Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paolo Sorrentino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paolo Sorrentino. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2025

"Parthenope" (2024)

When you know everything, you die early and alone.
Get acquainted with the unspeakable.

Chociaż w Krakowie jestem już prawie od dwóch dekad (w sumie to od paru lat już nie do końca jestem w Krakowie, co raczej bywam, aczkolwiek nie wiem czy ma to dla Was jakiekolwiek znaczenie, ponieważ niektórzy twierdzą, że nie, ale dla innych z kolei wszystko ma znaczenie), to nadal, jak się okazuje ku mojemu ignoranckiemu zaskoczeniu, istnieją miejsca, w których nie stanęła jeszcze moja stopa. Co prawda z każdym rokiem ubywa ich coraz bardziej, niemniej na liście pozostaje jeszcze parę punktów do odhaczenia. Tym razem udało się zaliczyć legendarną kinokawiarnę KIKA, położoną niemalże na styku Ludwinowa i starego Podgórza. I naprawdę fajnie, że przed seansem można wychylić lampkę wina z Moraw albo kufelek czeskiego piwcia (pozdro Natalia za stare czasy Zielonego Kontrabasu), to możliwość wnoszenia tychże trunków na kinową salę nie jest już taka kolorowa w praktyce. Okazało się bowiem, że jest coś jeszcze bardziej wkurwiającego niż spóźnianie się na seans i przepychanie między fotelami do swojego miejsca (czego to najbardziej nienawidzę w kinie): otóż wyłażenie z sali w trakcie filmu po uzupełnienie alko-płynów. Naprawdę, trochę kurwa kultury, a przede wszystkim poszanowania dla pozostałych uczestników seansu. No, ale czas przejść do meritum, ponieważ ten przydługi (albo też przygłupi) wstęp może w zasadzie bardziej zniechęcać niż zachęcać do przeczytania reszty.
A24 Films LLC

Przechodząc do konkretów to wybraliśmy się kinokawiarni KIKA, żeby obejrzeć najnowszy film Paolo Sorrentino, czyli "Parthenope" (w Polszy "Bogini Partenope"). Ponieważ każdy w szkole zapoznał się doskonale z grecką mitologią (oczywiście czytając ją w grece), to nie muszę chyba przypominać, że Parthenope była syreną, której nie udało się uwieść swoim śpiewem Odyseusza, w efekcie czego popełniła samobójstwo, a morze wyrzuciło jej ciało na wyspę Megaride, gdzie dziś wznosi się Castel dell’Ovo (istnieje też alternatywna rzymska wersja legendy z Wezuwiuszem). Greccy kolonizatorzy Italii nazwali miasto założone w tymże miejscu na jej cześć, a dzisiaj znamy je pod inną nazwą – Neapol. I w zasadzie to bohaterka filmu jest właśnie kimś uosabiającym współczesne dzieje tego miasta. Parthenope (Celeste Dalla Porta) przychodzi na świat latem 1950 roku wśród morskich fal małej zatoczki nieopodal jej rodzinnej rezydencji. Dziewczynka od najmłodszych lat sypia w karocy ufundowanej przez bogatego biznesmena zatrudniającego jej ojca, wychowując się razem z podkochującymi się w niej chłopcami: starszym bratem Raimondo (Daniele Rienzo) oraz Sandrino (Dario Aita), synem służącej.
A24 Films LLC

Wychodząc z seansu, jeszcze na schodach kina, usłyszałem pierwsze zachwyty nad zdjęciami – że są wręcz OSZAŁAMIAJĄCE powiedziała pewna pani swojej koleżance, przy czym użycie słowa pani mogłoby sugerować wiek starszy, niemniej zapewne był on zbliżony do mojego (czyli już dawno po latach chrystusowych albo, jeśli preferujecie Dantego, po połowie czasu)! Trudno się nie zgodzić z wyrażoną w ten nad wyraz ekspresyjny sposób opinią – "Parthenope" jest nakręcona po prostu przepięknie, ze zwróceniem uwagi na najmniejsze detale scenografii. Jednak w tych wizualiach jest ukryte coś jeszcze, coś co sprawia, że film Paolo Sorrentino odebrałem w sposób naprawdę wyjątkowy. Bowiem, jak już wspominałem akapit wyżej, jest to swoista opowieść o dziejach Neapolu (gdzie rozgrywała się również bardzo osobista dla reżysera "To była ręka Boga") ukazana przez pryzmat życia Parthenope, to jednak przedstawienie na ekranie tej uroczej dziewczyny ma w sobie coś naprawdę magicznego. Nie chodzi tylko o to, że Celeste Dalla Porta jest (i nie bójmy się tego podkreślić w tych dziwnych czasach!) piękną, zmysłową kobietą i kamera doskonale oddaje jej wdzięki, ale o coś tak nieuchwytnego jak magnetyczny wręcz blask w oczach czy niezwykłą aurę dobroci w najczystszej postaci, która sprawia, że chcielibyśmy z nią kroczyć po najciemniejszych ulicach Neapolu.
A24 Films LLC

I właściwie chociaż fabuła filmu opiera się w dużej mierze na Parthenope przemierzającej ulice rodzinnego miasta to wcale nie jest nudno. Na ekranie oglądamy bowiem wiele dziwnych czy wręcz mistycznych rzeczy – jak choćby epidemię cholery, raczej żałosny występ Grety Cool (Luisa Ranieri) opluwającej mieszkańców Neapolu, połączenie dwóch rodzin Camorry czy doroczny cud krwi świętego Januarego (fiolka z krwią świętego zmienia stan skupienia ze stałego na płynny, ale nie zawsze się udaje) i związaną z nim zabawną i pełną obłudy postać kardynała Vescovo (Peppe Lanzetta). Galeria postaci przewijających się w filmie jest bardzo nietypowa, ale moimi faworytami oprócz wspomnianego hierarchy kościelnego są nieprzystępny profesor Marrotta (Silvio Orlando), pełniący rolę mentora naszej bohaterki w zakresie antropologii oraz autentyczny amerykański pisarz John Cheever (Gary Oldman), którego Parthenope poznaje w trakcie krótkiego wypadu na Capri. Swoją drogą uwielbiam, gdy kino inspiruje mnie do poszerzenia horyzontów, więc właśnie czytam sobie zbiór opowiadań Wizja świata jego autorstwa (i dodam, że jestem zachwycony na tyle, że zakupiłem sobie egzemplarz).
A24 Films LLC

Jeśli chodzi o aktorstwo to Celeste Dalla Porta jest tutaj po prostu numerem jeden pod każdym względem. Jej postać jest ukazana na ekranie w sposób autentycznie zjawiskowy i naprawdę trudno oderwać od niej wzrok, a także przejść obojętnie obok ciętych ripost. Wielkie oklaski należą się również Danielowi Rienzo za fascynującą, przejmującą i przede wszystkim tragiczną rolę brata zakochanego w Parthenope. Warto także wyróżnić Silvio Orlando za przejmującą rolę profesora Marotta, a także Peppe Lanzetta za wybitne wcielenie się w wyjątkowo zdegenerowanego (a może tak naprawdę po prostu zwyczajnego dla tej profesji) kardynała Vescovo. Oczywiście Gary Oldman to jak zawsze klasa sama w sobie, więc jego interpretacja amerykańskiego pisarza Johna Cheevera to również pozycja godna naszej uwagi.
A24 Films LLC

Nie mam najmniejszych złudzeń, że ta recenzja może w jakimkolwiek stopniu oddać złożoność wrażeń z seansu „Parthenope”, niemniej I did my best. Paolo Sorrentino po raz kolejny wzniósł się na boski poziom kinematografii i jedyne co mogę zrobić to zachęcić Was jak najmocniej to obejrzenia tego pięknego filmu poświęconego Neapolowi!
A24 Films LLC

Ocena: 10/10 (chociaż Celeste Dalla Porta zasługuje na 11/10).

wtorek, 31 sierpnia 2021

Youth (2015)

 You say that emotions are overrated. But that's bullshit.

Emotions are all we've got.

Tym razem w ramach zakończonego parę dni temu Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami nadarzyła się okazja, aby nadrobić zaległości w twórczości Paolo Sorrentino. Włoskiego reżysera chyba nikomu przedstawiać nie trzeba – znacie przecież rewelacyjne "Wielkie piękno" czy "Młodego papieża". Szkoda jedynie, że na podobny pomysł wpadło znacznie więcej osób, przez co Sala Niebieska pękała w szwach i dosłownie niemal nie było czym oddychać (choć fotele, w którym można się wygodnie rozwalić, wręcz zapaść, zawsze na propsie). No, ale czyż wielkie przeżycia intelektualne nie powinny wymagać od nas choćby kapeczki poświęcenia? Po seansie w sumie zastanawiałem się czy napisać recenzję "Młodości" (bardzo trafne tłumaczenie oryginalnego tytułu – "Youth"), ale po pierwsze niezawodna Grażka rozwiała wszelkie wątpliwości w tej materii, a po drugie absolutnie wybitna rola Michaela Caine’a (nawet bez nominacji do Oscara!!!) zasługuje na choćby kilka linijek ode mnie.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Emerytowany, światowej klasy dyrygent i kompozytor Fred Ballinger (Michael Caine) spędza wakacje w szwajcarskim uzdrowisku (ostatnio pierwszy raz byłem w tężni solankowej, więc gorąco polecam). Towarzystwa dotrzymuje mu stary przyjaciel, uznany reżyser Mick Boyle (Harvey Keitel) pracujący wraz grupą młodych scenarzystów nad filmem mającym stać się testamentem wieńczącym jego karierę oraz znany, hollywoodzki aktor Jimmy Tree (Paul Dano), przeżywający swego rodzaju kryzys zawodowy. Wypoczywającemu Fredowi zwala się na głowę córka Lena (Rachel Weisz), która przeżyła bolesne rozstanie z partnerem oraz wysłannik królowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, która pragnie, aby kompozytor wziął udział w specjalnym koncercie z okazji urodzin księcia Filipa.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Po Paolo Sorrentino spodziewałem się przede wszystkim pięknych kadrów i bogatych wrażeń wizualnych. I chociaż w przypadku "Młodości" jest ich naprawdę niewiele, to nie czuję się wcale rozczarowany. Dwie godziny filmy minęły jak z bicza strzelił, mimo że na ekranie stosunkowo niewiele się dzieje, a bohaterowie spędzają czas głównie na nostalgicznych rozmowach o przeszłości. Chociaż nie uświadczymy nagłych zwrotów akcji czy nieoczekiwanych twistów fabularnych to "Młodość" ogląda się naprawdę znakomicie (no chyba, że jaracie się jedynie "Avengersami", to może być dla Was nudnawo). Osadzenie akcji w szwajcarskim sanatorium może już na wstępie postarza fabułę, ale przecież większość z nas doczeka zapewne starości i będzie się borykało z problemami dotykającymi filmowych bohaterów (np. problemy z oddawaniem moczu). Niemniej swoiste rozliczenie z życiem Freda i Micka wypada niezwykle interesująco z uwagi na ich wspólną przeszłość oraz nadzwyczaj bogate życiorysy. Jak to przeważnie bywa, genialność jednostki mocno ogranicza pozytywne oddziaływanie na życie rodzinne i doprowadza często do kompletnej katastrofy w budowaniu poczucia wspólnoty (vide szczere rozmowy Freda z córką).

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ale jest to również opowieść o tym, że z wiekiem zatracamy poczucie kontaktu z rzeczywistością, opierając się coraz bardziej na naszych wyobrażeniach dotyczących przeszłości, które przeważnie mają niewiele wspólnego z prawdziwymi zdarzeniami. I to właśnie najczęściej bliskie osoby wytracają nas z samozadowolenia, przedstawiając wydarzenia z ich perspektywy. Oprócz wspomnianych wyżej szczerych rozmów Freda z Leną, dobitnie pokazuje to relacja Micka z jego młodymi scenarzystami, którzy wręcz hołubią jego postać, stawiając mu niemal spiżowy pomnik za życia. Wszystko zmienia się w momencie, gdy uznany reżyser spotyka się z aktorką, którą wedle siebie samego, wylansował na wielką gwiazdę. Brenda Morel (Jane Fonda) brutalnie weryfikuje wspomnienia Micka, bez litości punktując dodatkowo jego ostatnie dokonania filmowe. Innym, ciekawym, a jednocześnie totalnie przejmującym smutkiem, wątkiem jest postać spasionego do granic możliwości południowoamerykańskiego gwiazdora, który żywcem przypomina Diego Maradonę. Warto także zwrócić uwagę na komiczny wręcz związek syna Micka z wcielającą się w siebie samą Palomą Faith.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ostatnio widywałem Michaela Caine’a grającego role dystyngowanych dżentelmenów z wyższej klasy, ociekających poczuciem wyższości (vide epizod w "Tenet"). Tymczasem, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, w "Młodości" angielski aktor całkowicie odszedł od tego konceptu. Fred zdecydowanie nie okazuje wyższości, może z wyjątkiem scen z wysłannikiem królowej, tworząc chyba najbardziej ludzką i przejmującą kreację w karierze Micheala Caina (przynajmniej w jego filmach, które widziałem). Naprawdę uważam, że warto obejrzeć "Młodość" choćby tylko z powodu tej doskonałej roli angielskiego aktora. Nie chcę w żaden sposób umniejszać wysiłków Harveya Keitela, ale jednak to Michael Caine osiągnął tutaj aktorski Parnas. Rachel Weisz również zagrała bardzo dobrze, z prawdziwymi emocjami wcielając się w córkę Freda. Podobnie mogę napisać o roli Jane Fondy. Jednak najbardziej na drugim planie błyszczy niepozorny Paul Dano, który stworzył po prostu magnetyczną i bezbłędną kreację.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

"Youth" to przykład znakomitego kina, przy którym nie spoglądacie na zegarek, odliczając minuty do końca seansu. I choć pod względem wizualnym nie jest to może film charakterystyczny dla twórczości Paolo Sorrentino, to polecam Wam gorąco tę doskonałą opowieść.

© 20TH CENTURY STUDIOS.

Ocena: 9/10.

czwartek, 30 maja 2019

"The Young Pope" (sezon 1, 2016)


I am a contradiction. Like God. One in three and three in one.
Like Mary, virgin and mother. Like man, good and evil.

Po spektakularnej porażce ostatniego sezonu "Gry o tron" (niestety nie mam nawet ambicji tworzenia tekstu o tej totalnej klęsce, chociaż z pewnością pisałoby się łatwiutko i przyjemnie) postanowiłem zatopić smutki i żale w kolejnej serialowej produkcji sygnowanej logiem HBO. Kontrowersyjny, szczególnie w Polszy, gdzie szerzy się żenująco płytki, wręcz prymitywny, kult JP2 (ktoś przeczytał choćby jedną encyklikę autorstwa Karola?), pomysł na serial o młodym papieżu autorstwa Paolo Sorrentino, twórcy "Wielkiego piękna"? Brzmi po prostu świetnie! W szczególności, jeżeli w trakcie studiów podczas niejednej libacji alkoholowej planowaliście osadzić na tronie Piotrowym papieża, który pod zaszczytnym przybranym imieniem Zdzisława I, zaraz po wyborze ogłosiły, że bóg nie istnieje. Jakże bardzo należy ubolewać, że niektóre pomysły nigdy nie wychodzą poza rozbudowaną fazę planowania... Niestety w dzisiejszych czasach studenci stracili rewolucyjny zapał, nawet do realizacji tak zabawnej i szczytnej idei. Choć z drugiej strony być może ktoś kiedyś dumnie wzniesie sztandar Zdzisława I, tak jak sztandar pułkownika Xawrasa Wyżryna z powieści Jacka Dukaja. No, ale postarajmy się skupić na serialowej rzeczywistości "The Young Pope".
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja "Młodego papieża" rozpoczyna się wkrótce po zaskakującym wyniku konklawe. Ku zdziwieniu światowej opinii publicznej na tron Piotrowy wstąpił pierwszy amerykański papież, prawie nikomu nieznany, a dodatkowo dosyć młody wiekiem Lenny Belardo (Jude Law). O duchownym, wychowanym przez siostrę Mary (Diane Keaton) w katolickim sierocińcu po porzuceniu przez rodziców-hipisów, który mieli coś do załatwienia w Wenecji, nie wiadomo praktycznie nic. Wybór tak tajemniczej postaci okazuje się wkrótce sprytnym zagraniem marketingowym jednej z wiodących frakcji kardynałów, w której prym wiedzie wszechpotężny przekręciaż Voiello (Silvio Orlando). W opinii kościelnych dostojników Lenny wydawał się bowiem idealną osobą do manipulacji, dlatego też postanowili zdradzić jego dotychczasowego protektora, zatwardziałego konserwatystę Spencera (James Cromwell), który był niemal pewny swojego pontyfikatu. Niemniej szybko okazuje się, że papież Pius XIII ma własne, dosyć kontrowersyjne pomysły na sanację Stolicy Apostolskiej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Z pewnością "The Young Pope" jest na swój sposób serialem fascynującym, jednakże moim zdaniem nie posiada aż takiej mocy przyciągającej do kolejnego odcinka jak choćby niedawno recenzowane "Big Little Lies" czy choćby trzeci sezon "True Detecitve". Produkcja Paolo Sorrentino długimi fragmentami przyjmuje zdecydowanie poważny ton poruszając niebanalne problemy trapiące współczesny kościół oraz głównego bohatera. Pedofilia, alkoholizm, homoseksualizm/biseksualizm/molestowanie seksualne, wiara na pokaz, brutalna walka o wpływy i przekręty są bowiem w Watykanie na porządku dziennym. Z kolei Lenny, który momentami wydaje się być niemal świętym człowiekiem pragnącym na nowo zdefiniować fundamentalizm katolicki (z wyjątkiem palenia papierosów, które stają się jego nieodłącznym atrybutem), za chwilę potrafi zmienić się w bezwzględnego, epatującego chciwością (co mi przewieźliście w prezencie?), szantażystę, karierowicza i oportunistę, który bez mrugnięcia okiem postanowił porzucić swojego dotychczasowego mentora. Swoją drogą scena ukazująca wkurwienie kardynała Spencera po wyborze młodego papieża jest po prostu oszałamiająca. Warto również podkreślić, że nasz bohater zdecydowanie nie radzi sobie z traumą po porzuceniu przez rodziców-hipisów i motyw ten towarzyszy nam aż do finałowego dziesiątego odcinka. Nie wiem też za bardzo co tak naprawdę myśleć o wierze i stosunku do boga Piusa XIII. Z jednej strony często podkreśla swój ateizm, aczkolwiek jednocześnie dysponuje pewnym mistycznym wpływem na otaczającą rzeczywistość (przeważnie Lenny nie prosi o nic boga, on przedstawia swojego żądania)
© 2019 Home Box Office Inc.
Dodatkowo w "Młodym papieżu" pojawia się bardzo wiele motywów wymykających się nie tylko standardowemu postrzeganiu papiestwa, ale i w ogóle dosyć oryginalnych w serialowych uniwersach. Jeden z moich faworytów w tej kategorii to wątek kangura, któremu Lenny postanowił wspaniałomyślnie darować wolność, aby beztrosko hasał po watykańskich ogrodach. Z kolei bardzo dziwacznie odebrałem motyw lokalnego uzdrowiciela (imponująca scena odwiedzin) oraz bezpłodności Esther (Ludivine Sagnier), zawierający przynajmniej jedną wręcz szokującą scenę. Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić to mniej więcej gdzieś około ósmego odcinka zmienia się klimat serialu, uderzając w tony, które zdecydowanie mniej przypadły mi do gustu. Niemniej "The Young Pope" ma naprawdę wiele zalet. Poczynając choćby od znakomitej czołówki, w której oglądamy Lenny’ego przechadzającego się korytarzem z obrazami na ścianach (w które znakomicie wpleciono ruchomą kometę), poprzez olśniewającą scenografię i kostiumy (zwróćcie uwagę na scenę, w której wykorzystano piosenkę Sexy and I Know It LMFAO), aż po ostre jak mahakamski sihill Geralta dialogi.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wcielając się w Lenny’ego Jude Law zagrał moim zdaniem rolę życia. Odkąd obejrzałem serial zawsze kiedy słyszę słowo papież albo Watykan widzę oczyma wyobraźni Lenny’ego w papieskim outficie, okularach przeciwsłonecznych i szlugiem w pysku. Monstrualna jest to kreacja i wiele twarzy posiadająca: od łagodnego ojca świętego przez twardego, bezwzględnego ucznia Machiavelliego po zagubionego chłopca z sierocińca, który marzy o odnalezieniu rodziców. O ile wcześniej nie zawsze szanowałem Jude’a, o tyle teraz udowodnił, że prowadziłem grzeszny żywot pełny nieświadomości, błędów i wypaczeń (wybacz mi, Lenny!). Tak naprawdę jest to jeden z niewielu seriali, w których naprawdę ciężko wskazać słabe występy. Zarówno Diane Keaton, wcielająca się w siostrę Mary, jak i Silvio Orlando tworzący niejednoznaczną kreację kardynała Voiello, wypadają znakomicie. Na osobne wyróżnienie zasługuje James Cromwell, którego kardynał Spencer zaczyna serial na ostrym wkurwieniu, schładzając emocje z każdym odcinkiem. Na propsy zasłużyli również Javier Cámara (Gutierrez), Scott Shepherd (kardynał Dussolier) oraz Marcello Romolo (ojciec Tommaso).
© 2019 Home Box Office Inc.
Może "Młody papież" nie porwie Was w zatracającą podróż od pierwszego odcinka, ale z pewnością należy docenić cięższy kaliber serialu i stopniowo rozkoszować się produkcją Paolo Sorrentino. Chociaż poziom nieznacznie spada pod koniec sezonu, to jednak za całokształt i Lenny’ego jarającego wciąż papierosy niczym Borygo, muszę wystawić wysoką ocenę.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 8/10.

środa, 26 września 2018

"La Grande Bellezza" (2013)


The most important thing I discovered a few days after turning 65 is that I can't waste any more time doing things I don't want to do.

Połowa sierpnia przyniosła mi bardzo dużo nieoczekiwanej radości, ale także stanowiła pewnego rodzaju nostalgiczną podróż do przeszłości. Tuż przed wyjazdem na Mistrzostwa Świata U-18 w piłce ręcznej kobiet, które odbywały się w CK, miałem bowiem okazję w ramach Taniego Letniego Kinobrania obejrzeć legendarne już "La Grande Bellezza" w reżyserii Paolo Sorrentino. Muszę przyznać, że seans włosko-francuskiej produkcji nastąpił po prostu w idealnym momencie. Turniej o światową supremację w szczypiorniaku wzbudził u mnie wiele emocji, o które się nawet nie podejrzewałem (wielkie pozdro dla reprezentacji Danii, której kibicowaliśmy zawzięcie, a w szczególności dla Michali Elsberg Møller) – jak napisał kiedyś niejaki Geoffrey Chaucer w Opowieściach Kanterberyjskich: Yet in our ashen cold is fire yreken. Emocjonujące potyczki o majstra uruchomiły również głębokie pokłady nostalgii, a proces ten dodatkowo wzmocniła wspomniana projekcja "Wielkiego piękna". Nie będę dłużej ukrywał – film Paolo Sorrentino to prawdziwe arcydzieło, które zmieniło mój sposób postrzegania rzeczywistości oraz podejście do życiowych priorytetów. Przy okazji warto wspomnieć, że na ceremonii rozdania nagród Akademii w 2014 roku "Wielkie piękno" zgarnęło statuetkę w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.
© 2013 Janus Films
Główny bohater "Wielkiego piękna" to uznany dziennikarz Jep Gambardella (Toni Servillo), który w wieku 26 lat przybył do Rzymu, a następnie z bezlitosną konsekwencją i zniewalającym czarem brylował w salonach kulturalnych Wiecznego Miasta. Mocną pozycję Jepa pomogła także ugruntować napisana w młodości jedyna powieść L'Apparato Umano, która z czasem obrosła w prawdziwą legendę. Wkrótce po epickiej imprezie (przy czym pragnę podkreślić: naprawdę epickiej) z okazji swoich 65-tych urodzin, Jep dowiaduje się, że jego młodzieńca miłość zmarła, a co więcej przez całe swoje życie kochała tylko jego (pomimo wieloletniego posiadania małżonka). Tak nieoczekiwana i zaskakująca informacja skłania naszego bohatera do podjęcia próby przewartościowania swojej na pozór idealnie szczęśliwej egzystencji.
© 2013 Janus Films
Jeżeli film rozpoczyna się od cytatu ze znakomitej Podróży do kresu nocy Louisa-Ferdinanda Céline’a, to znaczy, że musi to być dzieło wybitne. Po dosyć statycznym, spokojnym początku Paolo Sorrentino rzuca nas bez ostrzeżenia w wir epickiej imprezy urodzinowej Jepa (zwróćcie uwagę w jak doskonały sposób zostaje wprowadzony nasz bohater). Muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych tego rodzaju scen, jakie miałem okazję obejrzeć w trakcie swojego życia. Świetnie zmontowana, okraszona idealnie dobraną muzyką sekwencja wprowadza widza w świat Jepa Gambardelli: alkohol, piękne kobiety, zabawa, a także elokwentne popisy retoryczne. Jednakże im bliżej przyglądamy się egzystencji protagonisty, tym więcej dostrzegamy rys na diamencie. Wiadomość o śmierci dawnej ukochanej wywołuje u Jepa dosyć smutną refleksję, ale także przywołuje wspomnienia z młodości, zanim jeszcze pojawił się w Rzymie. Na pozór usłane różami i permanentną zabawą życie w Wiecznym Mieście okazuje się tak naprawdę pozbawione tytułowego wielkiego piękna. Rzymska elita intelektualna wydaje się być pustą i obłudną wydmuszką niezdolną do jakiejkolwiek głębszej refleksji. Pod tym względem film Paolo Sorrentino zaskoczył mnie chyba najbardziej – dawno nie miałem okazji obejrzeć produkcji tak mocno przywołującej nostalgię i tak doskonale punktującej sztukę współczesną.
© 2013 Janus Films
Ale "Wielkie piękno" to przede wszystkim popis elokwencji naszego bohatera, który pod względem oczytania i bycia ostrym jak brzytwa jest niemal zawsze bezkonkurencyjny wśród swoich rozmówców (z wyjątkiem pewnego małomównego, acz dobrze odzianego sąsiada). Filmowe dialogi to po prostu czysta poezja, która na dodatek bardzo często wprowadza wyrafinowane elementy humorystyczne (jak choćby znakomite nawiązanie do pragnienia Gustave’a Flauberta napisania powieści o niczym czy też bezlitosne podsumowanie wężyków na imprezach u jednej z bohaterek). Oprócz licznych nawiązań literackich (m.in. książka Nadja André Bretona) otrzymujemy również dosyć zabawną szyderę ze sztuki współczesnej, a także nowoczesnego performance’u w postaci Talia Concept. Jeżeli jeszcze nie wiecie kim jest Marina Abramović i dlaczego lubi ją Jay-Z to zachęcam sprawdzić (a tak przy okazji w Toruniu odbędzie się wystawa Do czysta pozwalająca zapoznać się z dorobkiem serbskiej artystki). Paolo Sorrentino bezbłędnie wypunktował wszystkie ułomności sztuki współczesnej, a także intelektualną pustkę jej odbiorców. A ponieważ akcja filmu rozgrywa się we Włoszech nie mogło zabraknąć wątków religijnych. O ile postać kardynała-kucharza aspirującego do roli papieża jest może mało szokująca, o tyle bezlitosny polew z Matki Teresy (filmowa Santa) to już prawdziwy, bezwzględny czarny humor. Opisując zalety "Wielkiego piękna" nie sposób pominąć wspaniałą ścieżkę dźwiękową oraz doskonałe zdjęcia. Odpowiedzialny za zdjęcia Luca Bigazzi sprawił, że Rzym (w szczególności z nocnych spacerów Jepa) stał się jednym z najważniejszych bohaterów filmu.
© 2013 Janus Films
Toni Servillo zawłaszczył "Wielkie piękno" niemal wyłącznie dla siebie. Odnoszę wrażenie, że całe życie czekał na rolę Jepa Gambardelli i po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego aktora na jego miejscu. Jep jak na 65-latka to postać bardzo żywa, uosabiająca hedonizm, elegancka, interesująca, momentami porażająco wrażliwa, a przede wszystkim ciągle poszukująca odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Ktoś kogo tak naprawdę możemy podziwiać za elokwencję i styl, a może nawet po cichu zazdrościć (z pewnością powodzenia u kobiet, bajery oraz mądrości życiowej). U boku naszego herosa stanął natomiast Romano, w którego wcielił się Carlo Verdone. Trochę niespełniony artysta, aczkolwiek jedyny prawdziwy przyjaciel Jepa i w zasadzie najbliższa mu osoba to także świetne sportretowanie poczciwego człowieka dysponującego świadomością własnych ograniczeń. Przechodząc do wspomnianych wcześniej pięknych pań to nie sposób pominąć Sabriny Ferilli grającej Ramonę. Znakomity występ – aktorka wcieliła się w postać spoza intelektualnych kręgów, w których obraca się na co dzień Jep, ale również fascynującą i intrygującą. Warto docenić również Pamelę Villoresi (Viola) oraz Galateę Ranzi (Stefania), wcielające się w oddane przyjaciółki Jepa, jednak moją uwagę swoją nieprzeciętną urodą przykuła wracająca we wspomnieniach Annaluisa Capasa (Elisa). Wielkie propsy należą się natomiast Giusi Merli za imponującą rolę Santy.
© 2013 Janus Films
"Wielkie piękno" to film kompletny, zabawny, doskonały, a przede wszystkim wymiernie wzbogacający intelekt widza. Obcowanie na ekranie ze sztuką zawsze sprawiało mi ogromną satysfakcję, dlatego też seans z arcydziełem (nie bójmy się używać wielkich słów) Paolo Sorrentino uważam za jeden z najważniejszych w moim życiu. Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji obejrzeć "Wielkiego piękna" to zachęcam Was do tego gorąco. Właśnie takie perełki sprawiają, że kocham kino.
© 2013 Janus Films
Ocena: 10/10.