Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Willis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Willis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2021

"Motherless Brooklyn"/"Osierocony Brooklyn" (2019)

 Sometimes you do everything you’re supposed to, and it all still goes to shit.

Wraz z kolejnym rokiem pojawia się wiele nowych projektów i koncepcji, ale brutalna prawda jest taka, że nie zamknąłem jeszcze nawet wszystkich filmowych i serialowych spraw z 2020. Solennie przyrzekam (ta, jasne, jakiego frajera chcesz jeszcze na to naciągnąć?), że postaram się ogarnąć te tematy jak najszybciej, żeby ku Waszej radości powstało parę fajnych tekstów. Na szczęście w tej kwestii pandemia jest moim nieoczekiwanym sojusznikiem, gdyż obecnie pojawia się stosunkowo niewiele nowości, które wypadałoby obejrzeć, więc mogę skupić się na odrabianiu zaległości. Początek roku (LOL, jest koniec stycznia) postanowiłem przywitać drugim podejściem Edwarda Nortona do reżyserii (pierwsze to "Keeping the Faith" z 2000 roku). "Motherless Brooklyn" (w Polszy "Osierocony Brooklyn") to luźna adaptacja książki Jonathana Lethema wydanej pod tym samym tytułem w 1999 roku. Co ciekawe, w oryginale akcja powieści rozgrywa się pod koniec XX wieku, ale Norton uznał, że o wiele lepiej będzie przesunąć fabułę w koniec lat 50-tych ubiegłego stulecia by stworzyć kryminał w stylu neo-noir. A ponieważ w obsadzie znaleźli się wybitni aktorzy tacy jak Alec Baldwin, Willem Dafoe, Bruce Willis czy Michael Kenneth Williams (Omar Little zawsze na propsie, nawet gdy brakuje nam cracku!), nie wspominając już o samym reżyserze, to zapowiadała się przednia zabawa.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Jak już wspominałem w poprzednim akapicie, akcja "Motherless Brooklyn" została osadzona w Nowym Yorku końca lat 50-tych XX wieku. Cierpiący na zespół Tourette’a, raczej średnio rozgarnięty, choć dysponujący niezwykłą pamięcią Lionel Essrog (Edward Norton), pracuje w agencji detektywistycznej, której właścicielem jest jego mentor Frank Minna (Bruce Willis). W trakcie rutynowej akcji wszystko idzie jednakże fatalnie, w efekcie czego szef firmy zostaje zastrzelony na oczach pracowników, którzy mieli stanowić jego obstawę. Zrozpaczony Lionel postanawia za wszelką cenę odnaleźć sprawców i wymierzyć sprawiedliwość.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Uwielbiam kryminały w stylu noir, o czym wielokrotnie już wspominałem na tym blogu (a przynajmniej tak mi się wydaje). Od razu przyznam, że "Motherless Brooklyn" miał pewne predyspozycje by osiągnąć w tym gatunku znacznie wyższą pozycję. Dbałość o scenografię, klimat czy zgromadzenie tak znakomitej obsady nie zdarza się przecież każdego dnia. A jednak mimo wszystko po projekcji uznałem, że jest to solidna produkcja, która jednak nie przeskoczy nigdy pewnego poziomu. Od razu zadałem sobie pytanie: z czego to wynika? Otóż zdaje się, że moim największym problemem z "Osieroconym Brooklynem" jest brak protagonisty, którego można polubić, utożsamiać się z nim lub chociaż podziwiać nawet w negatywnym sensie. Nie mam zamiaru w żaden sposób wyśmiewać czy dyskryminować osób cierpiących na zespół Tourette’a, ale ekranowy Lionel jest po prostu totalnie wkurwiającą postacią. Rozumiem, że wiele, w zasadzie wszystko, zawdzięczał Frankowi, który wyciągnął go z totalnego gówna, ale jego mentalne frajerstwo oraz choroba psychiczna są na dłuższą metę wyczerpujące. Nie umniejszam przy tym wysiłków aktorskich Edwarda Nortona, ale po prostu tego rodzaju bohater nie pasuje mi do stylistyki noir (jakkolwiek konserwatywnie to zabrzmi). Zwróćcie również uwagę, że pod koniec lat 50-tych, gdy nie było jeszcze Internetu, zespół Tourette’a raczej nie był powszechnie znaną w społeczeństwie przypadłością. Natomiast pozostali bohaterowie filmu nie wyśmiewają nawet Lionela ani jego przypadłości, lecz traktują go jako nieszkodliwego dziwaka. Mam wrażenie, że ten aspekt przeniesienia fabuły w przeszłość wypadł rażąco mało realistycznie.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Mój drugi problem z "Motherless Brooklyn" dotyczy natomiast samej fabuły. Otóż doskonale rozumiem motywacje ubogich mieszkańców slumsów, ale jednak to koncepcje urbanistycznego rozwoju miasta Mosesa Randolpha (Alec Baldwin) doprowadziły Nowy Jork do stanu, w którym znajduje się dzisiaj (zwróćcie uwagę na kwestię mostów i parków, którą podnosi ten bohater w filmie), chociaż oczywiście nie można pochwalać tak brutalnych metod realizacji nawet najlepszych planów. Co ciekawe postać grana przez Aleca Baldwina została oparta na prawdziwym człowieku, który przez dekady odgrywał niebagatelną rolę w Wielkim Jabłku – Robercie Mosesie. Nasz historyczny bohater zrobił co prawda bardzo dużo dla rozwoju Nowego Jorku, ale był także oskarżany o żądzę władzy, działanie z wyjątkowo wątpliwych pobudek etycznych, mściwość czy rasizm. No cóż, z takim bagażem z pewnością nie była to postać godna naśladowania wedle standardów szkolnych wypracowań. Po trzecie w zasadzie dopiero pisząc recenzję uświadomiłem sobie, że w tym filmie policja nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Szanowany, biały bohater wojenny zostaje zastrzelony w biały dzień na ulicy? No trudno, niech jego koledzy z agencji detektywistycznej wyjaśnią sprawę we własnym zakresie, a my pójdziemy na kawę i pączki (no chyba, że wpływu Mosesa są aż tak nieograniczone).

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Chociaż w dwóch poprzednich akapitach skupiłem się raczej na wadach "Motherless Brooklyn" to jednak w dalszym ciągu podtrzymuję opinię, że jest to solidne kino. Twórcy postarali się o bardzo dobre odwzorowanie realiów epoki końca lat 50-tych ubiegłego stulecia i na ekranie naprawdę nie uświadczymy biedy pod tym względem (zawsze się zastanawiam skąd się bierze tyle aut z tamtych czasów?). Pod względem realizacyjnym jest naprawdę spoko, fabuła potrafi ponadto naprawdę zainteresować widza i mamy naprawdę niewiele głupawych scen. Natomiast najbardziej urzekł mnie motyw bezimiennego Trębacza (Michael Kenneth Williams), który wraz ze swoim bandem bezgranicznie poświęca się tworzeniu cool jazzu. Nie muszę chyba dodawać, że oczywistą inspiracją tej postaci jest sam Miles Davis (na ścianie mojego pokoju zwisał kiedyś jego fotos, zrabowany z jednego ze studenckich, krakowskich barów, z tego miejsca pozdrawiam wszystkich wspólników tegoż zuchwałego czynu!). Sceny z występów zespołu, wplecione w akcję filmu, to prawdziwa maestria. Nie muszę zatem chyba dodawać mojej opinii o ścieżce dźwiękowej.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Kolejną niezaprzeczalną zaletą "Motherless Brooklyn" jest aktorstwo. Postać Lionela opisałem już wcześniej, dlatego też nie chcę się powtarzać. Jest to naprawdę dobry (acz irytujący) występ, który po raz kolejny udowadnia, że Edward Norton jest jednym z najlepszych współczesnych aktorów. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie dwie role drugoplanowe. Zabrzmi to może dziwnie, ale tym razem nie jest to Willem Dafoe, wcielający się w Paula Randolpha, brata antagonisty, gdyż uważam, że stać go na o wiele lepsze występy (a ten sam w sobie nie jest zły, ale mnie nie porwał). Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę na Aleca Baldwina. Moses Randolph w jego wykonaniu to bezwzględny skurwysyn nie cofający się przed niczym, aby osiągnąć upragniony cel. Mimo wszystkich swoich wad Moses nie jest jednak tylko skurwiałym egoistą żądnym władzy dla wyłącznego jej posiadania, ale jednak w swoim postępowaniu kieruje się pewnymi zasadami (mimo wszystko doceniając dobre projekty autorstwa jego brata) i naprawdę chce coś zmienić. Marvel i DC Comics mogłyby się nauczyć bardzo wiele w kreowaniu antagonistów, gdyby tylko zwróciły uwagę na tę świetną rolę Aleca Baldwina. Po drugie Michael Kenneth Williams w roli bezimiennego Trębacza. Boże, ile w tym człowieku jest charyzmy! Legendarny Omar z "The Wire", potem Chalky White z "Boardwalk Empire", a teraz po prostu wysoce charyzmatyczny koleś grający po prostu na trąbce! Z ról mniejszych warto wyróżnić także Bruce’a Willisa wcielającego się we Franka Minnę, za krótki, acz bardzo pozostający w pamięci występ.

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

W pierwszym moim odczuciu "Motherless Brooklyn" miał wszystko, aby pozamiatać scenę kryminałów w stylu neo-noir: klimat, realizację i przede wszystkim aktorstwo. Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem, dokładnie tak jak w cytacie otwierającym tę recenzję. Mimo wszystko polecam Wam tę solidną produkcję, żywiąc nadzieję, że może Wy spojrzycie na nią bardziej przychylnym okiem niż ja. Pozdro 600!

 2021 Warner Bros. Entertainment Inc.

Ocena: 7/10.


niedziela, 29 czerwca 2014

"Live Free or Die Hard"



Doskonale pamiętam moment, gdy wchodząc do jednej z kieleckich galerii handlowych, zobaczyłem plakat "Szklanej Pułapki 4.0". Od razu pomyślałem: What the fuck is this shit? Im dłużej wpatrywałem się w łysinę Bruce’a Willisa, tym więcej nasuwało się pytań. Dlaczego Hollywood, stworzywszy tak znakomitą trylogię kina akcji, nie mogło pozostawić Johna McClane’a w wieczystym spoczynku? A jeśli już reaktywacja była nieunikniona to czemu dopiero po ponad dekadzie od ostatniej części zapadła decyzja o wznowieniu serii? Jakim cudem reżyserem tegoż projektu został Len Wiseman, który ówcześnie miał za sobą jedynie dwie odsłony "Underworld"? Oczywiście zawsze musimy pamiętać, że współczesnym światem rządzi złota zasada Murphy’ego: zasady ustala ten, kto ma złoto. A ponadto hajs się musi zgadzać. Zawsze i bezwarunkowo. Zanim przejdę do opisu fabuły to wreszcie propsy dla tłumaczy. Doskonale wiadomo jak traumatyczną serią dla rodzimych translatorów jest "Die Hard", ale w tym przypadku tytuł "Szklana Pułapka 4.0" przynajmniej częściowo nawiązuje do ekranowych wydarzeń. Abstrahując oczywiście od faktu, że nijak się ma do angielskiego, znakomitego oryginału "Live Free or Die Hard".
źródło: http://www.impawards.com
Cóż zatem przynosi pierwsze "Die Hard" w XXI wieku? Pozbawiony owłosienia i umęczony straszliwie życiem John McClane (Bruce Willis) wolne chwile wypełnia totalitarną inwigilacją własnej córki. Po kolejnej trudnej rodzicielskiej interwencji heros nowojorskiej policji dostaje zadanie o poziomie trudności godnym rookies. Otóż John ma zgarnąć młodocianego hakera Matta Farrella (Justin Long) i dostarczyć go żywego do wskazanej siedziby FBI. Proste jak ścieżka kolumbijskiego koksu. Niemniej sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy okazuje się, że na życie komputerowca czyhają profesjonalni asasyni, a ponadto ojczyzna Wuja Sama pogrąża się w chaosie po cyberterrorystycznym ataku.
© 20th Century Fox
Nie płakałem, gdy George Lucas postanowił zniszczyć legendę "Star Wars" i nakręcił nową trylogię z Jar Jar Binksem. Nie uroniłem również ani jednej łzy, kiedy Lucas do spóły ze Spielbergiem dokonali brutalnego gwałtu na postaci Indiany Jonesa. O wiele bardziej zabolało mnie to, co Len Wiseman i jego wesoła ekipa zrobiła z legendą Johna McClane’a. Tego nie da się po prostu opisać w żadnym ludzkim ani elfim języku, zatem pozostaje jedynie wypełniona nienawiścią Czarna Mowa. "Live Free or Die Hard" wpisuje się totalnie w nurt gównianego, złagodzonego kina akcji, które nastało po bezkompromisowych latach 80-tych. Mało krwi, jeszcze mniej brutalnej przemocy, prawie zero bluzgania, nikt nie pali, a ekran wypełniają cipowaci pseudoherosi, których Mike Danton razem rozjebałby jednym skillem. I właśnie do takiego gówna, opakowanego w atrakcyjne pudełko efektów specjalnych, włożono Johna McClane’a, jednocześnie pozbawiając go wszelkich atrybutów z poprzednich części. W czwartej części McClane stał się prawdziwym über-herosem z niezwykle wysokim restoration. Wystarczy wspomnieć scenę, w której John z powodu ciężkich obrażeń ledwie człapie, by po dosłownie chwili biec sprintem jak naćpany Ben Johnson. Generalnie cała cyfrowa otoczka pasuje do analogowego "Die Hard" jak płyta winylowa do odtwarzacza Blu-ray.
© 20th Century Fox
Scenariusz autorstwa Marka Bombacka jest tyleż efektowny, co absurdalny oraz słaby. Może nie czepiałbym się, gdyby chodziło o jakiś inny film, ale mamy przecież do czynienia z czwartym "Die Hard"! Idiotyzmów jest cała masa, nie starczyłoby miejsca, aby wymienić wszystkie, więc skupimy się jedynie na najbardziej przytłaczających. Z niewiadomych przyczyn cyber villain Gabriel (Timothy Olyphant) przemawia do swoich współpracowników w języku angielskim, natomiast oni odpowiadają szefowi po francusku – nie za bardzo potrafię to zrozumieć. Dobrze wiedzieć, że do jednego z najważniejszych centrów zarządzania energetycznego można wjechać samochodem (chodzi mi o kluczowy pokój, w którym umieszczoną całą aparaturę sterującą). Aczkolwiek to jeszcze nie było szczytowe osiągnięcie naszego herosa. Wyobraźcie sobie, że John zabił człowieka wodą z hydrantu, zniszczył helikopter za pomocą auta (wyraźny follow up do "Rambo III"), a na dodatek dosłownie wskoczył na myśliwiec F-35. Ostatni motyw to już totalna żenada, której nie da się oglądać. Dodatkowo pojawia się straszliwie męczący wątek rodzicielski, który szczęśliwie zdominuje dopiero kolejną część przygód McClane’a. Ogólnie rzecz biorąc scenariusz nie jest godzien tak wspaniałej serii, jaką jest "Die Hard".
© 20th Century Fox
Aktorstwo. Jak wspominałem wyżej Bruce Willis gra umęczonego życiem Johna McClane’a, postać w rodzaju Johna Rambo z "Rambo IV". Jeden z ulubionych herosów mojego dzieciństwa stracił tym samym cały urok, a Yippi-kay-ay, motherfucker nie bawi już tak jak kiedyś. Ponadto do towarzystwa dostał najgorszego kompaniona wszech czasów – kompletnie zjebanego nerda astmatyka. Justin Long wypada tragicznie stereotypowo, a między pozytywnymi postaciami nie ma żadnej chemii. Villain w wykonaniu Timothy’ego Olyphanta charakteryzuje się ujemną charyzmą i stawianie go w jednym szeregu z czarnymi charakterami z poprzednich części stanowi dla tych ostatnich ogromną ujmę. Na drugim planie również nie dzieje się nic ciekawego, bo ani typowy federalny Bowman (Cliff Curtis) ani do szpiku kości zła Mai (Maggie Q) nie wzbudzili u mnie większego zainteresowania. Z ciekawostek warto odnotować natomiast pojawienie się na ekranie Kevina Smitha w roli hakera Warlocka.
© 20th Century Fox
Jednakże żeby uniknąć zarzutów o stronniczość i stopniowe pogrążanie się w odmętach hejtingu postanowiłem wypunktować jasne strony "Live Free or Die Hard". Co prawda wskazanie zalet filmu Wisemana zajęło mi kilka dni wypełnionych głębokimi refleksjami nad sensem tegoż przedsięwzięcia, ale ostatecznie chyba było warto. Poniżej zatem przedstawiam subiektywne plusy czwartej części "Die Hard":
  • fajnie, że twórcy po raz kolejny pobawili się tytułem filmu, a nie bezmyślnie dodali kolejną cyferkę,
  • "Live Free or Die Hard" w końcu się kończy,
  • film Wisemana mógł trwać o wiele dłużej niż 128 minut,
  • nakręcono wiele gorszych produkcji,
  • "A Good Day to Die Hard" jest jeszcze gorsze.
Gdyby pułkownik Walter E. Kurtz obejrzał "Live Free or Die Hard" zapewne umarłby z rozpaczy, a przed śmiercią wyszeptałby: Gunwo. Gunwo
John, pls!
© 20th Century Fox
Ocena: 3/10.

Recenzje pozostałych części "Die Hard":

niedziela, 28 lipca 2013

"A Good Day to Die Hard"

Jak ważną postacią dla mnie jest John McClane pisałem już wiele razy. Bohater mojego dzieciństwa oraz nastoletniości, a zarazem postać, którą uwielbiam oglądać na ekranie również w dorosłym życiu. Dlatego też długo nie mogłem się otrząsnąć po tym, co zobaczyłem w "Live Free or Die Hard". Bezpardonowy gwałt na McClane'ie, którego dopuścił się Len Wiseman i Mark Bomback poruszył mnie bardziej niż to, co zrobili Lucas i Spielberg z Indianą Jonesem. Po prostu kindybał w szamot! Do dziś trudno mi pogodzić się z faktem, że seria "Die Hard" nie zakończyła się na trzeciej części. I kiedy myślałem, że już gorzeć pohańbić Johna się nie da, na ekrany kin weszło "A Good Day to Die Hard". Jedyny props, który nasuwa mi się w związku z piątą odsłoną serii to brawa za kreatywne zabawy z tytułami kolejnych filmów. Oczywiście dla większości polskich widzów są one niedostrzegalne, ponieważ dzięki genialnemu tłumaczeniu pierwszego "Die Hard" zostali skazane na następne "Szklane Pułapki".
źródło: http://www.impawards.com
Pod względem fabularnym jest to zdecydowanie najgorsza część w całej serii. Na szczęście poziom skomplikowania akcji nie jest wysoki, więc wszystko można streścić w zaledwie kilku zdaniach.W dalekiej, ale za to bling blingowej, Rosji wszechpotężny minister Chagarin (Sergei Kolesnikov) próbuje doszczętnie zniszczyć oligarchę Komarova (Sebastian Koch). We wszystko miesza się CIA, w efekcie czego młody McClane (Jai Courtney) trafia do kryminału. Oczywiście, gdy tylko John (Bruce Willis) dowiaduje się o losie swojego pierworodnego rusza do Moskwy z misją ratunkową. I zasadzie tyle, bo zaraz po przyjeździe McClane'a seniora rozpoczyna się bezsensowny tok wydarzeń od czasu do czasu urozmaiconych eksplozjami.
Young McClane
(źródło: http://screenrant.com/)
Gdybym poszedł do kina i wydał na bilet więcej niż złotówkę, to po seansie zażądałbym zwrotu hajsu. Dlaczegóż? Albowiem piąte "Die Hard" to wyjątkowo przykre dzieło. Całkowicie ulotniła się magia z poprzednich części – pomijam w tym miejscu czwartą, ponieważ w dalszym ciągu wypieram jej istnienie ze świadomości. Film Johna Moore'a (reżyser m.in. genialnego inaczej "Maxa Payne'a") to kolaż najgorszych klisz zebranych z produkcji pokroju "Salt", "Safe House" czy też "Ghost Protocol". Udało się zatem wprowadzić absolutnie zero klimatu znanego z poprzednich odsłon. Zamiast tego dostajemy widowiskową, acz bezsensowną akcję i pseudorelację ojca i syna. Twist jest oczywistą oczywistością i naprawdę trzeba się totalnie znieczulić, aby go nie przewidzieć. W zasadzie to żałuję, że tak mało wypiłem przed i w trakcie seansu. Gdyby obniżyła mi się percepcja może nie byłbym tak wkurwiony pisząc tę recenzję. "A Good Day to Die Hard" jest ponadto najzwyczajniej w świecie głupi. Wątek czarnobylski to najlepszy dowód na potwierdzenie tej tezy. Na dodatek z tego co pamiętam Czarnobyl nie jest w Rosji tylko na UKRAINIE. Niemniej nasi bohaterowie wsiadają do auta w Moskwie w nocy i wesoło ruszają do opuszczonej elektrowni. Nikt się nie przejmuje kontrolą graniczną i podobnymi banałami, więc Jack i John docierają na miejsce tuż przed świtem. Co ciekawe według Google Maps najkrótsza trasa Moskwa – Czarnobyl ma 849 km, ale wiedzie dodatkowo przez Białoruś. Opcja wyłącznie przez Rosję i Ukrainę to prawie 1 000 km. No cóż, może przeoczyłem informację, że te dwa państwa zniosły kontrolę graniczną? A jak uniknąć zabójczego promieniowania? Otóż wystarczy w jednym pomieszczeniu rozpylić magiczny środek neutralizujący jego działanie i nagle okaże się, że cały Czarnobyl jest już niegroźny!
Trudna relacja rodzica z dzieckiem
(źródło: http://screenrant.com/)
Zasadniczo Moskwa wygląda jak każde inne miasto, ba momentami nawet jak miasto amerykańskie. Co ciekawe wesoło latają nad nią amerykańskie drony. Generalnie wygląda to jakby większość zdjęć nakręcono na Węgrzech i dodano tylko kilka charakterystycznych ujęć z rosyjskiej stolicy. Hejtując dalej należy podkreślić, że bohaterom rzadko kończy się amunicja, a Rosjanie z niewiadomych przyczyn rozmawiają ze sobą w języku angielskim. W przeciwieństwie do części poprzednich (oczywiście z wyjątkiem czwartej) dialogi są pozbawione jakiegokolwiek polotu i błysku. Zamiast tego epatują czerstwością i sucharem. Większość kwestii to dwa powtarzające się zdania: John mówi I'm on a vacation, natomiast Jack syczy przez zęby Damn you John. Naprawdę trudno jest to znosić na dłuższą metę – na szczęście film nie poraża mózgu długością, ale naprawdę uważajcie przy scenie ze śpiewającym taksówkarzem. Oczywiście brakuje wyrazistego villaina. Pytam gdzie podziali się godni następcy Hansa i Simona? Jedyne zalety jakie przychodzą mi na myśl to niezłe wybuchy oraz fakt, że męka trwała zaledwie 98 minut. Aktorskich popisów nie mam zamiaru nawet opisywać, ponieważ są zbyt miałkie. Bruce Willis gra padaczną wersję starego dobrego McClane'a, wyraźnie dostosowując swój poziom do drewnianego Courtneya. Sebestian Koch wydaje się być przeciętny, przez co jedyną godną uwagi osobą zdaje się być Yuliya Snigir (Irena). Niemniej nie liczcie na jakąś cudowną kreację – ot, po prostu zawsze miło popatrzeć na ładną kobietę.
Hajs mi się nie zgadza! Kręcimy szóste "Die Hard"!
(źródło: http://screenrant.com/)
"A Good Day to Die Hard" uznaję za totalny szajs. Gdyby był to nowy film, nieniosący brzemienia tak wspaniałej serii jaką jest "Die Hard", dałbym jedną gwiazdkę wyżej. Niestety piąta część nie może zapominać o swoim chwalebnym dziedzictwie, toteż nie mogę okazać litości. Na dodatek czytałem już, że Bruce Willis chce nakręcić jeszcze jedną odsłonę. Mam nadzieję, że tym razem akcja zostanie osadzona w kosmosie. Horror! Horror!
Pięknych kobiet nigdy za wiele :)
(źródło: http://screenrant.com/)
Ocena: 2/10.


Recenzje pozostałych części:

niedziela, 3 marca 2013

"Striking Distance"

Z niewiadomych przyczyn, których kompletnie nie potrafię wyjaśnić, żywię jakiś dziwny sentyment do "Striking Distance". Nie rozumiem skąd się to mogło wziąć, gdyż wydaje mi się, że w dzieciństwie nigdy nie oglądałem tegoż filmu. Z kolei może się to wydawać niemal nieprawdopodobne, jeśli pod uwagę weźmiemy datę jego nakręcenia (1993). Pamiętam doskonale pierwszą projekcję sprzed kilku lat: przypadkowo skacząc po kanałach zobaczyłem Bruce'a Willisa w otoczeniu, którego wcale nie kojarzyłem. Zacząłem więc szybko sprawdzać cóż to za dzieło oglądam właśnie. Tytuł "Striking Distance" ("Pole rażenia") kompletnie nie przemawiał do mojej świadomości, więc z ciekawości całkowicie pogrążyłem się w filmie. Zakładam również, że dla większości z Was produkcja Rowdy Herringtona to tabula rasa.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Pod względem fabularnym "Striking Distance" można zakwalifikować jako kolejny film o gliniarzach. Chociaż tym razem akcję osadzono w dosyć nietypowej dla mnie miejscówce, czyli w Pittsburgu. Główny bohater to zapijaczony i użalający się nad swoim losem Tom Hardy (Bruce Willis), były detektyw miejscowej policji. Za niewygodne poglądy oraz zeznawanie przeciw kolegom Hardy został zesłany do policji rzecznej (podobnie jak Jimmy McNulty w "The Wire"), gdzie dogorywa swego marnego żywota. Czemuż taki los spotkał naszego bohatera, spytacie? Otóż Hardy wierzył, iż seryjnym mordercą zabijającym kobiety w mieście musi być jeden z jego kolegów po fachu. Zeznając przeciwko swojemu partnerowi doprowadził pośrednio do jego samobójstwa. Taka postawa była niezwykle hańbiąca, gdyż większość rodziny Hardy'ego od pokoleń przywdziewało niebieskie mundury. Wkrótce po tym jak nasz bohater dostaje nową partnerkę Jo (Sarah Jessica Parker), seryjny morderca sprzed lat powraca siać postrach na ulicach Pittsburga.
źródło: http://moviescreenshots.blogspot.com/
Fabuła rozwija się dosyć interesująco - bynajmniej na tyle, żebym nagle nie popadł w dekadencję. Nie jest to może najbardziej wciągająca historia w dziejach kinematografii, ale mnie się podoba nawet. Nie ma tutaj specjalnych udziwnień w rodzaju demonicznych odwołań do elementów mistycznych czy też średniowiecznych ksiąg. Ot, sprawa prosta: seryjny morderca zabija młode kobiety i tyle. Pod względem zakończenia nie uświadczyłem rozczarowania, chociaż mamy do czynienia z niespodziewanym twistem. Tutaj mogę docenić warsztat scenarzystów, bo mogli iść na całkowitą łatwiznę, a jednak postanowili się z deczka wysilić. Wielu powie pewnie, że "Striking Distance" to kolejna, niczym nie wyróżniająca się opowieść policyjna. Częściowo twierdzenie to mogę uznać za prawdziwe, aczkolwiek muszę podkreślić kilka zalet filmu. Bohaterem nie jest niezniszczalny superheros, ale zapijaczony i mentalnie przegrany, smutny człowiek mieszkający na łodzi. Co więcej Hardy złamał policyjny kodeks i niemal wszyscy jego przyjaciele odwrócili się od niego, traktując go jak totalnego śmiecia. Inne postacie są również dobrze naszkicowane, ale o tym więcej w kolejnym akapicie. Podoba mi się również, że akcję osadzono w Pittsburgu – naprawdę dobrze czasem odpocząć od Nowego Yorku, L.A. czy Chicago. Na pewno warto przyjrzeć się zdjęciom tego miasta. Moim zdaniem zapadają mocno w pamięć. Co się może natomiast nie podobać? Głównie bardzo wiele sztampowych rozwiązań doskonale znanych z kina policyjnego oraz niezwykle typowe love story. Z biegiem lat niektóre sceny stały się niezamierzenie zabawne – w szczególności zwróćcie uwagę na bankietowe mordobicie.
źródło: http://moviescreenshots.blogspot.com/
Rzut oka na bohaterów i aktorstwo. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł się wcielić w postać Hardy'ego lepiej niż Bruce Willis. On po prostu urodził się by grać zapijaczonych underdogów – przypomnijmy sobie choćby Johna McClane'a z "Die Hard 3". Tom Hardy to postać, którą kupuję z miejsca, a przeciętny widz od razu obdarzy ją sympatią. Jak pisałem powyżej to żaden heros ani mistrz dedukcji – wprost przeciwnie, najzwyczajniejszy w świecie everyman. Jest coś niezwykle prawdziwego w smutku tej postaci i za to Willisowi należą się ogromne brawa. Niestety Sarah Jessica Parker w żaden sposób nie dorównuje Bruce'owi pokazując niezwykle czerstwy warsztat. Zasadniczo za jedyną zaletę jej udziału w filmie można uznać fakt, że o dziwo całkiem nieźle prezentuje się na ekranie (w szczególności w czerwonej sukience). Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie w obliczu licznych porównań Sarah do konia, to jednak patrzenie na nią w "Striking Distance" sprawiało mi nieukrywaną przyjemność. Oprócz pary głównych bohaterów dostajemy galerię barwnych postaci drugoplanowych. Na wyróżnienie zasługują Dennis Farina (Nick Detillo), Tom Sizemore (Danny Detillo), Brion James (Eiler), Robert Pastorelli (Jimmy Detillo) oraz Andre Braugher (Morris), którego uwielbiam za rolę Washingtona w serialu "Hack". Pod tym względem jest całkiem fajnie i nie można narzekać.
źródło: http://moviescreenshots.blogspot.com/
Zasadniczo niezbyt rozumiem dlaczego "Striking Distance" ma relatywnie niskie oceny na IMDB, bo jest wiele znacznie gorszych filmów z wyższymi notami. Moim zdaniem, chociaż nie jest to film zdecydowanie wybitny, to jednak powinien zostać uznany za solidne i raczej rzemieślnicze dzieło. Pomimo wielu ułomności za każdym seansem świetnie się bawię, a to wiele znaczy – przynajmniej dla mnie. Naprawdę lubię produkcję Herringtona i jak pisałem na początku jest to niewytłumaczalny fenomen. Ot, zwyczajna opowieść o zwyczajnym człowieku, który wbrew wszelkim przeciwnościom stara się udowodnić, że ma rację. Myślę, że naprawdę warto zobaczyć.
źródło: http://moviescreenshots.blogspot.com/
Ocena: 6/10 (może na wyrost, ale naprawdę lubię ten film).

niedziela, 2 grudnia 2012

"Looper"



Do obejrzenia "Loopera", oprócz tematyki science fiction (zabawy z czasem zawsze w cenie), skłoniły mnie niezwykle pochlebne recenzje filmu oraz wysokie oceny. Do wyśrubowanych not podchodzę zwykle bardzo sceptycznie, gdyż najczęściej po projekcji następuje brutalna weryfikacja rzeczywistości. Jednak w stosunku do "Loopera" miałem umiarkowane nadzieje na całkiem dobrą zabawę oraz liczyłem na ocenę zdecydowanie z drugiej połówki skali. Dlaczego? Pewnie wynika to z faktu, iż uwielbiam s-f i trochę inaczej podchodzę do tego rodzaju tematyki. Było to również moje pierwsze spotkanie z Rianem Johnsonem, który wyreżyserował oraz napisał scenariusz do filmu, więc nie miałem żadnej urazy do jego wcześniejszej twórczości.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja "Loopera" rozgrywa się w roku 2044. Podróże w czasie jeszcze nie są możliwe, ale technologia zostanie odkryta w za 30 lat i niemal od razu zdelegalizowana. Skąd o tym wiemy? Otóż podróże w czasie zostały natychmiast wykorzystane przez potężne przestępcze syndykaty do eliminowania swoich przeciwników. W dalszej przyszłości (to jest w 2074 roku) praktycznie niemożliwe jest pozbycie się ciała zamordowanej osoby, toteż geniusze zbrodni postanowili wysyłać swoich przeciwników w przeszłość i likwidować ich na miejscu. Procederem tym parają się tytułowi looperzy. Joe (Joseph Gordon-Levitt) w ten właśnie sposób zarabia na życie i odkłada sztabki srebra do podróż do Francji. Sytuacja skomplikowała się, gdy jego przyjaciel Seth (Paul Dano) nie zdołał zamknąć pętli (looperzy którzy przeżyli do 2074 roku stają się niewygodni dla syndykatów i są odsyłani w przeszłość, a następnie eliminowani przez młodsze wersje samych siebie za bardzo wysokie stawki). Wkrótce Joe staje przed podobnym wyzwaniem, gdyż z przyszłości przybywa jego starsza o 30 lat wersja (Bruce Willis).
źródło: http://www.loopermovie.com/
Podróże w czasie? Czemu nie, ciekawy temat na film, zwłaszcza, że w "Looperze" dochodzi do konfrontacji między dwiema wersjami tego samego człowieka (pozwolę sobie pominąć teoretyczne rozważania czy jest w ogóle możliwe, nie jestem przecież fizykiem kwantowym). I to jest bardzo fajne: czy zdołalibyście przekonać młodszą wersję samego siebie, aby uniknęła pewnych błędów i dokonała innych wyborów? Wyjątkowo interesująca kwestia, nieprawdaż? Niemniej rozwój fabuły trochę mnie zawiódł, gdyż moim zdaniem młodszy Joe powinien postępować całkowicie inaczej. W pewnym momencie myślałem, że zakończenie będzie po prostu dramatyczne i wydatnie obniży ocenę filmu, ale tak się na szczęście nie stało. Niemniej ogromnych zachwytów z tego powodu również nie odczuwam. Stawiam zatem diagnozę, że rozwiązania fabularne można było znacznie poprawić. Wizja przyszłości z roku 2044 roku nie jest zachęcająca, przy czym niewiele różni się od naszej. Wielka rewolucja technologiczna się nie dokonała. Ot, dodano parę futurystycznych gadżetów, a biedy, meneli oraz prochów jest znacznie więcej na amerykańskich ulicach. Akcja dzieje się w Kansas, więc może to miejsce już tak nawet wygląda obecnie. W "Looperze" nie uderza w nas od pierwszych minut feria efektów specjalnych. W porównaniu do choćby  najnowszego "Total Recall" film Riana Johnsona jest w nie bardzo ubogi, ale nie można powiedzieć, aby była to wada. Sprawia to, że możemy lepiej skupić się na akcji i zainteresować losami bohaterów, a nie bezmyślnie gapić na graficzne wytwory superkomputerów.
http://www.loopermovie.com/
Parę rozwiązań zastosowanych w "Looperze" jest przedniej jakości. Genialnie przedstawiono przymusowe domykanie pętli Setha. Bohaterowie noszą się ponadto w nietypowej stylówie pożyczonej z filmów, które pożyczyły ją z innych filmów. Świetnie wypadają krótkie sekwencje przedstawiające 30 lat życia Joe: stopniowa przemiana Josepha Gordon-Levitta w Bruce’a Willisa rysuje się bardzo interesująco. Tutaj chciałbym również docenić scenę, w której Joe poznaje swoją przyszłą żonę, naprawdę niezwykle zabawna. W filmie znalazło się również kilka dziwacznych rzeczy. Dziwi mnie trochę broń używana przez looperów, nie wiem czemu akurat taki zasięg i czemu ma to służyć. Nie obyło się też bez lipy: sekwencja w bazie Abe’a przypomina najgorsze wzorce z kina akcji klasy B.  Jeśli chodzi o aktorstwo to generalnie Joseph Gordon-Levitt grający młodego Joe jest całkiem spoko, aczkolwiek czasami jego postać strasznie mnie irytowała, ale to już kwestia jej scenariuszowej konstrukcji. Bruce Willis daje radę jak zawsze. Moją uwagę przykuła natomiast niezwykle mocna kreacja Emily Blunt (Sara). Podobali mi się także wykonawcy z drugiego planu: Jeff Daniels (Abe), Noah Segan (Kid Blue) i Garret Dillahunt (Jesse). Ogólnie, oceniając pod względem aktorstwa, nie uświadczyłem ani krzty żenady. Czy warto zobaczyć "Loopera"? Moim zdaniem tak, na pewno obowiązkowa pozycja dla fanów s-f. Solidne kino, aczkolwiek nie uważam osobiście by zasługiwało na tak wysokie oceny.

Ocena: 6/10.

środa, 28 listopada 2012

"Die Hard: With a Vengeance"



Hollywood nie marnuje okazji. Skoro druga część "Die Hard" została uznana za sukces, to czemu nie nakręcić też kolejnej? Co ciekawe twórcy zrezygnowali z chronologicznej numeracji i dodali podtytuł "With a Vengeance", który stanowi nawiązanie do pierwszej odsłony. Oczywiście jest to nawiązanie fabularne, gdyż akcja części trzeciej jest powiązana z wydarzeniami w Nakatomi Plaza. Co ciekawe oryginalnie film pomyślano jako trzecią "Zabójczą broń", a jedną z wczesnych wersji scenariusza wykorzystano potem w drugiej odsłonie "Speed". W przeciwieństwie do pozostałych części akcję osadzono wreszcie w macierzystym mieście McClane’a, czyli Nowym Jorku. Również w opozycji do poprzednich części nie mamy do czynienia ze świętami, chociaż świątecznych nawiązań jest całkiem sporo.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Nasz super heros, John McClane (Bruce Willis), który już dwukrotnie powstrzymał zuchwałych i bezwzględnych terrorystów, obecnie znajduje się o krok od alkoholizmu. Holly ponownie odeszła, toteż nowojorski gliniarz pogrąża się w upadku. Wskutek zawieszenia w obowiązkach służbowych McClane zyskał możliwość ładowania gorzałki od samego rana z czego skwapliwie korzysta. Niemniej gdy miasto atakują terroryści McClane, mimo kaca mordercy, musi ponownie stanąć do walki. Tym razem przeciwnikiem naszego herosa jest były pułkownik wywiadu NRD Simon Gruber (Jeremy Irons), a prywatnie brat Hansa poległego w Nakatomi Plaza. Podkładając bomby w całym mieście Simon zmusza McClane’a, ubranego w tablicę z napisem "I HATE NIGGERS", do spaceru po Harlemie. Dupsko naszego bohatera ratuje czarnoskóry Zeus (Samuel L. Jackson), który od tej chwili dołącza do antyterrorystycznej krucjaty.
źródło: http://www.themoviescene.co.uk/index.html
Na ekranie mamy trzech herosów aktorstwa – Willisa, Jacksona i Ironsa. Zatem wszystko powinno być idealnie, a niestety nie jest. Trzecia odsłona „Die Hard” wydaje się zbyt przekombinowana w stosunku do części poprzednich. Oglądając film po pierwszy w pewnym momencie zacząłem kibicować Simonowi, bo kolejne zwycięstwo McClane’a wydawało mi się już nudne. Chociaż uwielbiam Samuela L. Jacksona, to jednak do roli Zeusa lepszy moim zdaniem byłby Laurence Fishburne. Dlaczego? Fishburne był nawet  rozpatrywany jako Zeus, aczkolwiek odrzucił rolę. Uważam natomiast, że byłby lepszy, ponieważ stworzył bardzo przekonującą i w pewnym stopniu podobną kreację w świetnym "Boyz n the Hood". Oglądając "Die Hard" wydawało mi się ciągle, że Samuel L. Jackson zaraz wyjmie klamkę i wszystkich rozpierdoli. Jeremy Irons jako villain jest niezły, ale to niestety nie jest to klasa Alana Rickmana. Bruce Willis jak zawsze świetny w ironicznym komentowaniu rzeczywistości. Podobała mi się bardzo Sam Phillips w roli bezwzględnej Katyi. Bardzo ubolewam, że w filmie znalazło się tak mało scen z jej udziałem. Jednym słowem smuteczek…
źródło: http://www.themoviescene.co.uk/index.html
Trzeciej odsłonie "Die Hard" nie można odmówić epickości. W filmie wykorzystano multum wszelkiego rodzaju sprzętu oraz całą rzeszę statystów. Simon dysponuje małą armią najemników, a na ulicach widać całe mrowie funkcjonariuszy NYPD. Jak wspomniałem wyżej pod względem rozwoju fabuły sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana niż w części drugiej. Nieoczekiwany zwrot akcji goni twist, aczkolwiek nie ma już świeżości, która cechowała poprzednie odsłony. Tym bardziej boli mnie, że mimo swojego geniuszu Simon od pierwszych minut i tak jest skazany na porażkę. W dialogach między parą głównych bohaterów non stop poruszane są kwestie rasowe. Momentami "Die Hard 3" przypomina laurkę dla czarnego, uczciwego i ciężko pracującego inteligenta. W takim stężeniu wydaje się naprawdę męczące i zdecydowanie można było tu postarać się o coś lepszego. Podsumowując wypada mi napisać, iż chociaż trzecia odsłona "Szklanej pułapki" prezentuje zdecydowanie gorszy poziom niż części poprzednie to w dalszym ciągu jest to bardzo rozrywkowe, solidne i sprawnie nakręcone kino akcji. Jeśli przymkniemy troszkę oko, to "Die Hard: With a Vengeance” może dać nam naprawdę dużo zabawy.
źródło: http://diehard.wikia.com/wiki/Katya
Ocena: 6/10.

Ciekawostka: "Die Hard: With a Vengeance” ma również alternatywne zakończenie rozgrywające się w Europie Wschodniej, które początkowo miało zostać wykorzystane w filmie, ale wskutek protestów studia zostało zmienione. Jeśli ktoś z Was ma ochotę je obejrzeć, można je bezproblemowo zobaczyć na YouTube: Die Hard with a Vengeance (1995) – Alternate Ending (zamieszczam poniżej).

środa, 21 listopada 2012

"The Sixth Sense"

Po "Szóstym zmyśle" gwiazda M. Night Shyamalana rozbłysła jak supernowa na hollywoodzkim niebie. Niestety niezwykle szybko paliwo napędzające popularność tego reżysera zaczęło się wyczerpywać. Oczywiście nie da się ukryć, że najwięcej w tym winy samego Shyamalana, który każdy kolejny film opierał na dokładnie takim samym patencie. Na jakimże, zapewne spytacie? Otóż był to twist, czyli nieoczekiwany zwrot akcji (często czerpany prostu z najgłębszych czeluści dupy – absolutne przegięcie to "The Happening"). W końcu doszło do absurdalnej sytuacji, w której tak jak Michaela Baya uważa się za reżysera opierającego warsztat jedynie na efektach specjalnych, tak Shyamalan stał się synonimem twistu. Dziś jednak, na nasze szczęście, zajmiemy się jego szczytowym osiągnięciem, czyli "Szóstym zmysłem". Po raz ostatni oglądałem ten film wieki temu, a teraz nadarzyła się dobra okazja, aby skonfrontować młodzieńcze wrażenia ze zgorzkniałą rzeczywistością dnia teraźniejszego. Swoją drogą wtrącę, iż większość tego rodzaju konfrontacji kończy się drastyczną rewizją ocen.

źródło: http://www.impawards.com/index.html
Dr Malcolm Crowe (Bruce Willis) to wyjątkowo utalentowany filadelfijski psycholog dziecięcy. Za wybitne osiągnięcia dostaje nawet nagrodę, ale tej samej nocy jego dom odwiedza bardzo niezadowolony były pacjent. Crowe zostaje postrzelony, przez co jego życie diametralnie się zmienia. Dotąd szczęśliwe małżeństwo chyli się ku upadkowi, gdyż Anna (Olivia Williams) od niefortunnego incydentu nie rozmawia ze swoim małżonkiem. Aby odreagować napiętą sytuację w domowym ognisku Crowe zaczyna leczyć małego chłopca. Cole (Haley Joel Osmont) ma poważne problemy z psychiką, które utrudniają mu normalne funkcjonowanie zarówno w szkole, jak i w domu. Z czasem Crowe poświęca chłopcu coraz więcej uwagi i czasu, aż w końcu poznaje jego największą tajemnicę.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Bardzo ciekawym zabiegiem było obsadzenie w głównej roli Bruce’a Willisa. Dotychczas utożsamiany z kinem akcji twardziej gra raczej subtelną rolę dziecięcego psychologa. Zaiste należy docenić odwagę takiego eksperymentu. Ponoć Shyamalan napisał rolę dr Crowe’a specjalnie dla niego. Moim zdaniem Willis bardzo dobrze wypada w "Szóstym zmyśle" tworząc bardzo przekonującą kreację. Pamiętam, że po premierze wszyscy zachwycali się natomiast małoletnim Osmontem, toteż tychże zachwytów powtarzać nie będę. Powiem tylko, że jak na jedenastoletniego dzieciaka zagrał imponująco. Niezwykle podobała mi się także Toni Collette wcielająca się w rolę matki Cole’a – przejmująca rola. Pod względem aktorstwa mamy zatem więcej niż przyzwoity poziom. Co można zaliczyć jeszcze na plus? "Szósty zmysł" ma pewien niepokojący klimat, aczkolwiek po którejś projekcji się on znacznie rozmywa. Tym samym możemy przejść do tego co mi się nie podobało.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Główny problem "Szóstego zmysłu" to wspomniany we wstępie twist. Przez to rozwiązanie fabularne film robi ogromne wrażenie za pierwszym razem, ale potem w zasadzie nie ma sensu go już oglądać. Zdecydowanie nie cieszy tak samo i zasadniczo może zostać uznany za tzw. one time wonder. Gdy oglądałem film po raz pierwszy byłem pod wrażeniem i wystawiłem mocarną ósemkę. Po niedawnej projekcji jestem jednakże zmuszony obniżyć ocenę filmu o jedną gwiazdkę, gdyż towarzyszące kiedyś oglądaniu zainteresowanie zamieniło się w z czasem w całkowitą obojętność. To zjawisko występuje niestety przy każdym późniejszym dziele Shyamalana. Ba, nawet się coraz bardziej pogłębia. Podsumowując: "Szósty zmysł" to solidne kino, które przeszło do legendy za sprawą jednej kwestii: I see dead people. Jeśli ktokolwiek z Was nie miał okazji jeszcze obejrzeć tego filmu to zdecydowanie powinien to zrobić.

Ocena: 7/10.

wtorek, 20 listopada 2012

"Die Hard 2"

"Die Hard 2" to kontynuacja świetnej "Szklanej Pułapki", którą niedawno recenzowałem. Oczywiście podobnie jak oryginał oglądałem go milijon razy. W tym miejscu chciałbym podziękować osobom, które układały ramówkę Polsatu. Po pierwszej odsłonie nikogo nie mogło zaskoczyć powstanie sequelu. Oczywiście z wyjątkiem polskich tłumaczów tytułu, których nieudolne dzieło uderzyło w widzów teraz z pełną mocą. Niestety druga część nie ma kompletnie nic wspólnego ze szklanymi pułapkami. No, ale cóż można było zrobić więcej? Jest jak jest, tytuł się przyjął, więc ubolewań dość – przejdźmy do fabuły.

źródło: http://www.impawards.com/index.html
Znowu mamy święta. John McClane (Bruce Willis), pogromca niemieckiego terroryzmu z Nakatomi Plaza, oczekuje na żonę Holly (Bonnie Bedelia) na Dulles International Airport w Waszyngtonie. Zgadnijcie co się stanie dalej? Oczywiście McClane jak magnes przyciąga złowrogich terrorystów. Tym razem geniusz zbrodni pułkownik Stuart (William Sadler) postanowił sparaliżować międzynarodowy port lotniczy, aby odbić generała Ramona Esperanzę (Franco Nero). El Generale rządził wesoło w Valverde w Ameryce Łacińskiej. Co ciekawe to samo państwo wykorzystano w "Commando", a według pierwotnego pomysłu pierwsze "Die Hard" miało być sequelem tego właśnie filmu. Przy pomocy funduszów od Wuja Sama Esperanza zwyciężył komunistyczną guerillę. Niestety generał na tym nie poprzestał i przejął miejscowy narkobiznes stając się największym dostawcą anielskiego pyłu w regionie. To z kolei wywołało oburzenie w Waszyngtonie i doprowadziło do obalenia generała, a także jego późniejszej ekstradycji do USA. Przypomina Wam to coś? Może Panama i Manuel Noriega? Jakież są zatem motywacje głównego czarnego charakteru? Otóż pułkownik Stuart nie pogodził się z upadkiem swojego idola, gdyż szanuje go za krwawą rozprawę z lewactwem.
źródło: http://www.filmweb.pl/
Z bólem serca muszę przyznać, że druga część nie jest aż tak dobra jak pierwsza. Na pewno jest bardziej epicka, bo wszystkiego tu pełno: od sprzętu przez eksplozje po samoloty. Niestety zabrakło tak fajnego czarnego charakteru jak Hans Gruber. Nie mogę się czepiać Williama Sadlera za jego kreację, ponieważ dał z siebie wszystko. Niestety mógł zrobić tylko tyle, na ile pozwalał mu scenariusz. Skoro jesteśmy już przy aktorstwie to ocenię resztę obsady. Bruce Willis jak zawsze świetny, Bonnie Bedelia równie dobra jak w pierwszej odsłonie. Drugoplanowi wykonawcy przeważnie dają radę. Podobał mi się w szczególności Dennis Franz w roli niezbyt ogarniętego i leniwego kapitana Lorenzo. Na brawa zasłużyli również sympatyczny Reginald VelJohnson (chociaż krótki epizodzik strasznie), John Amos (major Grant), Fred Dalton Thompson (Trudeau) oraz Art Evans (Leslie Barnes). Trochę przegięte kreacje stworzyli natomiast William Atherton (Richard Thornburg) oraz Sheila McCarthy (Samantha Coleman). Niemniej oboje musieli zagrać dziennikarzy, toteż moja ocena ich wysiłków prawdopodobnie wynika z naturalnej odrazy do tego fachu.
źródło: http://www.the-filmreel.com/
Pod względem epickości "Die Hard 2" prezentuje się znacznie lepiej niż część pierwsza. Oglądamy nieustające pościgi, mordobicia, eksplozje i strzelaniny, a przy okazji wybuchające samoloty. I to nie jakieś awionetki, ale potężne, pasażerskie maszyny. Fabuła też jest znacznie bardziej udziwniona i skomplikowana. Wraz ze wzrostem wszystkiego rośnie też niestety poziom niedorzeczności. Na szczęście nie przekracza typowych granic dla kina akcji. Mimo wspomnianych powyżej wad "Die Hard 2" to bardzo solidne kino sensacyjne, które powinien znać każdy szanujący się kinoman. To właśnie ta seria wyznaczała niedoścignione standardy dla setek nieudolnych kopii. Mimo ponad dwóch dekad od powstania nadal bawiłem się przednio. Polecam z pełną odpowiedzialnością!
źródło: http://www.wikia.com/Wikia

Ocena: 7/10.

wtorek, 13 listopada 2012

"Die Hard"



"Die Hard" spokojne mogę zaliczyć do pięciu najczęściej oglądanych filmów mojego życia. Legendarny poniedziałkowy hit Polsatu, dodatkowo wspierany obowiązkowymi projekcjami w każde święta (bo akurat na ten czas przypada akcja filmu), znam niemal na pamięć. Jest to prawdziwa esencja kina akcji lat 80-tych i zarazem początek bardzo rozrywkowej serii, która zdobyła ogromną popularność na całym świecie. W naszym kraju wynika ona może nie tyle z wysokiej klasy filmów, co z nieudolnego i wielokrotnie wyśmiewanego tłumaczenia tytułu pierwszej odsłony. Moim zdaniem termin die hard jest nie przetłumaczalny na język polski w formie wystarczająco zgrabnej by mogła stanowić tytuł filmu. Nie dziwię się zatem, że postanowiono go zmienić na Szklaną pułapkę, która zgrabnie wpasowuje się (co nawet pochwalono na IMDb) w konwencję filmu. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie powstały kontynuacje "Die Hard" nie mające nic wspólnego ze szklanymi pułapkami. Cóż, któż to mógł przewidzieć?
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Fabuła nie wybija się szczególnie na tle produkcji z lat 80-tych: ot, samotny heros podejmuje walkę ze zgrają złych kolesiów. Bohaterem "Die Hard" jest John McClane (Bruce Willis), nowojorski gliniarz z okazji świąt odwiedzający rodzinę w Los Angeles. Od razu z lotniska policjant udaje się do Nakatomi Plaza, gdzie odbywa się świąteczne przyjęcie organizowane przez japońską korporację, w której pracuje małżonka naszego bohatera. Wkrótce okazuje się, że monumentalny biurowiec stał się celem świetnie zorganizowanych i bezwzględnych niemieckich terrorystów. Geniusz zbrodni Hans Gruber (Alan Rickman) i jego koledzy biorą uczestników przyjęcia jako zakładników i przystępują do realizacji przygotowanego z niemiecką precyzją planu. McClane unika niewoli i rozpoczyna samotną walkę o przetrwanie nie tylko swoje, ale i uwięzionych.
źródło: http://www.movie-film-review.com/
Co przesądziło o sukcesie "Die Hard"? Według mnie główne przyczyny to doskonałe postacie Johna McClane’a i Hansa Grubera, niezwykle sprawna realizacja oraz spora efektowność filmu. McClane to twardy nowojorski gliniarz, odpalający kolejnego papierosa od poprzedniego, na dodatek co jakiś czas ironicznie komentujący otaczającą go rzeczywistość. Archetyp prawdziwego bohatera o stalowych jajach, aczkolwiek nikt nie chciałby mieć takich stóp jak John na koniec filmu. Z kolei Hans Gruber, niemiecki geniusz zbrodni i terrorysta, czytający w wolnych chwilach Time i Forbesa, to chyba życiowa kreacja Alana Rickmana. W ogóle zabieg, aby wykorzystać długowłosych niemieckich terrorystów wydaje mi się przedniej jakości. Co ciekawe w wersji wyświetlanej w Niemczech, z uwagi na działalność Frakcji Czerwonej Armii (RAF), zrobiono z nich Irlandczyków, co w kontekście trzeciej części wypadło kompletnie bezsensownie. Z grona czarnych charakterów na szczególną uwagę zasługuje jeszcze Karl, legendarna kreacja nieżyjącego już niestety Alexandra Gudonova. Nie ma przypału również po stronie dobrych ludzi. Bonnie Bedelia niezwykle wiarygodnie wypada w roli żony McClane’a, natomiast główny pomagier naszego bohatera, sierżant Al Powell (Reginald VelJohnson), to sympatyczny pączkożerca o nieciekawej przeszłości.
Karl (Alexander Gudonov) we własnej osobie
źródło: http://www.cracked.com/



W filmie nie mogło oczywiście zabraknąć tępych szefów policji, nadpobudliwych chłopaców z S.W.A.T. oraz tradycyjnego konfliktu kompetencyjnego między fedziami a LAPD. Tym razem twórcy pozwolili sobie na polew z federalnych, bo mamy dwóch agentów Johnsonów: Biga (Robert Davi) oraz Little’a (Grand L. Bush). Wszystko uzupełnia wesoła i brutalna fiesta mordowania. Krew się leje, broni pełno wszędzie, trup ściele się gęsto, a od czasu do czasu efektowne eksplozje cieszące oko. "Die Hard" ogląda się naprawdę świetnie, nawet mimo 24 lat, które minęły od powstania filmu. A do tego jeszcze zabawne komentarze McClane’a, które weszły do kanonu popkultury. Dla mnie "Die Hard" zajmuje miejsce na Olimpie kina akcji. Absolutnie polecam! Cóż można dodać więcej? John McClane rzekłby pewnie: Yippee-ki-yay, motherfucker!
"Now I have a machine gun. Ho ho ho."
źródło: http://www.hollywoodlostandfound.net/
Ocena: 9/10.