Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Sheen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Sheen. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 kwietnia 2017

"Passengers"



If you live an ordinary life, all you'll have are ordinary stories.

Nie mogę ukrywać, że filmy science fiction chłonę jak beje Amarenę albo denaturat filtrowany przez bułeczkę. Nie może zatem dziwić, że cieszyłem się szczerze na seans "Passengers", chociaż recenzje były może niezbyt zachęcające. Na pewno zaletą, nawet pomimo pewnego spadku sympatii po słynnym skandalu z wyciekiem nagich fotek, wydawała się być obecność Jennifer Lawrence. Ponadto film otrzymał dwie nominacje do tegorocznych Oscarów (najlepsza muzyka oraz scenografia), w związku z czym idealnie wpisywał się w cykl recenzji związanych z nagrodami Akademii. Jednakże z drugiej strony moje dotychczasowe spotkania z twórczością norweskiego reżysera ograniczają się jedynie do "The Imitation Game", które wspominam raczej słabo, więc miałem poważne obawy co do produkcji Mortena Tylduma.
źrodło: http://www.impawards.com
W nieokreślonej bliżej przyszłości, w której moda nie poszła wcale do przodu, ludzkość sięgnęła wreszcie gwiazd i rozpoczęła kolonizację nowych światów. Homestead Corporation umożliwia ludziom odbycie międzygwiezdnej podróży oraz rozpoczęcie nowego życia wśród odległych układów planetarnych. Akcja filmu rozgrywa się na statku kosmicznym Avalon zmierzającym do nowej koloni, nazwanej niezwykle oryginalnie Homestead II. W założeniach podróż miała potrwać, aż 120 lat, więc wyobraźcie sobie zaskoczenie nagle wybudzonego z hibernacji Jima Prestona (Chris Pratt), kiedy dowiaduje się, że został przywrócony do życia o 90 lat za wcześnie. Po wyczerpaniu wszystkich opcji powrotu do poprzedniego stanu nasz bohater staje przed widmem spędzenia reszty życia mając za jedynego towarzysza androida-barmana Arthura (Michael Sheen) oraz hektolitry darmowego alkoholu.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Od pierwszych chwil widać, że "Passengers" reprezentują wizję idealnej, wesołej przyszłości, w której wszystko poszło dobrze, a ludzkość rozwija się permanentnie. Już sam design statku kosmicznego wskazuje na ten właśnie trend – to zdecydowanie bardziej "Star Trek" niż "Battlestar Galactica". Ogromne korytarze, bezużyteczne, marnujące cenną przestrzeń hole, basen, bar czy restauracja przypominają raczej luksusowy statek wycieczkowy kursujący po Karaibach niż poważną, międzygwiezdną wyprawę kolonizacyjną. Korporacja Homestead jawi się raczej jako instytucja niemalże dobroczynna niż współczesna firma pragnąca za wszelką cenę zmaksymalizować zyski upychając na statku jak najwięcej zahibernowanych pasażerów oraz drogocennego ładunku. Nie przeczę, że przedstawione w filmie wnętrza zostały zaprojektowane naprawdę stylowo (bar Arthura jest naprawdę przytulny, wręcz piękny) i w pełni rozumiem decyzję Akademii o przyznaniu nominacji w tej kategorii. Niemniej moim zdaniem pod względem przydatności do podróży międzygwiezdnych Avalon nadaje się jak Grzegorz Krychowiak do PSG. Co więcej, "Pasażerowie" zaliczają się do grona filmów, w których nie przywiązuje się większej wagi do rozwiązań technologicznych – dowiadujemy jedynie, że statek ma napęd jonowy, a naprawa reaktora ogranicza się do otworzenia drzwi (serio!).
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
"Pasażerowie" stawiają przed widzem w zasadzie tylko jeden bardzo poważny dylemat moralny, który de facto szybko znika. Niemniej, gdyby reżyser i scenarzysta mieli jaja ze stali i postanowili utrzymać swoje dzieło w zdecydowanie poważniejszej tonacji to byłbym o wiele bardziej zadowolony. Poszczególne segmenty filmu kompletnie do siebie nie przystają, a im bliżej końca tym większe są podobieństwa do typowego science fiction, w którym coś się zepsuło i trzeba to szybko naprawić. A jak doskonale wiadomo, niektóre naprawy wymagają ogromnych poświęceń – finał kojarzy mi się niestety z najgorszymi motywami z "Grawitacji". Ale żeby nie hejtować nadmiernie "Passengers" muszę przyznać szczerze, że pod względem realizacyjnym filmowi nie można niczego zarzucić. Dodatkowo scena, w której Jim odbywa swój pierwszy spacer w przestrzeni kosmicznej, wypada naprawdę znakomicie i poważnie (przez co nie pasuje do reszty filmu). Warto również zwrócić uwagę na kilka nieoczywistych nawiązań: bar na Avalonie został niemalże wyjęty rodem z "Lśnienia", nazwa statku oraz imię barmana nawiązujące do mitu arturiańskiego czy też tabletki rodem z "Matrixa".
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę dlaczego u boku Jennifer Lawrence po raz kolejny nie pojawił się Bradley Cooper, ale doszedłem do wniosku, że dzięki udziałowi w "Strażnikach galaktyki" Chris Pratt o wiele bardziej kojarzy się widowni z kosmosem. Aktor nieźle sprawdził się w roli Jima Prestona – jest przejmujący kiedy trzeba i zabawny, gdy wymaga tego sytuacja. Jennifer Lawrence również nie zawodzi, aczkolwiek z drugiej strony trochę słabo pasuje mi do roli intelektualistki. Niemniej muszę z przykrością przyznać, że scenariusz nie wykorzystuje ogromnego potencjału, jaki stwarza obecność dwójki tak popularnych aktorów i im bliżej końca filmu, tym gorsze rzeczy mają do zagrania. W zasadzie jedyną osobą z obsady, do której występu nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń, jest Michael Sheen. Pod wieloma względami rola czarującego, zawsze kulturalnego, acz nie pozbawionego złośliwości androida-barmana Arthura wydaje mi się po prostu wybitna i moim zdaniem stanowi największą zaletę filmu. Niestety Laurence Fishburne (Gus), pojawiający się w bezsensownym epizodzie, nie ma praktycznie nic do zagrania i w zasadzie jestem bardzo zdziwiony, że do filmu nie zaangażowano w jego miejsce Seana Beana.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Niestety "Passenger" to kolejny przykład głupawego kierunku, w którym zdaje się podążać współczesne science fiction. Nie jest może aż tak kretyńsko jak w "Grawitacji", ale tak naprawdę końcowy akt "Pasażerów" zasługuje jedynie na miano dramatu wtórności. Warto zobaczyć jedynie dla świetnej roli Michaela Sheena oraz pięknego, przytulnego wystroju baru, w którym Arthur serwuje drinki.
© 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.
Ocena: 4/10.

środa, 7 grudnia 2016

"Nocturnal Animals"



Do you ever feel like your life is turning into something you never intended?

Szczerze napisawszy po obejrzeniu olśniewającego "A Single Man" po prostu nie mogłem doczekać się premiery najnowszego filmu Toma Forda. A trzeba Wam wiedzieć, że ten amerykański projektant mody i jedynie przy okazji reżyser, nie rozpieszcza swoich fanów karząc im czekać na kolejnego produkcje po kilka lat. "Nocturnal Animals" (zgrabnie przetłumaczone na "Zwierzęta nocy") już w samych trailerach zapowiadało się na znakomitą, wyjątkowo stylową i bezbłędną produkcję. Warto nadmienić, że scenariusz został oparty na opublikowanej w 1993 roku powieści Austina Wrighta zatytułowanej Tony and Susan. Co ciekawe, na okładkach związanych z premierą filmu wznowieniach książki pojawia się już tytuł Nocturnal Animals.
źródło: http://www.impawards.com
"Nocturnal Animals" to złożona produkcja, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a zdarzenia fikcyjne mieszają się z rzeczywistością, więc w trakcie seansu należy się skupić na skomplikowanej fabule (w przypadku "A Single Man" było zdecydowanie prościej). Główny wątek to historia na pozór doskonałej i szczęśliwej Susan Morrow (Amy Adams), która wraz z przystojnym mężem Huttonem (Armie Hammer) realizuje się w swojej pasji prowadząc galerię sztuki. Jednakże powierzchowna doskonałość pary skutecznie maskuje problemy finansowe oraz niezbyt poprawne relacje małżeństwa. Życie Susan ulega diametralnej przemianie, gdy otrzymuje od swojego byłego męża (Jack Gyllenhaal) rękopis tytułowej powieści Nocturnal Animals. Książka, przedstawiająca mrożące krew w żyłach przeżycia Edwarda (również Jack Gyllenhaal) oraz jego rodziny rozgrywające się na amerykańskich pustkowiach, wywołuje u kobiety niezwykle silne emocje i skłania ku refleksjom nad własną egzystencją.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Już od pierwszych kadrów "Zwierzęta nocy" olśniewają wizualnym pięknem oraz znakomitym, niepowtarzalnym stylem Toma Forda. Oglądając film można po prostu dojść do wniosku, że jest to glamour w najczystszej, nieskażonej postaci. Oczywiście dotyczy to w większości scen związanych ze współczesnymi perypetiami Susan, ale nawet ukazane na ekranie zwłoki mają w sobie coś pięknego. Podobne wrażenia można odnieść do otwierającej produkcję sceny, w której widzimy performance dla galerii sztuki: dosyć otyłe, tańczące kobiety. Mimo, że naprawdę daleko im do aktualnych standardów piękna, to jednakże trudno odwrócić wzrok, gdyż te obrazy mają w sobie coś hipnotycznego. Tom Ford po raz kolejny zadbał, aby bohaterowie mieszkali w naprawdę wypasionych (acz jednocześnie wyjątkowo stylowych) i nowoczesnych domostwach. Ogromne przestrzenie oraz zimne kolory budzą jednakże uczucie pustki oraz straszliwej samotności, która w szczególności dotyka Susan. Wprost genialnie wypada scena, w której nasza bohaterka z uwagą przygląda się obrazowi z napisem REVENGE. W tym miejscu warto również podkreślić niebywałą rolę muzyki skomponowanej przez Abla Korzeniowskiego. Poszczególne utwory urzekają niezwykłym pięknem, nie pozwalając o sobie zapomnieć jeszcze długo po wyjściu z kina. Jakież to niezwykłe szczęście, że żyjemy w czasach, w których można ich po prostu posłuchać na YouTube’ie! Tak wspaniałe kompozycje zasługują na nominację do Oscara, ale ja osobiście żywię nadzieję, że na tym się nie skończy.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Skoro w powyższym akapicie opisałem moje wrażenia audio-wizualne należałoby się skupić na przedstawionej w "Zwierzętach nocy" fabule. Muszę przyznać, że Tom Ford posiadł niezwykłą umiejętność stopniowego budowania napięcia. Historia przedstawiona w powieści Tony’ego to prawdziwy, mrożący krew w żyłach majstersztyk. Od dawna nie odczuwałem w kinie takiego niepokoju jak w nocnej scenie rozgrywającej się na teksańskim pustkowiu. Napięcie narastające powoli od błahego incydentu na drodze wyraźnie szuka ujścia by eksplodować z pełną mocą. Każdy gest czy nieodpowiednia odzywka, a nawet ton głosu, (pozdro Grażka!) mogą przynieść fatalne konsekwencje. Warto zaznaczyć, że film od razu daje widzowi do myślenia jak zachowałby się podobnej sytuacji – czy warto twardo stawiać się przeciwnikom czy też przyjąć postawę koncyliacyjną? Aczkolwiek Edward, bohater książki Tony’ego, nie jest przecież jakimś niezwykłym herosem, a raczej przeciętnym, spokojnym człowiekiem postawionym w sytuacji, której do końca nie rozumie. Wielkie brawa należą się Tomowi Fordowi za tak umiejętne, a przede wszystkim interesujące przeplatanie powieści z wątkami z życia Susan i Tony’ego, które przecież rozciągają się na przestrzeni wielu lat.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Nie od dziś wiadomo, że nazwiska Amy Adams oraz Jake’a Gyllenhaala umieszczone na filmowym plakacie gwarantują znakomite występy, ale w "Zwierzętach Nocy" obydwoje wnieśli się na wyżyny swojego kunsztu. Nie umniejszając niczego Amy Adams, która świetnie ukazała na ekranie straszliwą samotność Susan oczywiście trudniejsze zadanie stanęło przed Gyllenhaalem, ponieważ musiał wcielić się w dwie postacie. Niemniej zarówno Tony, jak i Edward, to znakomicie i bezbłędnie zagrane role – w szczególności powieściowy bohater pozostaje na długo w pamięci. Na drugim planie również jest znakomicie. Na gromkie oklaski zasłużył przede wszystkim Michael Shannon, wcielający się porucznika Bobby’ego Andesa. Równie doskonale, a przede wszystkim niesztampowo, wypadł Aaron Taylor-Johnson (Ray Marcus) – o takie role właśnie walczyłem przez te wszystkie lata! A żeby uniknąć oskarżeń o faworyzowanie męskiej części obsady warto wspomnieć o świetnych występach Isli Fisher (Laura) oraz Ellie Bamber (India), które wcieliły się w żonę oraz córkę powieściowego Edwarda. Na koniec warto jeszcze wymienić kilka sław, które przewijają się epizodycznie: Armie Hammer, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone czy Kristin Bauer van Straten.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
"Nocturnal Animals" to ostatnia wieczerza dla wszystkich głodnych prawdziwego glamour, wysublimowanych, pięknych kadrów podkreślanych przez muzykę najlepszej próby oraz mistrzowskiego aktorstwa. Na film Toma Forda czekałem z naprawdę wielkimi nadziejami i muszę przyznać, że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, dostałem jeszcze więcej niż chciałem. Absolutnie mistrzowskie kino!
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Ocena: 10/10.

wtorek, 7 maja 2013

"Kingdom of Heaven"

"Kingdom of Heaven" należy do moich ulubionych filmów historycznych. Mam świadomość, że dziełu Ridleya Scotta można zarzucić ogrom przekłamań, nieścisłości, uproszczeń historycznych i rzeszę różnego rodzaju innych wad, ale darzę tę produkcję wielką estymą. W niniejszej recenzji postaram się uzasadnić moją postawę i wyjaśnić to epizodyczne odejście od hejteryzmu. Niemniej na samym wstępie pragnę docenić wysiłek tłumaczów, którzy tym razem wyjątkowo nie zawiedli. "Królestwo niebieskie" to niezwykle zgrabny tytuł, który doskonale oddaje sens opowieści Ridleya Scotta. Aczkolwiek jest to malutka perełka w bezkresnym oceanie fatalnych tłumaczeń. Aha, zanim przejdziemy do recenzji jeszcze jedna ważna uwaga: poniższy tekst dotyczy reżyserskiej wersji "Kingdom of Heaven" trwającej 192 minuty, więc wielu opisanych scen nie znajdziecie w znacznie zubożonej wersji telewizyjnej (144 minuty).
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła "Królestwa niebieskiego" przenosi nas na tereny dzisiejszej Francji u schyłku XII wieku. Osławiony krzyżowiec, Godfrey z Ibelinu (Liam Neeson), powraca do ojczyzny by zabrać do Ziemi Świętej swojego bękarta. Balian (Orlando Bloom), zdolny kowal i konstruktor maszyn oblężniczych, właśnie stracił żonę, która popełniła samobójstwo. Jak powszechnie wiadomo odebranie sobie życia nie było zbyt dobrze przyjmowane w mrocznych wiekach, toteż sytuacja naszego bohatera jest niełatwa. Na dodatek pogrążony w rozpaczy Balian morduje lokalnego księdza, który sprofanował ciało ukochanej kobiety. Stając się renegatem przystaje do swojego ojca i wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, by odkupić swoje grzechy w Jerozolimie.
źródło: http://www.starpulse.com/
Pierwsza rzecz jaka uderza widza w "Kingdom of Heaven" to piękne plenery i niesamowite zdjęcia. Ridley Scott dopracował w najdrobniejszym szczególe niemal każdy kadr, aby dostarczyć naszym oczom jak najwięcej uciechy. Odważnie stwierdzam, że pod względem wizualnym "Królestwo Niebieskie" to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie miałem okazję oglądać w moim życiu. Oczywiście palmę pierwszeństwa mocno dzierży "Hero", ale Scottowi naprawdę niewiele zabrakło do totalnej perfekcji. Wraz z krzyżowcami zwiedzamy średniowieczną Francję, Messynę, ale najwięcej uwagi poświęcono oczywiście Ziemi Świętej. Imponujące wrażenie zrobiła na mnie Jerozolima, bardzo podobał mi się również Kerak, a ciekawe wrażenie pozostawił zdecydowanie ascetyczny Ibelin. Pustynne krajobrazy mają natomiast taki urok, że widzom od razu robi się troszkę cieplej. Jednakże jeśli miałbym dokonać wyboru najładniejszego kadru w całym filmie to wskazałbym scenę, w której Reynald z Chatillon (Brendan Gleeson) poznaje siostrę Saladyna stojącą w łanach zielonego zboża. Doskonałe wizualia uzupełnia świetna muzyka – tutaj ponownie polecam wersję reżyserską, ponieważ poszczególne części filmu zostały poprzedzone klimatycznymi przerwami, w których możemy posłuchać utworów w dłuższych wersjach.
źródło: http://www.starpulse.com/
Budżet filmu wyniósł 130 milionów USD i trzeba przyznać, że to naprawdę widać na ekranie. Setki statystów, świetne kostiumy, multum sprzętu i koni mogą się podobać. Co prawda można zarzucić Scottowi, że zrezygnował z pokazania bitwy pod Rogami Hittinu, ale moim zdaniem potyczka kawalerii pod Kerakiem oraz epickie oblężenie Jerozolimy znakomicie to rekompensują. Jeśli chodzi o rozwiązania fabularne to oczywiście można (a nawet należy) czepiać się wielu rzeczy, o których wspominałem we wstępie. Niemniej "Królestwo Niebieskie" nie odstaje na tym polu od klasyków gatunku w rodzaju choćby "Braveheart" czy też "Gladiatora". Z tego powodu nie mam zamiaru wytykać każdego błędu oraz nieścisłości historycznej. Dzieło Ridleya Scotta nie pretenduje przecież do bycia podręcznikiem historycznym. Jeśli kogoś wciągną krucjaty to na pewno znajdzie sobie odpowiednie źródło by pogłębić wiedzę. Warto także zauważyć, że chociaż w filmie Scotta pełno jest patosu (za który odpowiada głównie Balian), to jednak da się go znieść bez wyłączania fonii. Bardzo fajnie natomiast, że pokazano bezmyślny fanatyzm obu stron konfliktu, nie wartościując żadnej z nich. Chrześcijaństwo dostało nawet trochę mocniej, ponieważ w filmie wiesza się templariuszy mordujących muzułmańskich kupców, a rolę villaina dostał niedoceniony wizjoner swoich czasów Reynald z Chatillon.
źródło: http://www.starpulse.com/
Oceniając popisy aktorskie w "Królestwie Niebieskim" pragnę zauważyć, że Orlando Bloom otrzymał rolę podobną jak w "Piratach z Karaibów". Do bólu szlachetny i prawy Balian nie może budzić sympatii u osoby mojego formatu. Chociaż fajnie, że nie jest to rycerz całkiem bez skazy, gdyż w końcu zamordował nieuzbrojonego człowieka. Niemniej Bloom pasuje do tego rodzaju postaci i wypada poprawnie, lecz bez szału. Dla odmiany Liam Neeson stworzył bardzo fajną rolę i jego widok na ekranie cieszył moje oko. Jeszcze bardziej cieszyłem się na widok Evy Green (Sibylla), ale niestety tym razem nie była skąpo odziana. Z tego powodu smuteczek, aczkolwiek pod względem aktorskim wypadła całkiem młodzieżowo. Świetną kreację stworzył także Edward Norton (Baldwin IV Trędowaty), który przez większość filmu ukrywa swoją twarz za maską – należą się duże oklaski. Niezły poziom trzyma Jeremy Irons, wcielający się w Tyberiusza (wariacja na temat Rajmunda III z Trypolisu).
źródło: http://www.starpulse.com/
Jednakże w "Królestwie Niebieskim" od pierwszej projekcji fascynowały mnie trzy inne role. Pierwsza to niezawodny David Thewlis tym razem wcielający się w nie do końca realnego Szpitalnika, będącego swoistym opiekunem Baliana. Odwołując się do mistyczności tej postaci musi pojawić się kolejne nawiązanie do wersji reżyserskiej: zastanawialiście się czemu nagle, kompletnie z dupy, Balian pojawia się siedząc pod palmą? Otóż wyjaśnieniem jest genialna scena z gorejącym krzewem na pustyni. Thewlis jest świetnym aktorem i tutaj naprawdę gra na najwyższych obrotach. Na ogromne brawa zasługuje także Alexander Siddig wcielający się w sympatycznego Imada. Na koniec zostawiam wielkiego wodza i największego Kurda w historii. Salah ad-Din al-Ajjubi w wykonaniu Ghassana Massouda to rola, którą należy zapamiętać na długo. Chociaż każda scena z udziałem muzułmańskiego wodza jest genialna to pragnę wyróżnić moje ulubione: w szczególności zwróćcie uwagę na rozmowy w muzułmańskim obozie przed i po bitwie pod Rogami Hittinu oraz na dialog Salah ad-Dina i Baliana. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wielu świetnych epizodycznych rolach – w filmie pojawiają się m.in. Michael Sheen, Brendan Gleeson, Marton Csokas czy choćby Kevin McKidd.
źródło: http://www.starpulse.com/
Chociaż "Królestwo Niebieskie" ma bardzo wiele mankamentów, to po prostu uwielbiam tę produkcję Ridleya Scotta. Po ostatniej projekcji telewizyjnej zauważyłem, że wersja zubożona jest znacznie gorsza, dlatego wszystkich zachęcam do oglądania wyłącznie rozszerzonej edycji reżyserskiej (w której poznamy m.in. wątek syna Sibylli). Jak na realia Hollywood jest to epickie widowisko z pięknymi zdjęciami oraz doskonałą muzyką, wzbogacone świetną grą aktorską i niebanalnym tematem. I nawet patos tak nie razi jak zwykle! Na serio polecam!
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 8/10.

sobota, 5 stycznia 2013

"Underworld"



U samego świtu nowego millennium Len Wiseman sprzymierzył siły z Kevinem Grevioux oraz Dannym McBride’m. W efekcie ich tytanicznego wysiłku powstał "Underworld". Ciężkie brzemię reżyserii wziął na siebie Wiseman, a scenariusz napisał McBride, chociaż za historię przestawioną w filmie odpowiada wspólnie wymienione na początku trio. Muszę przyznać, że gdy po raz pierwszy oglądałem "Underworld", a było to w zamierzchłych odmętach czasu, to zrobił na mnie spore wrażenie. Po latach, gdy wystarczająco zgorzkniałem, nadarzyła się okazja, aby skonfrontować młodzieńcze wrażenia ze stark reality. Dodam jeszcze, że "Underworld" zapoczątkował bardzo popularną serię i nawet kiedyś miałem fazę, żeby obejrzeć wszystkie części (z wyjątkiem "Underworld: Awakening", gdyż jeszcze nie istniał). Niemniej zawsze za najbardziej udaną i epicką uważałem pierwszą odsłonę – kto wie może w przyszłości opiszę również pozostałe?
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Underworld" opowiada o odwiecznej wojnie między wampirami i wilkołakami, która toczy się w mrocznych podziemiach współczesnego świata. Chociaż konflikt trwa już od co najmniej kilkuset lat, ludzie nie zdają sobie nawet sprawy z istnienia dwóch nienawidzących się ras. Główną bohaterką filmu jest Selene (Kate Beckinsale), bezwzględna wampirzyca czerpiąca ogromną satysfakcję z niezwykle inwazyjnego eliminowania objawów lykantropii. W przeszłości bowiem Lykanie wymordowali jej rodzinę, a ona przeżyła wyłącznie dzięki protekcji potężnego wampira Viktora (Bill Nighy). Po kolejnej standardowej walce z watahą wilkołaków Selene dostrzega jednak coś dziwnego. Wkrótce okazuje się, że jej przeciwnicy próbowali pojmać zwykłego człowieka, Michaela (Scott Speedman). Zaintrygowana wampirzyca postanawia wyjaśnić całą sprawę, mimo wyraźnej niechęci Kravena (Shane Brolly), który tymczasowo zarządza wampirzym klanem.
źródło: http://www.rottentomatoes.com/
Jeśli ktoś wychował się na "Zmierzchu" i nie widział wcześniej "Blade’a", to podczas oglądania "Underworld" może przeżyć prawdziwy szok. Po pierwsze wampiry się nie błyszczą, po drugie głęboko w dupie mają los rodzaju ludzkiego. Ludzie są jedynie statystami, którzy mogą nawet ginąć w ilościach masowych i nikt się tym nie wzruszy. Fajnie ukazano pewne różnice między stronami konfliktu. Większość wampirów, z wyjątkiem Selene i oddziałów uderzeniowych, to leniwi dekadenci żyjący w wypasionych posiadłościach godnych MTV Cribs. Ich zasadniczo nie interesuje toczący się od wieków konflikt, bo skoro mają wszystko to po co przejmować się światem zewnętrznym? Sytuacja wygląda inaczej u wilkołaków – zamieszkują głównie ciemne podziemia, żyją raczej reprezentując biedę, chociaż pod względem nowinek technologicznych wcale nie ustępują swoim wrogom. Technologia to ważny aspekt w filmie – obie rasy naparzają się lekko stunningowaną bronią palną i to wszystko bardzo fajnie wygląda, gdyż zużyto chyba kilka ton amunicji (o potrzebie reload nikt jeszcze nie słyszał). Fabuła, z wyjątkiem kompletnie niepotrzebnego wątku romantycznego, jest całkiem w porządku, aczkolwiek nie wymagajcie od niej zbyt wiele. Pamiętajcie, że "Underworld" to produkcja czysto rozrywkowa, pozbawiona większych ambicji. Dlatego też nie będę szczególnie hejtował za scenę, w której Selene wystrzelała sobie dziurę w podłodze. Wszystko rekompensuje dosyć wysoki poziom przemocy oraz krwi, które oglądamy na ekranie. To jest najprawdziwsza kategoria R, a nie plugawe PG-13!
źródło: http://www.hotflick.net/
Kate Beckinsale chyba urodziła się specjalnie do roli Selene. Aktorka stworzyła świetną kreację, idealnie dopasowując się do mrocznego klimatu filmu. Zero uśmiechu, wiecznie poważna twarz z chmurną miną, a do tego zawsze obcisłe, ciemne, lateksowe wdzianko – jak można nie pokochać Selene od pierwszego wejrzenia? Na szczęście nie jest to postać typu "zabiłam wilkołaka i jest mi przykro", a zdecydowanie "zabiłam jednego wilkołaka, ale jeszcze pełno tego ścierwa łazi po ziemskim padole". Inne wampiry są również w porządku: Shane Brolly (lekko dekadencki, a jednocześnie totalny kutas Kraven) oraz Bill Nighy (wyniosły i potężny Viktor) grają bardzo fajnie. Aczkolwiek moją ulubioną postacią jest przywódca wilkołaków, Lucian (Michael Sheen) – imponująca kreacja, kradnie cały film. To właśnie z jego powodu obejrzałem pozostałe części "Underworld". Każda scena z jego udziałem to dla mnie prawdziwa uczta. Niestety Lucian utracił status głównego bohatera na rzecz zwykłego człowieka, Michaela. Scott Speedman zagrał czerstwego przedstawiciela ludzkiej rasy, który ogranicza się do zadawania pytań "What the fuck?!" Troszkę słabo. Oprócz wymienionych powyżej aktorów na ekranie pojawiają się jeszcze m.in.: Sophia Myles, Robbie Gee, Kevin Grevioux oraz Wentworth Miller, co na pewno ucieszy fanów "Prison Break".
źródło: http://movies.yahoo.com/
"Underworld" najbardziej lubię za zajebiście konsekwentny mroczny klimat, który uderza na początku i zostaje do samego końca. Do tego solidne aktorstwo (z momentami geniuszu) prawie całej obsady, dużo krwi, przemocy i efekty specjalne, które może nie są specjalnie porywające z dzisiejszej perspektywy, ale także nie wywołują uczucia zażenowania. W kategorii lekkostrawnego filmu rozrywkowego Wiseman i spółka osiągnęli niemal idealny poziom. Film ogląda się teraz tak samo fajnie, jak za pierwszym razem. Dlatego też pragnę uhonorować "Underworld" relatywnie wysoką oceną.
źródło: http://www.hotflick.net/
Ocena: 7/10.