Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harrison Ford. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harrison Ford. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

"Blade Runner 2049" (2017)



 I have memories, but I can't tell if they're real.

Od premiery bez mała jednego z najważniejszych filmów w historii nie tylko science fiction, ale i całej kinematografii minęło 35 długich lat. Chociaż od dawna mówiło się na mieście o remake’u lub sequelu "Blade Runnera" to niezbyt chciało mi się wierzyć, że ktokolwiek podejmie się tego nie lada wyzwania. Niemniej moda na odświeżanie klasyków ma się w najlepsze (mimo różnych efektów końcowych) i na nic w tej kwestii zdają się moje obawy czy niezbyt optymistyczne podejście. Tym razem na reżyserskim stolcu zasiadł Denis Villeneuve i trzeba przyznać, że po ostatnich osiągnięciach Ridleya Scotta (żenujący głupotą "Alien: Covenant") może to nawet lepiej. Kanadyjczyk miał już na koncie kilka ciekawych produkcji (m.in.: "Prisoners", "Enemy" czy "Sicario"), a jego ostatni flirt z s-f w postaci "Arrival" przyjęto nadspodziewanie dobrze. Niemniej podziwiam człowieka, ponieważ do podjęcia się wyzwania tak dużego kalibru trzeba mieć jaja z najtwardszej stali. Zanim wybrałem się do kina obejrzałem trzy krótkie filmiki, które przedstawiały wydarzenia mające miejsce pomiędzy 2019 rokiem, w którym rozgrywał się oryginał, a 2049 rokiem, w którym osadzono akcję sequela. Animowany "Black Out 2022" przedstawia tragiczne wydarzenia, które doprowadziły do jednego z najpoważniejszych kryzysów w dziejach ludzkości, "2036: Nexus Dawn" to z kolei opowieść o początkach nowej generacji androidów, natomiast "2048: Nowhere to Run" stanowi już swoisty wstęp do najnowszej części.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
W ciągu trzydziestu lat ludzkość przeszła tragiczną drogę od kompletnego zakazu produkcji androidów do powtórnego przywrócenia ich do łask. Wszystko za sprawą genialnego wynalazcy Niandera Wallace’a (Jared Leto), który uratował rodzaj ludzki przed klęską głodu, a na fundamentach upadłej korporacji Tyrella zbudował własne imperium zajmujące się wytwarzaniem sztucznej siły roboczej. Tym razem androidy nowej generacji mają być bezwzględnie posłuszne ludzkim panom i wykonywać wszystkie rozkazy bez zająknięcia. Niemniej zawód łowcy androidów wcale nie stracił racji bytu – w 2049 roku w dalszym ciągu egzystuje wiele androidów wytworzonych jeszcze za czasów Tyrella, które funkcjonują bez żadnych ograniczeń wiekowych. Młody blade runner K (Ryan Gosling) eliminując kolejny relikt z poprzedniej epoki wpada na trop przedziwnej i wręcz niemożliwej do wyobrażenia anomalii, która może doprowadzić do całkowitej zmiany relacji pomiędzy ludźmi oraz ich sztucznymi odpowiednikami.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049", podobnie jak pierwowzór, przedstawia wyjątkowo spójną i jednocześnie wysoce pesymistyczną wizję przyszłości totalnie zdominowanej przez monumentalne korporacje transnarodowe. Jest to także rzeczywistość, w której nigdy nie powstało Apple, a triumfy święcą Atari czy Pan Am (nie wspominając już o Sony). Ogromne metropolie, spowite wiecznym smogiem, przerywanym częstymi opadami kwaśnego (i podejrzewam przy okazji radioaktywnego) deszczu, ulice na najniższym i najpodlejszym poziomie miasta, pełne śmieci oraz różnego rodzaju mętów to właśnie środowisko, w którym osadzony został sequel "Łowcy androidów". Jeśli pamiętacie jeszcze niezwykle oryginalny klimat pierwszej części to naprawdę nie będziecie zawiedzeni pod tym względem (chociaż spotkałem się z opiniami, że film kompletnie zatracił całą otoczkę noir). Los Angeles 2049 roku to wizja przyszłości obok której nie można przejść obojętnie. Szokujące wrażenia robią także pozostałe miejscówki w kiedyś słonecznej Kalifornii, które odwiedza K, ale prawdziwym majstersztykiem jest dopiero porzucone przez ludzi Las Vegas z monumentalnymi pozostałościami epickich kasyn. Pod względem wizualnym "Blade Runner 2049" to absolutne mistrzostwo świata – oprócz wspomnianych powyżej miejsc, zwróćcie koniecznie uwagę na bazę (główną siedzibę) Wallace’a: czyż nie zapiera tchu w piersiach? Osobny akapit należałoby w zasadzie poświęcić na efekty specjalne, ale postanowiłem ograniczyć się do wspomnienia o Joi (Ana de Armas), formie sztucznej inteligencji, którą można sobie dowolnie personalizować. Oczywiście od razu kojarzy się z "Her", ale oglądając tę istotę można zadać sobie tylko jedno pytanie: jak oni to zrobili? Muzyka świetnie komponuje się ze stroną wizualną filmu, choć i tu udało mi się przeczytać, że to już nie to samo co ścieżka dźwiękowa z oryginału (oczywiście, że nie skoro to inny film).
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Fabuła "Blade Runner 2049" nie należy może do najbardziej oryginalnych i z pewnością nie jest najmocniejszym punktem filmu. Niemniej rozwiązania fabularne nie urągają inteligencji bardziej rozwiniętego intelektualnie widza, a co najważniejsze nie odbierają wcale przyjemności z seansu. W tym miejscu warto wspomnieć o długości produkcji Denisa Villeneuve’a: aż 2 godziny i 44 minuty! Jak na dzisiejsze standardy to naprawdę sporo! Niemniej muszę przyznać, że dawno niemal trzy godziny nie minęły tak szybko (no chyba, że nad oceanem w Miramar). Po prostu mam wrażenie, że chociaż ekranowych wydarzeń tak naprawdę nie było zbyt wiele, to ledwie rozsiadłem się w kinowym fotelu, a już za chwilę oglądałem napisy końcowe. Pod względem oglądalności oraz czerpania przyjemności z seansu "Blade Runner 2049" osiągnął wszystko, co można było osiągnąć. Oczywiście od razu pojawiły się głosy ortodoksyjnych wyznawców oryginału, że fabuła chujowa z powodu pozbawienia głębi filozoficznej i ma na celu jedynie wprowadzenie do kolejnych części. Dla mnie jest to troszkę śmieszne, ponieważ nie możemy zapomnieć, że nikt nie będzie kręcił po raz drugi takiego samego filmu, jakim był pierwotny "Łowca androidów". W kategorii sequelu Denis Villeneuve wycisnął ze swojej produkcji wszystko co można. Jedyne, czego tak naprawdę mi brakuje, to przejmującej sceny pokroju legendarnego monologu Rutgera Hauera.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Pod względem aktorskim jest bardzo dobrze. Ryan Gosling, wcielając się w K, nie tworzy może kreacji szczególnie oryginalnej dla swojej kariery (małomówny twardziel), ale na ekranie sprawdza się znakomicie. Partnerujący mu Harrison Ford (Rick Deckard), po raz kolejny wracający do legendarnej roli po latach, jest dokładnie taki jak trzeba: zgorzkniały, rozgoryczony i wkurwiony. Znakomity występ. Sporo ciekawych rzeczy ma miejsce na drugim planie. Poczynając od fantastycznej Any de Armas (Joi), przez przejmującego Dave’a Bautistę (Sapper Morton) oraz starego znajomego Edwarda Jamesa Olmosa (Gaff), a kończąc na niezwykle interesującej roli Robin Wright (porucznik Joshi). Oczywiście nie sposób pominąć świetnych czarnych charakterów: Jareda Leto wcielającego się w potężnego i bezwzględnego Niandera Wallace’a oraz Sylvii Hoeks (Luv) grającej jego absolutnie oddaną asystentkę.
źródło: http://bladerunnermovie.com/
"Blade Runner 2049" to znakomite oraz, co najważniejsze, inteligentne kino na bardzo wysokim poziomie. Wizualna maestria pesymistycznej wizji przyszłości, zapierające dech w piersiach efekty specjalne oraz świetne aktorstwo to bez wątpienia trzy największe zalety filmu Denisa Villeneuve’a. Dawno nie miałem ochoty tak bardzo polecić żadnego filmu!
źródło: http://bladerunnermovie.com/
Ocena: 8/10.

środa, 13 stycznia 2016

"Star Wars: Episode VII - The Force Awakens"

Minęło niemal siedemnaście lat odkąd po raz ostatni byłem w kinie na "Gwiezdnych Wojnach" – kawał historii, trudno mi w sumie uwierzyć, że miało to miejsce jeszcze w ubiegłym stuleciu, prawie dwie dekady temu. Dlaczegóż nie poszedłem na kolejne części nowej trylogii, spytacie. Otóż, seans "Mrocznego Widma" w nieistniejącym już kieleckim kinie Romantica, był tak monstrualnym kindybałem w szamot, że skutecznie zniechęcił mnie do "Ataku Klonów" oraz "Zemsty Sithów", które zobaczyłem dopiero po jakimś czasie od ich premier. Oczywiście nie wszystko było kompletnie fatalne, ale niesmak po Jar Jarze oraz późniejszej mistrzowskiej grze Haydena Christensena pozostał do dzisiaj. Kiedy dowiedziałem się, że ruszają przygotowania do kręcenia następnego tryptyku zacząłem przejawiać zdecydowanie mieszane uczucia. Niby z jednej strony nie dało się tego spierdolić bardziej niż "Mrocznego Widma", ale w końcu to przecież Disney, a hajs się musi zgadzać! Jednakże osoba J.J. Abramsa na reżyserskim stolcu dawała nową nadzieję na przynajmniej solidną produkcję. Poza tym przed premierą wiele mówiło się, że Jar Jar powróci jako lord Sithów, więc czemuż miałbym nie zobaczyć tego na własne oczy?
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Force Awakens" rozgrywa się mniej w trzydzieści lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Nie wszystko poszło tak znakomicie, jak się wydawało. Na zgliszczach Imperium wyrosło nowe zagrożenie. First Order, potężna militarno-polityczna organizacja (chętnie napisałbym: o wyjątkowo faszystowskim zacięciu), zarządzana przez, wyglądającego jak uzależniony od mefedronu ork, Najwyższego Przywódcę Snoke’a (Andy Serkis), pragnie odbudować dawną pozycję swojego poprzednika. Nowa Republika lekceważy poczynania mało znanego przeciwnika, przez co jedyne realne zagrożenie dla poczynań militarystów stanowi Ruch Oporu kierowany przez księżniczkę generał Leię (Carrie Fisher). Mimo to Snoke obawia się najbardziej powrotu rycerzy Jedi, chociaż Luke Skywalker (Mark Hamill) przepadł bez wieści lata temu, stając się legendą. Niemal obsesyjne poszukiwania zaginionego syna Vadera prowadzą obie strony, ale jak się okazuje to rebelianci zyskują przewagę.
źródło: http://www.starwars.com
"Przebudzenie Mocy" oglądałem w dosyć interesujących warunkach: poniedziałkowy seans w ponad 800-osobowej sali skupił jedynie garstkę widzów (około dwudziestu). Niemniej frekwencja oraz taktyczny wybór miejsca pozwolił mi nie słyszeć natrętnego siorbania i mlaskania, które tak bardzo uatrakcyjniają oglądanie filmów. Czytałem wiele pochlebnych opinii o nowym "Star Wars", a niejeden znajomy zdążył zbrandzlować się nad dziełem J.J. Abramsa na Facebooku - no ale przejdźmy do meritum. Pojawił się słynny pochyły tekst, akcja ruszyła z kopyta, a ja … zacząłem mieć wrażenie, że to wszystko już przecież gdzieś widziałem. Pustynna planeta (co prawda tym razem Jakku, a nie Tatooine, ale kto mi powie czym one się różnią poza nazwą?), na której wszyscy szukają małego, niezwykle sympatycznego, droida BB-8? I na której reprezentuje biedę porzucona w tajemniczych okolicznościach, a przy okazji niezwykle uzdolniona technicznie Rey (Daisy Ridley)? Zbudowana w kompletnej tajemnicy potężna broń umożliwiająca niszczenie planet? Dywersja na powierzchni planety w celu zniszczenia tejże machiny zagłady? Atak X-wingów z obowiązkowym wlatywaniem do środka monstrualnie wielkiego urządzenia? Ponadto pomimo coraz bardziej wypasionego wyglądu szturmowców ich skuteczność jakoś się nie polepszyła. Czy naprawdę, po mimo tak rozbudowanego uniwersum, przez te wszystkie lata nie można było napisać scenariusza, który byłby choć trochę bardziej nieprzewidywalny?
źródło: http://www.starwars.com
Jednakże wszystko to mogę zboleć, jeżeli tylko nie muszę oglądać paskudnego pyska Jar Jara (spoiler: niestety nie został lordem Sithów) oraz drewnianego w 100% Haydena Christensena. Pragnę natomiast zauważyć, że J.J. Abramsowi niestety nie udało się odtworzyć ulotnej magii towarzyszącej częściom IV-VI. Spośród całego filmu może ze dwie sceny zyskują w moim oczach status klasyczny. Może jestem już stary, ale akcja filmu rozgrywa się dla mnie zdecydowanie za szybko – w "Przebudzeniu Mocy" nie ma praktycznie miejsca na jakąś refleksję czy nawet trening adeptów Jedi. Czy może zatem dziwić, że osoba trzymająca po raz pierwszy w życiu miecz świetlny jest w stanie pokonać w trakcie solo mistrza jakiegoś tam zakonu z ciemniej strony mocy? No chyba troszkę absurd i nonsens – przecież nawet Luke musiał trenować z Obi Wanem i Yodą, aby coś w życiu osiągnąć! Oczywiście można podnieść zarzut, że skoro Jedi prawie wymarli to Kylo Ren nie miał sobie na kim poćwiczyć skillów, ale w takie uzasadnienie to mi się wierzyć nie chce. Dużo tu również przypadkowych zbiegów okoliczności oraz ratunków w ostatnich sekundach, ale w sumie wpisuje się to w konwencję "Gwiezdnych Wojen".
źródło: http://www.starwars.com
Chociaż powyższe akapity wypełnia raczej pesymistyczny opis filmu J.J. Abramsa to muszę przyznać, że jest to pod wieloma względami solidna produkcja. Jestem po prostu rozczarowany, że mimo tak długiego czasu i możliwości osiągnięto jedynie połowicznie zadowalający mnie efekt. Oczywiście, nawet pomimo upływu lat, detronizacja którejkolwiek części z oryginalnej trylogii to czyste mrzonki i podłe insynuacje, ale "Przebudzenie Mocy" zdecydowanie wyróżnia się tle epizodów I-III. Chociaż otrzymujemy klasyczny zestaw plenerów (pustynna planeta, zimowa planeta, planeta z dżunglą) to wprost epicko wygląda monstrualnych rozmiarów wrak krążownika rozbitego na Jakku. Ogromne wrażenie może również zrobić na widzach eskadra X-wingów nadlatujących z nad jeziora. J.J. Abramsowi z pewnością nie można zatem odmówić spektakularności – wyjątkowo nie miałem także wrażenia, że w którejś scenie przegięto z CGI (może z wyjątkiem Maz Kanaty – kompletnie nie kupuję tego tworu). Podobno położono szczególny nacisk na ograniczenie komputerowych efektów specjalnych i tam, gdzie było to możliwe, wykorzystano tradycyjne metody. Ciekawie zapowiada się również wewnętrzna rywalizacja w First Order: generał Hux (Domhnall Gleeson) vs. Kylo Ren. Wielkie brawa również za ściągnięcie starej obsady i sensowne włączenie jej w akcję nowej trylogii.
źródło: http://www.starwars.com
A skoro jesteśmy już przy obsadzie to sprawdźmy jak wypada pod tym względem "Przebudzenie Mocy". Od początku było wiadomo, że stara gwardia zostanie przesunięta na drugi plan, aby zrobić więcej miejsca dla nowych bohaterów. Czy zatem Daisy Ridley wcielająca się w Ren stanie się czymś więcej niż kolejnym obiektem masturbacji dla nerdów na całym świecie? Po pierwszej odsłonie trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Z pewnością trudno się czepiać aktorki za to co pokazała na ekranie, ale sama postać trochę mnie irytuje – jest bowiem trochę taki kosmiczny MacGyver w żeńskim wydaniu, któremu wychodzi wszystko, czego się tylko dotknie. Aczkolwiek potencjał istnieje i mam nadzieję, że J.J. Abrams tego nie spierdoli. Przejdźmy zatem do bohatera, który wzbudził ogrom kontrowersji, gdyż niektórym wydaje się, że "Gwiezdne Wojny" powinny być czyste rasowo. John Boyega pokazał się z dobrej strony, ale konstrukcja nieustannie dyszącego Finna nie do końca mnie przekonuje (coś za szybka ta przemiana ze szturmowca w rebelianta). O wiele ciekawszy wydaje się choćby Poe (Oscar Isaac), chociaż pojawia się jedynie epizodycznie. Ogromnie zawiódł mnie natomiast ponoć tak bardzo doskonały Adam Driver. Dla mnie Kylo Ren to pierwszy w historii emo-Jedi, a jego niekontrolowane wybuchy gniewu i machanie mieczem świetlnym są raczej żenująco śmieszne niż przerażające. Stara gwardia wypada za to znakomicie: wielkie propsy dla Harrisona Forda (Han Solo), Carrie Fisher oraz Marka Hamilla.
źródło: http://www.starwars.com
Jakkolwiek w recenzji wymieniłem może znacznie więcej negatywnych spostrzeżeń niż pozytywów to napisanie, że "Przebudzenie Mocy" nie jest solidnym filmem byłoby sporym przekłamaniem. Zdecydowany wpływ na kształt tego tekstu miały bowiem moje wygórowane oczekiwania odnośnie produkcji J.J. Abramsa. Możliwe, że w wielu miejscach czepiam się mało istotnych z Waszego punktu widzenia elementów, ale dopóki to ja jestem narratorem dysponuję niezbywalnym prawem do ich uwypuklenia. Dla mnie największymi bohaterami "Przebudzenia Mocy" pozostaną Han Solo, Leia oraz BB-8. Polecam zobaczyć to na własne oczy i wyrobić sobie osobistą opinię. A tymczasem na zachętę i dobry początek postanowiłem wystawić ocenę troszkę wyższą niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.starwars.com
Ocena: 7/10 (na zachętę - moc we mnie jeszcze silna jest)

sobota, 22 listopada 2014

"Ender's Game"



"Ender’s Game" powstało na podstawie książki Orsona Scotta Carda pod tym samym tytułem, która ponoć zaliczana jest do klasyki fantastyki naukowej. De facto po raz pierwszy usłyszałem o powieści przy okazji zbliżającej się premiery filmu, więc jak widać na moim przykładzie pojęcie klasyka nie zawsze idzie w parze z popularnością. Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ubóstwiam wprost gatunek s-f na ekranie początkowo ogarnął mnie entuzjazm. Wydawało mi się, że oto nadchodzi wreszcie ambitne science fiction, podparte solidnym cyklem książkowym (oczywiście autor nie mógł poprzestać na jednej powieści – hajs się musi zgadzać!). Pierwsze wątpliwości pojawiły się już po spojrzeniu kontem oka na obsadę stołka reżyserskiego. Gavin Hood to przecież niezwykle utalentowany reżyser odpowiedzialny za takie oscarowe hity jak "W pustyni i w puszczy" oraz "X-Men Origins: Wolverine". Chyba nie można było wybrać lepiej! Drugi, znacznie poważniejszy, problem pojawił się, gdy postanowiłem odpuścić sobie kinowy seans, ale ciekawość zmusiła mnie by sprawdzić o czym w zasadzie jest proza Carda. I kiedy przeczytałem streszczenie "Gry Endera" od razu pomyślałem – "Starship Troopers" z gimbazy!
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła „Ender’s Game” jest wyjątkowo odkrywcza: znowu ludzkość prowadziła wesołą egzystencję do momentu podłego ataku obcej rasy z odmętów kosmosu (tak jak w "Starship Troopers"). Bardzo oryginalnie przedstawiono także kosmicznych najeźdźców, gdy przypominają … ogromne owady (dokładnie tak samo jak w "Starship Troopers"!). Oczywiście naigrywanie się z podobieństw do filmu Paula Verhoevena nie jest do końca na miejscu, ponieważ premiera "Żołnierzy kosmosu" miała miejsce dwanaście lat po publikacji książkowej "Gry Endera", niemniej sprawia mi ogromną frajdę. Oczywiście ludzkość odparła zdradziecką inwazję, ponieważ dzielny Mazer Rackham (Ben Kingsley) wykonał atak kamikadze tak samo jak w "Dniu Niepodległości". Straty populacji były liczone w milionach, toteż wreszcie zjednoczony gatunek ludzki postanowił nie dopuścić do powtórki z rozrywki. Jednakże zamiast wyszkolić liczną i nieustraszoną armię über space marines albo wybudować niezwyciężoną gwiezdną armadę ziemskie dowództwo postawiło na młodzież - "Ja zawsze z młodzieżą" mówi Mirek Szatkowski; Mirek Szatkowski, najlepszy wokal Polski. I tym momencie poznajemy Endera Wiggina (Asa Butterfield), ostatnią nadzieję nie tylko białych, ale i całej ludzkości.
Gimbaza Love!
(źródło: http://www.aceshowbiz.com)
Już na wstępie pojawia się zasadniczy problem, który jest dla mnie po prostu absurdalny. Niech mi ktoś wyjaśni w przekonujący sposób dlaczego dziecko po mniej więcej dwumiesięcznym szkoleniu ma być najdoskonalszym strategosem w dziejach? Bo gra w gry komputerowe? Przecież nawet najbardziej realistyczna strategia nie może oddać wszystkich zmiennych występujących na polu walki, a w szczególności tych, które Karl von Clausewitz określił pięknym mianem mgły wojny. Ponadto wszyscy doskonale znamy pierwsze prawo Murphy’ego: anything that can go wrong will go wrong. Bo ma posiada niezwykłe umiejętności? A czymże jest sam talent nie podparty choćby krztą doświadczenia (przecież nawet Neo musiał trenować swoje skille)? Tak się nie wygrywa bitew, a w szczególności toczonych na terytorium przeciwnika. Piszą takie pierdoły, a potem dziwią się w pierwszym świecie, że jakiś General Butt Naked czy inny Joseph Kony zapierdala po Afryce z własną armią małych strategosów. Pragnę również zauważyć, że pod względem taktycznym Ender hołduje raczej radzieckim metodom dowodzenia i w dupie ma los jednostek.
Sztywny pal pułkownika Graafa.
(źródło: http://www.aceshowbiz.com)
Ogromną irytację wywołał u mnie sposób, w jaki przedstawiono głównego bohatera. Tutaj nie pierdolenia że nasz Ender to outsider! Od razu wiadomo, że to über pro co się zowie, gdziekolwiek nie pójdzie natychmiast prezentuje unikalne skille by rozpierdolić system. Mało tego, dowództwo Gwiezdnej Floty Szkoły Dowodzenia już na starcie pokłada w nim nadzieje na ostateczny sukces. Pułkownik Graff (Harrison Ford) od samego początku jara się Enderem tak samo jak Humbert Humbert nimfetkami (czyżby kryptopedofilia?). Jak łatwo się domyślić faworyzowanie zapewnia Enderowi niebywałą popularność wśród kolegów i koleżanek. Przy tej okazji warto odnotować, że patrząc na wątek przyjaźni naszego herosa i Petry (Hailee Steinfeld), spodziewałem się wybuchu gorącej, gimbazowej miłości. Chwała zatem twórcom, iż zawiedli moje oczekiwania. Generalnie rzecz biorąc, jeśli pominiemy wspomniane wyżej oczywiste wady, "Ender’s Game" może wydać się całkiem poprawną produkcją, aczkolwiek pozbawioną jakiekolwiek blasku i choćby krzty wyjątkowości. Efekty specjalne są w porządku, ale przy dzisiejszej technologii nie urywają dupy. Wizja przyszłości? Trudno docenić wyjątkowość, skoro Ziemia wygląda jak zawsze, a w kosmosie zwiedzamy głównie stacje kosmiczne i bunkry na jakiejś zadupnej planecie. Zdecydowanie brakowało mi poczucia realności tego świata i chęci by się w nim zanurzyć na dłużej.
http://www.aceshowbiz.com
W kwestii popisów aktorskich mam natomiast raczej negatywne odczucia. Asa Butterfield mierził mnie przez niemal cały film swoją rzekomą wyjątkowością. Ani przez moment nie potrafiłem poczuć tych tak często opiewanych, niezwykłych zdolności oraz legendarnej charyzmy wielkiego przywódcy ludzkości. Finałowa wolta Endera ostatecznie przelała czarę goryczy. Harrison Ford jest w tym filmie sztywny jak pal Azji Tuhajbejowicza. Prawdziwa masakracja, więc pułkownik Graff szybuje wolno w odmęty zapomnienia. Viola Davis (major Anderson) wypada solidnie, aczkolwiek dostała stereotypową postać o dobrym serduszku. Kolegów i koleżanek Endera opisywać nie mam zamiaru, ponieważ są to zasadniczo same cliché. Jedyną kreacją, którą mogę ocenić w pełni pozytywnie, jest Mazer Rackham. Ben Kingsley to wspaniały aktor i osobiście fetuję każdy jego ekranowy występ. Muszę zatem przyznać, że jak na superprodukcję, która miała zamieść konkurencję, "Gra Endera" pod względem aktorskim wypada dosyć marnie.
http://www.aceshowbiz.com
A teraz achtung, bo będzie spoiler! Zakończenie dobitnie dawało nadzieję na kontynuację, ale "Gra Endera" poniosła sromotną klęskę finansową. W zasadzie nie może to być dla nikogo zaskoczenie, ponieważ jest to produkcja pogrążająca się w totalnej nijakości. To nie wygląda na żadne ambitne s-f, a po prostu na dosłowną realizację motta z początku filmu! Na dodatek zakończenie uderza w jakieś lewackie tony typu ochrona zagrożonych wyginięciem krwiożerczych gatunków, które chciały jeszcze niedawno zniszczyć Ziemię, ale teraz są już spoko, ponieważ ich przedstawiciele porozumieli się z głównym bohaterem poprzez wizje w jego głowie. Reszta jest milczeniem.
Kryptopedofilia? Nowy Humbert Humbert?
(źródło: http://www.aceshowbiz.com)
Ocena: 4/10 ("Starship Troopers" było jednak gorsze).

sobota, 6 września 2014

"The Devil's Own"



Ponieważ ostatnio zmierzyłem się ze znakomitą książką Eda Moloneya A Secret History of the IRA postanowiłem obejrzeć parę filmów związanych z The Troubles. Zanim przejdę do właściwego tematu kilka słów o wspomnianej publikacji. Jeżeli ktokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, pragnie zgłębić historię powstania i działalności Tymczasowej IRA to z pewnością niezwykle trudno będzie znaleźć lepszą pozycję. Ed Moloney zachwyca znajomością tematu oraz dogłębną analizą motywów działania republikańskich przywódców, ale prawdziwą wisienką na torcie są relacje uczestników opisywanych zdarzeń. Wybitna książka, warta każdych pieniędzy! Zakończywszy lekturę znalazłem się w wysoce prorepublikańskim nastroju, więc postanowiłem go trochę przedłużyć, tym razem przy pomocy produkcji filmowych. Niestety na "’71" przyjdzie jeszcze troszkę poczekać, więc zwróciłem się ku starociom. Na pierwszy ogień poszedł ostatni film wyreżyserowany przez Alana J. Pakulę, czyli niesławny "The Devil’s Own" (w Polszy znane jako "Zdrada"). Ponoć już w trakcie kręcenia dochodziły słuchy o poważnym konflikcie czołowych aktorów, mordobiciach na planie oraz kilkukrotnych zmianach scenariusza. Oczywiście wszystkie z powyższych czynników w negatywny sposób wpłynęły na końcowy efekt, o czym możemy przekonać się poniżej.
źródło: http://www.impawards.com
Idylliczny prolog "The Devil’s Own" rozgrywa się w Sześciu Hrabstwach w wyjątkowo niespokojnym roku 1972. Ojciec 8-letniego Francisa McGuire’a na oczach rodziny zostaje zamordowany przez lojalistyczną bojówkę za sympatyzowanie z Irlandzką Armią Republikańską. Ponad dwadzieścia lat później dorosły Frankie (Brad Pitt) jest już osławionym i wielce szanowanym członkiem Óglaigh na hÉireann. Jako doskonale wyszkolony miejski partyzant ma na swoim koncie wiele zabójstw brytyjskich żołnierzy, funkcjonariuszy RUC oraz lojalistów. Niestety Brytyjczycy dysponując ogromną dysproporcją sił zawężają pętlę wokół jednostki McGuire’a. Po nieudanej zasadzce, w trakcie której przelano hektolitry krwi rojalistycznych okupantów, Frankie by odetchnąć dostaje ważną misję w USA. Pomieszkując u Toma O’Meara (Harrison Ford), policjanta NYDP o irlandzkich korzeniach, nasz bohater ma zadanie sfinalizować transakcję zakupu Stingerów, które pozwolą IRA na skuteczniejszą walkę z brytyjskim reżimem.
źródło: http://www.rollingstone.com
Na początek kilka słów o republikańskich realiach przedstawionych w filmie. Jeżeli ktoś mi powie, że zabójstwa w stylu odpalenia ojca McGuire’a są nierealistyczne i nie mogły mieć miejsca to zapraszam do zapoznania się z historią północnoirlandzkiego konfliktu, a w szczególności z działalnością osławionego Shankill Butchers powiązanego z UVF. Fajnie, że zaznaczono podział IRA na niewielkie jednostki nazywane ASU (Active Service Units), które zaczęto wyodrębniać pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Natomiast wysłanie do USA tak bardzo poszukiwanego Ochotnika wydaje się wyjątkowo absurdalne. W ojczyźnie Wuja Sama istniały bowiem struktury, które zajmowały się zakupem broni oraz zbieraniem funduszy, więc nie było potrzeby wysyłania tam ludzi, którzy wydatnie zwiększaliby ryzyko niepowodzenia misji. Motyw przewiezienia broni statkiem wyraźnie nawiązuje natomiast do współpracy Tymczasowej IRA i pułkownika Mu’ammara Kaddafiego w drugiej połowie lat 80-tych. Eksterminowanie żołnierzy ASU bez procesu również ma spore racje bytu (vide Gibraltar 1988 - Operacja Flavius). Podsumowując realizm należy stwierdzić, iż jak na ignorancję Hollywood jest w porządku, ale bez szału.
Tom O'Meara - plugawy zdrajca irlandzkiej sprawy.
(źródło: http://www.rollingstone.com)
O ile podobały mi się początkowe sceny rozgrywające w się Ulsterze, o tyle po przeniesieniu akcji za ocean pierwotny entuzjazm zaczął drastycznie opadać. Scenariusz nie trzyma napięcia i niestety jest straszliwe przewidywalny. Nie będę ukrywał, że dla mnie pozytywnym bohaterem filmu jest Frankie, zagorzały bojownik o zjednoczenie Irlandii i poprawę losu uciskanego ludu Ulsteru. Ciekawa postać i co jeszcze bardziej interesujące, mimo podążającego za nią okrucieństwa i bezwzględności, potrafiąca wywołać u widza sympatię. Ogromna w tym zasługa Brada Pitta, który naprawdę dał z siebie wszystko, abyśmy polubili Frankiego. Polecam w szczególności znakomitą scenę z monologiem głównego bohatera o śmierci ojca i sytuacji panującej w Sześciu Hrabstwach. Na przeciwnym biegunie stawiam natomiast Toma O’Meara, którego traktuję jak najprawdziwszego villaina. Nie dość, że jawnie zdradził sprawę swoich przodków to na dodatek niemal zakapował swojego kolegę policjanta. Przez większość ekranowego czasu strasznie jednowymiarowa postać – niemal stąpający po nowojorskich ulicach ideał prawa, sprawiedliwości oraz nieprzekupności, a przy tym przykładny ojciec rodziny. Jednakże gdy przychodzi co do czego O’Meara zaczyna zastraszać, oklepywać świadków oraz wymuszać zeznania, kompletnie ignorując rozkazy przełożonych. Bez przesady można stwierdzić, iż przemienia się w berserkera żądnego irlandzkiej krwi. Oczywiście Harrison Ford poszedł na łatwiznę i po raz kolejny zagrał z typową dla siebie manierą. Wszystko to sprawia, że szczerze zacząłem nienawidzić jego bohatera i życzyć mu powolnej, bolesnej śmierci. Na drugim planie nie ma większego szału ani wybitnych postaci. Z pewnością chciałbym wyróżnić Nataschę McElhone (Megan) oraz Rubéna Bladesa (Diaz), bo na przykład rola Treata Williamsa (Burke) nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych kreacji.
źródło: http://www.rollingstone.com
Zasadniczo "The Devil’s Own" mogę polecić jedynie osobom, które przejawiają prawdziwe zainteresowanie konfliktem w Irlandii Północnej. Pod wieloma względami film Pakuly jest momentami głupawym, hollywoodzkim widowiskiem, ale ma również swoje smaczki. Szczęśliwie stosunkowo mało jest scen, w których Harrison Ford dokonuje rzeczy niemożliwych. Niestety zakończenie nie jest, chociaż to kilkukrotnie podkreśla w filmie Frankie, typowo irlandzkie – oglądamy finał sztampowo amerykański. Mogło być zdecydowanie lepiej, ale cóż takie już widocznie irlandzkie szczęście.
źródło: http://www.rollingstone.com
Ocena: 5/10.

sobota, 15 grudnia 2012

"Cowboys & Aliens"



Czy po filmie zatytułowanym "Cowboys & Aliens" można spodziewać się wyszukanej intelektualnej rozrywki? Oczywiście, że nie, aczkolwiek można spodziewać się przyzwoitego kina akcji z totalnym rozpierdolem w tle. Wracając do samego pomysłu: gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym przedsięwzięciu pomyślałem sobie, że jest to jedno z najgłupszych zestawień w dziejach kina. Niestety po krótkim wysiłku intelektualnym (jeśli można takie procesy w ten sposób nazywać) wymyśliłem coś bardziej idiotycznego - "Spartans vs. Predator". Mam świadomość, że Hollywood jest otwarte na tego rodzaju idee, toteż w przypadku realizacji mojego pomysłu oczekuję procenta od zysków i obiecuję wspomóc pozytywną recenzją.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Najlepszym streszczeniem fabuły jest tytuł filmu: kowboje walczą z przybyszami z kosmosu. Imponujące, nieprawdaż? Niemniej wspomnę, iż akcja rozgrywa się w gorącej Arizonie w 1873 roku naszej ery. Jake (Daniel Craig) budzi się na pustyni z całkowicie wyzerowaną pamięcią o swoich przeszłych dokonaniach. Nie jest to bynajmniej efekt grubego melanżu, gdyż nasz bohater nosi na ręce tajemniczą bransoletę, wyraźnie niewykonaną ludzką technologią. Wkrótce Jake dostaje się do pustynnego miasteczka Absolution, którym twardą ręką rządzi pułkownik Dolarhyde (Harrison Ford). I tu w zasadzie urywa się wszelka sensowność, bo wkrótce pojawiają się obcy, których trzeba napierdalać.
W poszukiwaniu Melanżu Ostatecznego
(źródło: http://www.allmoviephoto.com/)
"Cowboys & Aliens" są aż tak dramatyczni, jak wskazuje tytuł. Nonsensowna fabuła to chyba największy zarzut. Do tego można dodać żenującą gloryfikację dzielnej rdzennej ludności, która tymczasowo uniknęła eksterminacji. Szybko okazuje się, że Apacze to mistrzowie górskiej guerilli, niczym nieustępujący afgańskim Talibom. Naprawdę jest tragicznie pod tym względem i trudno to zdzierżyć. Oprócz nonsensowności fabuła ma jeszcze jedną cechę, która ją wyróżnia pośród tego rodzaju produkcji. Generalnie składa się z samych doskonale znanych klisz i stanowi nihil novi sub sole. Pytam się dlaczego w każdym klasycznym westernie trzeba przeskoczyć z konia na jakiś inny środek transportu? W tym akurat zakrawa to na absurd. Oprócz wspomnianych powyżej Indian "Cowboys & Aliens" uświadczyło mnie bandą złodziejów, złym charakterem, który nie jest naprawdę zły oraz wyjątkowo ckliwymi scenami śmierci poszczególnych postaci wypełnionymi patosem do porzygu.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
W obsadzie mamy zarówno gwiazdy wielkiego formatu (Daniel Craig i Harrison Ford) jak i gwiazdy mniejszego formatu (Sam Rockwell, Olivia Wilde, Paul Dano, Clancy Brown). Craig jest w porządku i w tej gównianej konwencji wypada nawet przekonująco, aczkolwiek po raz kolejny gra małomównego twardziela. Niestety na przeciwstawnym biegunie znalazł się Harrison Ford, który wkurwiał mnie po prostu niemiłosiernie. Reszta obsady gra na tyle, na ile pozwala wspaniały scenariusz. Jestem głęboko przekonany, że filmu nie uratowałyby nawet najlepsze efekty specjalne w historii ludzkiej kinematografii. Muszę przyznać, że pod tym względem "Cowboys & Aliens" wypadają dosyć solidnie. Nie są to może wyjątkowo porywające efekty, aczkolwiek widziałem tyle filmów science fiction, że trudno mnie czymś zaskoczyć. Jakoś wygląd obcych mi się niezbyt podobał i to zasadniczo jedyne zastrzeżenie jakie mogą sformułować. "Cowboys & Aliens" mogę polecić jedynie jako idealny film obiadowy i dlatego taka a nie inna ocena.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ocena: 3/10.