Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Dano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Dano. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 sierpnia 2021

Youth (2015)

 You say that emotions are overrated. But that's bullshit.

Emotions are all we've got.

Tym razem w ramach zakończonego parę dni temu Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami nadarzyła się okazja, aby nadrobić zaległości w twórczości Paolo Sorrentino. Włoskiego reżysera chyba nikomu przedstawiać nie trzeba – znacie przecież rewelacyjne "Wielkie piękno" czy "Młodego papieża". Szkoda jedynie, że na podobny pomysł wpadło znacznie więcej osób, przez co Sala Niebieska pękała w szwach i dosłownie niemal nie było czym oddychać (choć fotele, w którym można się wygodnie rozwalić, wręcz zapaść, zawsze na propsie). No, ale czyż wielkie przeżycia intelektualne nie powinny wymagać od nas choćby kapeczki poświęcenia? Po seansie w sumie zastanawiałem się czy napisać recenzję "Młodości" (bardzo trafne tłumaczenie oryginalnego tytułu – "Youth"), ale po pierwsze niezawodna Grażka rozwiała wszelkie wątpliwości w tej materii, a po drugie absolutnie wybitna rola Michaela Caine’a (nawet bez nominacji do Oscara!!!) zasługuje na choćby kilka linijek ode mnie.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Emerytowany, światowej klasy dyrygent i kompozytor Fred Ballinger (Michael Caine) spędza wakacje w szwajcarskim uzdrowisku (ostatnio pierwszy raz byłem w tężni solankowej, więc gorąco polecam). Towarzystwa dotrzymuje mu stary przyjaciel, uznany reżyser Mick Boyle (Harvey Keitel) pracujący wraz grupą młodych scenarzystów nad filmem mającym stać się testamentem wieńczącym jego karierę oraz znany, hollywoodzki aktor Jimmy Tree (Paul Dano), przeżywający swego rodzaju kryzys zawodowy. Wypoczywającemu Fredowi zwala się na głowę córka Lena (Rachel Weisz), która przeżyła bolesne rozstanie z partnerem oraz wysłannik królowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, która pragnie, aby kompozytor wziął udział w specjalnym koncercie z okazji urodzin księcia Filipa.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Po Paolo Sorrentino spodziewałem się przede wszystkim pięknych kadrów i bogatych wrażeń wizualnych. I chociaż w przypadku "Młodości" jest ich naprawdę niewiele, to nie czuję się wcale rozczarowany. Dwie godziny filmy minęły jak z bicza strzelił, mimo że na ekranie stosunkowo niewiele się dzieje, a bohaterowie spędzają czas głównie na nostalgicznych rozmowach o przeszłości. Chociaż nie uświadczymy nagłych zwrotów akcji czy nieoczekiwanych twistów fabularnych to "Młodość" ogląda się naprawdę znakomicie (no chyba, że jaracie się jedynie "Avengersami", to może być dla Was nudnawo). Osadzenie akcji w szwajcarskim sanatorium może już na wstępie postarza fabułę, ale przecież większość z nas doczeka zapewne starości i będzie się borykało z problemami dotykającymi filmowych bohaterów (np. problemy z oddawaniem moczu). Niemniej swoiste rozliczenie z życiem Freda i Micka wypada niezwykle interesująco z uwagi na ich wspólną przeszłość oraz nadzwyczaj bogate życiorysy. Jak to przeważnie bywa, genialność jednostki mocno ogranicza pozytywne oddziaływanie na życie rodzinne i doprowadza często do kompletnej katastrofy w budowaniu poczucia wspólnoty (vide szczere rozmowy Freda z córką).

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ale jest to również opowieść o tym, że z wiekiem zatracamy poczucie kontaktu z rzeczywistością, opierając się coraz bardziej na naszych wyobrażeniach dotyczących przeszłości, które przeważnie mają niewiele wspólnego z prawdziwymi zdarzeniami. I to właśnie najczęściej bliskie osoby wytracają nas z samozadowolenia, przedstawiając wydarzenia z ich perspektywy. Oprócz wspomnianych wyżej szczerych rozmów Freda z Leną, dobitnie pokazuje to relacja Micka z jego młodymi scenarzystami, którzy wręcz hołubią jego postać, stawiając mu niemal spiżowy pomnik za życia. Wszystko zmienia się w momencie, gdy uznany reżyser spotyka się z aktorką, którą wedle siebie samego, wylansował na wielką gwiazdę. Brenda Morel (Jane Fonda) brutalnie weryfikuje wspomnienia Micka, bez litości punktując dodatkowo jego ostatnie dokonania filmowe. Innym, ciekawym, a jednocześnie totalnie przejmującym smutkiem, wątkiem jest postać spasionego do granic możliwości południowoamerykańskiego gwiazdora, który żywcem przypomina Diego Maradonę. Warto także zwrócić uwagę na komiczny wręcz związek syna Micka z wcielającą się w siebie samą Palomą Faith.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ostatnio widywałem Michaela Caine’a grającego role dystyngowanych dżentelmenów z wyższej klasy, ociekających poczuciem wyższości (vide epizod w "Tenet"). Tymczasem, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, w "Młodości" angielski aktor całkowicie odszedł od tego konceptu. Fred zdecydowanie nie okazuje wyższości, może z wyjątkiem scen z wysłannikiem królowej, tworząc chyba najbardziej ludzką i przejmującą kreację w karierze Micheala Caina (przynajmniej w jego filmach, które widziałem). Naprawdę uważam, że warto obejrzeć "Młodość" choćby tylko z powodu tej doskonałej roli angielskiego aktora. Nie chcę w żaden sposób umniejszać wysiłków Harveya Keitela, ale jednak to Michael Caine osiągnął tutaj aktorski Parnas. Rachel Weisz również zagrała bardzo dobrze, z prawdziwymi emocjami wcielając się w córkę Freda. Podobnie mogę napisać o roli Jane Fondy. Jednak najbardziej na drugim planie błyszczy niepozorny Paul Dano, który stworzył po prostu magnetyczną i bezbłędną kreację.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

"Youth" to przykład znakomitego kina, przy którym nie spoglądacie na zegarek, odliczając minuty do końca seansu. I choć pod względem wizualnym nie jest to może film charakterystyczny dla twórczości Paolo Sorrentino, to polecam Wam gorąco tę doskonałą opowieść.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ocena: 9/10.

sobota, 26 stycznia 2019

"Wildlife"/"Kraina wielkiego nieba" (2018)

Well, ain't this a wild life, son?

Poprzedni rok zamknąłem nawiązaniem do ubiegłorocznych Oscarów ("Call Me by Your Name"), a kolejny otwieram filmem mającym szansę zebrać parę nominacji w tegorocznej odsłonie tychże nagród. Kiedy zacząłem pisać wstęp do recenzji tak naprawdę nie wiedziałem czy "Wildlife" (w Polszy znamy pod wyjątkowo trafnym tytułem "Kraina wielkiego nieba", nawiązującym do jednego z przydomków Montany: Big Sky Country) dostanie szansę na jakąkolwiek statuetkę, gdyż lista nominacji nie została jeszcze wówczas ogłoszona. Nie sądziłem jednakże, że proces twórczy (chyba ostatnio za mało piję) przeciągnie się w czasie tak bardzo, że 22 stycznia będę zmuszony do edytowania własnego tekstu. Niemniej, wyszło jak wyszło i finalnie "Wildlife" pominięto zarówno w nominacjach do Złotych Globów, BAFTA, jak i Oscarów. Reżyserski debiut Paula Dano, którego miałem ostatnio okazję oglądać w przedziwnej produkcji zatytułowanej "Swiss Army Man", gdzie wesoło zabawiał się z gadającym truchłem Daniela Radcliffe’a (polecam obejrzeć), zainteresował mnie przede wszystkim z powodu obecności w obsadzie Jake’a Gyllenhaala. Warto również nadmienić, że "Wildlife" to adaptacja powieści autorstwa amerykańskiego pisarza Richarda Forda opublikowanej pod tym samym tytułem w 1990 roku. Co ciekawe, gdy Paul Dano starał się o uzyskanie prawa do adaptacji filmowej książki, autor zaprezentował niezwykle zaskakujące podejście: My book is my book, your picture, were you to make it, is your picture. Your movie maker's fidelity to my novel is of no great concern to me. Establish your own values, means, goal. Leave the book behind so it doesn't get in the way (źródło: https://www.imdb.com/title/tt5929754/trivia?ref_=tt_trv_trv).
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Wildlife" rozgrywa się w 1960 roku w USA. Nastoletni Joe Brinson (Ed Oxenbould) przenosi się wraz z rodzicami do prowincjonalnego miasteczka w Montanie. Jego ojciec, sympatyczny i łatwo nawiązujący kontakty Jerry (Jake Gyllenhaal) traci właśnie niskopłatną pracę na lokalnym polu golfowym, która stanowiła jedyne źródło dochodów familii. W obliczu finansowej klęski matka chłopca Jeanette (Carey Mulligan) bierze sprawy w swoje ręce zatrudniając się jako nauczycielka pływania na pół etatu. Jerry, nie mogąc znaleźć nowego zajęcia, pogrąża się we frustracji, a gdy tylko nadarza się okazja na wyjazd w góry w celu walki z niebezpiecznymi pożarami lasów, decyduje się natychmiast. Przed młodziutkim Joe wyrasta wówczas nieoczekiwane i trudne zadanie utrzymania rodzinnych więzów.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to niewielka, wręcz kameralna produkcja, która w całości została poświęcona prozie życia na amerykańskiej prowincji na początku lat 60-tych ubiegłego stulecia. Problemy dotykające bohaterów filmu są wręcz niezwykle prozaiczne: bezrobocie, finansowa niestabilność rodziny, czy też poważny kryzys małżeński najmocniej uderzający w bezbronnego nastolatka, który tak naprawdę niczemu nie zawinił. Paul Dano postawił na niezwykle interesującą perspektywę, ponieważ wydarzenia rozgrywające się na ekranie oglądamy z perspektywy małoletniego Joe. Chłopak, który powinien zachować z młodzieńczych lat najlepsze wspomnienia, zamiast tego musi skupić się na zachowaniu integralności rodziny oraz znalezieniu dorywczej pracy pozwalającej na polepszenie egzystencji materialnej. Dodatkowo "Wildlife" brutalnie rozprawia się z amerykańskim snem oraz wyobrażeniem o powojennej prospericie, która znajduje się raczej w mocno schyłkowym okresie. Prowincjonalne miasteczko w Montanie nie oferuje zbyt wielu ścieżek kariery i ciężko wywnioskować co dokładnie skusiło Jerry’ego do wyboru akurat tego miejsca (jakich pewnie było tysiące). Znalezienie pełnoetatowej, poważnej pracy zakrawa niemalże na cud, więc coraz bardziej aktualne staje się hasło wyborcze z polskiej gry "Rezerwowe psy": Chłodno, głodno, chujowo (zważywszy na rychłe na nadejście zimy).
źródło: https://www.imdb.com
"Kraina wielkiego nieba" w niezwykle realistyczny sposób ukazuje również rozpad raczej średnio udanego małżeństwa. W pewnym momencie wydaje się, że tłamszona dotychczas kobieta przejmie stery pogrążonego w kryzysie związku i wyjdzie na prostą, ale finalnie okazuje się równie słabym ogniwem co dotychczasowy małżonek (o ile nawet nie wypada jeszcze gorzej). Swoją drogą jest to film o bardzo prostych ludziach, którzy jeżeli mieli kiedykolwiek jakieś ambicje czy aspiracje do wyższych celów, to już dawno pogrążyli je w odmętach niepamięci. Tempo filmu nie rzuca na kolana, ale przecież nie oczekujemy od prozaicznego tematu nagłych, nieoczekiwanych zwrotów akcji czy też nadmiaru ekranowych wydarzeń. Fabuła ślamazarnie toczy się do finału, idealnie wręcz oddając szybkość egzystencji w prowincjonalnym miasteczku w Montanie. Powolność bardzo fajnie podkreślają zdjęcia – częste, statyczne i długie ujęcia na panoramę miasta na tle gór, w którym kompletnie nic się nie dzieje, a czasem jedynie przejedzie jakiś pociąg. Poza tym Paul Dano stworzył w "Wildlife" klimat, który przynajmniej ja odbieram jako wyjątkowo smutny i przygnębiający (mimo niezachwianej, młodzieńczej wiary Joe, że wszystko będzie dobrze).
źródło: https://www.imdb.com
W kwestii aktorstwa jest naprawdę bardzo kameralnie, ponieważ w zasadzie można skupić się wyłącznie na czterech najważniejszych postaciach. Ed Oxenbould, wcielający się w Joe, wypadł naprawdę dobrze, fajnie odgrywając nastolatka, któremu bez żadnej winy nagle wali się na głowę cały świat. Jego postać w jednej chwili musi stanąć samotnie przeciwko różnym przeciwnościom losu: od starania o ocalenie jedności rodziny, przez zdobycie pracy po naukę gotowania obiadu. Jednak prawdziwy koncert aktorskich umiejętności zaprezentowali Jake Gyllenhaal oraz Carey Mulligan. Jerry to sympatyczny koleś, ale raczej lekkomyślny, zawzięty i honorowy człowiek, który naprawdę kocha swoją rodzinę. Niemniej pod względem materialnym totalnie beztroski i biernie wyczekujący na zdobycie pracy. Z kolei Jeanette to osoba o wiele bardziej aktywna, ale także nieszczęśliwa i marząca o wyrwaniu się z monotonnego, małomiasteczkowego życia (nawet za cenę utraty rodziny). Jeśli chodzi o te dwie role to Paul Dano naprawdę nie mógł wybrać lepszych aktorów. Nasz kwartet uzupełnia natomiast Bill Camp (Warren Miller), wcielający się w lokalnego krezusa posiadającego salon samochodowy, który naprawdę wie czego chce od życia i jak to zdobyć.
źródło: https://www.imdb.com
"Wildlife" to dosyć udana produkcja, aczkolwiek kompletnie pominięta w tegorocznych nagrodach filmowych. Co prawda dopiero zaczynam przygodę z oscarowymi nominacjami, ale wydaje mi się, że zarówno Jake Gyllenhaal i Carey Mulligan mogliby bez przypału przytulić po nominacji za role drugoplanowe, a film Paula Dano wcale nie musiałby być pominięty w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. No cóż, Akademia rządzi się swoimi prawami, ale polecam Wam "Krainę wielkiego nieba" jako naprawdę solidny dramat obyczajowy.
źródło: https://www.imdb.com
Ocena: 7/10.

sobota, 15 grudnia 2012

"Cowboys & Aliens"



Czy po filmie zatytułowanym "Cowboys & Aliens" można spodziewać się wyszukanej intelektualnej rozrywki? Oczywiście, że nie, aczkolwiek można spodziewać się przyzwoitego kina akcji z totalnym rozpierdolem w tle. Wracając do samego pomysłu: gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym przedsięwzięciu pomyślałem sobie, że jest to jedno z najgłupszych zestawień w dziejach kina. Niestety po krótkim wysiłku intelektualnym (jeśli można takie procesy w ten sposób nazywać) wymyśliłem coś bardziej idiotycznego - "Spartans vs. Predator". Mam świadomość, że Hollywood jest otwarte na tego rodzaju idee, toteż w przypadku realizacji mojego pomysłu oczekuję procenta od zysków i obiecuję wspomóc pozytywną recenzją.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Najlepszym streszczeniem fabuły jest tytuł filmu: kowboje walczą z przybyszami z kosmosu. Imponujące, nieprawdaż? Niemniej wspomnę, iż akcja rozgrywa się w gorącej Arizonie w 1873 roku naszej ery. Jake (Daniel Craig) budzi się na pustyni z całkowicie wyzerowaną pamięcią o swoich przeszłych dokonaniach. Nie jest to bynajmniej efekt grubego melanżu, gdyż nasz bohater nosi na ręce tajemniczą bransoletę, wyraźnie niewykonaną ludzką technologią. Wkrótce Jake dostaje się do pustynnego miasteczka Absolution, którym twardą ręką rządzi pułkownik Dolarhyde (Harrison Ford). I tu w zasadzie urywa się wszelka sensowność, bo wkrótce pojawiają się obcy, których trzeba napierdalać.
W poszukiwaniu Melanżu Ostatecznego
(źródło: http://www.allmoviephoto.com/)
"Cowboys & Aliens" są aż tak dramatyczni, jak wskazuje tytuł. Nonsensowna fabuła to chyba największy zarzut. Do tego można dodać żenującą gloryfikację dzielnej rdzennej ludności, która tymczasowo uniknęła eksterminacji. Szybko okazuje się, że Apacze to mistrzowie górskiej guerilli, niczym nieustępujący afgańskim Talibom. Naprawdę jest tragicznie pod tym względem i trudno to zdzierżyć. Oprócz nonsensowności fabuła ma jeszcze jedną cechę, która ją wyróżnia pośród tego rodzaju produkcji. Generalnie składa się z samych doskonale znanych klisz i stanowi nihil novi sub sole. Pytam się dlaczego w każdym klasycznym westernie trzeba przeskoczyć z konia na jakiś inny środek transportu? W tym akurat zakrawa to na absurd. Oprócz wspomnianych powyżej Indian "Cowboys & Aliens" uświadczyło mnie bandą złodziejów, złym charakterem, który nie jest naprawdę zły oraz wyjątkowo ckliwymi scenami śmierci poszczególnych postaci wypełnionymi patosem do porzygu.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
W obsadzie mamy zarówno gwiazdy wielkiego formatu (Daniel Craig i Harrison Ford) jak i gwiazdy mniejszego formatu (Sam Rockwell, Olivia Wilde, Paul Dano, Clancy Brown). Craig jest w porządku i w tej gównianej konwencji wypada nawet przekonująco, aczkolwiek po raz kolejny gra małomównego twardziela. Niestety na przeciwstawnym biegunie znalazł się Harrison Ford, który wkurwiał mnie po prostu niemiłosiernie. Reszta obsady gra na tyle, na ile pozwala wspaniały scenariusz. Jestem głęboko przekonany, że filmu nie uratowałyby nawet najlepsze efekty specjalne w historii ludzkiej kinematografii. Muszę przyznać, że pod tym względem "Cowboys & Aliens" wypadają dosyć solidnie. Nie są to może wyjątkowo porywające efekty, aczkolwiek widziałem tyle filmów science fiction, że trudno mnie czymś zaskoczyć. Jakoś wygląd obcych mi się niezbyt podobał i to zasadniczo jedyne zastrzeżenie jakie mogą sformułować. "Cowboys & Aliens" mogę polecić jedynie jako idealny film obiadowy i dlatego taka a nie inna ocena.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ocena: 3/10.

niedziela, 2 grudnia 2012

"Looper"



Do obejrzenia "Loopera", oprócz tematyki science fiction (zabawy z czasem zawsze w cenie), skłoniły mnie niezwykle pochlebne recenzje filmu oraz wysokie oceny. Do wyśrubowanych not podchodzę zwykle bardzo sceptycznie, gdyż najczęściej po projekcji następuje brutalna weryfikacja rzeczywistości. Jednak w stosunku do "Loopera" miałem umiarkowane nadzieje na całkiem dobrą zabawę oraz liczyłem na ocenę zdecydowanie z drugiej połówki skali. Dlaczego? Pewnie wynika to z faktu, iż uwielbiam s-f i trochę inaczej podchodzę do tego rodzaju tematyki. Było to również moje pierwsze spotkanie z Rianem Johnsonem, który wyreżyserował oraz napisał scenariusz do filmu, więc nie miałem żadnej urazy do jego wcześniejszej twórczości.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja "Loopera" rozgrywa się w roku 2044. Podróże w czasie jeszcze nie są możliwe, ale technologia zostanie odkryta w za 30 lat i niemal od razu zdelegalizowana. Skąd o tym wiemy? Otóż podróże w czasie zostały natychmiast wykorzystane przez potężne przestępcze syndykaty do eliminowania swoich przeciwników. W dalszej przyszłości (to jest w 2074 roku) praktycznie niemożliwe jest pozbycie się ciała zamordowanej osoby, toteż geniusze zbrodni postanowili wysyłać swoich przeciwników w przeszłość i likwidować ich na miejscu. Procederem tym parają się tytułowi looperzy. Joe (Joseph Gordon-Levitt) w ten właśnie sposób zarabia na życie i odkłada sztabki srebra do podróż do Francji. Sytuacja skomplikowała się, gdy jego przyjaciel Seth (Paul Dano) nie zdołał zamknąć pętli (looperzy którzy przeżyli do 2074 roku stają się niewygodni dla syndykatów i są odsyłani w przeszłość, a następnie eliminowani przez młodsze wersje samych siebie za bardzo wysokie stawki). Wkrótce Joe staje przed podobnym wyzwaniem, gdyż z przyszłości przybywa jego starsza o 30 lat wersja (Bruce Willis).
źródło: http://www.loopermovie.com/
Podróże w czasie? Czemu nie, ciekawy temat na film, zwłaszcza, że w "Looperze" dochodzi do konfrontacji między dwiema wersjami tego samego człowieka (pozwolę sobie pominąć teoretyczne rozważania czy jest w ogóle możliwe, nie jestem przecież fizykiem kwantowym). I to jest bardzo fajne: czy zdołalibyście przekonać młodszą wersję samego siebie, aby uniknęła pewnych błędów i dokonała innych wyborów? Wyjątkowo interesująca kwestia, nieprawdaż? Niemniej rozwój fabuły trochę mnie zawiódł, gdyż moim zdaniem młodszy Joe powinien postępować całkowicie inaczej. W pewnym momencie myślałem, że zakończenie będzie po prostu dramatyczne i wydatnie obniży ocenę filmu, ale tak się na szczęście nie stało. Niemniej ogromnych zachwytów z tego powodu również nie odczuwam. Stawiam zatem diagnozę, że rozwiązania fabularne można było znacznie poprawić. Wizja przyszłości z roku 2044 roku nie jest zachęcająca, przy czym niewiele różni się od naszej. Wielka rewolucja technologiczna się nie dokonała. Ot, dodano parę futurystycznych gadżetów, a biedy, meneli oraz prochów jest znacznie więcej na amerykańskich ulicach. Akcja dzieje się w Kansas, więc może to miejsce już tak nawet wygląda obecnie. W "Looperze" nie uderza w nas od pierwszych minut feria efektów specjalnych. W porównaniu do choćby  najnowszego "Total Recall" film Riana Johnsona jest w nie bardzo ubogi, ale nie można powiedzieć, aby była to wada. Sprawia to, że możemy lepiej skupić się na akcji i zainteresować losami bohaterów, a nie bezmyślnie gapić na graficzne wytwory superkomputerów.
http://www.loopermovie.com/
Parę rozwiązań zastosowanych w "Looperze" jest przedniej jakości. Genialnie przedstawiono przymusowe domykanie pętli Setha. Bohaterowie noszą się ponadto w nietypowej stylówie pożyczonej z filmów, które pożyczyły ją z innych filmów. Świetnie wypadają krótkie sekwencje przedstawiające 30 lat życia Joe: stopniowa przemiana Josepha Gordon-Levitta w Bruce’a Willisa rysuje się bardzo interesująco. Tutaj chciałbym również docenić scenę, w której Joe poznaje swoją przyszłą żonę, naprawdę niezwykle zabawna. W filmie znalazło się również kilka dziwacznych rzeczy. Dziwi mnie trochę broń używana przez looperów, nie wiem czemu akurat taki zasięg i czemu ma to służyć. Nie obyło się też bez lipy: sekwencja w bazie Abe’a przypomina najgorsze wzorce z kina akcji klasy B.  Jeśli chodzi o aktorstwo to generalnie Joseph Gordon-Levitt grający młodego Joe jest całkiem spoko, aczkolwiek czasami jego postać strasznie mnie irytowała, ale to już kwestia jej scenariuszowej konstrukcji. Bruce Willis daje radę jak zawsze. Moją uwagę przykuła natomiast niezwykle mocna kreacja Emily Blunt (Sara). Podobali mi się także wykonawcy z drugiego planu: Jeff Daniels (Abe), Noah Segan (Kid Blue) i Garret Dillahunt (Jesse). Ogólnie, oceniając pod względem aktorstwa, nie uświadczyłem ani krzty żenady. Czy warto zobaczyć "Loopera"? Moim zdaniem tak, na pewno obowiązkowa pozycja dla fanów s-f. Solidne kino, aczkolwiek nie uważam osobiście by zasługiwało na tak wysokie oceny.

Ocena: 6/10.