Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeremy Irons. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 grudnia 2021

"House of Gucci" (2021)

Father, son and House of Gucci.

Na seans "House of Gucci" namówiła mnie Grażka, która była wręcz urzeczona trailerami najnowszej produkcji Ridleya Scotta oglądanymi przy okazji innych kinowych projekcji. Osobiście raczej sceptycznie podchodziłem do nowego filmu brytyjskiego mistrza, gdyż ostatnie produkcje sygnowane jego nazwiskiem były albo katastrofalne ("Alien: Covenant") albo co najmniej dziwne/zmierzające ku epickiej klęsce ("Raised by Wolves" – latający wunsz). Niemniej wspomniany już trailer "Domu Gucci" zrealizowany został w naprawdę imponujący sposób, aczkolwiek dobór hitowej piosenki Heart of Glass zespołu Blondie zrobił ogromną robotę. W zasadzie z perspektywy postseansowej, mogę napisać, uwaga spoiler alert, że w zapowiedzi zawarto w zasadzie wszystkie najlepsze sceny z filmu opowiadającego o wielkim domu mody. A przy okazji muszę wspomnieć, że moja osobista przygoda ze światem wielkiej mody zaczęła się namacalnie, gdy trzymałem w rękach buty Givenchy za mniej więcej 24 tysiące PLN i torebki właśnie Gucci albo Dolce & Gabbana (któż by takie szczegóły spamiętał po tylu latach) za jakieś 6 tysięcy PLN sztuka, które ktoś kiedyś przy odprawie celnej zadeklarował jako upominki o bardzo niskiej wartości. Kopalnią doświadczeń o najnowszych trendach były z kolei liczne odprawy towarów polskiego MISBHV, które w spektakularny sposób przebiło się na światowe salony. Mediolan, Paryż, Raszyn, słynne kieleckie bazary – jak widać tematy światowej mody nie są mi obce.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Na modowy świat domu Gucci patrzymy z zewnętrznej perspektywy Patrizi Reggiani (Lady Gaga), która na imprezie przypadkowo poznaje dziedzica rodu, sympatycznego, lecz nieśmiałego i nieco introwertycznego Maurizio (Adam Driver). Ambitna dziewczyna od razu stara się usidlić chłopaka by wejść do rodzinnego przedsiębiorstwa zarządzanego twardą ręką przez braci Rodolfo (Jeremy Irons) i Aldo (Al. Pacino). A nie jest to zadanie łatwe, ponieważ dumni członkowie klanu Gucci są raczej nieufni, a przede wszystkim tworzą wysoce dysfunkcyjną familię z wybijającym się w tej dziedzinie Paolo (Jared Leto) na czele.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem wspomniany we wstępie trailer, zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście Ridley Scott jest odpowiednią osobą na reżyserskim stołku. Szanuję dokonania Brytyjczyka, ale w ostatnich latach zdecydowanie się pogubił. Do tematyki świata mody zdecydowanie bardziej pasowałby choćby Paolo Sorrentino, który nie dość, że pochodzi z Italii to ma niezwykły talent do kręcenia pięknych wizualnie filmów albo Tom Ford, który nie dość, że jest projektantem mody i jednym z bohaterów "House of Gucci" (wcielił się w niego Reeve Carney), to również potrafi tworzyć wspaniałe wizualia – sprawdźcie "Samotnego mężczyznę" albo "Zwierzęta nocy". Niemniej powyższa kwestia nie ulegnie już zmianie, więc takie dywagacje są raczej pozbawione sensu (chyba, że ktoś kiedyś przewiduje remake – macie ode mnie dwóch kandydatów na reżysera). Dużym problemem produkcji Ridleya jest z pewnością jej epizodyczność. Film przedstawia bowiem dzieje rodziny Gucci na przestrzeni kilkunastu lat (czemuż, ach czemuż zabrakło prologu przedstawiającego narodziny ich potęgi?) i chociaż trwa aż ponad dwie i pół godziny to jednak nie udało się uniknąć pobieżnego skakania po poszczególnych wydarzeniach. Z tego powodu niektóre zachowania bohaterów się trochę średnio wytłumaczalne w kontekście tego, co pokazano na ekranie. Może naprawdę warto byłoby materiał znacznie bardziej rozbudować i nakręcić przykładowo ośmio albo dziesięcioodcinkowy serial?
© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Jak na film o świecie mody, to zdecydowanie zabrakło mi pokazania na ekranie samej mody, kolekcji Gucci i wszystkiego co świadczyłoby o wyjątkowości tej rodzinnej wówczas firmy. W zasadzie jedyną takim akcentem jest krajoznawcza wycieczka do wiejskiej posiadłości Aldo, położonej zdaje się w Toskanii, gdzie hodowano krowy, z których skór wyrabiano następnie produkty Gucci. Zdecydowanie brakowało jednak przede wszystkim samych pokazów mody (oglądamy może jeden albo dwa), ubrań i akcesoriów czy choćby etapu projektowania kolekcji (chodzi mi o prawdziwe kolekcje, a nie abominacje Paolo). Nie chcę przy tym zamieniać filmu w katalog reklamowy, ale miałem wrażenie, że więcej czasu ekranowego czasu poświęca się tematowi podróbek na rynku amerykańskim niż oryginalnym towarom Gucci. Nie twierdzę przy tym, że bohaterowie są odziani w bazarowe ortaliony, ale zdecydowanie zabrakło mi esencji wyjątkowości tej marki. Z mojej perspektywy irytujące było również udawanie włoskiego akcentu przez aktorów. Ten zabieg pojawia się co prawda bardzo często w wielu filmach, aczkolwiek mam coraz bardziej negatywny stosunek do takich praktyk. Fajnie natomiast, że pokazano czym kończy się bycie nieodpowiedzialnym menadżerem, mimo, iż wszystko wydawało się być w porządku i były predyspozycje do wielkich czynów, i jak wielki biznes przekształca rodzinne firmy w korporacje. Ostatni zarzut to przeinaczanie faktów, skrótowość i przerysowanie poszczególnych postaci, które spotkały się z krytyką nie tylko ze strony żyjących członków rodziny Gucci, ale także Toma Forda, który przez kilka dobrych lat pracował w tym domu mody.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Nie będę wcale zdziwiony, jeśli Lady Gaga dostanie Oscara za rolę Patrizi. Ba, na ten moment nie widziałem lepszej kreacji (aczkolwiek jeszcze gówno widziałem), ale naprawdę chciałbym docenić wkład amerykańskiej piosenkarki w tę rolę. Co prawda Lady Gaga nie śpiewa i nie ma romansu z Bradleyem Cooperem, a mimo to wypada znakomicie na ekranie, stając się kimś w rodzaju Lady Macbeth. Z najprawdziwszą przyjemnością oglądałem ten występ. Partnerujący jej Adam Driver nieźle sprawdza się jako bohater dynamiczny (tak to się chyba na polskim nazywało, nie?), przechodząc ewolucję od nieśmiałego chłoptasia do wyrachowanego mężczyzny. Warto docenić talent tego chłopaka, który potrafi wcielić się w napakowanego na siłce Kylo Rena, jak i w dosyć wątłego (przynajmniej na początku) intelektualistę Maurizio. Na drugim planie dzieją się rzeczy dobre, nijakie i straszliwe. Na zdecydowany plus zaliczam występ Jeremy’ego Ironsa, z którego roli bije dostojeństwo i splendor domu Gucci. Tak sobie oceniam natomiast Ala Pacino, który moim zdaniem gra znowu to samo, z lekkim skrętem ku przekrętom, podróbkom i wałkom finansowym. Kompletna porażka to natomiast kompletnie przeszarżowany występ Jareda Leto, który swojego bohatera zamienia w człowieka wręcz opóźnionego w rozwoju i kompletnie niepoważnego. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie natomiast Jack Huston wcielający się Domenico De Sole, człowieka od rozwiązywania trudnych spraw.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

"House of Gucci" mógł być zdecydowanie lepszym filmem (a powinien być serialem przy takim spektrum czasowym), ale niestety szanse na wielkość zostały zaprzepaszczone w epizodyczności, nie trzymaniu się faktów oraz katastrofalnym występie Jareda Leto (kurwa, Ridley, jak ty mogłeś to tak spierdolić?). Niemniej, warto zobaczyć produkcję dla wybitnej roli Lady Gagi oraz partnerującego jej Adama Drivera, a ponadto fabuła została poprowadzona w taki sposób, że dwie i pół godziny zlecą jak z bicza strzelił.

© 2021 METRO-GOLDWYN-MAYER PICTURES INC.

Ocena: 6/10.


środa, 26 listopada 2014

"Lolita" (1962) vs. "Lolita" (1997)



Ponieważ całkiem niedawno skończyłem czytać "Lolitę" Vladimira Nabokova postanowiłem dokładniej przyjrzeć się ekranizacjom tej znakomitej powieści. Abstrahując od kinematografii uważam, że jest to doskonale napisana książka, którą powinna przeczytać każda jednostka o inteligencji przewyższającej standardową temperaturę pokojową. Oczywiście mam na myśli stopnie Fahrenheita, ponieważ nie czuję obowiązku edukowania ludzi-ziemniaków. I to przeczytać od początku do końca – pozdro Mateosz! Tak jak nie uznaję przewijania nudnych scen w filmach, tak nie uznaję wypowiadania się na temat niedoczytanych książek. Wróćmy jednakże do tematów kinematograficznych. Jeśli chodzi o ekranizacje "Lolity" to na razie możemy podziwiać dwa mainstreamowe podejścia: Stanley Kubricka z 1962 roku oraz Adriana Lyne’a z 1997 roku. Nie wliczam tu oczywiście potencjalnych produkcji albańskiego kina nowej fali albo adaptacji w wersji hard-porno. Jeśli o mnie chodzi to przez całe świadome życie miałem mocarną świadomość istnienia filmu Kubricka, natomiast myśląc o filmowej "Lolicie" za każdym razem w mojej wyobraźni pojawiał się Jeremy Irons oraz Dominique Swain z produkcji Lyne’a. Ironicznie, nieprawdaż? Dodam jeszcze, że wersja książkowa, którą niedawno czytałem, została wydana przy okazji filmu z 1997 roku, więc na okładce umieszczono parę głównych bohaterów.
"Lolita" (1962)
(źródło: http://www.impawards.com)
"Lolita" (1997)
(źródło: http://www.impawards.com)
Ponieważ skupiam się na ekranizacjach "Lolity" pozwolę sobie odpuścić książkową fabułę do momentu przybycia Humberta Humberta do USA. W wersji Stanleya Kubricka akcja chronologicznie rozpoczyna się właśnie w tym momencie, pomijając dzieciństwo bohatera na francuskiej Riwierze, pobyt w Paryżu czy choćby arktyczne podróże. Moim zdaniem przydałoby się jednakże jakiekolwiek wprowadzenie widza w psychikę Humberta i wyjaśnienie skąd wziął się nietypowy raczej pociąg do nimfetek. Wystarczyłby choćby zwyczajny voiceover, ponieważ widz nie znający oryginału Nabokova może poczuć się mocno skonfundowany. Znacznie lepiej rozwiązano powyższą kwestię w wersji z 1997 roku dodając po prostu kilka scen z pierwszą miłością naszego bohatera. Niemniej w produkcji Adriana Lyne’a również pominięto wszelkie wątki paryskie i arktyczne, rozpoczynając właściwą opowieść od przybycia Humberta do Ramsdale. Oczywiście mówimy tutaj o chronologicznym porządku fabularnym, ponieważ w obu filmach zastosowano ciekawy zabieg: otóż otwierają je praktycznie końcowe sceny. I tutaj o dziwo również moim zdaniem lepiej wypada późniejsza ekranizacja, gdyż zakrwawiony Humbert chaotycznie prowadzący auto nie spoiluje tak bardzo jak pierwsza scena u Kubricka.
Lolita & Humbert Humbert w wersji z 1962 roku.
(źródło: http://www.imdb.com)
Do projekcji przystąpiłem wedle porządku chronologicznego, aby przypadkiem wersja z 1997 roku nie wypaczyła postrzegania pierwszej ekranizacji. Film Stanleya Kubricka trwa ponad dwie i pół godziny, ale muszę przyznać, że oglądało się go naprawdę znakomicie. Doskonale zarysowano postać Charlotte Haze – niemal idealnie spełnia moje wyobrażenie z książkowego oryginału. Ogólnie rzecz biorąc relacja Humbert – Charlotte została bardzo dobrze przedstawiona, podobnie jak trudne stosunki wdowy z krnąbrną córką. W filmie znalazło się ponadto wiele znakomitych scen – pozwólcie, że zwrócę uwagę na motyw Sieg Heil!, rozmowę Humberta i Charlotte przez zamknięte drzwi toalety czy choćby hotelową pogawędkę głównego bohatera z Quiltym. Warto również podkreślić epicki, pomelanżowy rozpierdol na kwadracie tegoż ostatniego. Oczywiście z uwagi na rok powstania filmu zabrakło odważnych scen erotycznych (w zasadzie to zabrakło jakichkolwiek scen stricte erotycznych). Moim zdaniem także niepotrzebnie troszkę ugrzeczniono Lolitę, pozbawiając ją tym samym pewnych elementów typowych dla nimfetki. Na wielki plus zasługuje natomiast wprost wyborna ścieżka dźwiękowa. Niemniej pod wieloma względami "Lolita" Kubricka wydaje się być o wiele bardziej wierna książkowemu pierwowzorowi niż późniejsza wersja (zwróćcie choćby uwagę na scenę, w której Humbert po raz ostatni wspiera finansowo swoją córkę).
Klasyczny Clare Quilty.
(źródło: http://www.imdb.com)
"Lolita" z 1997 roku jest nieznacznie krótsza, aczkolwiek w przeciwieństwie do filmu Kubricka jest kolorowa (cóż za niespodzianka, nieprawdaż?). Warto zwrócić uwagę na znakomitą scenę otwierającą oraz retrospekcję z dzieciństwa Humberta Humberta, która doskonale wyjaśnia odmęty jego zdegenerowanego umysłu. U Lyne’a urzekają wprost znakomite zdjęcia – podróże przez USA to najprawdziwsza feeria niezwykle uroczych plenerów. Niemniej jestem dobitnie przekonany, że niektóre akcenty, w zamierzeniu humorystyczne, mogą się wydać lekko głupawe (m.in. elementy slapstickowe). Ponadto w odróżnieniu od wersji Kubricka znacznie spłycono oraz okrojono wątek związku Humberta i Charlotte. Zmianę obyczajową w USA można za to znakomicie dostrzec na przykładzie scen erotycznych. U Kubricka występowały śladowe ilości, podczas gdy nimfetka Lyne’a jest o wiele bardziej wyuzdana i wprost epatuje swoją seksualnością. Duży nacisk położono również na finansowe aspekty relacji Humberta i Lolity, co znakomicie odwzorowuje książkowe zdeprawowanie małej bohaterki. Jednakże patrząc całościowo na tę wersję "Lolity" nie potrafiłem poczuć znakomitego klimatu cechującego wersję Kubricka.
Lo.
(źródło: http://www.imdb.com)
Oprócz wspomnianego klimatu, decydującym czynnikiem rozstrzygającym o wyższości jednej wersji nad drugą jest aktorstwo. Otóż bowiem u Lyne’a dysponujemy co prawda Dominique Swain (17-latka w 1997 roku), która po prostu kładzie na łopatki Sue Lyon (16-latka w 1962 roku), stając się dla mnie uosobieniem nimfetki. Imponująca rola ze znakomicie odegranymi wszelkimi kaprysami młodej Dolores! Humbert Humbert w wykonaniu Jeremy’ego Ironsa jest moim zdaniem o źdźbło lepszy od roli Jamesa Masona, aczkolwiek będąc sprawiedliwym muszę przyznać, że tak naprawdę obaj zagrali na bardzo zbliżonym poziomie i tylko przez subiektywną sympatię wyróżniłem pierwszego z nich. Niemniej "Lolita" z 1962 roku zyskuje ogromną przewagę, gdy spojrzymy na role Charlotte oraz Clare’a Quilty’ego. Shelley Winters zagrała bezbłędnie idealnie wpisując się w moje wyobrażenie o pani Haze. W szczególności jej mało subtelne zaloty do Humberta wywarły na mnie ogromne wrażenie. Zestawienie jej roli z Melanie Griffith nie ma najmniejszego sensu – nie to samo boisko, nie ta sama liga, ba nawet nie ta sama dyscyplina. Shelley Winters bezapelacyjnie wymiata na tym podwórku! Podobnie przedstawia się sytuacja z Quiltym. Peter Sellers przyciąga uwagę widza od razu, gdy tylko pojawi się na ekranie – choćby nawet akurat nie robił niczego. Jego występ uznaję za jedną z najlepszych ról drugoplanowych w dziejach kinematografii i gdyby to tylko ode mnie zależało przyznałbym mu Oscara. Peter Sellers najzwyczajniej w świecie ukradł ten film! W porównaniu do mistrza na rolę Franka Langelli należy spuścić zasłonę milczenia: zamiast magii, magnetyzmu i niezwykłej charyzmy jego Quilty potrafi jedynie biegać z nagim pytongiem. Ogólnie pod względem aktorstwa drugoplanowego "Lolita" Kubricka prezentuje się wyśmienicie – zwróćcie choćby uwagę na epizodyczną rolę recepcjonisty z którym rozmawia Quilty czy choćby Johna oraz Jean Farlow.
Humbert Humbert & Lolita w wersji z 1997 roku.
(źródło: http://www.imdb.com)
Gdybym miał zatem stworzyć idealną ekranizację "Lolity" z filmu Kubricka zaczerpnąłbym wspaniały klimat oraz Charlotte, Quilty’ego i wszystkie postacie drugoplanowe, natomiast z wersji Lyne’a pożyczyłbym Humberta i Dolores, a także piękne zdjęcia oraz sceny erotyczne. Tym sposobem powstałoby dzieło godne wstąpienia na absolutny filmowy Olimp. Niestety tego rodzaju rozważania to czysta mrzonka, niemniej czasem warto popuścić wodze wyobraźni. Jeśli ktoś spyta mnie kiedyś, która ekranizacja jest lepsza filmowo bez wahania wskażę na wersję Kubricka – Quilty i Charlotte to mistrzowska klasa. Jednakże jeśli ktoś zada pytanie która wersja wierniej oddaje wszelkie aspekty bycia nimfetką to bez zastanowienia polecę produkcję Lyne’a – Dolores wprost idealna. Moja rada dla Was Drodzy Czytelnicy jest następująca: najsampierw przeczytajcie powieść Nabokova, a potem obejrzyjcie obie wersje w kolejności chronologicznej i sami zdecydujecie, która "Lolita" zasługuje na większe propsy.
Drapieżna Charlotte w panterce (1962).
(źródło: http://www.imdb.com)
Oceny:
  • "Lolita" (1962) – 8/10.
  • "Lolita" (1997) – 6/10.

wtorek, 7 maja 2013

"Kingdom of Heaven"

"Kingdom of Heaven" należy do moich ulubionych filmów historycznych. Mam świadomość, że dziełu Ridleya Scotta można zarzucić ogrom przekłamań, nieścisłości, uproszczeń historycznych i rzeszę różnego rodzaju innych wad, ale darzę tę produkcję wielką estymą. W niniejszej recenzji postaram się uzasadnić moją postawę i wyjaśnić to epizodyczne odejście od hejteryzmu. Niemniej na samym wstępie pragnę docenić wysiłek tłumaczów, którzy tym razem wyjątkowo nie zawiedli. "Królestwo niebieskie" to niezwykle zgrabny tytuł, który doskonale oddaje sens opowieści Ridleya Scotta. Aczkolwiek jest to malutka perełka w bezkresnym oceanie fatalnych tłumaczeń. Aha, zanim przejdziemy do recenzji jeszcze jedna ważna uwaga: poniższy tekst dotyczy reżyserskiej wersji "Kingdom of Heaven" trwającej 192 minuty, więc wielu opisanych scen nie znajdziecie w znacznie zubożonej wersji telewizyjnej (144 minuty).
źródło: http://www.impawards.com
Fabuła "Królestwa niebieskiego" przenosi nas na tereny dzisiejszej Francji u schyłku XII wieku. Osławiony krzyżowiec, Godfrey z Ibelinu (Liam Neeson), powraca do ojczyzny by zabrać do Ziemi Świętej swojego bękarta. Balian (Orlando Bloom), zdolny kowal i konstruktor maszyn oblężniczych, właśnie stracił żonę, która popełniła samobójstwo. Jak powszechnie wiadomo odebranie sobie życia nie było zbyt dobrze przyjmowane w mrocznych wiekach, toteż sytuacja naszego bohatera jest niełatwa. Na dodatek pogrążony w rozpaczy Balian morduje lokalnego księdza, który sprofanował ciało ukochanej kobiety. Stając się renegatem przystaje do swojego ojca i wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, by odkupić swoje grzechy w Jerozolimie.
źródło: http://www.starpulse.com/
Pierwsza rzecz jaka uderza widza w "Kingdom of Heaven" to piękne plenery i niesamowite zdjęcia. Ridley Scott dopracował w najdrobniejszym szczególe niemal każdy kadr, aby dostarczyć naszym oczom jak najwięcej uciechy. Odważnie stwierdzam, że pod względem wizualnym "Królestwo Niebieskie" to jeden z najpiękniejszych filmów, jakie miałem okazję oglądać w moim życiu. Oczywiście palmę pierwszeństwa mocno dzierży "Hero", ale Scottowi naprawdę niewiele zabrakło do totalnej perfekcji. Wraz z krzyżowcami zwiedzamy średniowieczną Francję, Messynę, ale najwięcej uwagi poświęcono oczywiście Ziemi Świętej. Imponujące wrażenie zrobiła na mnie Jerozolima, bardzo podobał mi się również Kerak, a ciekawe wrażenie pozostawił zdecydowanie ascetyczny Ibelin. Pustynne krajobrazy mają natomiast taki urok, że widzom od razu robi się troszkę cieplej. Jednakże jeśli miałbym dokonać wyboru najładniejszego kadru w całym filmie to wskazałbym scenę, w której Reynald z Chatillon (Brendan Gleeson) poznaje siostrę Saladyna stojącą w łanach zielonego zboża. Doskonałe wizualia uzupełnia świetna muzyka – tutaj ponownie polecam wersję reżyserską, ponieważ poszczególne części filmu zostały poprzedzone klimatycznymi przerwami, w których możemy posłuchać utworów w dłuższych wersjach.
źródło: http://www.starpulse.com/
Budżet filmu wyniósł 130 milionów USD i trzeba przyznać, że to naprawdę widać na ekranie. Setki statystów, świetne kostiumy, multum sprzętu i koni mogą się podobać. Co prawda można zarzucić Scottowi, że zrezygnował z pokazania bitwy pod Rogami Hittinu, ale moim zdaniem potyczka kawalerii pod Kerakiem oraz epickie oblężenie Jerozolimy znakomicie to rekompensują. Jeśli chodzi o rozwiązania fabularne to oczywiście można (a nawet należy) czepiać się wielu rzeczy, o których wspominałem we wstępie. Niemniej "Królestwo Niebieskie" nie odstaje na tym polu od klasyków gatunku w rodzaju choćby "Braveheart" czy też "Gladiatora". Z tego powodu nie mam zamiaru wytykać każdego błędu oraz nieścisłości historycznej. Dzieło Ridleya Scotta nie pretenduje przecież do bycia podręcznikiem historycznym. Jeśli kogoś wciągną krucjaty to na pewno znajdzie sobie odpowiednie źródło by pogłębić wiedzę. Warto także zauważyć, że chociaż w filmie Scotta pełno jest patosu (za który odpowiada głównie Balian), to jednak da się go znieść bez wyłączania fonii. Bardzo fajnie natomiast, że pokazano bezmyślny fanatyzm obu stron konfliktu, nie wartościując żadnej z nich. Chrześcijaństwo dostało nawet trochę mocniej, ponieważ w filmie wiesza się templariuszy mordujących muzułmańskich kupców, a rolę villaina dostał niedoceniony wizjoner swoich czasów Reynald z Chatillon.
źródło: http://www.starpulse.com/
Oceniając popisy aktorskie w "Królestwie Niebieskim" pragnę zauważyć, że Orlando Bloom otrzymał rolę podobną jak w "Piratach z Karaibów". Do bólu szlachetny i prawy Balian nie może budzić sympatii u osoby mojego formatu. Chociaż fajnie, że nie jest to rycerz całkiem bez skazy, gdyż w końcu zamordował nieuzbrojonego człowieka. Niemniej Bloom pasuje do tego rodzaju postaci i wypada poprawnie, lecz bez szału. Dla odmiany Liam Neeson stworzył bardzo fajną rolę i jego widok na ekranie cieszył moje oko. Jeszcze bardziej cieszyłem się na widok Evy Green (Sibylla), ale niestety tym razem nie była skąpo odziana. Z tego powodu smuteczek, aczkolwiek pod względem aktorskim wypadła całkiem młodzieżowo. Świetną kreację stworzył także Edward Norton (Baldwin IV Trędowaty), który przez większość filmu ukrywa swoją twarz za maską – należą się duże oklaski. Niezły poziom trzyma Jeremy Irons, wcielający się w Tyberiusza (wariacja na temat Rajmunda III z Trypolisu).
źródło: http://www.starpulse.com/
Jednakże w "Królestwie Niebieskim" od pierwszej projekcji fascynowały mnie trzy inne role. Pierwsza to niezawodny David Thewlis tym razem wcielający się w nie do końca realnego Szpitalnika, będącego swoistym opiekunem Baliana. Odwołując się do mistyczności tej postaci musi pojawić się kolejne nawiązanie do wersji reżyserskiej: zastanawialiście się czemu nagle, kompletnie z dupy, Balian pojawia się siedząc pod palmą? Otóż wyjaśnieniem jest genialna scena z gorejącym krzewem na pustyni. Thewlis jest świetnym aktorem i tutaj naprawdę gra na najwyższych obrotach. Na ogromne brawa zasługuje także Alexander Siddig wcielający się w sympatycznego Imada. Na koniec zostawiam wielkiego wodza i największego Kurda w historii. Salah ad-Din al-Ajjubi w wykonaniu Ghassana Massouda to rola, którą należy zapamiętać na długo. Chociaż każda scena z udziałem muzułmańskiego wodza jest genialna to pragnę wyróżnić moje ulubione: w szczególności zwróćcie uwagę na rozmowy w muzułmańskim obozie przed i po bitwie pod Rogami Hittinu oraz na dialog Salah ad-Dina i Baliana. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o wielu świetnych epizodycznych rolach – w filmie pojawiają się m.in. Michael Sheen, Brendan Gleeson, Marton Csokas czy choćby Kevin McKidd.
źródło: http://www.starpulse.com/
Chociaż "Królestwo Niebieskie" ma bardzo wiele mankamentów, to po prostu uwielbiam tę produkcję Ridleya Scotta. Po ostatniej projekcji telewizyjnej zauważyłem, że wersja zubożona jest znacznie gorsza, dlatego wszystkich zachęcam do oglądania wyłącznie rozszerzonej edycji reżyserskiej (w której poznamy m.in. wątek syna Sibylli). Jak na realia Hollywood jest to epickie widowisko z pięknymi zdjęciami oraz doskonałą muzyką, wzbogacone świetną grą aktorską i niebanalnym tematem. I nawet patos tak nie razi jak zwykle! Na serio polecam!
źródło: http://www.starpulse.com/
Ocena: 8/10.

środa, 28 listopada 2012

"Die Hard: With a Vengeance"



Hollywood nie marnuje okazji. Skoro druga część "Die Hard" została uznana za sukces, to czemu nie nakręcić też kolejnej? Co ciekawe twórcy zrezygnowali z chronologicznej numeracji i dodali podtytuł "With a Vengeance", który stanowi nawiązanie do pierwszej odsłony. Oczywiście jest to nawiązanie fabularne, gdyż akcja części trzeciej jest powiązana z wydarzeniami w Nakatomi Plaza. Co ciekawe oryginalnie film pomyślano jako trzecią "Zabójczą broń", a jedną z wczesnych wersji scenariusza wykorzystano potem w drugiej odsłonie "Speed". W przeciwieństwie do pozostałych części akcję osadzono wreszcie w macierzystym mieście McClane’a, czyli Nowym Jorku. Również w opozycji do poprzednich części nie mamy do czynienia ze świętami, chociaż świątecznych nawiązań jest całkiem sporo.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Nasz super heros, John McClane (Bruce Willis), który już dwukrotnie powstrzymał zuchwałych i bezwzględnych terrorystów, obecnie znajduje się o krok od alkoholizmu. Holly ponownie odeszła, toteż nowojorski gliniarz pogrąża się w upadku. Wskutek zawieszenia w obowiązkach służbowych McClane zyskał możliwość ładowania gorzałki od samego rana z czego skwapliwie korzysta. Niemniej gdy miasto atakują terroryści McClane, mimo kaca mordercy, musi ponownie stanąć do walki. Tym razem przeciwnikiem naszego herosa jest były pułkownik wywiadu NRD Simon Gruber (Jeremy Irons), a prywatnie brat Hansa poległego w Nakatomi Plaza. Podkładając bomby w całym mieście Simon zmusza McClane’a, ubranego w tablicę z napisem "I HATE NIGGERS", do spaceru po Harlemie. Dupsko naszego bohatera ratuje czarnoskóry Zeus (Samuel L. Jackson), który od tej chwili dołącza do antyterrorystycznej krucjaty.
źródło: http://www.themoviescene.co.uk/index.html
Na ekranie mamy trzech herosów aktorstwa – Willisa, Jacksona i Ironsa. Zatem wszystko powinno być idealnie, a niestety nie jest. Trzecia odsłona „Die Hard” wydaje się zbyt przekombinowana w stosunku do części poprzednich. Oglądając film po pierwszy w pewnym momencie zacząłem kibicować Simonowi, bo kolejne zwycięstwo McClane’a wydawało mi się już nudne. Chociaż uwielbiam Samuela L. Jacksona, to jednak do roli Zeusa lepszy moim zdaniem byłby Laurence Fishburne. Dlaczego? Fishburne był nawet  rozpatrywany jako Zeus, aczkolwiek odrzucił rolę. Uważam natomiast, że byłby lepszy, ponieważ stworzył bardzo przekonującą i w pewnym stopniu podobną kreację w świetnym "Boyz n the Hood". Oglądając "Die Hard" wydawało mi się ciągle, że Samuel L. Jackson zaraz wyjmie klamkę i wszystkich rozpierdoli. Jeremy Irons jako villain jest niezły, ale to niestety nie jest to klasa Alana Rickmana. Bruce Willis jak zawsze świetny w ironicznym komentowaniu rzeczywistości. Podobała mi się bardzo Sam Phillips w roli bezwzględnej Katyi. Bardzo ubolewam, że w filmie znalazło się tak mało scen z jej udziałem. Jednym słowem smuteczek…
źródło: http://www.themoviescene.co.uk/index.html
Trzeciej odsłonie "Die Hard" nie można odmówić epickości. W filmie wykorzystano multum wszelkiego rodzaju sprzętu oraz całą rzeszę statystów. Simon dysponuje małą armią najemników, a na ulicach widać całe mrowie funkcjonariuszy NYPD. Jak wspomniałem wyżej pod względem rozwoju fabuły sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana niż w części drugiej. Nieoczekiwany zwrot akcji goni twist, aczkolwiek nie ma już świeżości, która cechowała poprzednie odsłony. Tym bardziej boli mnie, że mimo swojego geniuszu Simon od pierwszych minut i tak jest skazany na porażkę. W dialogach między parą głównych bohaterów non stop poruszane są kwestie rasowe. Momentami "Die Hard 3" przypomina laurkę dla czarnego, uczciwego i ciężko pracującego inteligenta. W takim stężeniu wydaje się naprawdę męczące i zdecydowanie można było tu postarać się o coś lepszego. Podsumowując wypada mi napisać, iż chociaż trzecia odsłona "Szklanej pułapki" prezentuje zdecydowanie gorszy poziom niż części poprzednie to w dalszym ciągu jest to bardzo rozrywkowe, solidne i sprawnie nakręcone kino akcji. Jeśli przymkniemy troszkę oko, to "Die Hard: With a Vengeance” może dać nam naprawdę dużo zabawy.
źródło: http://diehard.wikia.com/wiki/Katya
Ocena: 6/10.

Ciekawostka: "Die Hard: With a Vengeance” ma również alternatywne zakończenie rozgrywające się w Europie Wschodniej, które początkowo miało zostać wykorzystane w filmie, ale wskutek protestów studia zostało zmienione. Jeśli ktoś z Was ma ochotę je obejrzeć, można je bezproblemowo zobaczyć na YouTube: Die Hard with a Vengeance (1995) – Alternate Ending (zamieszczam poniżej).