Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Driver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Driver. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

"Annette" (2021)

It's sad but it's true. Now you have nothing to love.

W mojej dotychczasowej, świadomej przygodzie z kinematografią przeważnie z musicalami miałem tyle wspólnego z co samochodami drogimi, czyli nic. Pamiętam oczywiście z dzieciństwa "Spotkamy się w St. Louis" (chociaż nie potrafię zrozumieć dlaczego akurat ten film zapadł mi tak dobrze w pamięć) czy "Deszczową piosenkę", ale jak w latach 90-tych ubiegłego stulecia miałem cztery kanały telewizyjne to za wielkiego wyboru nie było i oglądałem po prostu wszystko jak leci. Z biegiem lat starałem się poszerzać horyzonty, ale jednak z musicalami dalej mi było raczej średnio po drodze. "Moulin Rouge!" czy "Chicago" nie zrobiły na mnie większego wrażenia i w zasadzie dopiero po "La La Land" trochę zmieniłem podejście do tego gatunku, aczkolwiek nadal nie jest to moja ulubiona kategoria (chociaż niedawno byłem na koncercie muzyki musicalowej w Wieliczce w ramach Summer Music Festival 2022). Spytacie zatem słusznie: to czemuż, ach czemuż, Majkonie drogi, wziąłeś się za oglądanie i pisanie recenzji musicalu "Annette"? Albowiem odpowiedzią jedyną słuszną jest, iż w ostatnich miesiącach odciętym jestem od nowości kinowych i na serwisach streamingowych polegać muszę, a tu nowości mało pojawia się, a ponadto koncept filmu w reżyserii Leosa Caraxa wydawał mi się dosyć absurdalny.


"Annette" to historia nietypowej miłości. Henry McHenry (Adam Driver), znany stand-uper z dosyć specyficznym poczuciem humoru poznaje światowej sławy śpiewaczkę operową Ann Defrasnoux (Marion Cotillard). Chociaż wydawałoby się, że oboje są z różnych bajek to ich związek funkcjonuje na tyle dobrze, że postanawiają się pobrać. Jednak idylla zaczyna się psuć wraz z narodzinami ich córki, tytułowej Annette (w którą wcieli się pod koniec filmu Devyn McDowell). Mroczna natura Henry’ego, uaktywniona wskutek kryzysu kariery, pcha bohatera ku nieuchronnej tragedii.

"Annette" jak na musical jest dosyć nietypowym filmem (przynajmniej dla mnie, ponieważ z powodu mojej wyraźnej ignorancji nie oglądam zbyt wielu produkcji z tego gatunku). Piosenki pojawiają się w dosyć nieoczekiwanych i zaskakujących momentach – przykładowo w scenach seksu czy narodzin Annette - bo, że śpiewanie zastępuje normalne dialogi między bohaterami to wszyscy mogli się przecież spodziewać. W tym miejscu chciałbym bardzo pochwalić wykorzystanie w wielu miejscach filmu kobiecego chórku, który daje moim zdaniem wspaniałe efekty wokalne i znacznie wzbogaca warstwę muzyczną musicalu. Szkoda natomiast, że wraz z rozwojem fabuły chórek pojawia się coraz rzadziej, aż w końcu zanika zupełnie (chyba, że źle to zapamiętałem). Piosenki wykorzystanie w filmie nie są może materiałem na super przeboje, ale potrafią wpadać w ucho i dobrze się sprawdzają w trakcie seansu. Ponadto na plus należy zaliczyć, że wszyscy aktorzy z wyjątkiem Marion Cotillard sami śpiewali swoje kwestie (co łatwo oczywiście zrozumieć, bo raczej trudno oczekiwać od francuskiej aktorki, aby nagle zaczęła dysponować operowym wokalem). Podsumowując pod względem warstwy muzycznej "Annette" jest jak najbardziej udana.

Mroczna i niepokojąca fabuła natomiast raczej średnio kojarzy mi się z musicalem. Henry próbując uporać się z kryzysem kariery zdecydowanie nadużywa alkoholu, co oczywiście prowadzi do werbalnej, a potem fizycznej przemocy wobec bliskich. Dodatkowo jego sytuację pogarszają oskarżenia o nadużycia wobec kobiet z przeszłości, które w końcu wychodzą na światło dzienne. Natomiast trochę średnio przedstawiono, przynajmniej w mojej jakże skromnej opinii, motywację naszego bohatera do czynienia zła. Czyżby zwykła zazdrość o międzynarodową karierę była tak trywialnym powodem? A może Henry od początku był po prostu pojebem, który jeszcze jako tako kontrolował swoje zbrodnicze popędy, a dopiero nadużywanie alkoholu wyzwoliło w nim wszystko co starannie ukrywał przez lata? No cóż, akurat ta kwestia pozostaje dla mnie zagadką, acz w scenicznych występach Henry’ego przewija się jakiś niepokój. Swoją drogą muszę pochwalić twórców za intrygujący sceniczny wizerunek bohatera – chociaż oglądam mało stand-up’u i może to jest po prostu normalne (przynajmniej w USA).

Jeśli chodzi o aktorstwo to w "Annette" liczą się tak naprawdę tylko trzy osoby. Po tym filmie Adam Driver wydaje mi się być niezwykle uniwersalnym aktorem, który nawet zaśpiewać na ekranie się nie lęka. Bardzo dobra rola, dodatkowo wsparta nienajgorszymi występami wokalnymi, więc z pewnością można zaliczyć występ na zdecydowany plus. Podobnie jest w przypadku Marion Cotillard, acz w przypadku Francuzki musimy pominąć propsy za partie wokalne o czym pisałem wyżej. Niemniej bardzo dobrze wpasowała się rolę śpiewaczki operowej i matki. Jednak największym zaskoczeniem był dla mnie występ Simona Helberga, który bardzo wiele zrobił, aby dołączyć do obsady musicalu. Aktor znany przede wszystkim z serialu "The Big Bang Theory" totalnie zaskoczył mnie swoją przejmującą kreacją. Na mały plusik zasługuje natomiast Devyn McDowell za scenę rozgrywającą się w więzieniu.

Jak na moje musicalowe standardy "Annette" prezentuje się dosyć nietypowo. Niemniej jest to przypadek interesującego kina, przy czym podejrzewam, że znajdą się osoby, który zrezygnują z seansu dosyć szybko. Dla jednak było to ciekawe doświadczenie i mogę Wam polecić tę produkcję głównie z uwagi na jej wyjątkowość.
Ocena: 7/10.

czwartek, 30 grudnia 2021

"House of Gucci" (2021)

Father, son and House of Gucci.

Na seans "House of Gucci" namówiła mnie Grażka, która była wręcz urzeczona trailerami najnowszej produkcji Ridleya Scotta oglądanymi przy okazji innych kinowych projekcji. Osobiście raczej sceptycznie podchodziłem do nowego filmu brytyjskiego mistrza, gdyż ostatnie produkcje sygnowane jego nazwiskiem były albo katastrofalne ("Alien: Covenant") albo co najmniej dziwne/zmierzające ku epickiej klęsce ("Raised by Wolves" – latający wunsz). Niemniej wspomniany już trailer "Domu Gucci" zrealizowany został w naprawdę imponujący sposób, aczkolwiek dobór hitowej piosenki Heart of Glass zespołu Blondie zrobił ogromną robotę. W zasadzie z perspektywy postseansowej, mogę napisać, uwaga spoiler alert, że w zapowiedzi zawarto w zasadzie wszystkie najlepsze sceny z filmu opowiadającego o wielkim domu mody. A przy okazji muszę wspomnieć, że moja osobista przygoda ze światem wielkiej mody zaczęła się namacalnie, gdy trzymałem w rękach buty Givenchy za mniej więcej 24 tysiące PLN i torebki właśnie Gucci albo Dolce & Gabbana (któż by takie szczegóły spamiętał po tylu latach) za jakieś 6 tysięcy PLN sztuka, które ktoś kiedyś przy odprawie celnej zadeklarował jako upominki o bardzo niskiej wartości. Kopalnią doświadczeń o najnowszych trendach były z kolei liczne odprawy towarów polskiego MISBHV, które w spektakularny sposób przebiło się na światowe salony. Mediolan, Paryż, Raszyn, słynne kieleckie bazary – jak widać tematy światowej mody nie są mi obce.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Na modowy świat domu Gucci patrzymy z zewnętrznej perspektywy Patrizi Reggiani (Lady Gaga), która na imprezie przypadkowo poznaje dziedzica rodu, sympatycznego, lecz nieśmiałego i nieco introwertycznego Maurizio (Adam Driver). Ambitna dziewczyna od razu stara się usidlić chłopaka by wejść do rodzinnego przedsiębiorstwa zarządzanego twardą ręką przez braci Rodolfo (Jeremy Irons) i Aldo (Al. Pacino). A nie jest to zadanie łatwe, ponieważ dumni członkowie klanu Gucci są raczej nieufni, a przede wszystkim tworzą wysoce dysfunkcyjną familię z wybijającym się w tej dziedzinie Paolo (Jared Leto) na czele.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem wspomniany we wstępie trailer, zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście Ridley Scott jest odpowiednią osobą na reżyserskim stołku. Szanuję dokonania Brytyjczyka, ale w ostatnich latach zdecydowanie się pogubił. Do tematyki świata mody zdecydowanie bardziej pasowałby choćby Paolo Sorrentino, który nie dość, że pochodzi z Italii to ma niezwykły talent do kręcenia pięknych wizualnie filmów albo Tom Ford, który nie dość, że jest projektantem mody i jednym z bohaterów "House of Gucci" (wcielił się w niego Reeve Carney), to również potrafi tworzyć wspaniałe wizualia – sprawdźcie "Samotnego mężczyznę" albo "Zwierzęta nocy". Niemniej powyższa kwestia nie ulegnie już zmianie, więc takie dywagacje są raczej pozbawione sensu (chyba, że ktoś kiedyś przewiduje remake – macie ode mnie dwóch kandydatów na reżysera). Dużym problemem produkcji Ridleya jest z pewnością jej epizodyczność. Film przedstawia bowiem dzieje rodziny Gucci na przestrzeni kilkunastu lat (czemuż, ach czemuż zabrakło prologu przedstawiającego narodziny ich potęgi?) i chociaż trwa aż ponad dwie i pół godziny to jednak nie udało się uniknąć pobieżnego skakania po poszczególnych wydarzeniach. Z tego powodu niektóre zachowania bohaterów się trochę średnio wytłumaczalne w kontekście tego, co pokazano na ekranie. Może naprawdę warto byłoby materiał znacznie bardziej rozbudować i nakręcić przykładowo ośmio albo dziesięcioodcinkowy serial?
© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Jak na film o świecie mody, to zdecydowanie zabrakło mi pokazania na ekranie samej mody, kolekcji Gucci i wszystkiego co świadczyłoby o wyjątkowości tej rodzinnej wówczas firmy. W zasadzie jedyną takim akcentem jest krajoznawcza wycieczka do wiejskiej posiadłości Aldo, położonej zdaje się w Toskanii, gdzie hodowano krowy, z których skór wyrabiano następnie produkty Gucci. Zdecydowanie brakowało jednak przede wszystkim samych pokazów mody (oglądamy może jeden albo dwa), ubrań i akcesoriów czy choćby etapu projektowania kolekcji (chodzi mi o prawdziwe kolekcje, a nie abominacje Paolo). Nie chcę przy tym zamieniać filmu w katalog reklamowy, ale miałem wrażenie, że więcej czasu ekranowego czasu poświęca się tematowi podróbek na rynku amerykańskim niż oryginalnym towarom Gucci. Nie twierdzę przy tym, że bohaterowie są odziani w bazarowe ortaliony, ale zdecydowanie zabrakło mi esencji wyjątkowości tej marki. Z mojej perspektywy irytujące było również udawanie włoskiego akcentu przez aktorów. Ten zabieg pojawia się co prawda bardzo często w wielu filmach, aczkolwiek mam coraz bardziej negatywny stosunek do takich praktyk. Fajnie natomiast, że pokazano czym kończy się bycie nieodpowiedzialnym menadżerem, mimo, iż wszystko wydawało się być w porządku i były predyspozycje do wielkich czynów, i jak wielki biznes przekształca rodzinne firmy w korporacje. Ostatni zarzut to przeinaczanie faktów, skrótowość i przerysowanie poszczególnych postaci, które spotkały się z krytyką nie tylko ze strony żyjących członków rodziny Gucci, ale także Toma Forda, który przez kilka dobrych lat pracował w tym domu mody.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Nie będę wcale zdziwiony, jeśli Lady Gaga dostanie Oscara za rolę Patrizi. Ba, na ten moment nie widziałem lepszej kreacji (aczkolwiek jeszcze gówno widziałem), ale naprawdę chciałbym docenić wkład amerykańskiej piosenkarki w tę rolę. Co prawda Lady Gaga nie śpiewa i nie ma romansu z Bradleyem Cooperem, a mimo to wypada znakomicie na ekranie, stając się kimś w rodzaju Lady Macbeth. Z najprawdziwszą przyjemnością oglądałem ten występ. Partnerujący jej Adam Driver nieźle sprawdza się jako bohater dynamiczny (tak to się chyba na polskim nazywało, nie?), przechodząc ewolucję od nieśmiałego chłoptasia do wyrachowanego mężczyzny. Warto docenić talent tego chłopaka, który potrafi wcielić się w napakowanego na siłce Kylo Rena, jak i w dosyć wątłego (przynajmniej na początku) intelektualistę Maurizio. Na drugim planie dzieją się rzeczy dobre, nijakie i straszliwe. Na zdecydowany plus zaliczam występ Jeremy’ego Ironsa, z którego roli bije dostojeństwo i splendor domu Gucci. Tak sobie oceniam natomiast Ala Pacino, który moim zdaniem gra znowu to samo, z lekkim skrętem ku przekrętom, podróbkom i wałkom finansowym. Kompletna porażka to natomiast kompletnie przeszarżowany występ Jareda Leto, który swojego bohatera zamienia w człowieka wręcz opóźnionego w rozwoju i kompletnie niepoważnego. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Jack Huston wcielający się Domenico De Sole, człowieka od rozwiązywania trudnych spraw.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

"House of Gucci" mógł być zdecydowanie lepszym filmem (a powinien być serialem przy takim spektrum czasowym), ale niestety szanse na wielkość zostały zaprzepaszczone w epizodyczności, nie trzymaniu się faktów oraz katastrofalnym występie Jareda Leto (kurwa, Ridley, jak ty mogłeś to tak spierdolić?). Niemniej, warto zobaczyć produkcję dla wybitnej roli Lady Gagi oraz partnerującego jej Adama Drivera, a ponadto fabuła została poprowadzona w taki sposób, że dwie i pół godziny zlecą jak z bicza strzelił.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Ocena: 6/10.


środa, 15 stycznia 2020

"Star Wars: Episode IX - The Rise of Skywalker" (2019)

Confronting fear is the destiny of a Jedi. Your destiny.

Ponieważ przeważnie zachowuję się poważnie i lubię kończyć, to co zacząłem (pozdro Leszek Miller), więc po prostu nie mogłem odpuścić finalnej części ostatniej trylogii. I nie zląkłem się nawet w obliczu fatalnych recenzji "Star Wars: Episode IX – The Rise of Skywalker", a także podejścia niektórych znajomych, którzy położyli przysłowiowego chuja na najnowsze dzieło J.J. Abramsa. Ja po prostu musiałem się wreszcie dowiedzieć w jaki sposób skończy się przygoda rozpoczęta na nowo w 2015 roku! I chociaż ostatnie filmy spod znaku "Star Wars" nie napawały mnie przesadnym optymizmem (choćby borykający się z problemami produkcyjnymi raczej średni "Solo: A Star Wars Story"), to ciekawość jest naprawdę potężną i fascynującą siłą. Zważywszy na dodatek, że "The Last Jedi" pozostawił po sobie spuściznę wielu pytań i wątpliwości, to dwuletnie wyczekiwanie stało się prawdziwą katorgą! Ponieważ jesteśmy już świeżutko po ogłoszeniu nominacji oscarowych, to wspomnę jeszcze, że "The Rise of Skywalker" dostał trzy: oryginalna ścieżka dźwiękowa (w pełni zasłużenie), efekty specjalne i montaż dźwięku. Tym razem na arenę kinematograficznej walki wybraliśmy epicką do granic salę krakowskiego Kina Kijów, która w wigilię Sylwestra zapełniła się jedynie w przygnębiających około 10%.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Tym razem fabuła przekroczyła chyba wszelkie poznane przez ludzkość granice absurdu i nonsensu. Prawie 40 lat po swojej spektakularnej śmierci Imperator Palpatine (Ian McDiarmid) postanowił nagle ożyć wypuszczając na miasto wiadomość, iż planuje wszystko rozpierdolić w drobny mak za pomocą epickiej floty, która kosmicznym kulom się nie kłania. Ponieważ włodarze faszystowsko-militarystycznego Najwyższego Porządku nie do końca wiedzą czy groźby najpotężniejszego lorda Sithów dotyczą również ich wesołej organizacji, Kylo Ren (Adam Driver) wyrusza w nieznane rubieże galaktyki w poszukiwaniu Exogal, mitycznej ojczyzny Sithów. Tymczasem Rey (Daisy Ridley) kontynuuje przyspieszony kurs Jedi, ale wskutek jasnego przekazu Imperatora również siły Ruchu Oporu postanawiają sprawdzić czy stary wróg rzeczywiście powrócił do gry.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Oglądając "The Rise of Skywalker" długimi momentami czułem się jak na seansie jakichś "Avengersów" (i to nie jest zaleta). Akcja toczyła się w tak zawrotnym tempie, że po dwóch tygodniach od seansu nie jestem w stanie przypomnieć sobie większości mniej lub bardziej absurdalnych, ekranowych wydarzeń. Im dalej w film, tym bardziej ogarniało mnie poczucie bezsilności i frustracji, a mantry typu O ja pierdolę!, Kurwa, czy to się dzieje naprawdę? lub J.J., jak ty mogłeś wszystko tak spierdolić? wyrywały się coraz częściej z moich ust. Kuriozów jest tutaj niestety cała masa: od nonsensownej sceny leczenia pustynnego węża (czyżby czerw z "Diuny"?) przez odwiedzanie tysięcy niepotrzebnych nikomu planet w poszukiwaniu magicznych artefaktów Sithów po absurdalny desant konnicy na pokładzie gwiezdnego niszczyciela. Swoją drogą technika musiała pójść naprawdę do przodu, skoro na każdym okręcie Ostatecznego Porządku zamontowano działo do niszczenia planet. Ponadto pojawia się kompletnie nieuzasadniony niczym innym niż poprawność polityczna i całkowicie nic nie wnoszący do akcji wątek homoseksualnych bohaterów (nie krytykuję oczywiście ze względów ideologicznych, lecz z powodu sztuczności i zbędności tej sceny). Fabuła niby wyjaśnia wreszcie pewne kluczowe kwestie (np. pochodzenie Rey i Snoke’a), ale pozostawia całą masę istotnych tematów bez żadnego sensownego wytłumaczenia. Z góry przepraszam za spoilery, ale w tym miejscu po prostu muszę zadać parę pytań, na które nie otrzymałem odpowiedzi:
  • W jaki sposób Imperator przeżył eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci (chociaż w sumie odkąd dowiedziałem się, że Darth Maul żyje, nie uwierzę już w żaden ekranowy zgon)?
  • Dlaczego eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci przetrwała tajna komnata?
  • W jaki sposób, kiedy i gdzie dokładnie została zbudowana flota Ostatecznego Porządku? Skąd rekrutowano załogi okrętów?
  • W jaki sposób Kylo Ren opuścił księżyc Endora?
  • Od kiedy gen. Pryde (Richard E. Grant) jest przełożonym gen. Huxa (Domhnall Gleeson)?
  • Jaki jest związek Finna (John Boyega) i mocy?
  • Dlaczego Imperator wyznaczył dokładny termin uderzenia floty zamiast wykorzystać przewagę zaskoczenia i zaatakować znienacka?
TM & © Lucasfilm Ltd.
Takich pytań można mnożyć dziesiątki, a może nawet setki. Podobnie irytuje natrętny i ordynarny fan service (przykładowo Chewbacca dostaje wreszcie pierdolony medal za zasługi sprzed czterdziestu lat), ale może przejdźmy do tych kilku małych rzeczy, które J.J. Abramsowi się o dziwo udały. Na pierwszy rzut idą oczywiście przeważnie doskonałe i bezbłędne efekty specjalne (przykładowo ogromne fale na księżycu Endora z wrakiem drugiej Gwiazdy Śmierci), które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Choreografie walk na miecze świetlne również wypadły na ekranie olśniewająco, to samo można powiedzieć o lokacjach i kostiumach (np. stylówka Zorii Bliss). Duże wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim wszystkie sceny z Imperatorem oraz jego armią Sithów. Twórcom filmu udało się zbudować niezwykłą grozę i niepokój w tajemniczej kryjówce Palpatine’a, chociaż tron kojarzy się zdecydowanie z popularnym serialem HBO. Chyba największą zaletą "The Rise of Skywalker", i jedynym elementem nawiązującym poziomem do oryginalnej trylogii, jest ścieżka dźwiękowa autorstwa niezawodnego Johna Williamsa. Mimo 88 lat na karku amerykański kompozytor po raz kolejny pokazał prawdziwą klasę, tworząc perełki jak choćby utwór ilustrujący dachową konwersację Poe (Oscar Isaac) i Zorii (Keri Russell).

TM & © Lucasfilm Ltd.
Akapit o aktorstwie i postaciach mógłbym w sumie przekopiować z recenzji poprzedniej części. Zarówno Adam Driver, jak i Daisy Ridley w dalszym ciągu grają to samo, więc ciężko pochwalić któreś z nich. Dodatkowo scenarzyści w irytujący sposób poszerzając zakres nowych mocy Rey (m.in. ręce, które leczą oraz siłowanie się na statki kosmiczne) zmienili tę postać w niemal über-Jedi, która potrafi wszystko. Oscar Isaac (Poe) i John Boyega (Finn) są w miarę w porządku, ale zdecydowanie bez szału. Z wiadomych względów rola Carrie Fisher (Leia) została zredukowana do resztek skrawanych z dostępnych materiałów, a Mark Hamill wraca jedynie chwilami w postaci ducha Mocy. Warto odnotować niezły powrót Billy’ego Dee Williamsa do roli Lando, ale przy okazji można się spytać gdzie była ta fajna postać przez te wszystkie lata i dwie poprzednie części? W porównaniu do pozostałych filmów rola Domhnalla Gleesona (gen. Hux) została zredukowana do absurdalnego wręcz minimum. Jedyna wypływająca z tego korzyść to pojawienie się intrygującej postaci gen. Pryde’a, w którego wcielił się Richard E. Grant. Z największych plusów należy wyróżnić znakomity powrót Iana McDiarmida do roli Imperatora oraz krótki, acz zapadający w pamięć, występ Keri Russell (Zorii Bliss).
TM & © Lucasfilm Ltd.
Przede wszystkim w "The Rise of Skywalker" brakuje nieuchwytnego pierwiastka, czegoś co potrafi sprawić (z wyjątkiem świetnej muzyki Johna Williamsa), że od razu czujemy, iż jest to jedna z TYCH wielkich, uniwersalnych produkcji opowiadających o odwiecznej walce dobra i zła. Film J.J. Abramsa w takiej formie można spokojnie uznać, za jeden z mniej znaczących wytworów uniwersum "Star Wars", a nie epickie uwieńczenie całej trylogii! Osobiście uważam, że jest to największe, obok finału "Gry o tron", rozczarowanie 2019 roku (oczywiście nie liczę "Avengers: Endgame", ponieważ i tak wiedziałem, że wspaniała redukcja herosów w "Infinity War" zostanie zaprzepaszczona). Pozostaje zadać sobie pytanie jaki cel czy idea (oprócz zarabiania monet) przyświecała nowej trylogii? Praktycznie żaden z filmów nie nawiązał poziomem do oryginalnej trójcy, a co więcej można było odnieść wrażenie, że są to ordynarne remake’i poszczególnych odsłon. Najgorsze jednak jest to, że po seansie "The Rise of Skywalker" z sentymentem zacząłem spoglądać w stronę drugiej z trylogii z przełomu stuleci… Chociaż Jar Jar Binks nie został nigdy ujawniony jako lord Sithów, to może właśnie on pociągał od początku za wszystkie sznurki…
TM & © Lucasfilm Ltd.
Ocena: 5/10.

Recenzje pozostałych filmów "Star Wars":

sobota, 30 grudnia 2017

"Star Wars: Episode VIII - The Last Jedi" (2017)



The greatest teacher, failure is.

Tym razem postanowiłem nie pierdolić się w tańcu i ruszyłem do kina "Star Wars: Episode VIII - The Last Jedi" już wkrótce po premierze. Co ciekawe sala w Małopolskim Ogrodzie Sztuki (interesująca akcja Kina pod Baranami – Barany w MOSie) z pewnością nie należy do największych, a chociaż cena poniedziałkowego seansu była bardziej niż przystępna, to jednak nie powiem, żebym szczególnie narzekał na gęsty tłum popcornożerców i siorbaczy Coca-Coli. Rychła chęć obejrzenia kolejnej części sagi nie wynikała może bezpośrednio z umiarkowanie solidnego "Przebudzenia mocy", lecz raczej z nadziei, które rozbudził znakomity wręcz "Łotr 1" (mimo upływu czasu polski tytuł brzmi dalej tak samo kretyńsko jak na początku). Co prawda dosyć szybko ogarnąłem się i zorientowałem, że nie będę już oglądał przygód Jyn i Cassiana, lecz Rey i pierwszego emo-Jedi, ale jakiś tam szczątkowy entuzjazm pozostał. Żeby to zrozumieć ten sentyment trzeba by wrócić na boiska podstawówki lat 90-tych ubiegłego stulecia, trzymając w rękach paczkę Ruffles z legendarnymi tazosami, które umieszczało się w Albumie Mocy. Pamiętam, że zebrałem wszystkie (gdzie to jest teraz, Drodzy Rodzice?!), a jednego tazosa miałem tak rozjebanego, że musiałem go skleić taśmą… Ale, ale wracajmy do sedna! Na zakończenie wstępu pragnę nadmienić, że w recenzji mogą pojawić się spoilery istotne z punktu widzenia ostatecznej oceny filmu.

© & ™ Lucasfilm Ltd.

Jak doskonale pamiętamy (lub nie) z poprzedniej odsłony Rey (Daisy Ridley) w końcu dopięła swego i odnalazła legendarnego Luke’a Skywalkera (Mark Hamill). Niemniej upragnione spotkanie wypadło co najwyżej blado, przez co młoda adeptka Jedi musiała sporo natrudzić się, aby skłonić starego mistrza do przekazania jej swojej mądrości. Tymczasem, mimo spektakularnej klęski kolejnej Gwiazdy Śmierci  w poprzedniej części, faszystowsko-militarystyczne siły Najwyższego Porządku odnoszą spore sukcesy w zwalczaniu Nowej Republiki. W zasadzie jedynym godnym przeciwnikiem dla organizacji Snoke’a (Andy Serkis) pozostaje Ruch Oporu dowodzony przez niezłomną generał Organę (Carrie Fisher). Oczywiście sytuacja pogarsza się wydatnie w momencie, gdy Najwyższy Porządek lokalizuje ważną bazę rebeliantów.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Przechodząc do istoty recenzji muszę przypomnieć, że nigdy nie udało mi się zostać totalnym freakiem "Star Wars", by pochłaniać coraz to nowsze wytwory tzw. expanded universe. Z tego też powodu nie szukajcie w tekście odpowiedzi kto jest kim i skąd się wziął albo listy wszystkich Easter eggs (a tak przy okazji dopiero po lekturze Amerykańskich bogów Neila Gaimana zainteresowałem się skąd wzięła się nazwa Wielkanocy w języku angielskim). Pierwsze myśli, jakie nasunęły mi się zaraz po seansie, to chaos, niespójność oraz wyraźne luki scenariuszowe, które w tak dopieszczonej produkcji nie mają prawa zaistnieć. Powiedzmy, że "Last Jedi" składa się z mniej więcej trzech, przeplatających się wątków. O ile trening Rey z Luke’m oraz ucieczka rebeliantów przed flotą Najwyższego Porządku wpisują się kanon "Star Wars", o tyle absurdalna i bezsensowna misja Finna oraz Rose jest jakby wyjęta z całkowicie innego uniwersum. Planeta z kosmicznym kasynem (sic!) wygląda bowiem jak połączenie "Casino Royale" ze "Strażnikami Galaktyki" – i w zasadzie właśnie w tym drugim filmie idealnie odnalazłaby się postać grana przez Benicio Del Toro (DJ). Absurd i nonsens kompletnie nic nie wnoszący do fabuły filmu. Odnośnie luk w fabule to, aby nie za bardzo spoilować, wspomnę jedynie o dwóch kwestiach. Ucieczka jednego z bohaterów z chyba najlepiej strzeżonego pomieszczenia w całym imperium Najwyższego Porządku nie zaprzątała zbytnio uwagi scenarzystów. Czy naprawdę nie istniała żadna możliwość zniszczenia rebelianckiej floty zanim skończyło się paliwo? Oprócz tego nie trudno wskazać o wiele więcej przykładów, ale to już pozostawiam w Waszej gestii.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Długimi latami czekałem, żeby ujrzeć na ekranie potężnego, kosmicznego dreadnoughta. Tylko po to, żeby zobaczyć, że może zniszczyć go statek kosmiczny poruszający się w tempie Roberta Korzeniowskiego za pomocą bomb (podobno elektromagnetycznych, ale nikt w filmie o tym nie mówił). Pod względem taktycznym "The Last Jedi" to prawdziwy dramat. Ruch Oporu marnuje swoje szczupłe siły w kretyński sposób, w czym prym wiedzie niezaprzeczalnie sympatyczny i pełen wigoru kosmiczny Pyrrus Poe Dameron (Oscar Isaac). Jednakże w przeciwieństwie do króla Epiru nasz bohater kompletnie nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia ponoszonych strat, chcąc dalej bezmyślnie napierdalać wroga (pojęcie odwrotu taktycznego wydaje się kompletnie obce). Nawiązań do "Imperium kontratakuje" to mi się nawet nie chce wypisywać, ponieważ szkoda miejsca. "Ostatni Jedi" potwierdza również tezę, że im krócej trenujesz posługiwanie się Mocą i walkę mieczem świetlnym, tym lepsze osiągasz wyniki. Z odrazą i lękiem oglądałem rzeź świetnie wyszkolonej gwardii przybocznej Snoke’a przez osobę, która trzymała miecz świetlny w ręce po raz chyba trzeci w życiu (co zresztą trafnie zauważa Najwyższy Przywódca na chwilę przed żenującym zakończeniem swojej egzystencji). Ale na koniec zostawiam najbardziej frustrujący i najpoważniejszy argument: przestałem czuć Moc w tym filmie.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Powyższy hejting wynika w głównej mierze z mojej frustracji z powodu niedopracowania wydawałoby się banalnych kwestii – a przecież mieliście tyle lat, że to zrobić tak jak należy! Niemniej należy podkreślić, że "The Last Jedi" nie jest filmem tragicznym, lecz solidną produkcją nie schodzącą poniżej pewnego poziomu. W kwestii zdjęć oraz efektów specjalnych produkcja reżyserowana przez Riana Johnsona robi kolosalne wrażenie, chociaż nieoczekiwanie zdarzyło się kilka słabszych rozwiązań. Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się całkiem nieźle i dwie pół godziny projekcji mijają jak z bicza strzelił. Wiele scen niesie ze sobą wyraźny ładunek emocjonalny lub są po prostu piękne pod względem wizualnym, co dodatkowo podkreśla znakomita muzyka Johna Williamsa (zwróćcie uwagę na epicką kwaterę Snoke’a i jego gwardię przyboczna skąpaną w czerwieni). Flashback Luke’a i Kylo ma szansę się stać czymś w rodzaju casusa kto pierwszy strzelił  Hana Solo, z tą różnicą, że chodzi o to kto pierwszy doprowadził do rozpierdolenia świątyni Jedi (erekcje nerdów są nieuniknione). Poważne wydarzenia przeplatane są licznymi humorystycznymi wstawkami, z których część jest autentycznie zabawna (szczególnie motyw mistrza Yody) . Oczywiście przesadzono z kosmicznymi dziwadłami pokroju włochatych pingwinów (zwanych porgs), paskudnych krów czy majestatyczny kryształowych lisów (serio). Wielka zaletą "The Last Jedi" jest z kolei aktorstwo, o czym pozwolę sobie wspomnieć w kolejnym akapicie.
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Mimo wielu głosów hołubiących rolę Adama Drivera, dla mnie Kylo Ren w dalszym ciągu pozostaje kompletnie niestabilnym emocjonalnie emo-Jedi, który nie wie czego chce. Doceniam kunszt aktorski Kalifornijczyka za występy w "Patersonie" czy "Silence", ale tutaj po prostu się nie sprawdza. Szkoda zmarnowanego potencjału tej postaci. Z przykrością zauważam, że od ostatniej odsłony moja więź emocjonalna z Rey nie uległa zmianie: po prostu nie istnieje. Nie mam przy tym większych pretensji pod adresem Daisy Ridley – jej bohaterka mnie całkowicie nie obchodzi, interesują mnie jedynie jej rodzice. John Boyega jest naprawdę spoko, ale udział w kretyńskiej misji nie napawa mnie optymizmem. Podobnie ma się rzecz z Oscarem Isaaciem. Poe Dameron to naprawdę jedna z sympatyczniejszych postaci nowej trylogii, ale jego ekranowe zachowania pod względem taktyki pozostawiają wiele do życzenia. Generał Hux (Domhnall Gleeson) to również rola, która mogła wnieść ożywienie w nudne siły Najwyższego Porządku, ale coś poszło wyraźnie nie tak. Prawdziwa radość płynie jednakże ze starej gwardii. Carrie Fisher jako Leia sprawdza się z każdą kolejną częścią coraz lepiej – niemniej twórcy zmarnowali znakomitą okazję na wzruszające zakończenie jej wątku. Jednakże wszystkie laury zbiera doskonały (najlepsza rola w karierze?) Mark Hamill, który zaprezentował na ekranie całkowicie nowe oblicze legendarnego Luke’a Skywalkera. Imponująca rola o wyjątkowo dramatycznym wymiarze! Na koniec warto wspomnieć, że "The Last Jedi" jest trochę jak "Gra o tron": polubicie jakiegoś bohatera i zaraz nie żyje. W tym przypadku odnoszę się do znanej ze współpracy z Davidem Lynchem Laury Dern (wiceadmirał Holdo) czy niezwykle interesującej Gwendoline Christie (kapitan Phasma).
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Podsumowując "The Last Jedi" muszę stwierdzić, że jest to z pewnością solidne kino na wysokim poziomie audio-wizualnym. Film Riana Johnsona zawiera wiele ważnych, przejmujących scen, ale jako całokształt nie może uwolnić się od zbyt dużej ilości oczywistych wad fabularnych. Najbardziej bolesny dla mnie fakt to oczywiście zatracenie możliwości odczuwania Mocy, która na zawsze związała mnie z oryginalną trylogią. Ponadto po tym co zobaczyłem w ostatniej odsłonie jestem pełen obaw odnośnie zwieńczenia serii…
© & ™ Lucasfilm Ltd.
Ocena: 6/10.

Recenzje pozostałych filmów "Star Wars":

sobota, 29 lipca 2017

"Paterson" (2016)


Sometimes an empty page presents more possibilities.

Muszę szczerze przyznać, że w ostatnich miesiącach zdecydowanie zaniedbałem działalność blogerską. Z powodu wzmożonego korzystania z krakowskiego roweru miejskiego Wavelo (wieczorne przejażdżki najlepsze na stres i złe samopoczucie) jakoś nie miałem nastroju ani sił witalnych by zmusić się do pisania. Swoją drogą w ostatnim okresie niewiele filmów, których wcześniej już nie widziałem, miałem okazję obejrzeć. Niemniej z wytęsknieniem, niczym The Doors na słońce, oczekiwałem na kolejną edycję Letniego Taniego Kinobrania w Kinie pod Baranami. I gdy wreszcie w me dłonie dostał się tegoroczny rozkład jazdy poczułem naprawdę spore uczucie zawodu. Po pierwsze chodzi o repertuar – część filmów wydaje się być przyspawana do kolejnych edycji jak Kult albo Coma do krakowskich Juwenaliów. Po drugie pory niektórych seansów to dla człowieka pracującego prawdziwy koszmar (14 albo 15 w dzień roboczy? – bitch, please!). Ale na szczęście mamy przecież w Krakowie Ars, który również oferuje wakacyjną, filmową rozrywkę! I właśnie w tymże przybytku miałem okazję obejrzeć "Patersona" w reżyserii jednego z najoryginalniejszych twórców współczesnej kinematografii – Jima Jarsmuscha (zapraszam do recenzji jednej z jego znakomitych produkcji – "Only Lovers Left Alive").
źródło: http://www.impawards.com
Paterson (Adam Driver) to całkowicie zwyczajny kierowca miejskiego autobusu w niewielkim mieście Paterson w New Jersey (zaledwie niecałe 150 tysięcy mieszkańców). Egzystencja naszego bohatera to typowa proza życia: wczesna pobudka, praca, lunch nad lokalnym, acz urokliwym wodospadem, praca, obiadokolacja z żoną Laurą (Golshifteh Farahani) oraz wyjście z psem Marvinem do miejscowego, niezwykle klimatycznego baru, prowadzonego przez Doca (Barry Shabaka Henley). I w zasadzie byłaby to egzystencja jakich miliony na całym świecie, gdyby nie okazało się, że Paterson jest zapalonym poetą, wzorującym się m.in. na poezji Williama Carlosa Williamsa.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Jeśli znacie i lubicie styl nieśpiesznej narracji oraz dziwnych spotkań czy niebanalnych rozmów charakterystycznych dla Jima Jarmusha nie będziecie zawiedzeni. Pod tym względem "Paterson" wprost idealnie wpisuje się w dotychczasową twórczość amerykańskiego reżysera. Jednakże tym razem specyficzny klimat został niemalże zdominowany przez najzwyklejszą w świecie prozę życia kierowcy miejskiego autobusu. Nie oczekujecie zatem spektakularnych wydarzeń czy też nieoczekiwanych zwrotów akcji, a raczej obiadowych konwersacji, zepsucia się autobusu czy dosyć nieudolnie żenującej próby samobójczej. Paterson prowadzi bowiem do bólu przewidywalny żywot, od którego jedyną odskocznią jest poezja inspirowana nawet najbardziej banalnymi tematami czy przedmiotami (jak choćby wiersz, dla którego natchnienie stanowi pudełko zapałek). Warto zwrócić uwagę na osoby, które na swojej drodze spotyka kierowca miejskiego autobusu, gdyż każda z nich wnosi coś ciekawego do jego egzystencji. I nie ma znaczenia czy jest to raper ćwiczący teksty w pralni (ale za to jaki - Method Man z Wu Tang Clanu), mała dziewczynka-poetka czy zakochany w poezji Williama Carlosa Williamsa Japończyk. Nawet banalne konwersacje, prowadzone przez pasażerów miejskiego autobusu (mój faworyt to rozmowa o wyrywaniu lasek, chociaż rozmowa licealistów o anarchii też ma swoje uroki), idealnie wpisują się w klimat filmu.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
A jakiż jest to klimat? Proste, nieskomplikowane życie naszego bohatera wyróżnia się jedynie głębokimi pokładami poezji zalegającymi w duszy Patersona. Niezwykle oryginalne wiersze, w większości autorstwa amerykańskiego poety Rona Padgetta, doskonale uzupełniają ekranowe wydarzenia, zważywszy, że oprócz deklamacji podano je w formie odręcznego pisma na ekranie. Na pozór banalny, niemniej świetnie sprawdzający się zabieg, podkreślający liryczną stronę filmu. Jako wielką zaletę należy również potraktować znakomite zdjęcia przedstawiające tytułowe miasto w New Jersey – ze szczególnym uwzględnieniem niezwykle urokliwego wodospadu. Wyjątkowo klimatycznie na ekranie wypadł również bar prowadzony przez Doca. Takich miejsc, w których barman zna prawie wszystkich klientów (nie mówimy oczywiście o mordowniach w stylu Baru po schodkach w Krakowie czy U Ryśka w Cieszynie), a zasiada się przy lśniącym kontuarze, pozostało naprawdę niewiele. Od upadku Rotundy tęsknota za siedzeniem przy barze wzrosła niepomiernie, niemniej ten etap wydaje się być już zamknięty. Przedstawiony w filmie lokal cechuje się również znakomitą, jazzową muzyką, więc moja zazdrość tym większa. Płynnie przechodząc w klimaty muzyczne stwierdzam, że ścieżka dźwiękowa została bardzo dobrze dopasowana do filmowych wydarzeń i fajnie uzupełnia się z liryczną warstwą "Patersona".
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Dotychczasowe występy Adama Drivera raczej mnie wkurwiały niż zadowalały (vide "The Force Awakens" czy "Silence"). Niemniej, wcielając się w zwyczajnego Patersona wreszcie zdobył moje uznanie. Driver wydaje się być po prostu stworzony do tej roli – jego dobroć oraz naturalna wręcz obojętność na scenariuszowe wydarzenia wypada po prostu znakomicie. Świetna rola i mam nadzieję, że aktor na tym nie poprzestanie. Bardzo fajnie wypadła także towarzyska życia naszego bohatera, w którą zagrała Golshifteh Farahani. Urodzona w Teheranie aktorka znakomicie wcieliła się w pełną niekonwencjonalnych pomysłów Laurę. Jako męska, szowinistyczna świnia nie mogę także pominąć walorów jej urody – Iranka prezentuje się na ekranie olśniewająco. Na drugim planie również nie uświadczyłem lipy. Barry Shabaka Heleny znakomicie wypadł w roli Doca, warto również pochwalić Chasten Harmon (Marie) oraz Williama Jacksona Harpera (Everest) za realistycznie zagranie burzliwego finału związku. Ciekawie zaprezentował się także Masatoshi Nagase, wcielający się w japońskiego poetę zafascynowanego twórczością Williama Carlosa Williamsa.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
"Paterson" zdecydowanie nie jest kinem dla każdego kinomana. Powolna, nieśpieszna narracja z pewnością zniechęci mało doświadczonych adeptów filmowej sztuki. Po prostu jest to produkcja przeznaczona dla osób, które w codziennej egzystencji poszukują czegoś więcej niż zwyczajnej, powszedniej prozy życia. Film Jarmusha udowadnia bowiem, że nawet najzwyklejszy żywot może dawać inspirację do lirycznych, niebanalnych uniesień i stawiania sobie pomnika trwalszego niż ze spiżu.
źródło: http://www.bleeckerstreetmedia.com/paterson
Ocena: 8/10.

niedziela, 14 maja 2017

"Silence" (2016)



 Mountains and rivers can be moved but men's nature cannot be moved.

Całkiem niedawno miałem spory dylemat odnośnie wyboru filmu na piątkowy wieczór po całym tygodniu męczącej i wyczerpującej psychicznie pracy. Początkowo postanowiłem postawić na jakieś lekkie, odmóżdżające kino, w ramach umysłowej relaksacji. Niemniej, mimo posiadania dosyć długiej watchlist na IMDb, nie mogłem zdecydować się na cokolwiek (w zasadzie moja lista nie pełni praktycznie żadnej funkcji oprócz tego, że istnieje – to coś w rodzaju posiadania bezużytecznego stworzenia w stylu kota). W końcu doszedłem do wniosku, że nastał wreszcie czas na "Hacksaw Ridge" Mela Gibsona, ale w ostatniej chwili zmieniłem decyzję wybierając "Silence" w reżyserii Martina Scorsese. Ot, taki sobie niespodziewany kaprys. Chociaż w tegorocznych Oscarach film doświadczonego reżysera uzyskał tylko jedną nominację w kategorii najlepsze zdjęcia, to zewsząd dało się słyszeć głosy, że jest to kawał solidnej roboty.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" (kolejne niezwykle trafne tłumaczenie, owacja na stojąco! – "Milczenie") to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych mistrzach Zakonu Jedi, którzy wyruszają w wyjątkowo niegościnne miejsce, aby odnaleźć dawnego mentora i legendarnego mistrza Qui-Gon Jinna. Zacznijmy może jeszcze raz: "Silence" to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych portugalskich księżach Towarzystwa Jezusowego, którzy wyruszają do niegościnnej dla chrześcijan XVII-wiecznej Japonii, by odnaleźć swojego dawnego mentora ojca Ferreirę (wyglądający jak typowy Portugalczyk z hrabstwa Antrim Liam Neeson). Wedle relacji holenderskich kupców (lub jak ktoś woli: na mieście mówią, że) ów legendarny misjonarz rzekomo porzucił katolicką religię, aby wieść szczęśliwy i beztroski żywot apostaty. Ponieważ byli uczniowie ojca Ferreiry, Rodrigues (Andrew Garfield, rdzenny Portugalczyk urodzony w Los Angeles) oraz Garupe (Adam Driver, rdzenny Portugalczyk z San Diego), nie mogą znieść szczęścia dawnego mentora, uzyskawszy zgodę swojego przełożonego ojca Valignano (Ciarán Hinds, kolejny rdzenny Portugalczyk z Ulsteru, tym razem z Belfastu), wyruszają do Japonii, aby sprowadzić apostatę na drogę wiecznego cierpienia, umartwiania się oraz udręki.
© 2017 Paramount Pictures
Abstrahując od humorystycznego opisu fabuły, wyraźnie należy podkreślić, że "Silence" jest filmem nad wyraz poważnym, dotykającym istoty wiary oraz sensu cierpienia za Jezuska i Maryję Zawsze Dziewicę (przy okazji: chwała Wielkiej Polsce!). Co ciekawe tym razem to chrześcijanie cierpią straszliwe katusze za próby krzewienia religii wśród Japończyków bez uprzedniego spytania władz o zgodę. Trzeba podkreślić, że dumni mieszkańcy Nipponu mają bardzo kreatywne podejście do torturowania oraz uśmiercania więźniów, a co najlepsze wszystko jest podlane sporą dozą dosyć nietypowego, czarnego humoru (co reprezentuje głównie uśmiechnięty inkwizytor Inoue). Ideę tegoż bezsensownego kształcenia najuboższych japońskich chłopów w chrześcijańskiej wierze doskonale i trafnie wykłada ojciec Ferreira w podniosłej konfrontacji z młodzieńczym idealizmem Rodriguesa. Nauczając o Jezusku misjonarze praktycznie skazują Japończyków na poniżające rytuały apostazji lub okrutną, pełną cierpienia śmierć. Co więcej, pełni ignorancji dla miejscowych wierzeń jezuici w swoim zaślepieniu wyższością religii chrześcijańskiej nie potrafią dostrzec, że bez ich stałej obecności obrzędy i wierzenia zaczynają przyjmować wyraźnie lokalne piętno, często całkowicie różne od przyjętych przez Watykan założeń. To wszystko sprawia, że "Silence" jest bardzo istotnym głosem w dyskusji o nawracaniu niewiernych na daną religię. Swoją drogą film trwa prawie trzy godziny, a wcale nie jest monotonny.
© 2017 Paramount Pictures
Jak już wspomniałem we wstępie "Silence" otrzymał jedną jedyną nominację do tegorocznych Oscarów za zdjęcia Rodrigo Prieto. Muszę przyznać, że wyróżnienie w tej kategorii filmu Martina Scorsese jest w pełni zasłużone, ponieważ ukazana w filmie niegościnna, rządząca się swoim prawami Japonia, jest po prostu piękna. Z uwagi na nielegalną działalność bohaterowie większość czasu spędzają w urokliwych nadmorskich krajobrazach, które momentami zapierają dech w piersiach (chociaż trzeba napisać, że film kręcono głównie na Tajwanie). Warto również zwrócić uwagę na scenografię oraz kostiumy. Kiedy pisałem, że japońscy chłopi poddawani chrześcijańskiej indoktrynacji są ubodzy, to mogłem wyrazić się nazbyt eufemistycznie. Nędza, brud i ubóstwo przedstawione w "Milczeniu" są po prostu totalne i bezkompromisowe. Na przeciwstawnym biegunie leżą z kolei schludne stroje oraz domy oprawców. Znakomicie oddano również wszelkie wizerunki świętych oraz relikwie, do których modlą się japońscy chrześcijanie. Wizualne doznania doskonale uzupełnia dobrze dopasowana ścieżka dźwiękowa.
© 2017 Paramount Pictures
Jeśli miałbym wyróżnić najlepsze role w "Milczeniu" to bez wahania wskazuję na trzy występy. Po pierwsze na największe oklaski zasłużył ojciec Rodrigues świetnie zagrany przez Andrew Garfielda. Znakomita, niejednoznaczna rola młodego aktora, która spokojnie mogłaby zasłużyć na oscarową nominację (i byłoby tak zapewne, gdyby nie nominacja za "Hacksaw Ridge"). Drugie miejsce to wspaniały występ Issei Ogata, który wcielił się w inkwizytora Inoue. Połączenie mądrości, bezwzględności oraz niepowtarzalnego poczucia czarnego humoru (w sumie dosyć dziwnego) wryło mi się solidnie w pamięć. Ostatnie miejsce na podium zajmuje z kolei Yôsuke Kubozuka. Rola wielokrotnego, notorycznego judasza Kichijiro to dramatyczny, przejmujący i pełen emocji występ. W ramach wyróżnienia warto wspomnieć o niezłomnym przywódcy wioski Ichizo (Yoshi Oida) czy ironicznym towarzyszu inkwizytora (Tadanobu Asano). Ciarán Hinds pojawia się natomiast na tak krótko, że trudno cokolwiek powiedzieć o jego występie. Co ciekawe największe rozczarowania dotyczą potencjalnie najjaśniejszych gwiazd. Ojciec Ferreira w wykonaniu Liama Neesona to prostu kolejna wariacja mistrza Jedi Qui-Gon Jinna z "Mrocznego widma". Naprawdę można było się bardziej postarać, w szczególności, że postać dokonuje sporej wolty. Równie, a może nawet bardziej rozczarowujący jest występ Adam Drivera, który ponownie opiera swoją kreację na paniczno-histerycznej manierze.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" to znakomite kino opowiadające o ignorancji, wierze i poświęceniu. Nie jest to łatwa łatwa produkcja, którą można obejrzeć sobie przy leniwym, niedzielnym obiedzie. Po seansie w głowie rodzi się tak naprawdę wiele dylematów, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Największa zaleta filmu Martina Scorsese to zdecydowanie brak oceny postępowania zarówno jezuitów, jak i Japończyków, które pozwala widzom na wyrobienie sobie własnej opinii.
© 2017 Paramount Pictures
Ocena: 8/10.

środa, 13 stycznia 2016

"Star Wars: Episode VII - The Force Awakens"

Minęło niemal siedemnaście lat odkąd po raz ostatni byłem w kinie na "Gwiezdnych Wojnach" – kawał historii, trudno mi w sumie uwierzyć, że miało to miejsce jeszcze w ubiegłym stuleciu, prawie dwie dekady temu. Dlaczegóż nie poszedłem na kolejne części nowej trylogii, spytacie. Otóż, seans "Mrocznego Widma" w nieistniejącym już kieleckim kinie Romantica, był tak monstrualnym kindybałem w szamot, że skutecznie zniechęcił mnie do "Ataku Klonów" oraz "Zemsty Sithów", które zobaczyłem dopiero po jakimś czasie od ich premier. Oczywiście nie wszystko było kompletnie fatalne, ale niesmak po Jar Jarze oraz późniejszej mistrzowskiej grze Haydena Christensena pozostał do dzisiaj. Kiedy dowiedziałem się, że ruszają przygotowania do kręcenia następnego tryptyku zacząłem przejawiać zdecydowanie mieszane uczucia. Niby z jednej strony nie dało się tego spierdolić bardziej niż "Mrocznego Widma", ale w końcu to przecież Disney, a hajs się musi zgadzać! Jednakże osoba J.J. Abramsa na reżyserskim stolcu dawała nową nadzieję na przynajmniej solidną produkcję. Poza tym przed premierą wiele mówiło się, że Jar Jar powróci jako lord Sithów, więc czemuż miałbym nie zobaczyć tego na własne oczy?
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Force Awakens" rozgrywa się mniej w trzydzieści lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Nie wszystko poszło tak znakomicie, jak się wydawało. Na zgliszczach Imperium wyrosło nowe zagrożenie. First Order, potężna militarno-polityczna organizacja (chętnie napisałbym: o wyjątkowo faszystowskim zacięciu), zarządzana przez, wyglądającego jak uzależniony od mefedronu ork, Najwyższego Przywódcę Snoke’a (Andy Serkis), pragnie odbudować dawną pozycję swojego poprzednika. Nowa Republika lekceważy poczynania mało znanego przeciwnika, przez co jedyne realne zagrożenie dla poczynań militarystów stanowi Ruch Oporu kierowany przez księżniczkę generał Leię (Carrie Fisher). Mimo to Snoke obawia się najbardziej powrotu rycerzy Jedi, chociaż Luke Skywalker (Mark Hamill) przepadł bez wieści lata temu, stając się legendą. Niemal obsesyjne poszukiwania zaginionego syna Vadera prowadzą obie strony, ale jak się okazuje to rebelianci zyskują przewagę.
źródło: http://www.starwars.com
"Przebudzenie Mocy" oglądałem w dosyć interesujących warunkach: poniedziałkowy seans w ponad 800-osobowej sali skupił jedynie garstkę widzów (około dwudziestu). Niemniej frekwencja oraz taktyczny wybór miejsca pozwolił mi nie słyszeć natrętnego siorbania i mlaskania, które tak bardzo uatrakcyjniają oglądanie filmów. Czytałem wiele pochlebnych opinii o nowym "Star Wars", a niejeden znajomy zdążył zbrandzlować się nad dziełem J.J. Abramsa na Facebooku - no ale przejdźmy do meritum. Pojawił się słynny pochyły tekst, akcja ruszyła z kopyta, a ja … zacząłem mieć wrażenie, że to wszystko już przecież gdzieś widziałem. Pustynna planeta (co prawda tym razem Jakku, a nie Tatooine, ale kto mi powie czym one się różnią poza nazwą?), na której wszyscy szukają małego, niezwykle sympatycznego, droida BB-8? I na której reprezentuje biedę porzucona w tajemniczych okolicznościach, a przy okazji niezwykle uzdolniona technicznie Rey (Daisy Ridley)? Zbudowana w kompletnej tajemnicy potężna broń umożliwiająca niszczenie planet? Dywersja na powierzchni planety w celu zniszczenia tejże machiny zagłady? Atak X-wingów z obowiązkowym wlatywaniem do środka monstrualnie wielkiego urządzenia? Ponadto pomimo coraz bardziej wypasionego wyglądu szturmowców ich skuteczność jakoś się nie polepszyła. Czy naprawdę, po mimo tak rozbudowanego uniwersum, przez te wszystkie lata nie można było napisać scenariusza, który byłby choć trochę bardziej nieprzewidywalny?
źródło: http://www.starwars.com
Jednakże wszystko to mogę zboleć, jeżeli tylko nie muszę oglądać paskudnego pyska Jar Jara (spoiler: niestety nie został lordem Sithów) oraz drewnianego w 100% Haydena Christensena. Pragnę natomiast zauważyć, że J.J. Abramsowi niestety nie udało się odtworzyć ulotnej magii towarzyszącej częściom IV-VI. Spośród całego filmu może ze dwie sceny zyskują w moim oczach status klasyczny. Może jestem już stary, ale akcja filmu rozgrywa się dla mnie zdecydowanie za szybko – w "Przebudzeniu Mocy" nie ma praktycznie miejsca na jakąś refleksję czy nawet trening adeptów Jedi. Czy może zatem dziwić, że osoba trzymająca po raz pierwszy w życiu miecz świetlny jest w stanie pokonać w trakcie solo mistrza jakiegoś tam zakonu z ciemniej strony mocy? No chyba troszkę absurd i nonsens – przecież nawet Luke musiał trenować z Obi Wanem i Yodą, aby coś w życiu osiągnąć! Oczywiście można podnieść zarzut, że skoro Jedi prawie wymarli to Kylo Ren nie miał sobie na kim poćwiczyć skillów, ale w takie uzasadnienie to mi się wierzyć nie chce. Dużo tu również przypadkowych zbiegów okoliczności oraz ratunków w ostatnich sekundach, ale w sumie wpisuje się to w konwencję "Gwiezdnych Wojen".
źródło: http://www.starwars.com
Chociaż powyższe akapity wypełnia raczej pesymistyczny opis filmu J.J. Abramsa to muszę przyznać, że jest to pod wieloma względami solidna produkcja. Jestem po prostu rozczarowany, że mimo tak długiego czasu i możliwości osiągnięto jedynie połowicznie zadowalający mnie efekt. Oczywiście, nawet pomimo upływu lat, detronizacja którejkolwiek części z oryginalnej trylogii to czyste mrzonki i podłe insynuacje, ale "Przebudzenie Mocy" zdecydowanie wyróżnia się tle epizodów I-III. Chociaż otrzymujemy klasyczny zestaw plenerów (pustynna planeta, zimowa planeta, planeta z dżunglą) to wprost epicko wygląda monstrualnych rozmiarów wrak krążownika rozbitego na Jakku. Ogromne wrażenie może również zrobić na widzach eskadra X-wingów nadlatujących z nad jeziora. J.J. Abramsowi z pewnością nie można zatem odmówić spektakularności – wyjątkowo nie miałem także wrażenia, że w którejś scenie przegięto z CGI (może z wyjątkiem Maz Kanaty – kompletnie nie kupuję tego tworu). Podobno położono szczególny nacisk na ograniczenie komputerowych efektów specjalnych i tam, gdzie było to możliwe, wykorzystano tradycyjne metody. Ciekawie zapowiada się również wewnętrzna rywalizacja w First Order: generał Hux (Domhnall Gleeson) vs. Kylo Ren. Wielkie brawa również za ściągnięcie starej obsady i sensowne włączenie jej w akcję nowej trylogii.
źródło: http://www.starwars.com
A skoro jesteśmy już przy obsadzie to sprawdźmy jak wypada pod tym względem "Przebudzenie Mocy". Od początku było wiadomo, że stara gwardia zostanie przesunięta na drugi plan, aby zrobić więcej miejsca dla nowych bohaterów. Czy zatem Daisy Ridley wcielająca się w Ren stanie się czymś więcej niż kolejnym obiektem masturbacji dla nerdów na całym świecie? Po pierwszej odsłonie trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Z pewnością trudno się czepiać aktorki za to co pokazała na ekranie, ale sama postać trochę mnie irytuje – jest bowiem trochę taki kosmiczny MacGyver w żeńskim wydaniu, któremu wychodzi wszystko, czego się tylko dotknie. Aczkolwiek potencjał istnieje i mam nadzieję, że J.J. Abrams tego nie spierdoli. Przejdźmy zatem do bohatera, który wzbudził ogrom kontrowersji, gdyż niektórym wydaje się, że "Gwiezdne Wojny" powinny być czyste rasowo. John Boyega pokazał się z dobrej strony, ale konstrukcja nieustannie dyszącego Finna nie do końca mnie przekonuje (coś za szybka ta przemiana ze szturmowca w rebelianta). O wiele ciekawszy wydaje się choćby Poe (Oscar Isaac), chociaż pojawia się jedynie epizodycznie. Ogromnie zawiódł mnie natomiast ponoć tak bardzo doskonały Adam Driver. Dla mnie Kylo Ren to pierwszy w historii emo-Jedi, a jego niekontrolowane wybuchy gniewu i machanie mieczem świetlnym są raczej żenująco śmieszne niż przerażające. Stara gwardia wypada za to znakomicie: wielkie propsy dla Harrisona Forda (Han Solo), Carrie Fisher oraz Marka Hamilla.
źródło: http://www.starwars.com
Jakkolwiek w recenzji wymieniłem może znacznie więcej negatywnych spostrzeżeń niż pozytywów to napisanie, że "Przebudzenie Mocy" nie jest solidnym filmem byłoby sporym przekłamaniem. Zdecydowany wpływ na kształt tego tekstu miały bowiem moje wygórowane oczekiwania odnośnie produkcji J.J. Abramsa. Możliwe, że w wielu miejscach czepiam się mało istotnych z Waszego punktu widzenia elementów, ale dopóki to ja jestem narratorem dysponuję niezbywalnym prawem do ich uwypuklenia. Dla mnie największymi bohaterami "Przebudzenia Mocy" pozostaną Han Solo, Leia oraz BB-8. Polecam zobaczyć to na własne oczy i wyrobić sobie osobistą opinię. A tymczasem na zachętę i dobry początek postanowiłem wystawić ocenę troszkę wyższą niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.starwars.com
Ocena: 7/10 (na zachętę - moc we mnie jeszcze silna jest)