Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jude Law. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2019

"Captain Marvel" (2019)

I'm kind of done with you telling me what I can't do.

Ostatnio miałem trochę dłuższą przerwę w pisaniu wynikającą przede wszystkim z lenistwa, ale także długo wyczekiwanych wakacji, podróży mniejszego kalibru oraz świetnej pogody w październiku, którą wykorzystałem do nabijania statystyk w Wavelo. Niemniej, ponieważ tegoroczny listopad nie jest już tak ciepły, to mam nadzieję powrócić w wielkim stylu, niczym heroina w "Pulp Fiction". Na pierwsze uderzenie po powrocie wybrałem film może niezbyt ambitny, ale przynajmniej wydaje mi się, że tekst powstanie w miarę szybko, gładko i przyjemnie. Po ogromnym sukcesie "Wonder Woman" z 2017 roku (a był to naprawdę jeden z lepszych filmów superbohaterskich, chociaż warto również obejrzeć w ramach uzupełnienia wciągający "Professor Marston and the Wonder Women"), również Marvel zapragnął mieć swoją własną Gal Gadot (a przede wszystkim zarobić jeszcze więcej milionów monet). "Captain Marvel" stanął zatem do morderczego pojedynku o prymat najlepszej superbohaterki w dziejach!
© Marvel
W kwestii fabuły muszę napisać, że jeżeli chcecie w pełni czerpać radość z przygód Kapitan Marvel to należy na bok odłożyć wiele uprzedzeń i oczekiwań odnośnie sensowności i logiki filmu. Ale z drugiej strony podejrzewam, że niejedna produkcja Marvela za Wami, więc nie jesteście amatorami w takich zagrywkach. Tym razem akcja rozpoczyna się na planecie Hala, ojczyźnie zaawansowanej technologicznie rasy Kree, rządzonej przez sztuczną inteligencję (Annette Bening). Vers, trapiona dziwnymi snami, (Brie Larson, laureatka Oscara za "Room") zakończywszy szkolenie trafia do elitarnego oddziału dowodzonego przez Yon-Rogga (Jude Law). Jednostka bierze udział w wieloletniej wojnie z rasą zmiennokształtnych Skrullów, którzy okrutnie i krwawo podbijają kolejne planety w galaktyce. Jednakże pomimo niezwykłych umiejętności, Vers już w trakcie pierwszej misji trafia do niewoli, a następnie po brawurowej ucieczce trafia na Ziemię, gdzie staje przed szansą wyjaśnienia pełnej tajemnic przeszłości.
© Marvel
Nie muszę chyba przypominać, że nie jestem marvelowskim nerdem i całą wiedzę o tym uniwersum czerpię raczej z wybranych produkcji, aniżeli z komiksowych pierwowzorów. Wybaczcie zatem moją ignorancję w pewnych kwestiach oraz ewentualne błędy merytoryczne. Pod wieloma względami "Kapitan Marvel" wpisuje się w typowe schematy i klisze doskonale znane i nielubiane z dotychczasowego dorobku MCU. Ciężko w zasadzie oceniać fabułę pod względem sensowności i logiki, skoro na przykład główna bohaterka przez dłuższy czas nie widzi niczego niezwykłego w swoich unikalnych umiejętnościach, sądząc chyba, że jest zwyczajną przedstawicielką rasy Kree. Oczywiście drużyna Yon-Rogga składa się z przedstawicieli wielu różnych kolorów skóry (ciekawe jednak, że dowodzi akurat biały), niemniej to już widzieliśmy choćby w pierwszym "Thorze". Klasycznie standardowym sposobem na załatwianie problemów nie jest używanie zaawansowanej technologicznie broni, lecz honorowa walka wręcz. Niemniej, jeżeli pominiemy większe i mniejsze głupotki scenariusza, to na "Captain Marvel" można się nawet całkiem nieźle bawić. Moim zdaniem jest to idealny film na kacowe popołudnie albo wieczorne, kompletne odmóżdżenie po wyczerpującym dniu (chociaż jeśli jest ciepło to polecam zdecydowanie bardziej aktywność fizyczną: rower, bieganie, etc.). Nie jest to może poziom zaprezentowany przez naprawdę zaskakujące "Wonder Woman" (z tymi pochwałami też nie można przesadzać), ale wchodzi naprawdę spoko i przynosi trochę radości w szarej, codziennej egzystencji.
© Marvel
Co zatem sprawia, że "Captain Marvel" wyróżnia się tle pozostałych produkcji MCU? Po pierwsze odbieram ten film jak swoisty pastisz całej dotychczasowej konwencji, cechujący się zdecydowanie lżejszym (mniej patosu – yeah!!!), a wręcz ironicznym podejściem do tematu. Doskonale ilustruje to na przykład jedna ze scen ukryta w napisach końcowych (Flerken i Tesseract), epickie sprinty odmłodzonego Samuela L. Jacksona czy jego wyjątkowa zażyłość z sympatycznym kotem o imieniu Goose (partner Mavericka z "Top Gun" zawsze w naszych homoerotycznych sercach!). Dodatkowo Stan Lee dostał bardzo fajne cameo, które w zasadzie jest kwintesencją humorystycznej konwencji. Po drugie "Kapitan Marvel" bardzo mocno opiera się na nostalgii za latami 90-tymi XX wieku, w których akurat miałem okazję spędzić dzieciństwo i początki nastoletniości. Nawiązań jest tu naprawdę multum, więc nie ma sensu ich wszystkich wymieniać. I tak w zasadzie możemy płynnie przejść do trzeciej zalety, czyli ścieżki dźwiękowej, która zrobiła na mnie więcej niż dobre wrażenie. Usłyszeć na ekranie Come As You Are Nirvany to coś naprawdę wyjątkowego!
© Marvel
Czwarta przewaga "Kapitan Marvel" nad resztą stawki opiera się natomiast na fantastycznej, ekranowej chemii między wcielającą się w główną rolę Brie Larson, a weteranem kinematografii Samuelem L. Jacksonem (Nick Fury). Nie jest to oczywiście poziom Vincenta i Julesa z "Pulp Fiction", ale nie przypominam sobie bardziej zgranej pary herosów w całym MCU. Z prawdziwą i szczerą radością śledziłem przygody dwójki bohaterów na ekranie, ubolewając jednocześnie, że tak rzadko mam okazję oglądać tak owocną współpracę. Ostateczna ocena filmu mogłaby być nawet wyższa, gdyby wreszcie Marvel postarał się bardziej i stworzył prawdziwego villaina z krwi i kości. Mając w obsadzie aktora tak wybitnego jak Jude Law, podobnie jak w recenzowanym niedawno "Królu Arturze" kompletnie zaprzepaszczono potencjał. Sytuacji nie ratuje również Lee Pace (Ronan znany z pierwszych "Strażników Galaktyki"), który pojawia się epizodycznie. Na plus warto zaliczyć podwójne występy Annette Bening (ileż to już lat od "American Beauty"?) oraz Bena Mendelsohna.
© Marvel
"Captain Marvel" nie posiada ambicji do bycia czymś więcej niż czystą rozrywką. I chociaż nawet pod tym względem nie jest tak dobry jak choćby "Wonder Woman", to jednak urzekł mnie pewien lekko ironiczny klimat filmu Anny Boden i Ryana Flecka. Jeśli na dodatek dostajemy znakomitą ekranową chemię między Brie Larson i Samulem L. Jacksonem to i ocena musi być zdecydowanie łaskawsza niż przeważnie.
© Marvel
Ocena: 6/10.

wtorek, 30 lipca 2019

"King Arthur: Legend of the Sword" (2017)


You're no longer a myth. You're starting to mean something.

Chociaż ruszyło już Letnie Tanie Kinobranie (a w zasadzie to jesteśmy już prawie na półmetku) i udało się nam obejrzeć parę filmów ("The House that Jack Built" i "Monument") to jednak nie przełożyło się to na większą ilość tekstów w miesiącu. Ciężko zebrać się do pisania, kiedy za oknem miejskie, upalne lato w pełni, a weekendy spędza się na wyjazdach w różne fajne miejsca albo na dokładnym, metodycznym opróżnianiu barku. Niemniej coś od czasu do czasu napisać trzeba, a że jakoś niedawno obejrzałem kolejne podejście do legendy arturiańskiej ("King Arthur: Legend of the Sword") to postanowiłem poświęcić parę zdań produkcji wyreżyserowanej przez niegdyś błyskotliwego Guya Ritchie'ego. Brytyjczyk trochę pogubił się w ostatniej dekadzie, a jego ostatnie filmy nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia (w sumie to dobrze wspominam chyba dopiero „Rock'N'Rollę”). Niemniej zawsze lubiłem mit arturiański, a przede mną lektura książki Rodneya Castledena Król Artur. Prawda ukryta w legendzie, więc pomyślałem, że zrobię sobie swoisty podkład. Od razu muszę przyznać, że już na etapie trailera spodziewałem się, czego mogę oczekiwać, więc nie miałem większej nadziei na solidne kino.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Po jednym z najbardziej czerstwych i enigmatycznych wprowadzeń w dziejach kinematografii (coś w stylu: Ludzie i magowie żyli w pokoju, ale się zjebało i doszło do wojny) Guy Ritchie wrzuca nas w epicentrum konfliktu, w którym tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Zły Mordred na grzbiecie wyjątkowo wyrośniętego olifanta-zombie razem z prawilną ekipą ziomali szturmuje bramy Camelotu. Jednakże dzielny król Uther (Eric Bana) za pomocą potężnego, magicznego miecza (Excalibur, a jakże!) rozprawia się w pojedynkę z całą armią przeciwników. Niestety oręż okazuje się niewystarczający w obliczu podłej i nieoczekiwanej zdrady brata. Vortigern (Jude Law), uśmierciwszy rodziców małoletniego Artura, przejmuje władzę w Anglii (tak jest – w Anglii, nie w Brytanii), a dziecko przepada w trakcie tragicznych wydarzeń. Po latach krwawej i bezwzględnej dyktatury uzurpatora pojawia się jednak promyk nadziei. Ruch oporu rośnie w siłę, a prawowity dziedzic tronu (Charlie Hunnam, legendarny Syn Anarchii) dorasta w londyńskim burdelu.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Może po seansie trudno w to uwierzyć, ale "Legenda miecza" (w sumie niezły tytuł na porno) miała być pierwszym filmem otwierającym sześcioodcinkową serię. Wskutek mizernych wyników finansowych nie zanosi się jednak na razie na kręcenie pozostałych części. I w zasadzie może nawet lepiej, ponieważ Guy Ritchie zamienił legendę arturiańską we współczesny, totalny stolec. Próbując przenieść charakterystyczne cechy swojego warsztatu do wczesnego średniowiecza stworzył po prostu coś w rodzaju absurdalnego widowiska z teledyskowym montażem opartym na częstych flashbackach, zabawnych one-linerach i jednowymiarowych bohaterach. Praktycznie ani jedna postać nie jest interesująca dla widza w nawet najmniejszym stopniu (być może z wyjątkiem Vortigerna). Proces budowy Artura od zera do bohatera oraz werbunku jego wiernej drużyny ziomali nie wnosi kompletnie niczego nowego do światowej kinematografii. Jest to wręcz haniebne powielanie znanych schematów i klisz, bez najlżejszego powiewu świeżości. A nie przepraszam najmocniej – scenarzyści postanowili jednak trochę poprawić legendę. Zatem oprócz wspomnianych olifantów-zombie, Vortigern, podobnie jak Uther, włada sobie Anglią, Excalibur jest tożsamy z Mieczem z Kamienia, w Londinium mieszkają sobie Wikingowie i istnieje szkoła sztuk walki prowadzona przez azjatyckiego mistrza, jest trochę poprawności politycznej (czarnoskóry Bedivere, w którego wcielił się Djimon Hounsou), a Bill (Aidan Gillen) jest tak zajebistym łucznikiem, że może dokonać asasynacji króla za pomocą łuku w stylu Dallas 1963.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Wiem, że w recenzji pseudohistorycznego "King Arthur" z 2004 roku ubolewałem nad brakiem magii, ale to co dostałem w "Legendzie miecza" totalnie nie spełnia moich potrzeb. Może wynika to fabularnie z wytrzebienia magów po przegranej wojnie z Utherem i późniejszym czystkach jego brata, ale Merlin jest jedynie wspomniany przez bohaterów, a oprócz przyzywania monstrualnego wunsza za wiele tego nie ma. Na pewno w tym temacie należy natomiast docenić chyba najlepszy motyw w całym filmie, czyli przeistaczanie się Vortigerna w mrocznego, potężnego rycerza w czarnej zbroi. To mnie naprawdę zaskoczyło i na tle raczej średnich efektów specjalnych (w który przoduje ogromny wunsz) wygląda naprawdę imponująco. Mimo to całość sprawia jednakże wrażenie taniego, efekciarskiego wytworu filmopodobnego, nastawionego wyłącznie na zarabianie monet. W dalszym ciągu o wiele lepiej ogląda się "Excalibur" z 1981 roku, który miał pewnie budżet mniejszy niż odcinek "Gry o tron", a chociaż efekty specjalne po latach mogą wydać się czerstwe, to jednak ciągle posiada unikalny klimat. Pozostaje jedynie ubolewać, że Guy Ritchie z biegiem lat coraz bardziej zatracił umiejętność tworzenia świeżego i błyskotliwego kina.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
W kwestii aktorstwa naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek pozytywy. Oczywiście na tle całej obsady wyróżnia się zdecydowanie Jude Law, wcielający się w Vortigerna, ale czarny charakter to zdecydowanie nie jest najlepsza rola w karierze Brytyjczyka, ukazująca zaledwie ułamek nieprzeciętnego talentu. Jeśli mamy do czynienia z filmem o królu Arturze, to odtwórca tytułowego bohatera powinien chyba być na pierwszym planie. Charlie Hunnam znany z "Sons of Anarchy" (przestałem oglądać po sezonie, w którym bohaterowie zaczęli ginąć na kalifornijskim polu minowym jakiegoś kartelu), w tworzeniu roli inspirował się irlandzkim mistrzem UFC Conorem McGregorem, ale niewiele z tego wyszło. Zdecydowanie zabrakło charyzmy, błyskotliwości czy czegokolwiek innego, co pozwoliłoby na zapamiętanie tego występu. Naprawdę słabo wypadł ten protagonista, w szczególności, że mimo krótkiego występu o wiele lepsze wrażenie zrobił na mnie Eric Bana, grający Uthera. Niewiele więcej można powiedzieć o reszcie obsady, która już zaczyna rozpływać się w odmętach niepamięci. Fajnie, że jest Aidan Gillen, ale czy jego postać wnosi cokolwiek ciekawego? Fani „Gry o tron” zwrócą uwagę na występ Michaela McElhattona. Djimon Hounsou z pewnością nadaje "Legendzie miecza" kolorytu, ale czy naprawdę było to konieczne? Rozumiem, że takie czasy, ale naprawdę można czasem odpuścić. David Beckham w obsadzie? Wow, imponujące! Postacie kobiece są dosyć zmarginalizowane – Annabelle Wallis (Maggie) dostała nie więcej niż 5 minut ekranowego czasu, a Astrid Bergès-Frisbey wciela się w tak ważną postać, że twórcom nie chciało się nawet wymyślić jej imienia (figuruje w obsadzie jako The Mage).
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
"Legenda miecza" to wyjątkowe nieudolne, a przede wszystkim nieudane podejście do mitu arturiańskiego. Nie dość, że Guy Ritchie przerobił całą opowieść na marną, teledyskową historię o niczym, to na całej linii zawiódł Charlie Hunnam, na którego barkach miała w założeniu jechać pierwsza odsłona nowej serii. Obejrzenie tego filmu nie zmieni Waszej egzystencji, a nawet kompletnie nic do niej nie wniesie. Szkoda marnować Jude'a Law na takie marne produkcje.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 4/10.

czwartek, 30 maja 2019

"The Young Pope" (sezon 1, 2016)


I am a contradiction. Like God. One in three and three in one.
Like Mary, virgin and mother. Like man, good and evil.

Po spektakularnej porażce ostatniego sezonu "Gry o tron" (niestety nie mam nawet ambicji tworzenia tekstu o tej totalnej klęsce, chociaż z pewnością pisałoby się łatwiutko i przyjemnie) postanowiłem zatopić smutki i żale w kolejnej serialowej produkcji sygnowanej logiem HBO. Kontrowersyjny, szczególnie w Polszy, gdzie szerzy się żenująco płytki, wręcz prymitywny, kult JP2 (ktoś przeczytał choćby jedną encyklikę autorstwa Karola?), pomysł na serial o młodym papieżu autorstwa Paolo Sorrentino, twórcy "Wielkiego piękna"? Brzmi po prostu świetnie! W szczególności, jeżeli w trakcie studiów podczas niejednej libacji alkoholowej planowaliście osadzić na tronie Piotrowym papieża, który pod zaszczytnym przybranym imieniem Zdzisława I, zaraz po wyborze ogłosiły, że bóg nie istnieje. Jakże bardzo należy ubolewać, że niektóre pomysły nigdy nie wychodzą poza rozbudowaną fazę planowania... Niestety w dzisiejszych czasach studenci stracili rewolucyjny zapał, nawet do realizacji tak zabawnej i szczytnej idei. Choć z drugiej strony być może ktoś kiedyś dumnie wzniesie sztandar Zdzisława I, tak jak sztandar pułkownika Xawrasa Wyżryna z powieści Jacka Dukaja. No, ale postarajmy się skupić na serialowej rzeczywistości "The Young Pope".
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja "Młodego papieża" rozpoczyna się wkrótce po zaskakującym wyniku konklawe. Ku zdziwieniu światowej opinii publicznej na tron Piotrowy wstąpił pierwszy amerykański papież, prawie nikomu nieznany, a dodatkowo dosyć młody wiekiem Lenny Belardo (Jude Law). O duchownym, wychowanym przez siostrę Mary (Diane Keaton) w katolickim sierocińcu po porzuceniu przez rodziców-hipisów, który mieli coś do załatwienia w Wenecji, nie wiadomo praktycznie nic. Wybór tak tajemniczej postaci okazuje się wkrótce sprytnym zagraniem marketingowym jednej z wiodących frakcji kardynałów, w której prym wiedzie wszechpotężny przekręciaż Voiello (Silvio Orlando). W opinii kościelnych dostojników Lenny wydawał się bowiem idealną osobą do manipulacji, dlatego też postanowili zdradzić jego dotychczasowego protektora, zatwardziałego konserwatystę Spencera (James Cromwell), który był niemal pewny swojego pontyfikatu. Niemniej szybko okazuje się, że papież Pius XIII ma własne, dosyć kontrowersyjne pomysły na sanację Stolicy Apostolskiej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Z pewnością "The Young Pope" jest na swój sposób serialem fascynującym, jednakże moim zdaniem nie posiada aż takiej mocy przyciągającej do kolejnego odcinka jak choćby niedawno recenzowane "Big Little Lies" czy choćby trzeci sezon "True Detecitve". Produkcja Paolo Sorrentino długimi fragmentami przyjmuje zdecydowanie poważny ton poruszając niebanalne problemy trapiące współczesny kościół oraz głównego bohatera. Pedofilia, alkoholizm, homoseksualizm/biseksualizm/molestowanie seksualne, wiara na pokaz, brutalna walka o wpływy i przekręty są bowiem w Watykanie na porządku dziennym. Z kolei Lenny, który momentami wydaje się być niemal świętym człowiekiem pragnącym na nowo zdefiniować fundamentalizm katolicki (z wyjątkiem palenia papierosów, które stają się jego nieodłącznym atrybutem), za chwilę potrafi zmienić się w bezwzględnego, epatującego chciwością (co mi przewieźliście w prezencie?), szantażystę, karierowicza i oportunistę, który bez mrugnięcia okiem postanowił porzucić swojego dotychczasowego mentora. Swoją drogą scena ukazująca wkurwienie kardynała Spencera po wyborze młodego papieża jest po prostu oszałamiająca. Warto również podkreślić, że nasz bohater zdecydowanie nie radzi sobie z traumą po porzuceniu przez rodziców-hipisów i motyw ten towarzyszy nam aż do finałowego dziesiątego odcinka. Nie wiem też za bardzo co tak naprawdę myśleć o wierze i stosunku do boga Piusa XIII. Z jednej strony często podkreśla swój ateizm, aczkolwiek jednocześnie dysponuje pewnym mistycznym wpływem na otaczającą rzeczywistość (przeważnie Lenny nie prosi o nic boga, on przedstawia swojego żądania)
© 2019 Home Box Office Inc.
Dodatkowo w "Młodym papieżu" pojawia się bardzo wiele motywów wymykających się nie tylko standardowemu postrzeganiu papiestwa, ale i w ogóle dosyć oryginalnych w serialowych uniwersach. Jeden z moich faworytów w tej kategorii to wątek kangura, któremu Lenny postanowił wspaniałomyślnie darować wolność, aby beztrosko hasał po watykańskich ogrodach. Z kolei bardzo dziwacznie odebrałem motyw lokalnego uzdrowiciela (imponująca scena odwiedzin) oraz bezpłodności Esther (Ludivine Sagnier), zawierający przynajmniej jedną wręcz szokującą scenę. Jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić to mniej więcej gdzieś około ósmego odcinka zmienia się klimat serialu, uderzając w tony, które zdecydowanie mniej przypadły mi do gustu. Niemniej "The Young Pope" ma naprawdę wiele zalet. Poczynając choćby od znakomitej czołówki, w której oglądamy Lenny’ego przechadzającego się korytarzem z obrazami na ścianach (w które znakomicie wpleciono ruchomą kometę), poprzez olśniewającą scenografię i kostiumy (zwróćcie uwagę na scenę, w której wykorzystano piosenkę Sexy and I Know It LMFAO), aż po ostre jak mahakamski sihill Geralta dialogi.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wcielając się w Lenny’ego Jude Law zagrał moim zdaniem rolę życia. Odkąd obejrzałem serial zawsze kiedy słyszę słowo papież albo Watykan widzę oczyma wyobraźni Lenny’ego w papieskim outficie, okularach przeciwsłonecznych i szlugiem w pysku. Monstrualna jest to kreacja i wiele twarzy posiadająca: od łagodnego ojca świętego przez twardego, bezwzględnego ucznia Machiavelliego po zagubionego chłopca z sierocińca, który marzy o odnalezieniu rodziców. O ile wcześniej nie zawsze szanowałem Jude’a, o tyle teraz udowodnił, że prowadziłem grzeszny żywot pełny nieświadomości, błędów i wypaczeń (wybacz mi, Lenny!). Tak naprawdę jest to jeden z niewielu seriali, w których naprawdę ciężko wskazać słabe występy. Zarówno Diane Keaton, wcielająca się w siostrę Mary, jak i Silvio Orlando tworzący niejednoznaczną kreację kardynała Voiello, wypadają znakomicie. Na osobne wyróżnienie zasługuje James Cromwell, którego kardynał Spencer zaczyna serial na ostrym wkurwieniu, schładzając emocje z każdym odcinkiem. Na propsy zasłużyli również Javier Cámara (Gutierrez), Scott Shepherd (kardynał Dussolier) oraz Marcello Romolo (ojciec Tommaso).
© 2019 Home Box Office Inc.
Może "Młody papież" nie porwie Was w zatracającą podróż od pierwszego odcinka, ale z pewnością należy docenić cięższy kaliber serialu i stopniowo rozkoszować się produkcją Paolo Sorrentino. Chociaż poziom nieznacznie spada pod koniec sezonu, to jednak za całokształt i Lenny’ego jarającego wciąż papierosy niczym Borygo, muszę wystawić wysoką ocenę.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 8/10.

czwartek, 3 kwietnia 2014

"Grand Budapest Hotel"



W czasie jednej z zeszłorocznych wypraw do kina obejrzałem trailer "Grand Budapest Hotel". Przyznam szczerze, że ta kilkuminutowa migawka wywołała u mnie stan bliski euforii oraz zrodziła przemożną potrzebę jak najszybszego obejrzenia najnowszego dzieła Wesa Andersona. Po powrocie do bazy okazało się jednakże, że na polską premierę filmu przyjdzie poczekać aż do wiosny. Jakaż rozpacz ogarnęła wtenczas moją duszę! Niemniej niemal z wytęsknieniem czekałem aż zelżeją mrozy i stopnieją śniegi. Sytuację nakręcały dodatkowo pozytywne recenzje i całkiem niezłe oceny. Z dotychczasową twórczością Wesa Andersona byłem zapoznany raczej mocno średnio. W zasadzie udało mi się obejrzeć jedynie "The Life Aquatic with Steve Zissou", która podobało mi się bardzo bardzo, aczkolwiek jest to naprawdę oryginalna produkcja. I wreszcie ostatniego dnia plugawego miesiąca marca udało mi się zasiąść w klimatyzowanej sali krakowskiego kina Mikro by skonfrontować wybujałe oczekiwania z brutalną rzeczywistością.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Grand Budapest Hotel" rozgrywa się w fikcyjnej Republice Żubrówki (w oryginale Republic of Zubrowka – chyba nie trzeba wspominać skąd zaczerpnięto nazwę) na początku lat 30-tych ubiegłego stulecia. Tytułowy hotel to jedna z najbardziej fame’owych miejscówek w całym regionie, przyciągająca arystokrację i najbogatszych przemysłowców. Wiele w tym zasługi Gustava H. (Ralph Fiennes), legendarnego concierge tegoż przybytku. Wybaczcie, iż nie będę w recenzji stosował spolszczonego odpowiednika tegoż słowa, ale konsjerż wygląda niemal tak fatalnie jak Dżesika. Historię oglądamy z punktu widzenia świeżo zatrudnionego boya hotelowego, Zero Moustafy (Tony Revolori). Pracując u boku Gustava chłopiec stopniowo staje się jego najbardziej zaufanym przyjacielem, dzięki czemu będzie w stanie pomóc swojemu przełożonemu wyplątać się z nielichej afery kryminalnej.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Mam niemal 100% pewność, że Wes Anderson osobiście rozplanował każdy kadr filmu, ponieważ w "Grand Budapest Hotel" nie ma ani jednej zbędnej czy nieprzemyślanej sceny. Cała produkcja utrzymana jest w jednej konwencji, która charakteryzuje się perfekcjonistyczną stroną wizualną oraz niespotykaną dbałością o szczegóły. Niemniej zaraz pojawia się pytanie czy każdy widz musi z miejsca zaakceptować takie, a nie inne wybory reżysera, a potem na swoim blogu (jeśli takowego prowadzi) tworzyć peany ku jego wiecznej chwale? Przed seansem spodziewałem się naprawdę wybitnego kina i dlatego czułem się bardzo dziwnie siedząc w kinowym fotelu. Potrafię docenić wizualną maestrię, ale coś poszło dla mnie nie tak i niestety nie jestem w stanie uznać "Grand Budapest Hotel" za arcydzieło. Dlaczegóż? Otóż zabrakło odrobiny kinowej magii, która sprawia, że dany film chce się zapętlić jak doskonałą piosenkę na YouTube i katować non stop. Przed wejściem do kina po cichu szykowałem już nawet kolejne 10/10, a tu niestety rozczarowanie bardzo.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Nie myślcie przy tym, że "Grand Budapest Hotel" jest złym filmem – żale to po prostu efekt moich zdeptanych, wybujałych wyobrażeń. Jak wspomniałem powyżej cechuje go wizualna perfekcja, która doskonale oddaje zarówno nastrój tamtych czasów, jak i specyfikę miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Ponadto na plus należy z pewnością zaliczyć dialogi, chociaż muszę także przyznać, iż spodziewałem się po nich troszkę więcej błyskotliwości. Fabuła w filmie Andersona nie jest tak naprawdę najważniejsza, ale dosyć dobrze wpisuje się w klimat lat 30-tych XX wieku (niby niepoważne, ale jednak widmo faszyzmu). Cały urok "Grand Budapest Hotel" opiera się tak naprawdę na postaci Gustava H. oraz supportujących go bohaterach drugoplanowych. Miłośnik dojrzałych kobiet (average 80) i luksusu, a także nadzwyczajnie sprawny organizator, wypada na ekranie znakomicie, pochłaniając całą uwagę widza. Ralph Fiennes spisał się wybornie i trudno uwierzyć, że Wes Anderson chciał początkowo zaangażować Johnny’ego Deppa. Również oklaski należą się dla Tony’ego Revolori, który zdołał udźwignąć ciężar swojej roli i godnie wypada u boku starszego kolegi. Natomiast na drugim planie panuje istne szaleństwo. Anderson niemal do każdej, choćby epizodycznej rólki, postanowił zaangażować prawdziwą sławę. Wymienianie wszystkich zebranych byłoby z jednej strony bardzo żmudne, a z drugiej bezcelowe, ponieważ i tak możecie to sprawdzić na IMDb. Skupię się zatem na kreacjach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pewno muszę docenić Tildę Swinton (Madame D.), która pod tonami charakteryzacji zagrała bardzo fajnie. Z ról kobiecych pragnę również wyróżnić Saoirse Ronan (Agatha). Natomiast moi męscy faworyci to Edward Norton (Henckels), Willem Dafoe (Jopling) oraz Adrien Brody (Dmitri). Reszta jest w porządku, aczkolwiek bez większego szału. Najwięcej wymagałem od Billa Murraya (Ivan), ale tym razem jego epizod jakoś mnie nie powalił na kolana.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
"Grand Budapest Hotel" na pewno nie jest słabym filmem. Niestety ja nie potrafię spojrzeć na niego inaczej niż przez pryzmat ogromnie zawiedzionych oczekiwań. Dlatego też końcowa ocena jest taka, a nie inna, chociaż muszę przyznać, że bardzo długo się nad nią zastanawiałem. Mozolnie poszukiwałem wyimaginowanych zalet, za które mógłbym choćby troszeczkę podnieść notę. W końcu stwierdziłem jednak, że to nie ma sensu i należy wystawić godną, ale szczerą ocenę, która najlepiej oddaje moje uczucia po opuszczeniu kinowej sali.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Ocena: 6/10 (kiedyś, może, na żywo i w kolorze będzie 6.5/10).

środa, 14 listopada 2012

"Road to Perdition"



Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach mojej młodości, Sam Mendes porwał mnie genialnym "American Beauty". Dlatego też niezwykle trudno mi uwierzyć, że "Skyfall" jest dopiero ósmym filmem jaki wyreżyserował. Aczkolwiek na Bonda czas jeszcze przyjdzie, natomiast dziś zajmiemy się "Road to Perdition" ("Droga do zatracenia") z 2002 roku. Znakomity angielski reżyser kręci film o Irlandczykach w Ameryce lat 30-tych ubiegłego stulecia? A więc zapowiada się przednia zabawa!
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja filmu przenosi nas do krainy Wuja Sama w początkach lat 30-tych XX wieku. Jak wiadomo były to czasy Wielkiego Kryzysu, prohibicji oraz błyskotliwych gangsterskich karier. Mike Sullivan (Tom Hanks) pracuje dla poważanego w mieście i bardzo zamożnego Johna Rooneya (Paul Newman). W przeszłości, gdy Mike nie miał niczego, pan Rooney przygarnął go i zaoferował mu pracę, dlatego też nasz bohater oddaje swojemu pracodawcy niemal ojcowską cześć i jest wobec niego niezwykle lojalny. Czym zajmuje się Mike, spytacie? Otóż jego specjalnością jest tzw. brudna robota, przy której można pobrudzić sobie ręce krwią. Podczas kolejnego zadania nadpobudliwy syn Rooneya, Connor (Daniel Craig), doprowadza do niepotrzebnej rzezi. Wszystko dałoby się zamieść pod dywan, gdyby nie fakt, że świadkiem egzekucji był syn Mike’a, Michael (Tyler Hoechlin). O ile pan Rooney jest przekonany, że mały się nie wysypie i podobnie jak każdy Irlandczyk wyrośnie na pijaka, złodzieja lub mordercę (oczywiście według opinii Torysów), o tyle Connor postanawia załatwić sprawę samodzielnie. W efekcie ginie żona i młodszy syn Mike’a, a on sam wkracza na ścieżkę krwawej vendetty.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy to bardzo ładne zdjęcia. Film wizualnie jest niemal doskonały, wspaniale udało się odwzorować realia początku lat 30-tych. Nie ma biedy doskonale znanej z polskiego kina. Choćby ilość aut pokazanych na ekranie jest imponująca, a w rezydencjach i hotelach panuje odpowiedni przepych. Oczywiście wielokrotnie pojawia się legendarny Tommy Gun. W filmie znalazło się kilka świetnych scen, ale moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje sekwencja strzelaniny w deszczu. Prawdziwa maestria! Przy okazji wspomnę, że deszcz towarzyszy nam często w filmie i jest to naprawdę syty deszcz, a nie jakaś mżawka. Pod względem rozwoju fabuły nie uświadczyłem żenady, ale przyznam, że końcowy monolog wywołał u mnie niezwykle negatywne odczucia.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Aktorstwo na bardzo wysokim poziomie. Wyjątkowo podobała mi się postać Finna McGoverna (Ciarán Hinds), tym bardziej szkoda, że jego gwiazda zgasła tak prędko. Brawa dla Toma Hanksa za przekonującą rolę małomównego ojca, ale jeszcze większe należą się dla Paula Newmana. John Rooney w jego wykonaniu to chyba najlepsza postać w całym filmie. Jeśli miałbym przyznać komuś drugie miejsce to dostałby je na pewno Daniel Craig za świetne wcielenie się w Connora. Ponadto podobał mi się również Stanley Tucci grający Franka Nitti. Do oceny została mi jeszcze jedna gwiazda w obsadzie, aczkolwiek jest to największy dla mnie problem. Niestety nie można zaliczyć mnie do fanów Jude’a Law, ale nie mogę się przyczepić do postaci, którą zagrał (Harlen Maguire). Niemniej na miejscu Sama Mendesa wziąłbym z pewnością innego aktora, bo Jude Law troszkę mnie jednak mierzi. W zasadzie to nie podobała mi się postać młodego Michaela Sullivana, aczkolwiek raczej z powodu scenariuszowej prawości niż gry aktorskiej.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Kiedy spojrzycie na ocenę możecie być lekko skonfundowani. Są bowiem pochwały, mało hejtingu, a nota wysoka, ale czemuż nie wyższa? Otóż czasem oglądając dobry film mam uczucie, że czegoś w nim brakuje. Zwykle nie potrafię tego zdefiniować, aczkolwiek brak pierwiastka boskości powoduje, że ocena nie nigdy przekroczy pewnej granicy. W przypadku "Drogi do zatracenia" niestety zabrakło odrobinki magii kina, która wzniosła by ten całkiem dobry film na wyższy poziom. To w sumie dziwne, bo klimat wydawał się odpowiedni na wielkie dzieło. Niemniej uważam, że "Droga do zatracenia" to bardzo wartościowe kino, godne polecenia. Jeśli ktoś lubi filmy o dziejach Irlandczyków w Ameryce to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10.

piątek, 10 sierpnia 2012

"Contagion"


W zasadzie nie wiem skąd wzięło się ogromne zajawienie na ten film. Na pewno nie dlatego, że jest zajebisty. Fabułę można streścić jednym zdaniem: wybucha zaraza, a dzielni i wyjątkowo prawi amerykańscy lekarze z CDC w Atlancie stawiają jej czoła. Podkreślam: są to prawdziwy herosi dobroci (można womitować szczęściem). Na ekranie zastęp gwiazd (Gwyneth Paltrow, Laurence Fishburne, Matt Damon, Jude Law, Kate Winslet, Enrico Colantoni) aczkolwiek nic szczególnego z tego nie wynika.

Bardzo trudno było mi ocenić „Contagion”. Projekcja filmu przyniosła mi całkowicie obojętne uczucia: z pewnością nie jest to film wybitny, ale też nie jest straszliwie słaby. Z drugiej strony troszkę mi się nudziło i chciałem jakiegoś bardziej nieprzewidywalnego zakończenia, a w zasadzie mamy po raz kolejny powielenie znanych schematów. Bardzo podobały mi się niektóre ujęcia, dlatego po długim namyśle daję jedynie czwórkę.

Ocena: 4/10.

PS. Gratuluję dystrybutorom dodania debilnego podtytułu „Epidemia strachu”.