaż dosyć niski). W mojej opinii upadek Scotta jest jednakże o wiele bardziej bolesny i naprawdę nie wróży to dobrze jego przyszłej karierze. A Cormacowi McCarthy'emu, wzorem Rawlsa z "The Wire", dedykuję wielkiego fucka w oko za fatalne dialogi, których musiałem słuchać przez prawie dwie godziny i wyjątkowo gówniany scenariusz.
źródło: http://www.thecounselormovie.com
Ocena: 3/10 (niestety).

sobota, 5 października 2013

"Killing Them Softly"

Niemal od razu "Killing Them Softly" zostało zaliczone do produkcji, które są mi całkowicie obojętne. Byłem przekonany, że moje życie nie ulegnie drastycznym zmianom, jeśli nigdy nie obejrzę tego filmu. Skąd taka postawa? W zasadzie trudno znaleźć sensowne kryterium, na podstawie którego dokonuję podziału na must see i pozostałe. Ironicznie im gorszy film, tym większą mam ochotę go obejrzeć – zapewne wynika to z intuicyjnej potrzeby zaspokojenia hejterskiej części mojej osobowości. Po spojrzeniu kontem oka na "Killing Them Softly" produkcja Andrew Dominika nie zwiastowała ani wielkiego kina ani totalnej porażki. Tym samym zyskała status jakiego najbardziej obawiała się Angela Hayes z "American Beauty" - ordinary. Ponadto do projekcji nie zachęcało z pewnością genialne inaczej tłumaczenie angielskiego tytułu - "Zabić, jak to łatwo powiedzieć". Kurwa, po prostu brak mi słów na takie podejście! Niemniej nadszedł w końcu taki dzień, gdy nie miałem nastroju ani na wielkie kino ani na hejty – po prostu idealny czas na zwyczajne kino.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu rozgrywa się w wiecznie pochmurnym, deszczowym i po prostu brzydkim mieście. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jest to Nowy Orlean! Taka sceneria może służyć jedynie za tło filmu kryminalnego, toteż nie może dziwić, że po raz kolejny obcujemy ze światem przestępczym. Trzech lokalnych debili, mających się za geniuszów zbrodni, postanawia obrobić lokalnego bonza, który słynie z organizowania nielegalnych partyjek pokera. Markie (Ray Liotta) w przeszłości zaliczył poważną wtopę na tym polu, więc plan wydaje się pozornie doskonały. Niemniej jak łatwo przewidzieć gangsterzy nie lubią być okradani i pragną krwawej zemsty za doznane upokorzenie. Do roli mściciela zostaje zaangażowany płatny morderca Jackie (Brad Pitt), który, jak się wkrótce okazuje, musi nie tylko znaleźć sprawców rabunku ale także użerać się z wypalonymi zabójcami oraz postępującą biurokratyzacją organizacji przestępczych.
źródło: http://movies.eventful.com
Historia przedstawiona w "Killing Them Softly" jest bardzo prosta i pozbawiona udziwnień, przez co film trwa zaledwie 97 minut. Było to dosyć zaskakujące i do dziś odczuwam z tego powodu pewien niedosyt. Do samej opowieści nie mam zamiaru się przyczepić, ale naprawdę można było rozciągnąć bardziej niektóre wątki – w szczególności Dillona. Andrew Dominik przedstawił Nowy Orlean w odcieniu szarości i brudu, za co mu chwała, ponieważ to miasto zawsze kojarzyło mi się raczej z kolorowymi paradami, Mardi Gras i innymi podobnymi eventami. Oczywiście po huraganie Katrina doszły dodatkowe, mniej optymistyczne skojarzenia. Niemniej nawet w wysoce chujowym quasi remake'u "Złego Porucznika" z 2009 roku nie było takiego wszechobecnego, ponurego syfu. Za to można pochwalić reżyseria, ponieważ świat wykreowany w "Killing Them Softly" nosi wysokie znamiona realizmu tzw. prozy życia. Z pewnością warto pochwalić twórców za sporą dawkę brutalności i kilka fajnych motywów (moja ulubiona scena to monolog Jackie'go na temat zabijania, z którego wywodzi się angielski tytuł), ale generalnie trudno uznać film za coś więcej niż przeciętną produkcję. Co mnie natomiast niezmiernie dziwi, jest to kolejne dzieło, w którym występuje motyw porywania psów – wrócimy do tego szerzej przy okazji recenzji "Seven Psychopaths", która powstanie nie wiadomo kiedy.
źródło: http://movies.eventful.com
W ciekawy sposób ukazane zostały nowe reguły rządzące przestępczym światem. To już nie te czasy, gdy Jackie mógł sobie po prostu eliminować kogo chciał, aby dotrzeć do sprawców napadu. Obecnie na każde zabójstwo musi uzyskać zgodę nieznanego bliżej kolektywu mafijnych bossów. Nie muszę chyba dodawać, że powoduje to ogromną frustrację u naszego bohatera. I właśnie tenże motyw nadmiernej biurokratyzacji, która dotknęła nawet przestępcze syndykaty, wiąże się z ostateczną wymową filmu. Moim zdaniem kompletnie niepotrzebnie wpleciono do "Killing Them Softly" motywy polityczne. Co ma ukazać kończące film przemówienie Baracka Obamy? Głębię społeczno-polityczną filmu Dominika? Sorry bardzo, ale ja nie kupuję takich zagrywek. Nie wymagam od kryminału tego rodzaju ambicji i chcę się dobrze bawić, a nie wysłuchiwać czerstwych tyrad politycznych. Z tego powodu zostałem zmuszony do obniżenia ostatecznej oceny, która momentami zahaczała o słabe, ale mimo wszystko 7/10.
źródło: http://movies.eventful.com
Usłyszałem kiedyś, że Brad Pitt nie jest do niczego potrzebny w "Killing Them Softly" i lepiej było zatrudnić jakiegoś mniej znanego aktora. Może jest w tym twierdzeniu trochę prawdy (na pewno jeśli spoglądamy bez pryzmat budżetu), niemniej mnie jego widok na ekranie wcale nie mierził. Co więcej, moim zdaniem Pitt dobrze wywiązał się ze swojej roli, tworząc sympatyczną postać z zapadającą w pamięć stylówką. Natomiast osobą, która mnie wyjątkowo irytowała był Ray Liotta. Mimo, że mam ogromny szacunek do tego aktora za "Chłopców z ferajny", to od jakiegoś czasu niemal nie mogę na niego patrzeć. Ciągle gra takie same postacie, na dodatek w ten sam sposób. Niestety nie inaczej jest w "Killing Them Softly", co tylko potwierdza hipotezę o schyłku kariery Liotty. Na oklaski zasłużył natomiast Richard Jenkins (Driver) oraz wychwalany przez wszystkich za jedną ze swoich ostatnich ról James Gandolfini (Mickey), doskonale wcielający się w wypalonego życiem i bezużytecznego zabójcę.
źródło: http://movies.eventful.com
Podsumowując: gdyby z "Killing Them Softly" usunąć elementy, o których wspomniałem wyżej i rozszerzyć pewne wątki, to otrzymalibyśmy murowanego kandydata do 7/10. Niestety Andrew Dominik zdecydował się pójść inną drogą i w efekcie jestem trochę rozczarowany. Niemniej mimo wszystko udało mu się utrzymać solidny, acz przeciętny poziom. Szkoda, że tylko ordinary.
źródło: http://movies.eventful.com
Ocena: 6/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Moneyball"

Czasami od pierwszych minut zajebistość emanuje z filmu. Niestety w przypadku "Moneyball" tak nie jest. Losy menadżera Oakland Athletics (Brad Pitt), który musi sklecić nową drużynę za marne grosze nie są aż tak pasjonujące. Nie mam za złe, że jest to film o baseballu – jako dzieci pod wpływem japońskiej kreskówki stworzyliśmy drużynę baseballową (w sumie prawie nikt nie znał zasad, ale było fajnie). Generalnie jak na film o sporcie mało jest czystej gry, czym jestem rozczarowany. Nie ma mechanizmów, taktyki, ani żadnych podstaw do ustalania składu poza matematycznymi współczynnikami. Nie może zatem dziwić wkurwienie trenera Arta Howe’a (Philip Seymour Hoffman) na ingerencje w jego drużynie. I mam uwierzyć, że transfery w MLB przeprowadza się w taki sposób?

źródło: http://impawards.com/index.html
 Znowu zaserwowano nam zestawienie 2 bohaterów, z których jeden jest zajebisty, a drugi nie, ale za to posiada wyjątkową umiejętność. Niestety w "Moneyball" jest dużo mielizny. Zwykle są to sceny z córką głównego bohatera, które można by bez przypału wyciąć i film by nic nie stracił. Ostatnia scena filmu jest zagrywką tak rzewną, że aż żal patrzeć. Co do gry aktorskiej to uważam, że Pitt trochę przeszarżował w tej kreacji i osobiście wolę Hoffmana. Jonah Hill jest taki, jaką dostał rolę – nie może przyćmić zajebistości Pitta. Pomimo wymienionych wyżej wad jest to film solidny.

Ocena: 6/10.

Prymat "Any Given Sunday" jako najlepszego filmu o amerykańskim sporcie ani przez chwilę nie został zagrożony.