Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brendan Gleeson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brendan Gleeson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2015

"Calvary"



St. Patrick’s Day zbliża się wielkimi krokami, więc nie mam wyjścia i muszę kontynuować marcową przygodę z przeglądem filmów o Szmaragdowej Wyspie. Oczywiście oprócz przygotowań kinematograficznych nie omieszkałem również niejednokrotnie oddać hołdu najstarszym irlandzkim tradycjom. Aby nie wyjść zatem na kompletnego beja dodam jedynie, że szkic niniejszej recenzji powstał przy idealnie wypolerowanym barowym blacie w Kabaretowej Cafe (czyli de facto w Rotundzie) i nie wlewałem tam w siebie kufli herbaty. Dzisiaj na warsztacie znalazło się "Calvary" w reżyserii Johna Michaela McDonagha (brata Martina), którego dotychczas najbardziej udaną produkcją był całkiem zabawny "The Guard". Film znalazłem w jakimś zestawieniu produkcji, o których na pewno nie słyszeliście, a powinniście je obejrzeć. Od razu moją uwagę przyciągnął znakomity plakat z Brendanem Gleesonem w sutannie, aczkolwiek kompletnie nie wiedziałem, czego mogę spodziewać się po tej produkcji.
Plakat wybitny!
(źrodło: http://www.impawards.com)
Jak na film o poczciwym księdzu "Calvary" zaczyna się bardzo nietypowo. W trakcie cotygodniowej niedzielnej spowiedzi ojciec James (Brendan Gleeson) dowiaduje się od jednego z wiernych, że jego dni są policzone i niechybnie zakończy żywot za dokładnie tydzień. Z jakiego powodu? – zapewne spytacie. Otóż człowiek grożący śmiercią księdzu był w dzieciństwie molestowany przez przedstawicieli irlandzkiego kleru, ale żywiąc przekonanie, iż zamordowanie złego klechy niczego nie zmieni, za cel swojej zemsty obrał dobrotliwego, acz nie do końca ortodoksyjnego duchownego. Ojciec James, cokolwiek zaskoczony obietnicą rychłej śmierci, postanawia w ciągu tygodnia załatwić wszystkie swoje sprawy, niemniej każdy kolejny dzień przynosi nowe niespodzianki.
źródło: http://www.fandango.com
Chociaż akcję "Calvary" osadzono na głębokiej irlandzkiej prowincji to jednak miasteczko pod względem zgnilizny moralnej może równać się z amerykańską metropolią. Wszechobecne prochy, rozwiązłość, sodomia, psychopatyczni mordercy, rasizm (Rumuni są najgorsi), mizantropia czy alkoholizm kojarzą się raczej z życiem w wielkim mieście. Aby uzupełnić ten krajobraz degeneracji dodam także, że ojciec James ma dorosłą córkę po próbie samobójczej! Gdzież się zatem podziała tradycyjna katolicka Irlandia, ostoja chrześcijaństwa, która przetrwała wieki angielskiej okupacji? Jestem przekonany, że gdyby Éamon de Valera obejrzał film McDonagha to zakrzyknąłby coście skurwysyny uczynili z tą krainą, a potem musiałby się niechybnie powiesić. Pozwalam sobie na taką dygresję, ponieważ ostatnio przeczytałem jego polską, laurkową biografię, na dodatek pisaną z jawnie prawicowego punktu widzenia (Paweł Toboła-Pertkiewicz De Valera. Gigant irlandzkiej polityki i jego epoka). Generalnie nie polecam, jedyny plus to bardzo ładne wydanie – książka przynajmniej będzie się godnie prezentować na półce. Wracając do głównego tematu warto wspomnieć, że w "Calvary" wspomina się bardzo wiele o pedofilii szerzącej się wśród irlandzkiego kleru. Temat bardzo poważny, głośne skandale związane z wykorzystywaniem dzieci przez księży zmieniły oblicze współczesnej Republiki.
źródło: http://www.fandango.com
Z pewnością do największych zalet "Calvary" należy zaliczyć dialogi. Świetne, życiowe, a nawet jeśli momentami trochę przegięte to i tak słucha się ich po prostu znakomicie. Nie jest to może humor, który wywołuje salwy śmiechu, ale klimatem delikatnie przypominający "The Guard". Kolejny, monstrualnej wielkości plus za piękne, irlandzkie krajobrazy. Hrabstwo Sligo prezentuje się na ekranie naprawdę uroczo – nie miałbym żadnych pretensji, gdyby w filmie znalazło się o wiele więcej takich ujęć. Jeśli chodzi natomiast o rozwiązania fabularne to "Calvary" momentami jest dosyć dziwacznie. Genialne motywy (moje ulubione to ksiądz James z pistoletem w barze i motyw z LSD w trakcie więziennych odwiedzin) przeplatają się z dosyć średnimi rozwiązaniami – to jeden z tych filmów, w których zbyt wiele poszlak wskazuje na tożsamość mordercy, a potem okazuje się, że to ktoś kompletnie z dupy. Aby nie spoilować nadmiernie, nadmienię jedynie, że obsadzenie takiego aktora w roli villaina to zabieg mało oczywisty, ale także dosyć kontrowersyjny. Poza tym motywacja do zabicia dobrego księdza wydaje mi się trochę absurdalna – lepiej byłoby odpalić przecież jakiegoś biskupa i zyskać fame!
źródło: http://www.fandango.com
Podobnie jak w "The Guard" Brendan Gleeson wciela się w raczej mało ortodoksyjnego przedstawiciela swojego fachu. Ojciec James to niezwykle tolerancyjny i nie stroniący od alkoholu duchowny. Rzadko potępia wiernych (nawet sodomitów), dlatego cieszy się szacunkiem ludzi ulicy. Gleeson z wielgachnym bandziochem został obsadzony po prostu idealnie. Trudno wyobrazić sobie lepszy wybór. Znakomicie wybrano również córkę księdza Jamesa, Fionę. Nie dość, że Kelly Reilly wspaniale prezentuje się na ekranie (choć nie każdy może lubić taki typ urody), to sprawiła, że Fiona zajęła drugie miejsce w rankingu moich ulubionych postaci z "Calvary". Ogromnie się cieszę, że taka morowa panna wystąpi w drugim sezonie "True Detective". Ponadto na drugim planie mrowie ciekawych lub nietypowych postaci. Znany obecnie najbardziej z "Gry o tron" Aidan Gillen (Frank) zawsze na propsie. Na szacunek zasłużyli także Dylan Moran (Michael), M. Emmet Walsh (Pisarz), Domhnall Gleeson (Freddie), Orla O’Rourke (Veronica) czy choćby David Wilmot za rolę głupawego księdza. Pod względem kreacji drugoplanowych jest naprawdę spoko, a byłoby idealnie, gdyby nie Chris O’Dowd. Chociaż uwielbiam go za "The IT Crowd" to jakoś jego angaż do "Calvary" wydaje mi się kompletną pomyłką.
źródło: http://www.fandango.com
Idealną oceną dla "Calvary" byłoby 6.5/10. Niestety nie jest to możliwe, dlatego też musiałem się zdecydować, w którą stronę pójść. Generalnie piękne irlandzkie krajobrazy hrabstwa Sligo, Brendan Gleeson oraz Kelly Reilly mocno przemawiały za 7/10, ale jakoś (nawet mimo Fiony!) nie mogłem się przekonać by podnieść notę. Dziwne to dla mnie dosyć uczucie, ba nie mogę nawet tego uzasadnić w logiczny sposób. Niemniej dla tych, którym nieobojętna jest Szmaragdowa Wyspa, polecam "Calvary", ponieważ w gruncie rzeczy jest to solidne kino z fajnymi dialogami (szkoda, że fabuła nie została aż tak dopieszczona) oraz dobrą grą aktorską.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 6/10.

niedziela, 15 czerwca 2014

"Edge of Tomorrow"



I otóż nadeszła wreszcie wiekopomna chwila, w której przełamana została ponad dwumiesięczna kinowa absencja. Niestety tenże wiekopomny czyn dokonał się w mało chwalebnym miejscu – bonarkowym kinoplebsie. Zwykle unikam kinoplebsów, ponieważ szczerze nienawidzę tego rodzaju przybytków. Niestety w przypadku "Edge of Tomorrow" wybór był dosyć ograniczony: albo idziemy do chlewu albo czekamy na najlepsze ruskie torrenty. Film Douga Limana zainteresował mnie od momentu, gdy poznałem zarys fabuły. Odkąd pamiętam lubiłem kinowe zabawy czasem, a zapętlanie tego samego dnia zawsze przywołuje znakomite wspomnienia "Dnia Świstaka" czy też świetnego odcinka "Z Archiwum X" o napadzie na bank. I to właśnie ów czas Towarzyszu Otwór, a nie Emily Blunt, był głównym powodem mojego zapału do obejrzenia "Edge of Tomorrow". Niemniej po seansie śmiało stwierdzam, że warto zobaczyć film choćby dla niej.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Edge of Tomorrow" rozgrywa się kilka lat po nieoczekiwanej jak zwykle inwazji obcych. Jednakże tym razem najeźdźcy postanowili oszczędzić ojczyznę Wuja Sama i z całą mocą uderzyli na Stary Kontynent. Europejskie armie niezbyt sobie poradziły z atakiem z kosmosu, a mówiąc szczerze dostały totalny wpierdol. Niestety również nasza ukochana Polsza została opanowana przez krwiożercze istoty. Dopiero daleko na wschodzie połączone siły rosyjsko-chińskie dały odpór najeźdźcom. My jednak skupimy się na froncie zachodnim. Połączone armie ludzkości szykują się bowiem do operacji Downfall, która jako żywo przypomina lądowanie w Normandii. Kiedy major Cage (Tom Cruise), specjalista od PR, dowiaduje się, że ma wziąć osobiście udział w desancie na francuskie plaże, nie pała wielkim entuzjazmem. W trakcie rozmowy z generałem Brighamem (Brendan Gleeson) posuwa się do szantażu za co zostaje zdegradowany do szeregowca i nominowany do pierwszego rzutu. Operacja zamienia się w krwawą jatkę, a nasz heros bardzo szybko ponosi śmierć. Jednakże zamiast szukać swego miejsca w Valhalli Cage wpada w pętlę czasową i w nieskończoność powtarza feralny dzień inwazji.
źródło: http://www.edgeoftomorrowmovie.com
Przyznam szczerze, że w pierwszych minutach "Edge of Tomorrow" siedziałem wkurwiony i wysoce rozczarowany, rozmyślając jak wiele monet poszło w błoto. Sztampowy początek, w którym o inwazji obcych dowiadujemy się z wiadomości telewizyjnych, zdecydowanie nie był zachwycający. Wydaje mi się, iż takowe rozwiązania oglądałem już co najmniej milijon razy. Niemniej z każdą kolejną minutą moja sympatia do filmu Limana rosła w postępie geometrycznym. Po pierwsze główny bohater nie jest maszyną do zabijania w stylu legendarnego Mike’a Dantona czy też Johna Rambo. Tom Cruise gra zwykłego kolesia, który początkowo nie ma jaj ze stali ani też nie przejawia jakiejkolwiek chęci do chwalebnego oddania życia za ojczyznę na francuskiej plaży. Jego bohaterski udział w operacji Downfall kończy się po jakichś 3 minutach, aczkolwiek dzięki szczęściu, które czasem cechuje rookies, Cage dostaje niezwykłą szansę powtarzania dnia w nieskończoność. Wiadomo, że trenując nasz bohater po pewnym czasie zmienia się z nooba w prawdziwego pro, ale szkolenie to chyba najlepsze sekwencje filmu. Ilość porażek i poronionych pomysłów Cage'a wywoływała salwy szczerego śmiechu w kinowej sali. Moim faworytem na pewno pozostaje scena pierwszego wtoczenia się pod ciężarówkę oraz złamanie kręgosłupa i nogi w sali treningowej. Muszę przyznać, że dawno nie miałem takiego ubawu. Tom Cruise świetnie wpasował się do roli kompletnie nieheroicznej postaci i wielkie brawa dla niego, ponieważ jest to jego najlepszy występ od czasów "Tropic Thunder".
źródło: http://www.edgeoftomorrowmovie.com
Kolejny powód do zachwytów nad "Edge of Tomorrow" to oczywiście wspomniana we wstępie Emily Blunt. Znakomitą rolą Rity Vrataski awansowała do ekstraklasy moich ulubionych aktorek, najpewniej umieszczę ją nawet w moim prywatnym TOP 3. Postać Angel of Verdun (a.k.a. Full Metal Bitch) to jeden z najjaśniejszych punktów całej produkcji. Rzadko zdarza się, aby kobieta uzyskała status über pro, ale Rita w pełni na niego zasłużyła, a dodatkowo prezentuje świetną stylówę wzbogaconą o broń białą. Szkoda jedynie, że power armory nie przypominały bardziej tych znanych z Fallouta. Niemniej panna Blunt i Tom Cruise tworzą znakomity duet, widać między nimi prawdziwą chemię. Wielkie brawa dla ludzi odpowiedzialnych za obsadę pary głównych bohaterów. Niestety chociaż lubię bardzo Brendana Gleesona to jego występ nie zapadł mi szczególnie w pamięć. Wśród postaci drugoplanowych muszę natomiast pochwalić Billa Paxtona za świetną rolę sierżanta Farella. Poza wymienionymi wyżej bohaterami naprawdę trudno było zapamiętać jakąkolwiek kreację, może z wyjątkiem Noaha Taylora (dr Carter).
Angel of Verdun a.k.a Full Metal Bitch.
źródło: http://www.edgeoftomorrowmovie.com
Jak to mawiają after laughter comes tears, więc czas na mniej pozytywne aspekty "Edge of Tomorrow". Zacznę od tego, że nazwa obcych kompletnie nie przypadła mi do gustu. Mimiki to nie jest słowo, które budzi przerażenie lub postrach, a ponadto kompletnie nie kojarzy się z krwiożerczymi, bezwzględnymi istotami. Pod względem designu najeźdźcy z kosmosu najbardziej kojarzyli mi się z mątwami z "Matrixa". Niemniej z pewnością wyglądali lepiej niż to gówno, które fragował Riddick w ostatniej części swoich przygód. W pewnym momencie lądowanie na francuskich plażach zamieniło się w jatkę przypominającą sławetny desant z "Żołnierzy Kosmosu", w którym zginęło z 200 tysięcy kosmicznych marines. Chociaż "Edge of Tomorrow" miał aż 178 milionów USD to efekty specjalne generalnie nie urywają dupy, ale kilka scen było całkiem niezłych. I oczywiście zastosowano najbardziej wyświechtaną filmową kliszę: aby zwyciężyć kosmicznych agresorów należy znaleźć i zniszczyć ich bazę. Niestety kosmici od czasów legendarnej Contry niczego się nie nauczyli, przez co ciągle dostają wpierdol.
Hell yeah!
źródło: http://www.edgeoftomorrowmovie.com
Wady "Edge of Tomorrow" nie są w stanie przesłonić oczywistych zalet filmu. W swojej klasie jest to jedna z najlepszych produkcji z jakimi miałem do czynienia w ciągu ostatnich lat. Najbardziej zaskoczyło mnie bardzo lekkie podejście twórców do respawnów Cage’a oraz zawarte w nich podkłady czarnego humoru. Dzięki temu oraz doskonałym rolom Toma Cruise’a oraz Emily Blunt mam ochotę obejrzeć "Edge of Tomorrow" jeszcze raz. Może sięgnę nawet po książkę All you need is kill Hiroshiego Sakurazaki, na której oparty został film. Ogromnie pozytywna niespodzianka.
Pull the trigger to restart the day.
źródło: http://www.edgeoftomorrowmovie.com
Ocena: 7/10.

czwartek, 26 września 2013

"The Tailor of Panama"

Twórczością Johna le Carré zainteresowałem się dopiero po obejrzeniu genialnego "Tinker Tailor Soldier Spy" (polski tytuł ordynarnie skrócony do "Szpiega"), które było niezwykle wierną ekranizacją jego powieści pod tym samym tytułem. Jako były pracownik MI6, brytyjski powieściopisarz bardzo interesująco i autentycznie przedstawiał realia panujące w służbach specjalnych JKM, bez nadmiernego efekciarstwa charakteryzującego serię o przygodach 007. Jednakże chociaż jego książki ekranizowano wiele razy (m.in. Sidney Lumet i "The Deadly Affair" z 1966 roku czy "Wydział Rosja" z 1990 roku), to śmiem twierdzić, że dopiero w XXI wieku naprawdę doceniono jego dziedzictwo w kontekście przemysłu filmowego. Na pierwszy rzut poszła powieść Krawiec z Panamy, którą w 2001 roku, przy współudziale samego autora, zekranizował John Boorman. Przez lata byłem przekonany, że jest to jakaś wariacja na temat Bonda. Wynikało to zapewne z obsadzenia w głównej roli Pierce'a Brosnana. Niemniej kiedy ostatnio rzuciłem okiem na resztę obsady stwierdziłem, że jest to absolutny must see.
źródło: http://www.impawards.com
"Krawiec z Panamy" to historia szpiegowska, aczkolwiek pod wieloma względami dosyć nietypowa. Andy Osnard (Pierce Brosnan), agent brytyjskiego wywiadu, za liczne machloje finansowe, romanse i wynikające z nich skandale dyplomatyczne, zostaje skazany na banicję w Panamie. Jednakże przełożeni oczekują od niego wartościowych informacji na temat przyszłości kanału panamskiego oraz zamierzeń spadkobierców generała Manuela Noriegi. Andy, jak na ambitnego Brytyjczyka przystało, zabiera się do pracy niemal zaraz po przybyciu na miejsce. Źródłem cennych informacji staje się pogrążony w długach tytułowy krawiec, Harry Pendel (Geoffrey Rush), szyjący garnitury dla całej panamskiej elity polityczno-biznesowej. Problem w tym, że mimo rozlicznych znajomości, Harry najzwyczajniej w świecie fabrykuje kolejne sensacyjne wiadomości, aby podreperować własny budżet i wspomóc finansowo przyjaciół.
źródło: 2001 Columbia Pictures, Inc.
Czemuż "Krawiec z Panamy" wydaje się wyjątkowy? Otóż po pierwsze bohaterem nie jest tak jak zwykle inteligentny i przenikliwy agent, lecz człowiek wyraźnie nastawiony na robienie kariery i mający głęboko w dupie JKM. Cała historia natomiast nie ma charakteru czysto szpiegowskiego i została pozbawiona elementów takich jak brutalna walka wywiadów, prowokacje czy misterne intrygi. Zasadniczo można to uznać albo za tzw. zwyczajną historię albo po prostu za nudną opowiastkę pozbawioną większych emocji. Niestety po seansie bardziej przychylam się do drugiej hipotezy. Pomimo zwyczajności fabularnej finałowe rozwiązania wydają się być kompletnie absurdalne, a na dodatek zostały jeszcze wykonane niemal tragicznie! Ponadto wobec większości filmowych scen mogłem przejść kompletnie obojętnie, ponieważ nie wykorzystują one zebranego potencjału aktorskiego (chlubnym wyjątkiem Geoffrey Rush). "Krawiec z Panamy" wydaje się po prostu filmem letnim, który nie ma ani większych wad, ani też większych zalet. Na pewno na plus można zaliczyć obraz Panamy niemal dekadę po upadku Noriegi. Tak naprawdę niewiele się zmieniło, a grupa zauszników generała w dalszym ciągu okupuje koryto. Fajne były również liczne flashbacki, stanowiące swoisty komentarz do aktualnych wydarzeń w filmie.
źródło: 2001 Columbia Pictures, Inc.
Pierce Brosnan znowu dostał rolę szpiega JKM, aczkolwiek wyraźnie widać, że stara się nie być na wskroś bondowski. Niemniej moim skromnym zdaniem zdecydowanie przeszarżował, tworząc postać niemal obleśnego ruchatrona, któremu muszą oddać się wszystkie kobiety występujące w filmie. Trudno polubić bohatera, którego jedyną ambicją są seks i pieniądze, aczkolwiek stanowi on przeciwwagę dla Harry'ego, który przecież kryształowy nie jest. Geoffrey Rush jest za to naprawdę ujmujący w swojej beztrosce i od razu wzbudza sympatię widza. W mojej opinii aktor został idealnie dobrany do roli krawca fantasty i ponadto znakomicie sobie poradził ze stojącym przed nim wyzwaniem. Kreacja Rusha zdecydowanie wybija się ponad ogólną miałkość "Krawca z Panamy". Warto pochwalić również Brendana Gleesona (Mickie Abraxas), grającego wiecznie pijanego przeciwnika Noriegi, którego życie złamało więzienie. Irlandczyk do roli menela nadaje się bowiem idealnie. Jeśli chodzi o role kobiece to zdecydowanie przedkładam Catherine McCormack (Francesca) nad Jamie Lee Curtis (Louise, żona Harry'ego). I nie chodzi tu jedynie o względy wizualne, ponieważ Cathrine wygląda naprawdę świetnie, ale także o ogólną sympatię do postaci. Jedyne nad czym mogę ubolewać to ograniczona liczba scen z Francescą. Na koniec ciekawostka: zwróćcie uwagę na małota wcielającego się w syna Harry'ego – toż to sam Daniel Radcliffe, zanim jeszcze został małym czarodziejem!
źródło: 2001 Columbia Pictures, Inc.
Z uwagi na wybitność "Tinker Tailor Soldier Spy" oraz świetną obsadę miałem spore oczekiwania co do "Krawca z Panamy". Niestety, jak to często bywa w życiu, nadzieje zostały zrównane z ziemią. Trochę zastanawiałem się nad oceną, ponieważ z jednej strony chciałem wyróżnić Geoffreya Rusha, ale z drugiej strony trudno mi naprawdę wskazać jakieś większe zalety filmu. Nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tragiczne kino, tylko raczej niezbyt wciągająca opowieść, którą można bardzo szybko zapomnieć. Stąd też postanowiłem troszkę obniżyć pierwotnie zakładaną ocenę. Generalnie mogę wyróżnić jedynie cztery powody, dla których warto obejrzeć "Krawca z Panamy":
  • aktorstwo Geoffreya Rusha,
  • uroda Catherine McCormack,
  • wujek Benny objawiający się w krytycznych momentach,
  • obraz pogrążonej w korupcji Panamy, gdzie wieżowce buduje się za pieniądze z kokainy.
źródło: 2001 Columbia Pictures, Inc.
Ocena: 5/10.

wtorek, 7 maja 2013

"Kingdom of Heaven"

"Kingdom of Heaven" należy do moich ulubionych filmów historycznych. Mam świadomość, że dziełu Ridleya Scotta można zarzucić ogrom przekłamań, nieścisłości, uproszczeń historycznych i rzeszę różnego rodzaju innych wad, ale darzę tę produkcję wielką estymą. W niniejszej recenzji postaram się uzasadnić moją postawę i wyjaśnić to epizodyczne odejście od hejteryzmu. Niemniej na samym wstępie pragnę docenić wysiłek tłumaczów, którzy tym razem wyjątkowo nie zawiedli. "Królestwo niebieskie" to niezwykle zgrabny tytuł, który doskonale oddaje sens opowieści Ridleya Scotta. Aczkolwiek jest to malutka perełka w bezkresnym oceanie fatalnych tłumaczeń. Aha, zanim przejdziemy do recenzji jeszcze jedna ważna uwaga: poniższy tekst dotyczy reżyserskiej wersji "Kingdom of Heaven" trwającej 192 minuty, więc wielu opisanych scen nie znajdziecie w znacznie zubożonej wersji telewizyjnej (144 minuty).
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła "Królestwa niebieskiego" przenosi nas na tereny dzisiejszej Francji u schyłku XII wieku. Osławiony krzyżowiec, Godfrey z Ibelinu (Liam Neeson), powraca do ojczyzny by zabrać do Ziemi Świętej swojego bękarta. Balian (Orlando Bloom), zdolny kowal i konstruktor maszyn oblężniczych, właśnie stracił żonę, która popełniła samobójstwo. Jak powszechnie wiadomo odebranie sobie życia nie było zbyt dobrze przyjmowane w mrocznych wiekach, toteż sytuacja naszego bohatera jest niełatwa. Na dodatek pogrążony w rozpaczy Balian morduje lokalnego księdza, który sprofanował ciało ukochanej kobiety. Stając się renegatem przystaje do swojego ojca i wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, by odkupić swoje grzechy w Jerozolimie.
źródło: http://www.starpulse.com/
Pierwsza rzecz jaka uderza widza w "Kingdom of Heaven" to piękne plenery i niesamowite zdjęcia. Ridley Scott dopracował w najdrobniejszym szczególe niemal każdy kadr, aby dostarczyć naszym oczom jak najwięcej uciechy. Odważnie stwierdzam, że pod względem wizualnym "Królestwo Niebieskie" to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie miałem okazję oglądać w moim życiu. Oczywiście palmę pierwszeństwa mocno dzierży "Hero", ale Scottowi naprawdę niewiele zabrakło do totalnej perfekcji. Wraz z krzyżowcami zwiedzamy średniowieczną Francję, Messynę, ale najwięcej uwagi poświęcono oczywiście Ziemi Świętej. Imponujące wrażenie zrobiła na mnie Jerozolima, bardzo podobał mi się również Kerak, a ciekawe wrażenie pozostawił zdecydowanie ascetyczny Ibelin. Pustynne krajobrazy mają natomiast taki urok, że widzom od razu robi się troszkę cieplej. Jednakże jeśli miałbym dokonać wyboru najładniejszego kadru w całym filmie to wskazałbym scenę, w której Reynald z Chatillon (Brendan Gleeson) poznaje siostrę Saladyna stojącą w łanach zielonego zboża. Doskonałe wizualia uzupełnia świetna muzyka – tutaj ponownie polecam wersję reżyserską, ponieważ poszczególne części filmu zostały poprzedzone klimatycznymi przerwami, w których możemy posłuchać utworów w dłuższych wersjach.
źródło: http://www.starpulse.com/
Budżet filmu wyniósł 130 milionów USD i trzeba przyznać, że to naprawdę widać na ekranie. Setki statystów, świetne kostiumy, multum sprzętu i koni mogą się podobać. Co prawda można zarzucić Scottowi, że zrezygnował z pokazania bitwy pod Rogami Hittinu, ale moim zdaniem potyczka kawalerii pod Kerakiem oraz epickie oblężenie Jerozolimy znakomicie to rekompensują. Jeśli chodzi o rozwiązania fabularne to oczywiście można (a nawet należy) czepiać się wielu rzeczy, o których wspominałem we wstępie. Niemniej "Królestwo Niebieskie" nie odstaje na tym polu od klasyków gatunku w rodzaju choćby "Braveheart" czy też "Gladiatora". Z tego powodu nie mam zamiaru wytykać każdego błędu oraz nieścisłości historycznej. Dzieło Ridleya Scotta nie pretenduje przecież do bycia podręcznikiem historycznym. Jeśli kogoś wciągną krucjaty to na pewno znajdzie sobie odpowiednie źródło by pogłębić wiedzę. Warto także zauważyć, że chociaż w filmie Scotta pełno jest patosu (za który odpowiada głównie Balian), to jednak da się go znieść bez wyłączania fonii. Bardzo fajnie natomiast, że pokazano bezmyślny fanatyzm obu stron konfliktu, nie wartościując żadnej z nich. Chrześcijaństwo dostało nawet trochę mocniej, ponieważ w filmie wiesza się templariuszy mordujących muzułmańskich kupców, a rolę villaina dostał niedoceniony wizjoner swoich czasów Reynald z Chatillon.
źródło: http://www.starpulse.com/
Oceniając popisy aktorskie w "Królestwie Niebieskim" pragnę zauważyć, że Orlando Bloom otrzymał rolę podobną jak w "Piratach z Karaibów". Do bólu szlachetny i prawy Balian nie może budzić sympatii u osoby mojego formatu. Chociaż fajnie, że nie jest to rycerz całkiem bez skazy, gdyż w końcu zamordował nieuzbrojonego człowieka. Niemniej Bloom pasuje do tego rodzaju postaci i wypada poprawnie, lecz bez szału. Dla odmiany Liam Neeson stworzył bardzo fajną rolę i jego widok na ekranie cieszył moje oko. Jeszcze bardziej cieszyłem się na widok Evy Green (Sibylla), ale niestety tym razem nie była skąpo odziana. Z tego powodu smuteczek, aczkolwiek pod względem aktorskim wypadła całkiem młodzieżowo. Świetną kreację stworzył także Edward Norton (Baldwin IV Trędowaty), który przez większość filmu ukrywa swoją twarz za maską – należą się duże oklaski. Niezły poziom trzyma Jeremy Irons, wcielający się w Tyberiusza (wariacja na temat Rajmunda III z Trypolisu).
źródło: http://www.starpulse.com/
Jednakże w "Królestwie Niebieskim" od pierwszej projekcji fascynowały mnie trzy inne role. Pierwsza to niezawodny David Thewlis tym razem wcielający się w nie do końca realnego Szpitalnika, będącego swoistym opiekunem Baliana. Odwołując się do mistyczności tej postaci musi pojawić się kolejne nawiązanie do wersji reżyserskiej: zastanawialiście się czemu nagle, kompletnie z dupy, Balian pojawia się siedząc pod palmą? Otóż wyjaśnieniem jest genialna scena z gorejącym krzewem na pustyni. Thewlis jest świetnym aktorem i tutaj naprawdę gra na najwyższych obrotach. Na ogromne brawa zasługuje także Alexander Siddig wcielający się w sympatycznego Imada. Na koniec zostawiam wielkiego wodza i największego Kurda w historii. Salah ad-Din al-Ajjubi w wykonaniu Ghassana Massouda to rola, którą należy zapamiętać na długo. Chociaż każda scena z udziałem muzułmańskiego wodza jest genialna to pragnę wyróżnić moje ulubione: w szczególności zwróćcie uwagę na rozmowy w muzułmańskim obozie przed i po bitwie pod Rogami Hittinu oraz na dialog Salah ad-Dina i Baliana. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wielu świetnych epizodycznych rolach – w filmie pojawiają się m.in. Michael Sheen, Brendan Gleeson, Marton Csokas czy choćby Kevin McKidd.
źródło: http://www.starpulse.com/
Chociaż "Królestwo Niebieskie" ma bardzo wiele mankamentów, to po prostu uwielbiam tę produkcję Ridleya Scotta. Po ostatniej projekcji telewizyjnej zauważyłem, że wersja zubożona jest znacznie gorsza, dlatego wszystkich zachęcam do oglądania wyłącznie rozszerzonej edycji reżyserskiej (w której poznamy m.in. wątek syna Sibylli). Jak na realia Hollywood jest to epickie widowisko z pięknymi zdjęciami oraz doskonałą muzyką, wzbogacone świetną grą aktorską i niebanalnym tematem. I nawet patos tak nie razi jak zwykle! Na serio polecam!
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 8/10.

sobota, 18 sierpnia 2012

"The Raven"


"The Raven" to w zasadzie detektywistyczne kino osadzone w połowie XIX stulecia jedynie w celu wykorzystania Edgara Allana Poe. Od razu muszę przyznać, iż nie miałem styczności z twórczością tego amerykańskiego pisarza i po projekcji filmu raczej ochoty na bliższy kontakt mieć nie będę. W każdym razie nowele Poe (John Cusack) stają się inspiracją dla seryjnego mordercy, który zuchwałymi zbrodniami terroryzuje ulice Baltimore. Dla fanów "The Wire" należy podkreślić, że akcja filmu dzieje się na długo przed tym jak czarni bracia zrobili Armagedon na ulicach. Dlatego też wśród lokacji filmowych nie ma co szukać miejscówek na East Coast, a można za to dostać Nowy Sad lub Belgrad (generalnie dają radę).
źródło: http://www.filmofilia.com/
 Wracając do fabuły: dzielny komisarz Fields (Luke Evans) stara się pochwycić seryjnego mordercę, mając za przydupasa pozbawionego pieniędzy alkożłopa w osobie Poe. Nasz uroczy pisarzyna jednocześnie podkochuje się w Emily (Alice Eve), córce miejscowego notabla (Brendan Gleeson), co nadaje filmowi znamiona prawdopodobieństwa. Fabuła nosi jarzmo ogromnej miałkości, love story typowe, jedyna dobra rzecz to śmierć Poe, o której wiemy od samego początku (niestety to jak do niej doszło jest żałosne!). Fields mógłby z powodzeniem przenieść się w czasie i rozpocząć pracę w CSI. Motywy działania czarnego charakteru są dla mnie wysoce nieprzekonujące. Myślę po prostu, że scenarzyści dostali grube zaliczki i całkowicie zatracili kreatywność w obłokach Anielskiego Pyłu. Na temat aktorstwa w „The Raven” nie mam zamiaru się wypowiadać. Napiszę jedynie, że jestem negatywnie zaskoczony brakiem Nicolasa Cage’a, gdyż Cusack jest za mało demoniczny jak na taką postać i nie daje rady.
źródło: http://www.bloodygoodhorror.com/bgh/
Jakie zalety można odnaleźć? Film wygląda nieźle (oprócz ostatniej sceny), czasami bardzo dobrze i w zasadzie to chyba wszystko. A nie, do zalet mogę zaliczyć fakt, iż 26 milionów USD nie zostało wydane na kolejną polską komedię lub wysoce ułomne kino batalistyczne. Dzięki temu dzisiaj zasnę spokojnie.

Ocena: 3/10.