Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Goldblum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Goldblum. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

"Thor: Ragnarok" (2017)


 Are you Thor, the god of hammers?

Zgodnie z obietnicą (a promise is a promise) dzisiaj na warsztat trafia trzecia część przygód nordyckiego boga burzy i piorunów, czyli "Thor: Ragnarok". Po premierze filmu wyreżyserowanego przez Taika Waititi (znanego choćby z całkiem fajnego "Hunt for the Wilderpeople") rozpoczęły się nieoczekiwane dla mnie spusty nad rzekomą wielkością tejże produkcji, a także przysłowiowe już lizanie się po fiutach znane z "Pulp Fiction". Ponieważ raczej sceptycznie podchodzę do twórczości sygnowanej logiem Marvela i mam bardzo duże zaległości w najnowszych odsłonach (po prostu po którejś tam kolejnej, bezsensownej części "The Avengers" stwierdziłem, że to po prostu pierdolę jak Pono), to postanowiłem w ramach wyjątku obejrzeć ostatniego "Thora" w zasadzie z sentymentu do mitologii nordyckiej, a następnie napisać recenzję wieńczącą całą dotychczasowa trylogię (lubię zamykać pewne rozdziały). Trailer, wzbogacony umiejętnie przez wykorzystanie utworu Immigrant Song Led Zeppelin, wywarł na mnie spore wrażenie, także zacząłem liczyć na przednią zabawę. Z drugiej jednakże strony muszę przyznać, że nie podpalałem się na końcowy sukces tak mocno jak Janusze przed mundialem (Kiełbasy do góry i golimy frajerów!).
Ⓒ 2018 MARVEL
Po czterech latach od wydarzeń przedstawionych w "Thor: The Dark World" bóg burzy (Chris Hemsworth) w wyprzedzającym uderzeniu pokonuje potężnego, acz trochę przygłupiego Surtura (głos podłożył Clancy Brown), olbrzyma a zarazem boga ognia. Po powrocie do Asgardu okazuje się, że Loki (Tom Hiddleston) postanowił tymczasowo zastąpić Odyna (Anthony Hopkins) w roli władcy. Jednakże Wszechojciec nie daje na długo zapomnieć o swoim istnieniu, szykując srogą i przewrotną niespodziankę dla swoich synów. Z odmętów zapomnienia wyłania się bowiem żądna krwawej i okrutnej zemsty, pierworodna córka Ojca Bogów, Hela (Cate Blanchett).
Ⓒ 2018 MARVEL
Na szczęście "Thor: Ragnarok" nie wypierdolił się tak spektakularnie jak reprezentacja Polski na mistrzostwach świata w Rosji. Zwycięstwo w meczu z Japonią nie pomniejsza waszej hańby, a ostatnie żenujące 10 minut tegoż spotkania przenosi naszych dumnych reprezentantów w całkowicie nowy, nieodkryty wymiar totalnej chujozy. Wracając jednakże do meritum, serię "Thora" darzyłem od samego początku estymą, ponieważ zdarzyło mi się przypadkowo urodzić w dzień poświęcony nordyckiemu bogu burzy, a na mej szyi nie raz i nie dwa zawisł Mjöllnir. Oczywiście Marvel z typową dla siebie nonszalancją podchodzi do mitologii skandynawskiej, także nie można traktować "Ragnarok" jako materiału pogłębiającego wiedzę. Z kompletnie niezrozumiałych przyczyn zamiast wykorzystać którąkolwiek z licznych bogiń, twórcy wpadli na pomysł stworzenia całkiem nowej. Hela to marvelowska wersja Hel, córki Lokiego i olbrzymki Angrbody, która władając krainą zmarłych w sposób naturalny, stanowiła uosobienie śmierci. No cóż i tak muszę przyznać, że w tego rodzaju kinematografii nie ma to większego znaczenia (bo nic go w końcu nie ma jak śpiewa Pablopavo), a ostatnia rzecz jakiej mogę się spodziewać po Marvelu to wierne odwzorowanie nordyckiego panteonu bogów i bogiń.
Ⓒ 2018 MARVEL
W "Thor: Ragnarok" fabuła mknie z prędkością bolidu Formuły 1. Nie ma przy tym większego znaczenia czy można ją oceniać jako mądrą czy głupią (raczej ta opcja jest mi bliższa), gdyż tempo jest zawrotne. Na całe szczęście w odniesieniu do poprzednich części zrezygnowano z osadzenia sporej części akcji filmu na Ziemi. Naszą rodzinną planetę odwiedzamy zatem jedynie przy okazji spotkań Thora i Lokiego z Odynem. Byłby to naprawdę spory plus, gdyby nie okazało się, że zamiast tego dostaniemy w zamian jakąś kretyńską planetę na zadupiu kosmosu, w której gladiatorskie walki urządza sobie niejaki Grandmaster (Jeff Goldblum). Od momentu, gdy główny bohater ląduje w tym przybytku, film zaczyna niebezpiecznie skręcać w klimaty "Strażników Galaktyki" (tak, dla mnie jest to wada), przez co zatraca swoją oryginalność w uniwersum Marvela. Niestety odejście od dotychczasowej formuły "Thora", które zyskało tak wielkie uznanie u widzów, u mnie wywołuje raczej niechęć i lekkie rozczarowanie. Dodatkowo, prawdziwym kindybałem w szamot, okazał się dobór kolejnego marvelowskiego bohatera partnerującemu bogu burzy (po co ktoś tam jest jeszcze potrzebny?). Od Hulka (Mark Ruffalo) gorszy byłby jedynie kompletnie bezużyteczny Hawkeye. Z uwagi na poprzednie części trudno przyczepić się do faktu, że obecna w filmie Walkiria średnio nadaje się na uosobienie nordyckiej aryjskości.
Ⓒ 2018 MARVEL
Muszę jednakże przyznać, że zawrotne tempu filmu, które narzucił Taika Waititi, nie pozwala się widzowi nudzić i rozmyślać nad zasadnością kolejnych posunięć bohaterów. "Thor: Ragnarok" pod tym względem stanowi esencję współczesnych produkcji Marvela: szybka akcja, mało refleksji, bezbłędne efekty specjalne (zwróćcie na nie uwagę, ponieważ robią robotę). W odróżnieniu od "Thor: The Dark World" tym razem udało się stworzyć postać niezwykle interesującej antagonistki. Powracająca z niebytu Hela, promująca hasło Make Asgard great again, to bardzo interesująca postać, której działania diametralnie zmieniają obraz dobrotliwego Odyna, który udało mu się wykreować w schyłkowym okresie życia. "Thor: Ragnarok" to także festiwal przekomicznych scen, które momentami sprawiają, że trudno odbierać film na serio, a nie wręcz jako parodii gatunku. Kolejna zaleta to ścieżka dźwiękowa, na której znalazł się znakomity utwór Immigrant Song legendarnego Led Zeppelin.
Ⓒ 2018 MARVEL
Chris Hemsworth (Thor) oraz Tom Hiddleston (Loki) grają na poziomie, do którego przyzwyczaili widzów poprzednich częściach. Jest to świetnie obsadzona para nordyckich bogów, między którym zaistniała solidna dawka ekranowej chemii. Pozostaje jedynie ubolewać, że w "Thor: Ragnarok" Loki zszedł trochę na drugi plan. W najnowszej odsłonie doszło również do pożegnania z serią Anthony’ego Hopkinsa (Odyn)– trochę szkoda, ponieważ tak doskonały aktor na pokładzie to zawsze zaleta dla filmu. Pozostając w kręgu starych znajomych nie sposób zapomnieć o degrengoladzie Stringera Heimdalla, w  którego ponownie wcielił się Idris Elba. Tym razem bóg strzegący Bifrostu utracił majestatyczność i zaczął wyglądać jak zwykły, uzależniony od cracku, ćpun zamieszkujący brudne ulice Baltimore. Oczywiście nie oznacza to, że przestałem go lubić. Cate Blanchett (Hela) do serii wjechała jak Conrado, przez co muszę przyznać, że jest to jedna z lepszych antagonistek w całym marvelowskim uniwersum (jak już wspominałem powyżej cechuje ją ciekawa motywacja). Naprawdę fajnie oglądało się kreację przypominającą bardziej wkurwioną i przepełnioną frustracją siostrę Galadrieli z "Władcy Pierścieni". Przy tej okazji warto wspomnieć o nowej towarzyszce Thora, Walkirii, którą znakomicie zagrała Tessa Thompson – wielkie propsy, bardzo fajna rola. Na koniec warto wspomnieć o Jeffie Goldblumie (Grandmaster), który zagrał raczej samego siebie oraz Karlu Urbanie (Skurge), którego potencjał można było wykorzystać zdecydowanie lepiej. O Marku Ruffalo nic nie napiszę, ponieważ nie lubię Hulka.
Ⓒ 2018 MARVEL
Zastanawiałem się dłuższą chwilę w jaki sposób rzetelnie ocenić "Thor: Ragnarok". Trzecia odsłona przygód boga burzy ma oczywiste wady, aczkolwiek ostatecznie postanowiłem skupić się na rozrywkowości filmu i wystawić najwyższą notę w całej trylogii. Mimo wszystko produkcja Marvela przynosi bardzo dużo radości, autentycznie zabawnych scen oraz dynamicznej akcji podpartej znakomitymi efektami specjalnymi. W kategorii mało intelektualnego filmu rozrywkowego ciężko znaleźć coś lepszego.
Ⓒ 2018 MARVEL
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych części:

niedziela, 22 czerwca 2014

"Deep Cover"



Yeah, and you don’t stop, cause it’s 1-8-7 on a undercover cop – wersy z piosenki Deep Cover Dr Dre i Snoop Dogga wryły mi się w pamięć w licealnym okresie fascynacji gangsta rapem. Były to radosne czasy, gdy wielu uważało, że miasto CK w czasie wakacji jest niemal jak słoneczna Kalifornia, a mury zdobiły monumentalne napisy Eazy-E. Niemniej nie o czasach utraconej młodości jest to opowieść. Wspomniany wyżej utwór pochodził bowiem ze ścieżki dźwiękowej filmu "Deep Cover" w reżyserii znanego, czarnoskórego aktora Billa Duke’a. Skąpane w słońcu L.A., narkotyki oraz brudni gliniarze stanowiły bardzo kuszącą zachętę by zmierzyć się wreszcie z tą produkcją.
źródło: http://www.impawards.com
Jak wskazuje angielski tytuł (i co jednocześnie stara się oddać polskie przegięte tłumaczenie - "Podwójny kamuflaż") "Deep Cover" to opowieść o gliniarzu działającym pod przykrywką. John Hull (Laurence Fishburne) po fatalnych doświadczeniach z ojcem narkomanem postanowił zostać stróżem prawa by zaprowadzić na ulicach prawo i porządek. Z powodu koloru skóry nasz bohater zostaje jednakże wytypowany do misji, która w każdym elemencie przeczy jego sztywnym zasadom moralnym. Wszechmocy agent DEA Carver (Charles Martin Smith) chce bowiem, aby John ruszył na ulice L.A. i zaczął sprzedawać towar. Sukcesywnie zwiększając obroty zakamuflowany gliniarz ma dotrzeć na szczyty narkotykowego Olimpu, by wyeliminować latynoskiego króla anielskiego pyłu Gallegosa (Arthur Mendoza).
źródło:  http://www.moviestillsdb.com
Zasiadając do projekcji "Deep Cover" miałem dosyć mgliste wspomnienie filmu ze starych czasów. Wydawało mi się, że produkcja Billa Duke’a opowiada o gliniarzu, który pracując pod przykrywką zaczyna za bardzo fascynować się nową tożsamością i stopniowo zatraca poczucie rzeczywistości. Myślałem, że John stopniowo będzie pogrążał się w handlu anielskim pyłem i czerpał garściami z finansowych profitów by w końcu zapomnieć, że stoi po złej stronie. Gdyby twórcy poszli w tę stronę i dobrze ukazali moralne dylematy bohatera "Deep Cover" mogłoby stać się naprawdę znakomitym filmem. Niestety, jak to coraz częściej w życiu bywa, wyobrażenia nijak miały się do rzeczywistości. Przedstawiona historia nie ma w sobie praktycznie żadnego ciężaru psychologicznego. Ot, John  wraz z żydowskim prawnikiem Davidem Jasonem (Jeff Goldblum) pchają na ulice coraz więcej koksu, stopniowo nawiązując coraz lepsze koneksje. Niestety ich dostawcy się zdecydowanie oderwani od rzeczywistości i nie potrafią nawet stworzyć spójnej organizacji. Na dodatek w filmie całkowicie pominięto temat gangów, które na początku lat 90-tych toczyły w L.A. krwawe boje. Niemal wszystkie czarne charaktery to kompletne, straszliwie przerysowane pojeby, żyjące w jakimś kompletnie nierealistycznym świecie. Barbosa grający w łapki czy też Guzman w pelerynie naprawdę mogą odcisnąć negatywne piętno na psychice widza.
źródło:  http://www.moviestillsdb.com
"Deep Cover" to kolejny film, w którym DEA pokazana została w fatalnym świetle. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego Hollywood tak bardzo uwzięło się akurat na tę agencję. Nie potrafię przypomnieć sobie żadnej produkcji, w której agenci DEA nie byliby bandą skorumpowanych narkomanów, mordującą niewinnych ludzi dla osiągnięcia własnych korzyści. Tutaj nie jest może aż tak źle, niemniej Carver momentami jest prawdziwym skurwysynem. Jednak nie to najbardziej drażni w filmie Duke’a. Momentami "Deep Cover" jest naprawdę głupawe. Wystarczy wspomnieć scenę ucieczki limuzyną przed radiowozami czy też motyw produkcji syntetycznego, legalnego narkotyku, który miałby zastąpić anielski pył. Przemiana spokojnego prawnika w totalnie pojebanego, chciwego asasyna bardzo przypomina o rok późniejsze "Carlito’s Way". Niestety zestawiając obydwie postacie bardzo łatwo dojść do wniosku, że Sean Penn bije na głowę Jeffa Goldbluma w każdym aspekcie.
źródło:  http://www.moviestillsdb.com
Pod względem aktorstwa z pewnością wyróżnia się Laurence Fishburne, który mocno stara się na ekranie dać z siebie wszystko. John Hull w jego wykonaniu to naprawdę ciekawa postać i bardzo żałuję, że scenariusz nie poszedł w kierunku, którego oczekiwałem. "Deep Cover" niestety ma tę smutną przypadłość, iż poza głównym bohaterem w filmie praktycznie nie ma ciekawych postaci. Przemiana Jeffa Goldbluma w ruthless psycho killera jest wysoce nierealistyczna, a ponadto niezbyt dobrze zagrana. Carver to z kolei odrażające indywiduum, ale trzeba przy tym podkreślić, że Charles Martin Smith całkiem nieźle odnalazł się w tej niewdzięcznej roli. Po stronie totalnego zła całkiem nieźle zaprezentował się Roger Guenveur Smith, ale jak już wspominałem reszta latynoskich villainów to kompletnie przerysowane postacie, które ogląda się z prawdziwym trudem.
źródło:  http://www.moviestillsdb.com
W zasadzie wśród setek podobnych produkcji "Deep Cover" wyróżnia się jedynie zapadającą w pamięć ścieżką dźwiękową. Poza tym niestety jest to raczej średnio udana produkcja, która charakteryzuje się niewykorzystanym potencjałem. Gdyby twórcy poszli wskazaną przeze mnie w recenzji drogą i zrobili to dobrze to podejrzewam, że "Deep Cover" mogłoby naprawdę zamieść konkurencję, a może nawet stać się klasykiem kina policyjnego z początku lat 90-tych. Naprawdę szkoda patrzeć jak aktorskie wysiłki Laurence’a Fishburne’a idą na marne, a film Billa Duke’a zamiast zrobić różnicę pogrąża się w odmętach wtórności i idiotyzmów.
źródło:  http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 5/10 (gwiazdka wyżej za dobre OST).

czwartek, 3 kwietnia 2014

"Grand Budapest Hotel"



W czasie jednej z zeszłorocznych wypraw do kina obejrzałem trailer "Grand Budapest Hotel". Przyznam szczerze, że ta kilkuminutowa migawka wywołała u mnie stan bliski euforii oraz zrodziła przemożną potrzebę jak najszybszego obejrzenia najnowszego dzieła Wesa Andersona. Po powrocie do bazy okazało się jednakże, że na polską premierę filmu przyjdzie poczekać aż do wiosny. Jakaż rozpacz ogarnęła wtenczas moją duszę! Niemniej niemal z wytęsknieniem czekałem aż zelżeją mrozy i stopnieją śniegi. Sytuację nakręcały dodatkowo pozytywne recenzje i całkiem niezłe oceny. Z dotychczasową twórczością Wesa Andersona byłem zapoznany raczej mocno średnio. W zasadzie udało mi się obejrzeć jedynie "The Life Aquatic with Steve Zissou", która podobało mi się bardzo bardzo, aczkolwiek jest to naprawdę oryginalna produkcja. I wreszcie ostatniego dnia plugawego miesiąca marca udało mi się zasiąść w klimatyzowanej sali krakowskiego kina Mikro by skonfrontować wybujałe oczekiwania z brutalną rzeczywistością.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Grand Budapest Hotel" rozgrywa się w fikcyjnej Republice Żubrówki (w oryginale Republic of Zubrowka – chyba nie trzeba wspominać skąd zaczerpnięto nazwę) na początku lat 30-tych ubiegłego stulecia. Tytułowy hotel to jedna z najbardziej fame’owych miejscówek w całym regionie, przyciągająca arystokrację i najbogatszych przemysłowców. Wiele w tym zasługi Gustava H. (Ralph Fiennes), legendarnego concierge tegoż przybytku. Wybaczcie, iż nie będę w recenzji stosował spolszczonego odpowiednika tegoż słowa, ale konsjerż wygląda niemal tak fatalnie jak Dżesika. Historię oglądamy z punktu widzenia świeżo zatrudnionego boya hotelowego, Zero Moustafy (Tony Revolori). Pracując u boku Gustava chłopiec stopniowo staje się jego najbardziej zaufanym przyjacielem, dzięki czemu będzie w stanie pomóc swojemu przełożonemu wyplątać się z nielichej afery kryminalnej.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Mam niemal 100% pewność, że Wes Anderson osobiście rozplanował każdy kadr filmu, ponieważ w "Grand Budapest Hotel" nie ma ani jednej zbędnej czy nieprzemyślanej sceny. Cała produkcja utrzymana jest w jednej konwencji, która charakteryzuje się perfekcjonistyczną stroną wizualną oraz niespotykaną dbałością o szczegóły. Niemniej zaraz pojawia się pytanie czy każdy widz musi z miejsca zaakceptować takie, a nie inne wybory reżysera, a potem na swoim blogu (jeśli takowego prowadzi) tworzyć peany ku jego wiecznej chwale? Przed seansem spodziewałem się naprawdę wybitnego kina i dlatego czułem się bardzo dziwnie siedząc w kinowym fotelu. Potrafię docenić wizualną maestrię, ale coś poszło dla mnie nie tak i niestety nie jestem w stanie uznać "Grand Budapest Hotel" za arcydzieło. Dlaczegóż? Otóż zabrakło odrobiny kinowej magii, która sprawia, że dany film chce się zapętlić jak doskonałą piosenkę na YouTube i katować non stop. Przed wejściem do kina po cichu szykowałem już nawet kolejne 10/10, a tu niestety rozczarowanie bardzo.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Nie myślcie przy tym, że "Grand Budapest Hotel" jest złym filmem – żale to po prostu efekt moich zdeptanych, wybujałych wyobrażeń. Jak wspomniałem powyżej cechuje go wizualna perfekcja, która doskonale oddaje zarówno nastrój tamtych czasów, jak i specyfikę miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Ponadto na plus należy z pewnością zaliczyć dialogi, chociaż muszę także przyznać, iż spodziewałem się po nich troszkę więcej błyskotliwości. Fabuła w filmie Andersona nie jest tak naprawdę najważniejsza, ale dosyć dobrze wpisuje się w klimat lat 30-tych XX wieku (niby niepoważne, ale jednak widmo faszyzmu). Cały urok "Grand Budapest Hotel" opiera się tak naprawdę na postaci Gustava H. oraz supportujących go bohaterach drugoplanowych. Miłośnik dojrzałych kobiet (average 80) i luksusu, a także nadzwyczajnie sprawny organizator, wypada na ekranie znakomicie, pochłaniając całą uwagę widza. Ralph Fiennes spisał się wybornie i trudno uwierzyć, że Wes Anderson chciał początkowo zaangażować Johnny’ego Deppa. Również oklaski należą się dla Tony’ego Revolori, który zdołał udźwignąć ciężar swojej roli i godnie wypada u boku starszego kolegi. Natomiast na drugim planie panuje istne szaleństwo. Anderson niemal do każdej, choćby epizodycznej rólki, postanowił zaangażować prawdziwą sławę. Wymienianie wszystkich zebranych byłoby z jednej strony bardzo żmudne, a z drugiej bezcelowe, ponieważ i tak możecie to sprawdzić na IMDb. Skupię się zatem na kreacjach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pewno muszę docenić Tildę Swinton (Madame D.), która pod tonami charakteryzacji zagrała bardzo fajnie. Z ról kobiecych pragnę również wyróżnić Saoirse Ronan (Agatha). Natomiast moi męscy faworyci to Edward Norton (Henckels), Willem Dafoe (Jopling) oraz Adrien Brody (Dmitri). Reszta jest w porządku, aczkolwiek bez większego szału. Najwięcej wymagałem od Billa Murraya (Ivan), ale tym razem jego epizod jakoś mnie nie powalił na kolana.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
"Grand Budapest Hotel" na pewno nie jest słabym filmem. Niestety ja nie potrafię spojrzeć na niego inaczej niż przez pryzmat ogromnie zawiedzionych oczekiwań. Dlatego też końcowa ocena jest taka, a nie inna, chociaż muszę przyznać, że bardzo długo się nad nią zastanawiałem. Mozolnie poszukiwałem wyimaginowanych zalet, za które mógłbym choćby troszeczkę podnieść notę. W końcu stwierdziłem jednak, że to nie ma sensu i należy wystawić godną, ale szczerą ocenę, która najlepiej oddaje moje uczucia po opuszczeniu kinowej sali.
źródło: http://www.grandbudapesthotel.com/
Ocena: 6/10 (kiedyś, może, na żywo i w kolorze będzie 6.5/10).

piątek, 14 lutego 2014

"The Great White Hype"


Odkąd tylko pamiętam "The Great White Hype" kojarzy mi się z sielskim niedzielnym popołudniem i żółtym słoneczkiem Polsatu. Wynika to zapewne z faktu, że film Reginalda Hudlina jest puszczany wyłącznie w tenże wyjątkowo leniwy dzień, mniej więcej o tej samej porze i zawsze na tym samym kanale. Niemniej chociaż "Wielką białą pięść" widziałem już milijon razy, to jest mi bardzo trudno odmówić sobie kolejnej projekcji. Czemuż? Otóż jest to dzieło zawierające w sobie dosyć rasistowskie żarty na temat mieszkańców Irlandii. Przejawiając wysoki poziom zainteresowania Wyspami Brytyjskimi wszelkie tego rodzaju wstawki zawsze mnie ogromnie bawiły, toteż wspomnianą produkcję darzę sporą estymą.
źródło: http://www.impawards.com
"The Great White Hype" obraca się w kręgu tematyki sportowej, a dokładniej boksu zawodowego. Doświadczony promotor, wielebny Sultan (Samuel L. Jackson), stwierdza, że wskutek długotrwałej supremacji dotychczasowego mistrza, dochody z walk są coraz mniejsze. Sytuację dodatkowo pogarsza postawa championa. James The Grim Reaper Roper (Damon Wayans) z każdą walką pogrąża się w nonszalancji, a jego podejście do treningów daleko odbiega od zachowań przykładnych sportowców. Sultan wpada zatem na genialny pomysł, by sprawić aby hajs się znowu zgadzał. Jadąc na sprawdzonym patencie (tzw. ostatnia nadzieja białych) postanawia zorganizować walkę z jedynym człowiekiem, który pokonał obecnego mistrza. Niemniej nie jest to proste zadanie, ponieważ pojedynek odbył się jeszcze w czasach amatorskich, a Terry Conklin (Peter Berg) zamiast kontynuować karierę na ringu postanowił zostać frontmanem zespołu rockowego.
źródło: http://www.cineplex.com
"The Great White Hype" nie jest może dziełem wybitnym ani szczególnie ambitnym, ale jako parodia kina sportowego sprawdza się bardzo dobrze. Oczywiście główne przesłanie filmu odnoście postępującej komercjalizacji sportu oraz dziennikarstwa w żaden sposób nie straciło na aktualności. Rozwiązania fabularne zastosowana w filmie są momentami niezwykle zabawne i ożywcze. Do mnie najbardziej przemawiają wszystkie zabiegi mające ugruntować dosyć wątpliwą pozycję pretendenta. Przykładowo aby uzyskać dodatkowe uznanie białych obywateli USA, Terry wkrótce zyskuje ksywę Irish, chociaż jak sam często podkreśla nie posiada żadnych irlandzkich korzeni. Mimo to wyjście Conklina na ring poprzedza słynna irlandzka ballada Danny Boy, a tuż przed dzielnym irlandzkim herosem kroczą karły przebrane za leprechauny. Jednakże moim ulubionym akcentem jest angielski trener Terry'ego, Johnny Windsor (John Rhys-Davies). Jestem przekonany, że jest to jeden z najlepszych coachów na filmowych ekranie. Windsor, wypowiadający swoje doskonałe kwestie wyrażające pogardę dla Irlandczyków (m.in.: Terry, listen to me: do this for the white race. You may be Irish, but they're almost white), jest bezbłędnie skonstruowany. Oczywiście na wszelkie zarzuty Conklina o rasizm ma przygotowaną doskonałą ripostę – Gdybym był rasistą nie mógł bym Cię trenować. Zaiste, takie postacie chcę oglądać na ekranie znacznie częściej!
źródło: http://www.cineplex.com
Fajnie ukazano również degrengoladę obecnego mistrza. James The Grim Reaper Roper poczuł się na tyle pewny własnej supremacji, że zamiast ciężko trenować zaczął obżerać się lodami oglądając "Dolemite" z 1975 roku. Kto nie widział tegoż wspaniałego wytworu blaxploitation może tylko żałować. Jest to kino równie wspaniałe jak nie mniej słynne "Black Gestapo". Jak łatwo sobie wyobrazić Roper bardzo zamienia się w tzw. miśka, budzącego jedynie politowanie u kibiców. Upadek mistrza oraz zabiegi marketingowe wokół pretendenta to zdecydowanie najlepsze fragmenty "The Great White Hype". Oprócz nich w filmie znajdziemy jedno całkiem niezłe nawiązanie do "Pulp Fiction", występ samego Method Mana oraz galerię całkiem fajnych postaci. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się świetny jak zawsze Samuel L. Jackson, aczkolwiek jak już wspominałem najbardziej lubię oglądać Johna Rhysa-Daviesa jako Johnny'ego Windsora. Doskonale w upadłego mistrza wcielił się Damon Wayans, ale również Peter Berg ani na krok nie odstępuje swojego filmowego rywala. Muszę przyznać, że nawet Jeff Goldblum, za którym normalnie niezbyt przepadam, w roli sprzedajnego dziennikarza wypada całkiem solidnie. A w epizodycznych rolach cała plejada uznanych aktorów m.in.: Cheech Marin (jako sprzedajny działacz federacji boksu wypada znakomicie), Albert Hall, Michael Jace czy choćby Jamie Foxx.
źródło: http://www.cineplex.com
Największym zarzutem jaki mogę postawić "Wielkiej białej pięści" jest czas trwania filmu – to jedynie 91 minut. Wyraźnie widać, że twórcom zabrakło inwencji na lepsze zakończenie, ponieważ czułem spory niedosyt, gdy zobaczyłem napisy końcowe. Oczywiście, przy dużym nagromadzeniu żartów, nie wszystkie trzymają odpowiedni poziom. Niemniej większość z nich jest naprawdę wyborna i potrafi bawić nawet po kilkukrotnym obejrzeniu filmu. Co więcej, jak na pastisz filmów sportowych "The Great White Hype" wypada o niebo lepiej niż wiele produkcji kręconych na poważnie. Pod płaszczykiem humoreski ukazono bowiem naprawdę negatywne mechanizmy, dzięku którym obecnie wiele dziedzin sportu wygląda tak, a nie inaczej. Za to należą się wielkie brawa i ocena trochę wyższa niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.cineplex.com

Ocena: 7/10.