Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam Neeson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liam Neeson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 maja 2017

"Silence" (2016)



 Mountains and rivers can be moved but men's nature cannot be moved.

Całkiem niedawno miałem spory dylemat odnośnie wyboru filmu na piątkowy wieczór po całym tygodniu męczącej i wyczerpującej psychicznie pracy. Początkowo postanowiłem postawić na jakieś lekkie, odmóżdżające kino, w ramach umysłowej relaksacji. Niemniej, mimo posiadania dosyć długiej watchlist na IMDb, nie mogłem zdecydować się na cokolwiek (w zasadzie moja lista nie pełni praktycznie żadnej funkcji oprócz tego, że istnieje – to coś w rodzaju posiadania bezużytecznego stworzenia w stylu kota). W końcu doszedłem do wniosku, że nastał wreszcie czas na "Hacksaw Ridge" Mela Gibsona, ale w ostatniej chwili zmieniłem decyzję wybierając "Silence" w reżyserii Martina Scorsese. Ot, taki sobie niespodziewany kaprys. Chociaż w tegorocznych Oscarach film doświadczonego reżysera uzyskał tylko jedną nominację w kategorii najlepsze zdjęcia, to zewsząd dało się słyszeć głosy, że jest to kawał solidnej roboty.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" (kolejne niezwykle trafne tłumaczenie, owacja na stojąco! – "Milczenie") to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych mistrzach Zakonu Jedi, którzy wyruszają w wyjątkowo niegościnne miejsce, aby odnaleźć dawnego mentora i legendarnego mistrza Qui-Gon Jinna. Zacznijmy może jeszcze raz: "Silence" to opowieść o dwóch, młodych i mało doświadczonych portugalskich księżach Towarzystwa Jezusowego, którzy wyruszają do niegościnnej dla chrześcijan XVII-wiecznej Japonii, by odnaleźć swojego dawnego mentora ojca Ferreirę (wyglądający jak typowy Portugalczyk z hrabstwa Antrim Liam Neeson). Wedle relacji holenderskich kupców (lub jak ktoś woli: na mieście mówią, że) ów legendarny misjonarz rzekomo porzucił katolicką religię, aby wieść szczęśliwy i beztroski żywot apostaty. Ponieważ byli uczniowie ojca Ferreiry, Rodrigues (Andrew Garfield, rdzenny Portugalczyk urodzony w Los Angeles) oraz Garupe (Adam Driver, rdzenny Portugalczyk z San Diego), nie mogą znieść szczęścia dawnego mentora, uzyskawszy zgodę swojego przełożonego ojca Valignano (Ciarán Hinds, kolejny rdzenny Portugalczyk z Ulsteru, tym razem z Belfastu), wyruszają do Japonii, aby sprowadzić apostatę na drogę wiecznego cierpienia, umartwiania się oraz udręki.
© 2017 Paramount Pictures
Abstrahując od humorystycznego opisu fabuły, wyraźnie należy podkreślić, że "Silence" jest filmem nad wyraz poważnym, dotykającym istoty wiary oraz sensu cierpienia za Jezuska i Maryję Zawsze Dziewicę (przy okazji: chwała Wielkiej Polsce!). Co ciekawe tym razem to chrześcijanie cierpią straszliwe katusze za próby krzewienia religii wśród Japończyków bez uprzedniego spytania władz o zgodę. Trzeba podkreślić, że dumni mieszkańcy Nipponu mają bardzo kreatywne podejście do torturowania oraz uśmiercania więźniów, a co najlepsze wszystko jest podlane sporą dozą dosyć nietypowego, czarnego humoru (co reprezentuje głównie uśmiechnięty inkwizytor Inoue). Ideę tegoż bezsensownego kształcenia najuboższych japońskich chłopów w chrześcijańskiej wierze doskonale i trafnie wykłada ojciec Ferreira w podniosłej konfrontacji z młodzieńczym idealizmem Rodriguesa. Nauczając o Jezusku misjonarze praktycznie skazują Japończyków na poniżające rytuały apostazji lub okrutną, pełną cierpienia śmierć. Co więcej, pełni ignorancji dla miejscowych wierzeń jezuici w swoim zaślepieniu wyższością religii chrześcijańskiej nie potrafią dostrzec, że bez ich stałej obecności obrzędy i wierzenia zaczynają przyjmować wyraźnie lokalne piętno, często całkowicie różne od przyjętych przez Watykan założeń. To wszystko sprawia, że "Silence" jest bardzo istotnym głosem w dyskusji o nawracaniu niewiernych na daną religię. Swoją drogą film trwa prawie trzy godziny, a wcale nie jest monotonny.
© 2017 Paramount Pictures
Jak już wspomniałem we wstępie "Silence" otrzymał jedną jedyną nominację do tegorocznych Oscarów za zdjęcia Rodrigo Prieto. Muszę przyznać, że wyróżnienie w tej kategorii filmu Martina Scorsese jest w pełni zasłużone, ponieważ ukazana w filmie niegościnna, rządząca się swoim prawami Japonia, jest po prostu piękna. Z uwagi na nielegalną działalność bohaterowie większość czasu spędzają w urokliwych nadmorskich krajobrazach, które momentami zapierają dech w piersiach (chociaż trzeba napisać, że film kręcono głównie na Tajwanie). Warto również zwrócić uwagę na scenografię oraz kostiumy. Kiedy pisałem, że japońscy chłopi poddawani chrześcijańskiej indoktrynacji są ubodzy, to mogłem wyrazić się nazbyt eufemistycznie. Nędza, brud i ubóstwo przedstawione w "Milczeniu" są po prostu totalne i bezkompromisowe. Na przeciwstawnym biegunie leżą z kolei schludne stroje oraz domy oprawców. Znakomicie oddano również wszelkie wizerunki świętych oraz relikwie, do których modlą się japońscy chrześcijanie. Wizualne doznania doskonale uzupełnia dobrze dopasowana ścieżka dźwiękowa.
© 2017 Paramount Pictures
Jeśli miałbym wyróżnić najlepsze role w "Milczeniu" to bez wahania wskazuję na trzy występy. Po pierwsze na największe oklaski zasłużył ojciec Rodrigues świetnie zagrany przez Andrew Garfielda. Znakomita, niejednoznaczna rola młodego aktora, która spokojnie mogłaby zasłużyć na oscarową nominację (i byłoby tak zapewne, gdyby nie nominacja za "Hacksaw Ridge"). Drugie miejsce to wspaniały występ Issei Ogata, który wcielił się w inkwizytora Inoue. Połączenie mądrości, bezwzględności oraz niepowtarzalnego poczucia czarnego humoru (w sumie dosyć dziwnego) wryło mi się solidnie w pamięć. Ostatnie miejsce na podium zajmuje z kolei Yôsuke Kubozuka. Rola wielokrotnego, notorycznego judasza Kichijiro to dramatyczny, przejmujący i pełen emocji występ. W ramach wyróżnienia warto wspomnieć o niezłomnym przywódcy wioski Ichizo (Yoshi Oida) czy ironicznym towarzyszu inkwizytora (Tadanobu Asano). Ciarán Hinds pojawia się natomiast na tak krótko, że trudno cokolwiek powiedzieć o jego występie. Co ciekawe największe rozczarowania dotyczą potencjalnie najjaśniejszych gwiazd. Ojciec Ferreira w wykonaniu Liama Neesona to prostu kolejna wariacja mistrza Jedi Qui-Gon Jinna z "Mrocznego widma". Naprawdę można było się bardziej postarać, w szczególności, że postać dokonuje sporej wolty. Równie, a może nawet bardziej rozczarowujący jest występ Adam Drivera, który ponownie opiera swoją kreację na paniczno-histerycznej manierze.
© 2017 Paramount Pictures
"Silence" to znakomite kino opowiadające o ignorancji, wierze i poświęceniu. Nie jest to łatwa łatwa produkcja, którą można obejrzeć sobie przy leniwym, niedzielnym obiedzie. Po seansie w głowie rodzi się tak naprawdę wiele dylematów, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Największa zaleta filmu Martina Scorsese to zdecydowanie brak oceny postępowania zarówno jezuitów, jak i Japończyków, które pozwala widzom na wyrobienie sobie własnej opinii.
© 2017 Paramount Pictures
Ocena: 8/10.

piątek, 31 marca 2017

"A Walk Among the Tombstones"



Całkiem niedawno miałem okazję wybrać się w pożegnalną podróż do stolicy Bohemii praktycznie wycofującym się z Polski Lux Expressem (zostaje tylko połączenie do Wilna, co w sumie mnie bardzo cieszy, ponieważ chętnie wrócę nad uroczą Wilię). Czasu było w bród, więc podjąłem decyzję by zapoznać się z kinową oferta podkładową autokaru. Na moje nieszczęście większość produkcji miałem przyjemność (lub nie) już obejrzeć, więc postanowiłem postawić na niepewną kartę – współczesny film z Liamem Neesonem. Od razu przyznam szczerze, że nigdy nie byłem fanem serii "Taken", więc ryzyko zawodu było tym większe. Niemniej plakat filmu wyglądał całkiem fajnie, a tytuł "A Walk Among the Tombstones" brzmiał nawet interesująco i poważnie (szczerze powiedziawszy przez chwilę liczyłem nawet na dramat). Jak się później okazało reżyser Scott Frank nie dysponował zbyt dużym bagażem doświadczeń reżyserskich, ale był co najmniej solidnym scenarzystą (m.in. "Get Shorty" czy "Minority Report"). Tytułem wstępu warto dodać, że film oparto na powieści Lawrence’a Blocka pod takim samym tytułem (w skład cyklu wchodzi łącznie 18 książek).
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu o długim tytule (w Polszy znanym jako "Krocząc wśród cieni") rozpoczyna się w 1991 roku w Nowym Jorku. Doświadczony gliniarz-alkoholik Matt Scudder (Liam Neeson) w trakcie porannego spożywania whiskey w lokalnym barze jest świadkiem próby wymuszenia haraczu. Ponieważ nasz bohater działa raczej w stylu Harry’ego Callahana nierozważna banda Portoryków szybko kończy swój marny, przestępczy żywot. Jednakże ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie dane nam poznać skutków tej błyskotliwej akcji oczyszczania miasta z elementu, gdyż niespodziewanie przeskakujemy do 1999 roku. Scudder nie jest już funkcjonariuszem NYPD, a jedynie prywatnym detektywem (i to na dodatek pozbawionym licencji). Gdy lokalny ćpun Peter (Boyd Holbrook) prosi o pomoc w odnalezieniu żony swojego bardziej ogarniętego brata Kenny’ego (Dan Stevens), Matt początkowo odmawia. Jednakże nietypowe okoliczności porwania nie dają spać spokojne byłemu policjantowi.
źródło: http://www.imdb.com
"A Walk Among the Tombstones" zaczęło się naprawdę obiecująco. Scena solidnego, policyjnego rozpierdolu Portoryków przez Scuddera po kilku banieczkach wygląda bardzo realistycznie i interesująco. Ponadto moją uwagę przyciągnęła znakomita sekwencja torturowania żony Kenny’ego, wywołująca skojarzenia, nie bójmy się tego powiedzieć, z tak genialnymi filmami jak choćby "Nocturnal Animals". Niemniej, jak mówi stare kieleckie przysłowie: im dalej w film, tym więcej chujni. Wraz z rozwojem akcji pojawia się coraz więcej schematów, wtórności oraz możliwości bezbłędnego przewidzenia finału. Po pierwszych scenach łatwo dostrzec w filmie Scotta Franka ukryty potencjał na naprawdę solidny kryminał, który został kompletnie zaprzepaszczony w trakcie produkcji (a może już na etapie pisania scenariusza?). Ileż to już razy oglądałem upadłego gliniarza pokutującego za grzechy przeszłości? Swoją drogą wydaje mi się, że gdyby Scudder nie był na bani w 1991 roku, to i tak mogłoby dojść do tego tragicznego w skutkach wydarzenia. Niemniej nasz bohater szuka odkupienia w uczęszczaniu na żenujące spotkania ludzi uzależnionych od różnorakich używek oraz w nielegalnej pracy detektywistycznej. Jedyne co może zaskakiwać to ukazanie dilerów narkotykowych jako w gruncie rzeczy spoko kolesiów, którzy nie afiszują się z nadmiarem hajsu (dysonans: dilowanie spoko; picie alko niedobre).
źródło: http://www.imdb.com
Na szczęście dla starzejącego się Liama Neesona w "A Walk Among the Tombstones" nie przewidziano zbyt wielu okazji do wykazania się tężyzną fizyczną (doskonale znane pokonywanie płotu z siatki w czternastu ujęciach), chociaż sceny wpierdolu i zbierania srogiego oklepu są nad wyraz solidne. W zasadzie dosyć ciekawe wydaje się, że nie próbowano w żaden sposób uzasadnić motywacji czarnych charakterów do wyrządzania kobietom tak okrutnych czynów. Zgodnie ze scenariuszem możemy zatem przyjąć a priori, iż byli kompletnymi pojebami. Ukazane na ekranie metody pracy prywatnego detektywa są dosyć rozczarowujące, ponieważ każdy trop czy wskazówka posuwają śledztwo do przodu. Absurdalna ponad miarę wydaje się być postać Jonasa, cmentarnego ciecia, który już na pierwszy rzut oka wydaje się być srogim zwyrolem. Niemniej jeszcze bardziej poronionym pomysłem wydaje się bezdomny, czarnoskóry, małoletni pomocnik Scuddera, TJ (Astro), który nie może zbyt długo przebywać na deszczu, ponieważ umrze – serio (sic!).
źródło: http://www.imdb.com
Liam Neeson wydaje się niemal stworzony do roli smutnego alko-samotnika. Matt Scudder w jego wykonaniu wypada naprawdę świetnie i bardzo ubolewam, że twórcy nie postarali się by osadzić prywatnego bohatera w znacznie lepszym otoczeniu fabularnym. Na zdecydowany plus zaliczam również rolę Dana Stevensa wcielającego się w na pozór beznamiętnego narkotykowego dilera, który przekłada pieniądze nad życie małżonki. Zaiste, świetny występ, który w innych okolicznościach mógłby przynieść aktorowi o wiele więcej korzyści. Pozostałe role są natomiast tak miałkie, że ledwie zasługują, żeby o nich wspomnieć. Z postaci drugoplanowych warto by wyróżnić Boyda Holbrooke’a za dosyć przekonującą kreację narkomana, ale resztę obsady w zasadzie można pominąć milczeniem.
źródło: http://www.imdb.com
"A Walk Among the Tombstones" to kolejny przykład filmu, który niósł ze sobą spory potencjał na sukces. Niestety liczy, wtórny scenariusz oraz mało przekonujące występy drugoplanowe (TJ!!!) dopełniły dzieła zniszczenia. Pozycja obowiązkowa wyłącznie dla najbardziej hardcore’owych fanów Liama Neesona.
źródło: http://www.imdb.com
Ocean: 4/10.

wtorek, 7 maja 2013

"Kingdom of Heaven"

"Kingdom of Heaven" należy do moich ulubionych filmów historycznych. Mam świadomość, że dziełu Ridleya Scotta można zarzucić ogrom przekłamań, nieścisłości, uproszczeń historycznych i rzeszę różnego rodzaju innych wad, ale darzę tę produkcję wielką estymą. W niniejszej recenzji postaram się uzasadnić moją postawę i wyjaśnić to epizodyczne odejście od hejteryzmu. Niemniej na samym wstępie pragnę docenić wysiłek tłumaczów, którzy tym razem wyjątkowo nie zawiedli. "Królestwo niebieskie" to niezwykle zgrabny tytuł, który doskonale oddaje sens opowieści Ridleya Scotta. Aczkolwiek jest to malutka perełka w bezkresnym oceanie fatalnych tłumaczeń. Aha, zanim przejdziemy do recenzji jeszcze jedna ważna uwaga: poniższy tekst dotyczy reżyserskiej wersji "Kingdom of Heaven" trwającej 192 minuty, więc wielu opisanych scen nie znajdziecie w znacznie zubożonej wersji telewizyjnej (144 minuty).
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła "Królestwa niebieskiego" przenosi nas na tereny dzisiejszej Francji u schyłku XII wieku. Osławiony krzyżowiec, Godfrey z Ibelinu (Liam Neeson), powraca do ojczyzny by zabrać do Ziemi Świętej swojego bękarta. Balian (Orlando Bloom), zdolny kowal i konstruktor maszyn oblężniczych, właśnie stracił żonę, która popełniła samobójstwo. Jak powszechnie wiadomo odebranie sobie życia nie było zbyt dobrze przyjmowane w mrocznych wiekach, toteż sytuacja naszego bohatera jest niełatwa. Na dodatek pogrążony w rozpaczy Balian morduje lokalnego księdza, który sprofanował ciało ukochanej kobiety. Stając się renegatem przystaje do swojego ojca i wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, by odkupić swoje grzechy w Jerozolimie.
źródło: http://www.starpulse.com/
Pierwsza rzecz jaka uderza widza w "Kingdom of Heaven" to piękne plenery i niesamowite zdjęcia. Ridley Scott dopracował w najdrobniejszym szczególe niemal każdy kadr, aby dostarczyć naszym oczom jak najwięcej uciechy. Odważnie stwierdzam, że pod względem wizualnym "Królestwo Niebieskie" to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie miałem okazję oglądać w moim życiu. Oczywiście palmę pierwszeństwa mocno dzierży "Hero", ale Scottowi naprawdę niewiele zabrakło do totalnej perfekcji. Wraz z krzyżowcami zwiedzamy średniowieczną Francję, Messynę, ale najwięcej uwagi poświęcono oczywiście Ziemi Świętej. Imponujące wrażenie zrobiła na mnie Jerozolima, bardzo podobał mi się również Kerak, a ciekawe wrażenie pozostawił zdecydowanie ascetyczny Ibelin. Pustynne krajobrazy mają natomiast taki urok, że widzom od razu robi się troszkę cieplej. Jednakże jeśli miałbym dokonać wyboru najładniejszego kadru w całym filmie to wskazałbym scenę, w której Reynald z Chatillon (Brendan Gleeson) poznaje siostrę Saladyna stojącą w łanach zielonego zboża. Doskonałe wizualia uzupełnia świetna muzyka – tutaj ponownie polecam wersję reżyserską, ponieważ poszczególne części filmu zostały poprzedzone klimatycznymi przerwami, w których możemy posłuchać utworów w dłuższych wersjach.
źródło: http://www.starpulse.com/
Budżet filmu wyniósł 130 milionów USD i trzeba przyznać, że to naprawdę widać na ekranie. Setki statystów, świetne kostiumy, multum sprzętu i koni mogą się podobać. Co prawda można zarzucić Scottowi, że zrezygnował z pokazania bitwy pod Rogami Hittinu, ale moim zdaniem potyczka kawalerii pod Kerakiem oraz epickie oblężenie Jerozolimy znakomicie to rekompensują. Jeśli chodzi o rozwiązania fabularne to oczywiście można (a nawet należy) czepiać się wielu rzeczy, o których wspominałem we wstępie. Niemniej "Królestwo Niebieskie" nie odstaje na tym polu od klasyków gatunku w rodzaju choćby "Braveheart" czy też "Gladiatora". Z tego powodu nie mam zamiaru wytykać każdego błędu oraz nieścisłości historycznej. Dzieło Ridleya Scotta nie pretenduje przecież do bycia podręcznikiem historycznym. Jeśli kogoś wciągną krucjaty to na pewno znajdzie sobie odpowiednie źródło by pogłębić wiedzę. Warto także zauważyć, że chociaż w filmie Scotta pełno jest patosu (za który odpowiada głównie Balian), to jednak da się go znieść bez wyłączania fonii. Bardzo fajnie natomiast, że pokazano bezmyślny fanatyzm obu stron konfliktu, nie wartościując żadnej z nich. Chrześcijaństwo dostało nawet trochę mocniej, ponieważ w filmie wiesza się templariuszy mordujących muzułmańskich kupców, a rolę villaina dostał niedoceniony wizjoner swoich czasów Reynald z Chatillon.
źródło: http://www.starpulse.com/
Oceniając popisy aktorskie w "Królestwie Niebieskim" pragnę zauważyć, że Orlando Bloom otrzymał rolę podobną jak w "Piratach z Karaibów". Do bólu szlachetny i prawy Balian nie może budzić sympatii u osoby mojego formatu. Chociaż fajnie, że nie jest to rycerz całkiem bez skazy, gdyż w końcu zamordował nieuzbrojonego człowieka. Niemniej Bloom pasuje do tego rodzaju postaci i wypada poprawnie, lecz bez szału. Dla odmiany Liam Neeson stworzył bardzo fajną rolę i jego widok na ekranie cieszył moje oko. Jeszcze bardziej cieszyłem się na widok Evy Green (Sibylla), ale niestety tym razem nie była skąpo odziana. Z tego powodu smuteczek, aczkolwiek pod względem aktorskim wypadła całkiem młodzieżowo. Świetną kreację stworzył także Edward Norton (Baldwin IV Trędowaty), który przez większość filmu ukrywa swoją twarz za maską – należą się duże oklaski. Niezły poziom trzyma Jeremy Irons, wcielający się w Tyberiusza (wariacja na temat Rajmunda III z Trypolisu).
źródło: http://www.starpulse.com/
Jednakże w "Królestwie Niebieskim" od pierwszej projekcji fascynowały mnie trzy inne role. Pierwsza to niezawodny David Thewlis tym razem wcielający się w nie do końca realnego Szpitalnika, będącego swoistym opiekunem Baliana. Odwołując się do mistyczności tej postaci musi pojawić się kolejne nawiązanie do wersji reżyserskiej: zastanawialiście się czemu nagle, kompletnie z dupy, Balian pojawia się siedząc pod palmą? Otóż wyjaśnieniem jest genialna scena z gorejącym krzewem na pustyni. Thewlis jest świetnym aktorem i tutaj naprawdę gra na najwyższych obrotach. Na ogromne brawa zasługuje także Alexander Siddig wcielający się w sympatycznego Imada. Na koniec zostawiam wielkiego wodza i największego Kurda w historii. Salah ad-Din al-Ajjubi w wykonaniu Ghassana Massouda to rola, którą należy zapamiętać na długo. Chociaż każda scena z udziałem muzułmańskiego wodza jest genialna to pragnę wyróżnić moje ulubione: w szczególności zwróćcie uwagę na rozmowy w muzułmańskim obozie przed i po bitwie pod Rogami Hittinu oraz na dialog Salah ad-Dina i Baliana. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wielu świetnych epizodycznych rolach – w filmie pojawiają się m.in. Michael Sheen, Brendan Gleeson, Marton Csokas czy choćby Kevin McKidd.
źródło: http://www.starpulse.com/
Chociaż "Królestwo Niebieskie" ma bardzo wiele mankamentów, to po prostu uwielbiam tę produkcję Ridleya Scotta. Po ostatniej projekcji telewizyjnej zauważyłem, że wersja zubożona jest znacznie gorsza, dlatego wszystkich zachęcam do oglądania wyłącznie rozszerzonej edycji reżyserskiej (w której poznamy m.in. wątek syna Sibylli). Jak na realia Hollywood jest to epickie widowisko z pięknymi zdjęciami oraz doskonałą muzyką, wzbogacone świetną grą aktorską i niebanalnym tematem. I nawet patos tak nie razi jak zwykle! Na serio polecam!
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 8/10.

wtorek, 12 lutego 2013

"Batman Begins"

Chociaż po raz pierwszy oglądałem "Batman Begins" w odmętach czasu, to doskonale pamiętam, że było to na HBO i mniej więcej w godzinach popołudniowych. Nie interesowałem się wtedy kinem jeszcze tak mocno, jak w ostatnim czasie i nie sądziłem, że kiedykolwiek będę prowadził bloga na ten temat. Skłaniałem się raczej ku karierze naukowej, optymistycznie (i jak się okazało bardzo naiwnie) wierząc, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Abstrahując jednakże od wątków autobiograficznych nowe podejście do Batmana przypadło mi do gustu i wystawiłem dosyć solidną ocenę (7/10). Niemniej po fatalnych doświadczeniach z ostatnią częścią trylogii Christophera Nolana nadarzyła się okazja, aby jeszcze raz przyjrzeć się pierwszej odsłonie. Skwapliwie z niej skorzystałem, gdyż jak doskonale wiecie, w części trzeciej powracają echa "Batman Begins". Poza tym byłem ciekaw czy Nolan kręcąc pierwszą część miał już w głowie całą trylogię czy też "Dark Knight Rises" uzyskało ostateczny kształt dopiero w wyniku niespodziewanej śmierci Heatha Ledgera?
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Batman Begins" to opowieść o trudnych początkach Batmana, a w zasadzie o walce z własnym strachem. Poznajemy więc małoletniego Bruce'a Wayne oraz jego rodziców-miliarderów, którzy de facto poruszają się po Gotham City kolejką wybudowaną, aby ulżyć biednym mieszkańcom miasta. Thomas Wayne (Linus Roache) to prawdziwe uosobienie cnót szlachetnego kapitalisty: nie dość, że wybudował plebejuszom tani transport miejski, to na dodatek zamiast faszystowskimi metodami nadzorować ich wyzysk w swoim przedsiębiorstwie postanowił oddać się pracy w szpitalu. Będąc dzieckiem Bruce wpadł do starej studni wypełnionej nietoperzami, przez co lęka się ich będąc już dorosłym człowiekiem. Niemniej to nie jedyna trauma z dzieciństwa. Jak doskonale wiedzą wszyscy znający historię Batmana rodzice chłopca zostali zamordowani na jego oczach podczas napadu rabunkowego. Bruce pała żądzą zemsty i będąc dorosłym człowiekiem próbuje nawet wyeliminować mordercę, ale ubiega go Falcone (Tom Wilkinson), potężny gangster trzęsący całym Gotham. Jak się później okazuje, był to przełomowy moment w życiu panicza Wayne'a, który od tego momentu postanawia zwalczać wszelkie zło i występek. A jakże chce to czynić? Otóż sam stając się przestępcą chce poznać motywacje ludzi, które skłaniają ich do czynienia zła. W końcu w trzeciorzędnym więzieniu na głębokim zadupiu cywilizacji poznaje Ducarda (Liam Neeson), który pokazuje mu inną ścieżkę walki ze złem – mistyczną organizację zwaną Ligą Cieni.
źródło: http://www.starpulse.com/
Wielkim plusem "Batman Begins" są bardzo ładne krajobrazy w czasie podróży i szkolenia Bruce Wayne'a. W tej odsłonie Gotham City może nie wygląda jeszcze tak imponująco jak w kolejnych, ale trafiło się kilka niezłych ujęć. W każdym razie jako miasto pogrążające się w totalnym chaosie wypada całkiem poprawnie. Pod względem fabularnym film Nolana wypada niestety znacznie gorzej niż za pierwszym razem, gdy go oglądałem. Ciekawie wypada scena, w której Ducard opowiada o swojej przeszłości i żonie, którą mu kiedyś odebrano (o córce jakoś widocznie sobie zapomniał). Nie rozumiem za to na przykład dlaczego Liga Cieni chce zniszczyć Gotham City. Ra's Al Ghul (Ken Watanabe) i Ducard zamiast to wytłumaczyć w normalny sposób opowiadają jakieś bełkotliwe farmazony o determinizmie historycznym. Kilka motywów ma wysoce żenujący charakter. Szczególnie przoduje w tej kategorii ultra przykra śmierć Ra's Al Ghula, który pożegnał się z ziemskim padołem przygnieciony przez pięć płonących sztachetek. Równie gorszący był skill Batmana nietoperze na żądanie, z którego szczęśliwie skorzystał tylko raz. Generalnie efekty specjalne zaliczam na plus, niemniej nie są ani specjalnie porywające ani specjalnie słabe.
źródło: http://www.starpulse.com/
Kontem oka przyjrzyjmy się postaciom i aktorstwu. Panicz Wayne jest miałki, nawet nie umie stracić człowieka oskarżonego o zabójstwo i domaga się dla niego sądu w kraju trzeciego świata. No ale jak się miało tak wspaniałego ojca to postawy moralne tego rodzaju nie powinny dziwić. Christian Bale wypada nawet w porządku, potrafi być przekonujący. Niemniej świetną kreację, przykuwającą uwagę, stworzył Michael Caine, wcielający się w wiernego i niezawodnego lokaja Alfreda. Oczywiście po stronie dobra występuje również nieprzekupna i urocza asystentka prokuratora Rachel (Katie Holmes), prywatnie znajoma Bruce'a z dzieciństwa. Istna emanacja dobra. Warto zwrócić również uwagę na nieprzekupnego i prawego sierżanta Gordona (Gary Oldman), który został chyba jedynym uczciwym gliną w mieście oraz pomysłowego wynalazcę Foxa (Morgan Freeman). Pod względem zła też jest ciekawie. Fajne role Toma Wilkinsona (Falcone) oraz Cilliana Murphy (dr Crane z Arcam). Jednak najwięcej do powiedzenia na tym polu ma Liam Neesson (Ducard), którego postać wydaje mi się najbardziej interesująca w całym filmie. Oprócz tego mamy wiele ciekawych ról epizodycznych: pojawia się m.in. znany z serialu "Sons of Anarchy" Mark Boone Junior czy też Rutger Hauer. Zaiste niebywały gwiazdozbiór aktorski!
źródło: http://www.starpulse.com/
Po upływie czasu postanowiłem jednakże zredukować ocenę "Batman Begins". Mimo doborowej obsady oraz poprawnych efektów film rozczarował mnie znacznie pod względem fabularnym. Kilka lat temu wydawało się to całkiem fajne, ale patrząc z perspektywy całej trylogii Nolana czuję się troszkę rozczarowany. Mimo wszystko uważam, że jest pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów kina rozrywkowego, gdyż stoi na wysokim poziomie pod względem realizacji. Jednym zdaniem dobre, acz rzemieślnicze kino o umiarkowanych ambicjach (ach ta walka z własnymi słabościami!) i ciekawe otwarcie nowej serii o Człowieku-Nietoperzu.
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 6/10.

środa, 12 grudnia 2012

"The Dark Knight Rises"



Zajawienie społeczeństwa i oczekiwania wobec "The Dark Knight Rises" były ogromne. Nie trzeba dodawać chyba co było ich powodem. "Dark Knight" został uznany za film wybitny, głównie z powodu kreacji Jokera Heatha Ledgera. Chociaż rola rzeczywiście olśniewająca, to czy zachwyty nad całością nie były troszkę na wyrost? Co mi zostało po poprzedniej odsłonie w pamięci? W zasadzie kreacja Jokera oraz feeria efektów specjalnych. Obecnie poważnie rozważam rewizję oceny. Niemniej jestem zmuszony docenić warsztat Christophera Nolana bo to bardzo solidny reżyser, miewający czasami przebłyski geniuszu (m.in. "Memento", "Prestige").
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja nowego Batmana rozpoczyna się osiem lat po wydarzeniach z poprzedniej części. Gotham City potrzebowało bohatera, więc został nim poległy w "Dark Knight" Harvey Dent, któremu przypisano ogromne zasługi w zwalczaniu przestępczości. Większość miejscowych bandytów i zakapiorów osadzono w więzieniach, toteż w mieście panuje spokój. Tym samym nie ma zapotrzebowania na usługi Batmana, więc od ośmiu lat nikt go nie widział. Bruce Wayne (Christian Bale) wycofał się z życia społecznego i prowadzi egzystencję w stylu Howarda Hughesa. Tymczasem ciemne chmury zbierają się nad Gotham. Nieznany nikomu geniusz zła Bane (Tom Hardy) rozpoczyna złowrogą operację w miejskich kanałach. Jednakże dopiero zuchwała próba kradzieży z posiadłości Wayne’a oraz postrzelenie komisarza Gordona (Gary Oldman) motywują Batmana do powrotu.
Bane - jedyna perełka w filmie
(źródło: http://www.allmoviephoto.com/)
Jeśli ktoś liczył na kino akcji, podobne jak w poprzedniej części, to może poczuć się srodze zawiedziony. "Dark Knight Rises" opiera się bowiem głównie na dialogach (sic!). Niemniej w filmie nie zabrakło kilku widowiskowych sekwencji, aczkolwiek ich liczba jest relatywnie niska w stosunku do poprzedniej odsłony. Niestety rozmowy naszych bohaterów zaczynają bardzo szybko męczyć. W zasadzie dialogi odebrałem jako straszliwie miałkie i czerstwe: albo są to motywacyjne speeche albo użalanie się nad własnym losem. Jedyną postacią, która ma coś ciekawego do powiedzenia jest Bane. W zasadzie można podłączyć pod to stwierdzenie również Alfreda (Michael Caine), aczkolwiek kamerdyner Wayne’a pojawia się na ekranie dosyć rzadko. Pod względem rozwoju fabuły, podobnie jak w poprzedniej części, czekają na nas nieoczekiwane zwroty akcji. Niestety tym razem się one dla mnie zupełnie nieprzekonujące. Dodam przy tym, że wracają echa pierwszego Batmana Nolana, a Ducard (Liam Neeson) objawia się naszemu bohaterowi w totalnie żenującej scenie. Uwięzienie policjantów w kanałach to dla mnie chyba najbardziej poroniony pomysł w całym filmie. Co za absurdalne rozwiązanie! Uwzględniając oczywiście, że początkowa sekwencja znalazła się w "Dark Knight Rises" przez przypadek, gdyż oryginalnie planowano ją na "Mission: Impossible 5". Anarchistyczno-lewacka rewolucja Bane’a wydaje mi się mocno kontrowersyjna. Przemowa Bane’a pod więzieniem przypominała mi przemówienia Lenina z 1917 roku. Więzienie w pustynnym jakimś zadupiu? Bitch, please! Opowieść o dziecku, które stamtąd uciekło jest prawie jak z Disneya. Żenada. Nie chcę nawet wspominać o finale, bo dla mnie to była totalna porażka. Pod względem fabularnym film odstaje i to bardzo od części poprzedniej, która de facto pod tym względem również wybitna nie była.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Jak wypada "Dark Knight Rises" pod względem aktorstwa? Christian Bale jest taki sam jak w każdej poprzedniej części. W zasadzie można powiedzieć to samo o Garym Oldmanie, Morganie Freemanie oraz Michaelu Caine. Sporym zaskoczeniem była dla mnie postać Johna Blake’a (Joseph Gordon-Levitt), a zakończenie daje nadzieję nad podjęcie homoseksualnego wątku w kolejnej części. Role kobiecie są żenujące, przy czym Marion Cotillard (Melinda) dostała rolę lepszą niż Anne Hathaway (Selina). Moim zdaniem Kobieta Kot jest całkowicie zbędna w tym filmie i naprawdę można ją było wyciąć bez szkody dla odbioru całości. Najlepszą postacią w całej produkcji jest Bane. Tom Hardy z powodu maski bohatera mógł operować tylko głosem, ale wypada świetnie. Miał znacznie trudniej niż Heath Leder, ale stworzył równie porywającą kreację. Chciałem widzieć Bane’a na ekranie, a raczej słuchać jego głosu, przez cały czas. Niestety scenarzyści postanowili pod koniec zjebać historię tej postaci. Dziękuję, naprawdę, dziękuję, za zepsucie najlepszego punktu w filmie. I w tym momencie zbliżamy się do fundamentalnego pytania: czy warto obejrzeć "Dark Knight Rises"? W mojej opinii tak, ale tylko z jednego powodu: dla Bane’a. Czym byłby "Dark Knight Rises" bez niego? Bardzo długą, miałką i przegadaną opowieścią o człowieku, którego do porażki doprowadziło zwycięstwo podpartą względnie umiarkowaną ilością efektów specjalnych.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ocena: 5/10 (tylko za Bane’a).

środa, 7 listopada 2012

"Seraphim Falls"



"Seraphim Falls" to western! Na dodatek to western z Liamem Neesonem i Piercem Brosnanem. Kto mógłby sobie to wyobrazić w ogóle? Na pewno nie ja. Po raz kolejny dodam, że kowboje nigdy nie istnieli, gdyż są jedynie wytworem na potrzeby kampanii reklamowej Marlboro. Niemniej chociaż od premiery filmu minęło już sześć tłustych lat, to ja nigdy o nim nie słyszałem. Taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko i zwykle niezbyt dobrze wróży ocenie końcowej. Już na wstępie mam zastrzeżenie do polskiego tytułu "Krew za krew", gdyż moim zdaniem jest to spoiler.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Mimo to fabuła zapowiadała się niezgorszo. Akcja osadzona została, o ile mnie pamięć nie myli, trzy lata po zakończeniu wojny secesyjnej. Były pułkownik Konfederacji Carver (Liam Nelson) to typ twardy jak skała, na dodatek posiadający jaja z hartowanej stali. Wraz z kilkoma kompanionami tropi po śnieżnej Nevadzie byłego kapitana wojsk Unii Gideona (Pierce Brosnan). Czemuż chłopacy bujają się po górach w wysoce niesprzyjających warunkach? Tego dowiemy się dopiero tuż przed finałem, aczkolwiek jak łatwo się domyślić po wojskowej przeszłości naszych bohaterów historia ma związek z niedawno zakończonym bratobójczym konfliktem.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Po obejrzeniu mniej więcej 75% filmu byłem przekonany, że dam mocarną siódemkę. Pułkownik Carver to idealna postać do zagrania dla Neesona. Twardy i bezuczuciowy motherfucker, który a to bez mrugnięcia okiem dobije rannego, a to zastrzeli swojego konia, aby jego były kompanion nie miał zbyt łatwego zarobku. W wolnych chwilach zajmuje się również dręczeniem bezbronnych dzieci – jednym słowem wspaniała postać do naśladowania w codziennym życiu! Neeson jako bezwzględny skurwysyn wypada niezwykle przekonująco i natychmiast uwierzyłem, że jest w stanie zrobić wszystko by osiągnąć założony cel. Z kolei jego oponent mnie aż tak nie ujął. Gideon to połączenie Beara Gryllsa z ultimate guerilla fighterem. Zaiste, pomimo ran odniesionych na samym początku filmu, były kapitan dzielnie ucieka przed pogonią, a na dodatek skutecznie fraguje wrogów za pomocą wymyślnych pułapek. Ponadto posiada ogromny nóż godny samego Johna Rambo. Całkiem rozrywkowa postać, nieprawdaż? Niestety moim zdaniem Pierce Brosnan średnio pasuje do takiej roli. Za bardzo kojarzy mi się ze smokingiem.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Na pewno na plus zaliczam plenery. Naprawdę wyjątkowo urokliwe śnieżne góry, prerię, a nawet pustynię. Patrzenie na takie krajobrazy cieszy oko. Ciekawostka: chociaż akcja filmu dzieje się w Nevadzie to ani jedna scena nie została nakręcona w tym stanie. Aktorstwo solidne, oprócz dwójki wymienionej powyżej oglądamy niezłych wykonawców drugoplanowych (m.in. Wes Studi, Tom Noonam, Ed Lauter). Podobał mi się motyw Indianina okupującego źródełko wody na prerii i pobierającego za korzystanie monstrualne opłaty. Co ciekawe twórcy filmu nadali ów postaci imię Charon. Intrygujące, prawda? A teraz czas na żale. Poziom filmu dramatycznie spada pod koniec. Sam finał jest wyjątkowo niedorzeczny i osobiście uważam go niekonsekwentny w stosunku do całości. Jak można sprawić by dotychczas bezwzględny motherfucker zrobił coś takiego? W tym miejscu chciałbym złożyć najszczersze podziękowania scenarzystom. Za to wypełnione gównem zakończenie obniżam ocenę o dwie gwiazdki. Poza tym ogromnym rozczarowaniem, przynajmniej dla mnie, był niezwykle sztampowy i wtórny powód, dla którego Carver ścigał Gideona. Tu był potencjał na wymyślenie czegoś interesującego, a nie odwoływanie się do najprostszych i najbardziej tandetnych motywów. Chciałbym dowiedzieć się również co reprezentowała sobą Madame Louise? Nawet bez sprawdzania tego w necie domyśliłem się, że jest to personifikacja diabła. W filmie znajduje się krótkie ujęcie ukazujące tyłu jej wozu, na którym pojawia się nazwisko Madame Louise C. Fair. Polecam przeczytać je na głos, bo jest to zagrywka w stylu "Angel Heart". Dość nietypowy element jak na western, aczkolwiek znalazłem również teorię jakoby cały film można rozpatrywać w kontekście walki upadłych aniołów (Serafin to rodzaj anioła, jakby ktoś nie wiedział). Za to wszystko ocena taka, a nie inna. Po raz kolejny szkoda zmarnowanej szansy na dobre kino.

Ocena: 5/10.

poniedziałek, 29 października 2012

"Clash of the Titans"



"Clash of the Titans" to remake filmu z 1981 roku, który w Polsce występuje pod tytułem "Zmierzch Tytanów". Zabierając się do projekcji byłem pełen obaw, gdyż doskonale znam dosyć luźne podejście Hollywood do ekranizowania jakiejkolwiek mitologii. Swoją drogą oba tytuły nie mają żadnego uzasadnienia fabularnego, ponieważ akcja dzieje się długo po tym jak ostatni Tytani zostali zwyciężeni przez Zeusa i innych bogów. Muszę przyznać, że do obejrzenia produkcji zachęcił mnie jednak fakt, że wystąpiła w niej Izabella Miko (Atena). Niestety sceny z udziałem polskiej aktorki okazały się zbyt chujowe nawet jak na to dzieło i zostały wycięte.
źródło: http://www.wikia.com/Wikia
Fabuła raczej typowa dla tego rodzaju produkcji (przy uwzględnieniu roli mitologii). Rybak Spyros (Pete Postlethwaite) znajduje na morzu trumienkę z martwą kobietą i małym dzieckiem, które cudem przeżyło. Przygarnia chłopca i wychowuje jak swojego własnego syna. Dwadzieścia parę lat później zastępcza rodzina Perseusza (Sam Worthington) zostaje przypadkowo zamordowana przez Hadesa (Ralph Fiennes). Ogólnie nastroje w starożytnym świecie są nienajlepsze. Ludzie buntują się przeciwko władzy bogów i postanawiają sami rządzić swoim losem. W tym bezbożnym procederze przoduje miasto Argos. Pod wpływem Hadesa bogowie postanawiają dać nauczkę krnąbrnym mieszkańcom: albo złożą im w ofierze królewnę Andromedę (Alexa Davalos) albo miasto zostanie zniszczone przez Krakena. Jak łatwo się domyślić misję ratowniczą podejmuje nasz dzielny Perseusz. Wkrótce dowiadujemy się również, że nie jest on zwykłym śmiertelnikiem, ale bękartem samego władcy Olimpu (Liam Neeson).
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
 "Clash of the Titans" to całkowite pomieszanie mitologii greckiej, nordyckiej, ale też arabskiej. Oprócz bogów i stworzeń typowych dla wierzeń hellenistycznych występują również okazy typowe dla dalekiej północy (Kraken) czy Półwyspu Arabskiego (pustynne dżiny). Dla ortodoksyjnych miłośników mitologii greckiej może to być poważny szok, ale widz masowy będzie się bawił raczej dobrze. Ponadto w nawiązaniu do oryginału z 1981 roku w filmie pojawia się scena z mechaniczną sową Bubo. Co ciekawe ponoć podczas kręcenia filmu Sam Worthington znienawidził ją tak mocno, że wielokrotnie groził jej zniszczeniem. Aktor obawiał się również, że wstawienie sceny z Bubo do filmu zrujnuje jego karierę. Z mojego punktu widzenia, jeśli chciało się nawiązać do oryginału to można było zrobić to znacznie lepiej, ale i tak nie ma dramatu a Worthington mógł ukazać swoje obrzydzenie. Fabularnie sporo niedorzeczności, niemniej nic co by szokowało szczególnie lub dramatycznie zaskakiwało. Typowa hollywoodzka sieczka dla mas.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
 Obsada zapowiadała się bardzo ciekawie, oczywiście z wyjątkiem Izabelli Miko. Neeson, Fiennes, Worthington wsparci przez Polly Walker, którą bardzo lubię od czasów „Rzymu”, a do tego m.in. Gemma Arterton, Liam Cunningham, Vincent Regan oraz Luke Evans. Mała ciekawostka: w "Clash of the Titans" Luke Evans występuje jako Apollo, ale już w "Immortals" awansuje na Zeusa. Mimo tylu sław aktorstwo jest raczej drewniane (szczególnie u głównego wykonawcy, to pewnie wpływ Bubo), po części wynika to ze scenariusza, który stworzył takie a nie inne postacie. Najbardziej podobała mi się Gemma Arterton w roli Io oraz Ralph Fiennes jako Hades. Reszta raczej do zapomnienia, przy czym chciałbym zobaczyć Izabellę Miko na tym tle. Efekty specjalne bardzo fajne, zaliczam na plus. Bardzo mi się podobał niebieski płomień z kostura pustynnego dżina, poza tym nieźle wyglądał Olimp pośród chmur. Podsumowując jest to bardzo lekkie dzieło, typowe do obejrzenia przy obiedzie. Po projekcji praktycznie nic w głowie nie zostaje, dlatego taka, a nie inna ocena.

Ocena: 4/10.

Recenzję sequelu znajdziecie pod tym linkiem: "Wrath of the Titans".

środa, 22 sierpnia 2012

"Wrath of the Titans"

"Gniew Tytanów” to sequel raczej średnio udanego "Starcia Tytanów”. Tym razem znany z pierwszej części, syn Zeusa i śmiertelniczki, Perseusz (bezużytecznych półbogów jest jak mrówek – LOL) poświęca się wychowaniu syna i rybactwu. Jednakże idylla zostaje zaburzona przez samego Zeusa, który domaga się od swojego potomka pomocy. Nasz dzielny bohater początkowo odmawia, ale gdy jego ojciec wpada w poważne tarapaty natychmiast się reflektuje. Łącząc siły z synem Posejdona Agenorem (określany w filmie najczęściej jako „wielkie rozczarowanie”) oraz dzielną i piękną królową Andromedą wykonuje kolejne questy, aby po raz kolejny ocalić ludzkość przed niechybną zagładą.
źródło: http://www.impawards.com
 Fabuła jak widać na pierwszy rzut oka wtórna i miałka niewątpliwie. Szczególnie rozczarowuje przejście na stronę dobra skruszonego czarnego charakteru, które jest przewidywalne do granic możliwości. Ogólnie akcja przypomina trochę grę komputerową – idź gdzieś, zdobądź artefakt, idź gdzieś indziej. Na szczęście prawie uniknięto patosowych popisów oratorskich. Zatem byłaby mocna trójka, ale jednak nie tym razem.
źródło: http://www.movieinsider.com/
Film ratują bowiem efekty specjalne. Powiem krótko: urwało mi dupę! Ognia jest tyle, że można by obsadzić ze 3 filmy o napalmie, poza tym wygląda zajebiście. Szczególnie początkowa scena, gdy chimery zieją ogniem robi świetne wrażenie. A sen Perseusza to już majstersztyk! Z zachwytem patrzyłem również na Kronosa, bo wykonać taką postać to naprawdę nie lada wyzwanie. Poza tym mamy bardzo ładne plenery (bez lipy jak w „Conanie”) i naprawdę sporo statystów z bogactwem wszelkiego rodzaju sprzętu. Krótko mówiąc: prawie nie ma lipy! Dlaczego prawie? Otóż mogę się przyczepić do tego w jaki sposób wyglądają bogowie. W większości (z wyjątkiem Aresa) przypominają bejów, przy czym Hefajstos jest czymś w połowie drogi między bejem a prof. Dumbledorem. Mimo to film oglądało się świetnie i śmiało stwierdzam, że trzecią część bym z chęcią zobaczył.

Ocena: 5/10.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

"The Grey"


Po obejrzeniu trailera „The Grey” myślałem, że Liam Neeson będzie napierdalał wilki na Alasce. W zasadzie miałem nadzieję, że będą to może chociaż jakieś wilkołaki, aby heros pokroju Neesona nie miał zbyt łatwego zadania. Niestety scenarzyści poszli na łatwiznę.
źródło: http://entertainmentmaven.com/
 Film składa się niestety z przewidywalnych klisz. Ottway (Neeson) jest wypalonym mentalnie myśliwym, który ochrania pracowników kompanii naftowej na Alasce. Pierwsze sceny, okraszone umęczonym głosem Ottwaya z offu, ukazują marną egzystencję naszego bohatera. Nie mogło zabraknąć próby samobójczej (strzelić sobie w głowę z takiego karabinu to nie lada wyzwanie). Jedynym pozytywem zajebista biała kurtka zimowa Ottwaya. W zasadzie prawdziwa akcja zaczyna się po katastrofie samolotu w dziczy. Możliwe iż „poszukiwacze jedynej prawdy” odnajdą w niej kolejne dowody zbrodni smoleńskiej, bo jakże to być może, że nie wszyscy zginęli? I tu pojawiają się genialne sceny, zbyt genialne na ten film – dwukrotne wyrwanie Ottwaya ze snu to dla mnie prawdziwa maestria. Ocaleni z katastrofy zaczynają się organizować, aczkolwiek stają przed poważnym wyzwaniem – samolot rozbił się na terytorium łowieckim ogromnych wilków (naprawdę ogromnych), które uznały ludzi za naturalnych rywali. Toteż nie bacząc na nic przystępują do niezwykle skutecznej eliminacji przeciwników. Meritum filmu sprowadza się do tego, że to wilki napierdalają Ottwaya i jego kompanionów, a nie odwrotnie. Zatem giną sobie pojedynczo, tak jak w jakimś horrorze (jedyną rozrywką jest zgadywanie who’ next). Wiadomo, że chociaż nasz heros odniósł poważną ranę uda (gdyby to był ktoś inny z jego ekipy to by się zaraz wykrwawił), to przeżyje do końca. Nawet hipotermia po wskoczeniu do rzeki się go nie ima. Na szczęście wilki w filmie są dużo inteligentniejsze i bardziej rezolutne od ludzi – atakują najsłabszego w danej chwili, potrafią wykonać manewr flankujący (w to akurat wierzę, bo widziałem na Discovery jak wilki polują), a nawet okrążyć przeciwnika. Na nieszczęście filmu ludzie są kompletnymi debilami, Ottway swoją decyzją o wymarszu doprowadza do śmierci wielu osób („w lesie będziemy bezpieczni” – bitch please!), dalsze pomysły potwierdzają prawo Murphy’ego mówiące, że ludzie zaczynają działać rozważnie, dopiero gdy wyczerpią wszystkie inne możliwości.
źródło: http://www.allmovie.com/
Wad jest w filmie milijon. Do zalet zaliczyć mogę inteligentne wilki, ładne plenery oraz genialne cztery sceny: dwukrotne wyrwanie ze snu, ślad wilka na śniegu wypełniający się krwią oraz ostatnią sekwencję z robieniem tulipana. Szczęśliwie, zakończenie nie jest żenujące, aczkolwiek właśnie takiego się spodziewałem.

Ocena: 3/10 (gdyby nie cztery wyżej wymienione sceny byłoby 2/10).

środa, 8 sierpnia 2012

"Battleship"


„Battleship” to przykład niewiarygodnego kina. Naprawdę. Nie żartuję. Po prostu jest to najdoskonalsze kino, a nie mogę sobie wyobrazić nic doskonalszego, w kategorii WTÓRNOŚĆ! Naprawdę podziwiam twórców, iż w ciągu 2 godzin nie wykazali się ani odrobiną własnej inwencji, rżnąc wszystkie najchujowsze motywy z kina akcji i wojennego. To jakby połączyć „Battle Los Angeles” z „Transfomersami” i „Pearl Harbour”.

Fabuła jest żenująca. Mamy zatem dwóch braci: ogarniętego w miarę Stone’a (Alexander Skarsgård – musiał dostać grube miliony, że tak pohańbił Icemana) i zdolnego, acz niepokornego Alexa (Taylor Kitsch – kolejne wspaniałe dzieło po „Wężach w samolocie” i „Johnie Carterze”, wróżę karierę stulecia). Oczywiście Alex zarywa córkę dowódcy floty admirała Shane’a (Liam Neeson). A wszystko to na pięknych Hawajach, w czasie trwania RIMPAC. Żeby było jeszcze bardziej kolorowo, życie naszych bohaterów umila nagła inwazja kosmitów, którzy pragną nie wiadomo czego (nie dowiemy się do końca filmu) i czasem eksterminują ludzkość (choć nie są konsekwentni).

W zasadzie film jest niemal 2-godzinną reklamą niszczycieli klasy Arleigh Burke. Przez 75% walki z kosmitami na placu boju jest tylko niezwyciężony USS John Paul Jones, który dzielnie odpiera ataki przeważającego przeciwnika, zadając mu ogromne straty. Proponuję polskiej Marynarce Wojennej nakręcić taki sam film o Gawronie, a wpływy z biletów na pewno sfinansują całą serię tych korwet.

Efekty dobre, ładne zdjęcia, pełno sprzętu, okrętów i wszystkiego (budżet 209 mln USD!) – ale co z tego skoro „Battleship” jest bezbrzeżnie głupi i wtórny. Naprawdę, w czasie projekcji można wyłączyć mózg i nic się nie straci. Od początku był to murowany kandydat na 3/10, bo mimo wszystko fabuła układa się w pewien ciąg (nie mówię, że logiczny) oraz jest wysoki poziom efektowności. Niestety, i tu przepraszam za spoiler, no ale kurwa nie mogę po prostu, wykorzystanie do walki z obcymi pancernika USS Missouri wraz z jego byłą załogą to jest patosowy porzyg. W trakcie projekcji wymyśliłem również tytuł, który doskonale oddaje naturę filmu – „Battleshit”. Dziękuję bardzo, tyle ode mnie.

Ocena: 2/10 (jedna gwiazda za scenę, w której Stone mówi „stay frosty”, co wywołało miłe wspomnienia i pozwoliło na chwilę wrócić do pięknych czasów „Generation Kill”).

PS.
Rihanna popisuje się talentem aktorskim.