Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cate Blanchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cate Blanchett. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

"Thor: Ragnarok" (2017)


 Are you Thor, the god of hammers?

Zgodnie z obietnicą (a promise is a promise) dzisiaj na warsztat trafia trzecia część przygód nordyckiego boga burzy i piorunów, czyli "Thor: Ragnarok". Po premierze filmu wyreżyserowanego przez Taika Waititi (znanego choćby z całkiem fajnego "Hunt for the Wilderpeople") rozpoczęły się nieoczekiwane dla mnie spusty nad rzekomą wielkością tejże produkcji, a także przysłowiowe już lizanie się po fiutach znane z "Pulp Fiction". Ponieważ raczej sceptycznie podchodzę do twórczości sygnowanej logiem Marvela i mam bardzo duże zaległości w najnowszych odsłonach (po prostu po którejś tam kolejnej, bezsensownej części "The Avengers" stwierdziłem, że to po prostu pierdolę jak Pono), to postanowiłem w ramach wyjątku obejrzeć ostatniego "Thora" w zasadzie z sentymentu do mitologii nordyckiej, a następnie napisać recenzję wieńczącą całą dotychczasowa trylogię (lubię zamykać pewne rozdziały). Trailer, wzbogacony umiejętnie przez wykorzystanie utworu Immigrant Song Led Zeppelin, wywarł na mnie spore wrażenie, także zacząłem liczyć na przednią zabawę. Z drugiej jednakże strony muszę przyznać, że nie podpalałem się na końcowy sukces tak mocno jak Janusze przed mundialem (Kiełbasy do góry i golimy frajerów!).
Ⓒ 2018 MARVEL
Po czterech latach od wydarzeń przedstawionych w "Thor: The Dark World" bóg burzy (Chris Hemsworth) w wyprzedzającym uderzeniu pokonuje potężnego, acz trochę przygłupiego Surtura (głos podłożył Clancy Brown), olbrzyma a zarazem boga ognia. Po powrocie do Asgardu okazuje się, że Loki (Tom Hiddleston) postanowił tymczasowo zastąpić Odyna (Anthony Hopkins) w roli władcy. Jednakże Wszechojciec nie daje na długo zapomnieć o swoim istnieniu, szykując srogą i przewrotną niespodziankę dla swoich synów. Z odmętów zapomnienia wyłania się bowiem żądna krwawej i okrutnej zemsty, pierworodna córka Ojca Bogów, Hela (Cate Blanchett).
Ⓒ 2018 MARVEL
Na szczęście "Thor: Ragnarok" nie wypierdolił się tak spektakularnie jak reprezentacja Polski na mistrzostwach świata w Rosji. Zwycięstwo w meczu z Japonią nie pomniejsza waszej hańby, a ostatnie żenujące 10 minut tegoż spotkania przenosi naszych dumnych reprezentantów w całkowicie nowy, nieodkryty wymiar totalnej chujozy. Wracając jednakże do meritum, serię "Thora" darzyłem od samego początku estymą, ponieważ zdarzyło mi się przypadkowo urodzić w dzień poświęcony nordyckiemu bogu burzy, a na mej szyi nie raz i nie dwa zawisł Mjöllnir. Oczywiście Marvel z typową dla siebie nonszalancją podchodzi do mitologii skandynawskiej, także nie można traktować "Ragnarok" jako materiału pogłębiającego wiedzę. Z kompletnie niezrozumiałych przyczyn zamiast wykorzystać którąkolwiek z licznych bogiń, twórcy wpadli na pomysł stworzenia całkiem nowej. Hela to marvelowska wersja Hel, córki Lokiego i olbrzymki Angrbody, która władając krainą zmarłych w sposób naturalny, stanowiła uosobienie śmierci. No cóż i tak muszę przyznać, że w tego rodzaju kinematografii nie ma to większego znaczenia (bo nic go w końcu nie ma jak śpiewa Pablopavo), a ostatnia rzecz jakiej mogę się spodziewać po Marvelu to wierne odwzorowanie nordyckiego panteonu bogów i bogiń.
Ⓒ 2018 MARVEL
W "Thor: Ragnarok" fabuła mknie z prędkością bolidu Formuły 1. Nie ma przy tym większego znaczenia czy można ją oceniać jako mądrą czy głupią (raczej ta opcja jest mi bliższa), gdyż tempo jest zawrotne. Na całe szczęście w odniesieniu do poprzednich części zrezygnowano z osadzenia sporej części akcji filmu na Ziemi. Naszą rodzinną planetę odwiedzamy zatem jedynie przy okazji spotkań Thora i Lokiego z Odynem. Byłby to naprawdę spory plus, gdyby nie okazało się, że zamiast tego dostaniemy w zamian jakąś kretyńską planetę na zadupiu kosmosu, w której gladiatorskie walki urządza sobie niejaki Grandmaster (Jeff Goldblum). Od momentu, gdy główny bohater ląduje w tym przybytku, film zaczyna niebezpiecznie skręcać w klimaty "Strażników Galaktyki" (tak, dla mnie jest to wada), przez co zatraca swoją oryginalność w uniwersum Marvela. Niestety odejście od dotychczasowej formuły "Thora", które zyskało tak wielkie uznanie u widzów, u mnie wywołuje raczej niechęć i lekkie rozczarowanie. Dodatkowo, prawdziwym kindybałem w szamot, okazał się dobór kolejnego marvelowskiego bohatera partnerującemu bogu burzy (po co ktoś tam jest jeszcze potrzebny?). Od Hulka (Mark Ruffalo) gorszy byłby jedynie kompletnie bezużyteczny Hawkeye. Z uwagi na poprzednie części trudno przyczepić się do faktu, że obecna w filmie Walkiria średnio nadaje się na uosobienie nordyckiej aryjskości.
Ⓒ 2018 MARVEL
Muszę jednakże przyznać, że zawrotne tempu filmu, które narzucił Taika Waititi, nie pozwala się widzowi nudzić i rozmyślać nad zasadnością kolejnych posunięć bohaterów. "Thor: Ragnarok" pod tym względem stanowi esencję współczesnych produkcji Marvela: szybka akcja, mało refleksji, bezbłędne efekty specjalne (zwróćcie na nie uwagę, ponieważ robią robotę). W odróżnieniu od "Thor: The Dark World" tym razem udało się stworzyć postać niezwykle interesującej antagonistki. Powracająca z niebytu Hela, promująca hasło Make Asgard great again, to bardzo interesująca postać, której działania diametralnie zmieniają obraz dobrotliwego Odyna, który udało mu się wykreować w schyłkowym okresie życia. "Thor: Ragnarok" to także festiwal przekomicznych scen, które momentami sprawiają, że trudno odbierać film na serio, a nie wręcz jako parodii gatunku. Kolejna zaleta to ścieżka dźwiękowa, na której znalazł się znakomity utwór Immigrant Song legendarnego Led Zeppelin.
Ⓒ 2018 MARVEL
Chris Hemsworth (Thor) oraz Tom Hiddleston (Loki) grają na poziomie, do którego przyzwyczaili widzów poprzednich częściach. Jest to świetnie obsadzona para nordyckich bogów, między którym zaistniała solidna dawka ekranowej chemii. Pozostaje jedynie ubolewać, że w "Thor: Ragnarok" Loki zszedł trochę na drugi plan. W najnowszej odsłonie doszło również do pożegnania z serią Anthony’ego Hopkinsa (Odyn)– trochę szkoda, ponieważ tak doskonały aktor na pokładzie to zawsze zaleta dla filmu. Pozostając w kręgu starych znajomych nie sposób zapomnieć o degrengoladzie Stringera Heimdalla, w  którego ponownie wcielił się Idris Elba. Tym razem bóg strzegący Bifrostu utracił majestatyczność i zaczął wyglądać jak zwykły, uzależniony od cracku, ćpun zamieszkujący brudne ulice Baltimore. Oczywiście nie oznacza to, że przestałem go lubić. Cate Blanchett (Hela) do serii wjechała jak Conrado, przez co muszę przyznać, że jest to jedna z lepszych antagonistek w całym marvelowskim uniwersum (jak już wspominałem powyżej cechuje ją ciekawa motywacja). Naprawdę fajnie oglądało się kreację przypominającą bardziej wkurwioną i przepełnioną frustracją siostrę Galadrieli z "Władcy Pierścieni". Przy tej okazji warto wspomnieć o nowej towarzyszce Thora, Walkirii, którą znakomicie zagrała Tessa Thompson – wielkie propsy, bardzo fajna rola. Na koniec warto wspomnieć o Jeffie Goldblumie (Grandmaster), który zagrał raczej samego siebie oraz Karlu Urbanie (Skurge), którego potencjał można było wykorzystać zdecydowanie lepiej. O Marku Ruffalo nic nie napiszę, ponieważ nie lubię Hulka.
Ⓒ 2018 MARVEL
Zastanawiałem się dłuższą chwilę w jaki sposób rzetelnie ocenić "Thor: Ragnarok". Trzecia odsłona przygód boga burzy ma oczywiste wady, aczkolwiek ostatecznie postanowiłem skupić się na rozrywkowości filmu i wystawić najwyższą notę w całej trylogii. Mimo wszystko produkcja Marvela przynosi bardzo dużo radości, autentycznie zabawnych scen oraz dynamicznej akcji podpartej znakomitymi efektami specjalnymi. W kategorii mało intelektualnego filmu rozrywkowego ciężko znaleźć coś lepszego.
Ⓒ 2018 MARVEL
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych części:

sobota, 10 stycznia 2015

"The Hobbit: The Battle of The Five Armies"



I oto stało się wreszcie! Długo oczekiwany "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" od końca grudnia hula w polskich kinach nabijając i tak już zasobną kieszeń Petera Jacksona. Jednakże w przeciwieństwie do pierwszej oraz drugiej części uwieńczenie nowej trylogii nie spotkało się z powszechnym entuzjazmem światowej widowni oraz krytyki. Co więcej – pojawiły się nawet liczne hejty i szydery, co w przypadku opowieści rozgrywającej się w Śródziemiu, było dla mnie co najmniej zaskakujące. Jednakże im jestem starszy tym mniej polegam na opinii osób trzecich w kwestiach związanych z kinematografią, więc musiałem na własne oczy przekonać się, co tym razem przygotował Peter Jackson. Od razu podkreślam, że niniejsza recenzja będzie wypełniona po brzegi spoilerami, ponieważ nie istnieje inny sposób by w pełni oddać wrażenia towarzyszące projekcji. Jeśli więc jesteście uczuleni pod tym względem to porzućcie resztę tekstu albo weźcie się kurwa wreszcie za czytanie książek. Wtedy nie będzie dla Was zaskoczeniem, że Thorin Dębowa Tarcza umiera na końcu!
źródło: http://www.impawards.com
"Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończył się "Hobbit: Pustkowie Smauga". Poirytowany zaistniałą sytuacją smok postanawia spalić doszczętnie Esgaroth (czyli Miasto na Jeziorze dla mało uświadomionych). Radosny rampage Smauga wydaje się nie mieć końca do momentu, kiedy to na drodze potwora staje Bard (Luke Evans) uzbrojony w ostatnią czarną strzałę i łuk zrobiony po części z własnego synowca. Jednakże po ubiciu bestii nieoczekiwanie pojawiają się problemy ekonomiczno-społeczne. Ponieważ niemal całe Esgaroth spłonęło od smoczego ognia, mieszkańcy potrzebują schronienia oraz finansowej rekompensaty za poniesione straty. Aczkolwiek Thorin (Richard Armitage), owładnięty żądzą odnalezienia Arcyklejnotu, wbrew danemu wcześniej słowu nie zamierza dzielić się z nikim bogactwami Ereboru. Wkrótce okazuje się, że w redystrybucji skarbów Samotnej Góry partycypować pragną również leśne elfy Thranduila (Lee Pace). Na domiar złego Sauron postanowił wykorzystać strategiczne położenie Ereboru do odzyskania w przyszłości kontroli nad starym siedliskiem zła w Angmarze.
"...I went down, down, down and the flames were higher..."
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Gdy pojawiły się napisy końcowe ogarnęło mnie totalne znużenie egzystencją. Miałem ochotę udać się do Szarej Przystani, wsiąść na biały okręt i pożeglować na zachód do Valinoru. Wtenczas przypomniałem sobie, że zanim odejdę muszę przecież napisać recenzję by podzielić się z Wami wrażeniami z "Bitwy Pięciu Armii". Tym razem Peter Jackson po prostu przegiął totalnie. Abyście mogli ocenić skalę przegięcia wyobraźcie sobie, że fatalne wrażenia z ostatniej części trylogii rzuciły cień rewizji ocen na pierwszą oraz drugą odsłonę. Ostatni film to po prostu idiotyczny, a momentami żenujący festyn CGI. Dobre sceny można policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno świetnie wypadło starcie Galadrieli z Sauronem oraz Nazgulami w Dol Guldur. Na plus mogę zaliczyć również ogólną scenografię, krajobrazy oraz wygląd elfiej armii Thranduila – przywódca leśnych elfów dosiadający łosia jest po prostu fabolous! I w zasadzie na tym mogę zakończyć wyliczanie plusów "Bitwy Pięciu Armii". Jako quasi-zaletę mogę wymienić natomiast liczne erupcje śmiechu i chichoty wypełniające projekcję (w końcu śmiech to zdrowie!), ale chyba nie do końca o to chodziło Peterowi Jacksonowi.
Pozdrowienia do więzienia!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Zamiast kolejnej, radosnej podróży po pięknym Śródziemiu Peter Jackson zaserwował festynowe podejście do tematu, przepełnione do granic możliwości efektami komputerowymi oraz wyjątkowo marnej jakości dialogami, niekiedy niemal żywcem wyjętymi z prozy Paolo Coelho (Legolasie, matka cię kochała! – to zdanie przelało czarę goryczy!). Osoby odpowiedzialne za te kwestie naprawdę powinny zastanowić się nad dalszym sensem własnej egzystencji. Zwróćcie uwagę jak bezsensownie podzielono drugą i trzecią część trylogii. Czyż gdyby Smaug został ubity pod koniec środkowej odsłony nie byłoby sensowniej? I tak pojawia się jedynie na jakieś dziesięć minut by zginąć z ręki Barda. W porównaniu do poprzednich filmów bardzo mało podróżujemy po Śródziemiu. Akcja "Bitwy Pięciu Armii" rozgrywa się głównie w Esgaroth (R.I.P.), Ereborze oraz Dol Guldur (brawo, Gandalf!). Dosłownie przez chwilę oglądamy natomiast Gundabad, twierdzę orków położoną w Górach Mglistych. Może to właśnie z tego powodu Jackson kompletnie zatracił unikalny klimat charakterystyczny dla wcześniejszych produkcji. Odnośnie poprawności politycznej w trakcie anihilacji Miasta na Jeziorze udało mi się wypatrzyć Azjatkę, aczkolwiek nie mogę być tego pewien do końca.
"Masz expić wykurwiście, hobbicie!"
źródło: http://www.thehobbit.com
Tytułowa, festyniarska Bitwa Pięciu Armii wypełnia sporą część filmu. W trakcie walki pojawia się kilka szokujących z mojego punktu widzenia rzeczy. Po pierwsze pragnę zwrócić uwagę na czerwie rodem z "Diuny" (sic!), przeżerające się przez skały. Tylko czekałem, aż nagle na jednym z nich nie zobaczę Muad’Diba, a z tunelu nie wyjdzie niezwyciężona armia Fremenów. Pojawia się zatem pytanie: w jaki sposób orki kontrolują czerwie (robakołaki to chyba fachowa nazwa Tolkiena) i dlaczego nie wykorzystały ich do bezpośredniego przebicia się do Ereboru lub ruin Dale? Wiele miejsca należy również poświęcić dotychczas przeważnie pogardzanym mieszkańcom Śródziemia. Orkom, bo to o nich właśnie mowa, dowodzonym tym razem przez wybitnego strategosa Azoga, po raz kolejny doskwierają typowe problemy. Przeciętny przedstawiciel tejże rasy, mimo grubego pancerza oraz dużej siły, zostanie z pewnością brutalnie zaszlachtowany przez randomowego elfa, człowieka, krasnoluda czy nawet hobbita. I nie pomoże tutaj nawet geniusz taktyczny Azoga czy też innowacje w sztuce oblężniczej – żywe, ruchome katapulty lub dosłowne przebijanie głową muru! Takie widocznie jest życie orka – ogromny trud i rychła śmierć. We wspaniale bezsensowny sposób ukazano natomiast taktyczne aspekty bitwy. Jeżeli krasnoludy ustawiły już mur/ścianę tarcz to czyż elfy nie powinny rozsądnie prowadzić ostrzału zza tej formacji lub ustawić się na flankach zmniejszając ryzyko okrążenia? Na pierwszy rzut oka widać, że Peter Jackson nie grał nigdy w Medieval: Total War. A o krasnoludzkiej kawalerii to jakem żyw nigdy nawet nie pomyślałem!
Jebać biedę!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Generalnie skoro niemal cały film wypełnia bitwa, przeplatana żenującymi dialogami, nie ma sensu na poważnie rozpatrywać kreacji aktorskich. Zamiast tego zastanówmy się zatem kto w "Bitwie Pięciu Armii" expił (tj. zdobywał doświadczenie, głównie w grach RPG) najlepiej! Poniżej subiektywny ranking rozpoczynający się od tych, którzy zdobyli moim zdaniem najmniej cennego doświadczenia:
  • Łoś Thranduila – specjalne wyróżnienie za epickiego multikilla: w jednej akcji zwierzak nadział na swe majestatyczne łopaty ze sześciu plugawych, orkowych pomiotów. Niestety trofeum przyznane pośmiertnie.
  • Legolas (Orlando Bloom)expił dobrze epicko, aczkolwiek relatywnie późno wszedł do gry i z tego powodu nie zdążył nabić urywających dupę statystyk. Dodatkowe trofeum za 100% celność, łamanie podstawowych praw grawitacji (Hop! Hop! Hop!) oraz latanie na ogromnym nietoperzu.
  • Bilbo Baggins (Martin Freeman) – jak na prawdziwego hobbita przystało wysokie skille w miotaniu kamulcami. Imponujące killing spree przerwane niefortunnym critical hitem. Wysoka pozycja w rankingu z uwagi na niski level postaci.
  • Thranduil (Lee Pace) – po inwentarzu od razu widać, że to prawdziwy über pro, który expi wybornie. Niestety pod koniec bitwy przywódcę leśnych elfów ogarnęło wyraźnie zniechęcenie do dalszego expienia spowodowane zapewne wysokim levelem postaci, brakiem odpowiednio wartościowych przeciwników oraz brakiem epickich dropów. Gdyby nie to, podium byłoby gwarantowane.
  • Dain (Billy Connolly) – władca krasnoludów z Żelaznych Wzgórz zajmuje najniższe miejsce na podium. Solidne expenie, bez znaczenia czy na knurze czy na nogach, przyniosło imponującą liczbę fragów. Pomimo mojej niechęci do tej rasy postanowiłem docenić wysiłki Daina w oczyszczaniu Śródziemia z orkowej zarazy.
  • Bard (Luke Evans) – chociaż przygodę rozpoczął w więzieniu (niemal jak w każdej części The Elder Scrolls) to ubił Smauga strzelając z własnego syna (ciekawe czy małolat również dostał expa za support?). Solidne fragowanie w trakcie bitwy zapewniło Bardowi wysokie, drugie miejsce w zestawieniu.
  • Galadriela (Cate Blanchett) – dumna przedstawicielka Elfów Wysokiego Rodu, a nie leśnej hołoty. Chociaż nie brała udziału w Bitwie Pięciu Armii to przy małym supporcie Elronda oraz Sarumana zwyciężyła Saurona, jedną z najpotężniejszych istot ówczesnego Śródziemia. Dlatego też pole position Galadrieli nie może dziwić nikogo!
Od razu widać, że über pro!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek odpuścił oglądanie trzeciej części "Hobbita" jeżeli obejrzał wcześniej dwie poprzednie. Jakkolwiek złe nie byłyby recenzje czy oceny ciekawość i chęć zamknięcia pewnego rozdziału w życiu powinny je przezwyciężyć. A co począć, gdy przygniecie Was rozpacz wylewająca się falami z ekranowej słabizny Petera Jacksona? Zróbcie to, co Gandalf po Bitwie Pięciu Armii: usiądźcie na kamieniu, nabijcie lufkę fajkę, zapalcie i wyluzujcie się. Gorzej już nie będzie – to przecież koniec niezwykłej podróży!
Bard tak bardzo ubogi.
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Ocena: 5/10 (Peter, doceń moją łaskę!).

Recenzje pozostałych części trylogii "Hobbita":

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"The Hobbit: The Desolation of Smaug"

Pomimo wielkich obaw pierwsza część "Hobbita" zachwyciła mnie ogromnie. Dzieło Petera Jacksona wypadło tak znakomicie, że postanowiłem przymknąć oko na przerobienie 300-stronicowej książki na trzy dosyć długie filmy i zobaczyć "The Desolation of Smaug" w kinie. Wychodziłem z założenia, że cała trylogia "Hobbita", podobnie jak "Władca Pierścieni", będzie na dosyć zbliżonym poziomie, przez co nie uświadczę żenady. Gdy tylko Peter Jackson dowiedział się, że wybieram się na jego najnowsze dzieło od razu zaproponował pokrycie kosztów biletu oraz dowóz na miejsce Bentleyem Continental z barkiem wypełnionym Moët. Niestety prowadzenie tak popularnego i opiniotwórczego bloga wiąże się ze sporymi wyrzeczeniami. Jako ostatni sprawiedliwy z bólem serca musiałem odmówić Peterowi i potwierdzić opinię nieprzekupnego. Niemniej w dalszym ciągu czekam na propozycję nie do odrzucenia od szejków odnośnie korekty recenzji "Black Gold".
źródło: http://www.impawards.com
"The Hobbit: The Desolation of Smaug" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się pierwsza część trylogii. Dzielna drużyna Thorina (Richard Armitage) w dalszym ciągu prze naprzód, a upragniony Erebor jest coraz bliżej. Niemniej to, co w "Niezwykłej Podróży" zarysowano jedynie w delikatny sposób, tutaj staje się niemal równorzędnym wątkiem dla krasnoludzkiej rekonkwisty. Mowa oczywiście o złu przez duże zet, którego widmo z każdym dniem coraz wyraźniej majaczy na spokojnym dotychczas Śródziemiem.
źródło: http://www.thehobbit.com
W "Pustkowiu Smauga" twórcy w dalszym ciągu konsekwentnie trzymają się przyjętej wizji Śródziemia. W środkowej części trylogii możemy zatem podziwiać imponujące Leśne Królestwo króla elfów Thranduila (Lee Pace), położone w gęstwinie Mrocznej Puszczy. Ciekawie przedstawiono Esgaroth. Miasto na Jeziorze ma całkiem fajny wygląd oraz klimat, aczkolwiek wywołało u mnie troszkę skojarzeń z "Piratami z Karaibów". Dol Guldur, jak na siedzibę Czarnoksiężnika przystało, epatuje mrokiem i wzbudza odpowiedni poziom niepokoju. I oczywiście, w zamierzeniu twórców, wisienka na torcie, czyli Erebor. Niemniej muszę przyznać, że niezwykle przestronne wnętrza Samotnej Góry nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak królestwo Thranduila. Śródziemie w dalszym ciągu wygląda znakomicie i po prostu nie miałem ochoty opuszczać sali kinowej. Skoro wiemy już dokąd zabrał nas tym razem Peter Jackson, rzućmy okiem na rozwiązania fabularne. "Pustkowie Smauga" niemal pozbawione jest przestojów. Akcja mknie do przodu w zawrotnym tempie, ale niestety niektóre wydarzenia są troszkę za bardzo spektakularne i przypominają raczej późniejsze, mocno przegięte części "Piratów z Karaibów". W głównej mierze dotyczy to wszystkiego, co działo się w czasie rzecznej ucieczki z Leśnego Królestwa. Naprawdę może się to komuś wydać imponujące, ale mnie już najzwyczajniej w świecie nudzi. Mam również duże zarzuty pod adresem finału w Ereborze. Krasnoludy beztrosko biegające po dawnym królestwie bez ładu i składu pozwalają powątpiewać w zdolności planistyczne i taktyczny geniusz Thorina Dębowej Tarczy. Na pewno do legendy przejdzie ogromny zapał, jaki wykazała krasnoludzka kompania, by postarać się otworzyć tajemne wejście do Ereboru.
źródło: http://www.thehobbit.com
Odnośnie rozwiązań fabularnych warto również wspomnieć o jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie motywów filmowych – poprawności politycznej. W czasie przemowy Thorina w Esgaroth dostajemy bowiem dwa ujęcia, w czasie których możemy podziwiać czarnoskórych mieszkańców tegoż miasta. Trochę to dziwne, zważywszy, że reszta populacji składa się wyłącznie z przedstawicieli białej rasy. Druga i jeszcze bardziej irytująca sprawa to niezwykle durne, międzyrasowe (dosłownie) love story, które studio postanowiło na siłę wepchnąć do filmu. Dodatkowy wątek zazdrości Legolasa (Orlando Bloom) postanowiłem zostawić bez komentarza. Przez tego rodzaju szczegóły "Pustkowie Smauga" bardzo wiele straciło w moich oczach. Jednakże w dalszym ciągu jest to świetne kino rozrywkowe, które nie pozwala się nudzić widzom. Niemniej druga część kończy się tak niespodziewanie (w połowie kluczowej akcji), że od razu ma się ochotę obejrzeć finałową odsłonę. Niestety w czasie napisów końcowych zamiast jakiejś potężnej i podniosłej pieśni w stylu Far over the Misty Mountains Cold zostałem uraczony strasznie miałką piosenką w wykonaniu Eda Sheerana. Jedyny komentarz jaki nasuwa mi się po przesłuchaniu I See Fire to skromne what the fuck?!
źródło: http://www.thehobbit.com
Jeśli chodzi o naszych dzielnych bohaterów to większość krasnoludzkiej kompanii wypada niemal taka samo, jak w poprzedniej części. Pewnie zmiany zachodzą w postaci Thorina – czasami staje się po prostu bezwzględnym, chciwym kutasem, totalnie nieliczącym się z życiem jednostek. Nie można się zatem dziwić, że Beorn nienawidzi krasnoludzkiej rasy, a elfy mają ją w totalnej pogardzie. Chciwość to główny zarzut stawiany przez Thranduila, ale kto czytał Silmarillion wie że elfy potrafiły być równie pazerne i okrutne (w szczególności polecam Quenta Silmarillion). Również inaczej zaczyna zachowywać się Bilbo (Martin Freeman), którego powoli oplata moc Jedynego Pierścienia. Gandalf (Ian McKellen) tradycyjnie już łączy w swojej postaci sprzeczności: dalekosiężne myślenie strategiczne oraz podejmowanie beztroskich działań na pałę, przez co oczywiście kończy w typowy dla siebie sposób. Warto w tym miejscu wspomnieć o scenie, w której okazuje się kim naprawdę jest Czarnoksiężnik. Tejże potężnej postaci w materialnej formie nie widzieliśmy bowiem od bardzo dawna, a jak zawsze jest to niezwykle imponujące wrażenie. I to nie tylko wizualne, ponieważ słuchanie Czarnej Mowy to wyjątkowe przeżycie. Przedstawiciele ludzkiej rasy wypadają w filmie raczej kiepsko: albo są to krótkowzroczni, chciwi głupcy albo totalnie prawi i sprawiedliwi jak Bard (Luke Evans). Niestety jest to postać kompletnie bez wyrazu i szkoda, że Luke Evans nie postarał się bardziej by nadać jej choćby odrobinę inny rys. O ile jednak Bard wystąpił w książce, o tyle Tauriel (Eveageline Lilly) to w całości wytwór kreatywności scenarzystów. Nie dość, że jest nieposłuszna swemu władcy, to na dodatek wikłając się w żenujący romans może doprowadzić do powstania hybrydy dwóch ras (chciałbym zobaczyć reakcję Legolasa na coś takiego). Niemniej patrząc na pannę Lilly cały czas miałem wrażenie, że zaraz z zarośli wyskoczą Jack i Sawyer z "Lost" by w mordobiciu ustalić kto jest bardziej godzien jej wdzięków. Na szczęście honor elfów ratuje świetna postać króla Thranduila – w zasadzie można tylko żałować, że w filmie jest go tak mało. Równie doskonale wypada nasz stary znajomy z "Władcy Pierścieni", a przy okazji syn władcy Leśnego Królestwa – Legolas. W "Pustkowiu Smauga" objawia się nie tylko jako ultimate über pro fighter, ale także złotousty hejter krasnoludzkiej rasy. A jak zatem wypada tytułowy Smaug? Od czasów "Wiedźmina" wiadomo, że smoki to kontrowersyjny temat. Tym razem nie jestem zażenowany, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś co urwie mi dupę. Niestety Smaug nie urwał.
źródło: http://www.thehobbit.com
"Pustkowie Smauga" nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak "Niezwykła Podróż". Aczkolwiek takaż jest niewdzięczna rola części środkowej – świat przedstawiony już znamy, a finał opowieści dopiero przed nami. Niestety z powodu wymienionych wyżej powodów (postać Tauriel, żenujący romans, przekombinoane rozwiązania) nie jestem w stanie wystawić drugiej części oceny takiej samej jak pierwszej. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – uważam "Pustkowie Smauga" za kino rozrywkowe najwyższej klasy, zrealizowane na mistrzowskim poziomie. Pod względem technicznym produkcji Jacksona nie można nic zarzucić. Niestety fabularnie nie jest tak doskonale jak w przypadku "Władcy Pierścieni". Mimo wszystko z wytęsknieniem czekam na finałową odsłonę trylogii "Hobbita".
źródło: http://www.thehobbit.com
Ocena: 7/10.
źródło: http://www.thehobbit.com
Ps.
Nie mam odwagi wspominać o żadnych różnicach pomiędzy książką a filmem (z wyjątkiem wprowadzenia Tauriel), ponieważ powieść Tolkiena czytałem zbyt dawno temu.
źródło: http://www.thehobbit.com

wtorek, 23 lipca 2013

"The Hobbit: An Unexpected Journey"


Przyznam szczerze, że niezbyt się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, iż Peter Jackson bierze na warsztat "Hobbita". Książka, którą czytałem jeden jedyny raz w zamierzchłych czasach podstawówki (może trudno w to uwierzyć, ale to była nasza obowiązkowa lektura), wydawała mi się powieścią przeznaczoną raczej dla młodych czytelników. Byłem przekonany, że wyjdzie z tego raczej kino familijne osadzone w infantylnie kolorowym Śródziemiu, ponieważ "Hobbit" wydawał się być pozbawiony ciężaru gatunkowego "Władcy Pierścieni", "Silmarillionu" czy choćby "Dzieci Hurina". Całe zamieszanie związane z osobą Guillermo del Toro również nie nastrajało pozytywnie. Ponadto ogromnie zdziwił mnie fakt, że 300-stronicowe dzieło Tolkiena zostanie rozciągnięte do trzech części. Wówczas uznałem to za niezwykle chamski skok na kasę i poza nabijaniem hajsu nie widziałem żadnego sensu w tymże zabiegu. Nie wybrałem się zatem do kina, aby podziwiać film Jacksona w 3D (i tak hajs mi się wówczas nie zgadzał), a ponadto uważałem, że jeśli będzie wystarczająco dobry to zachwyci mnie również na kompie – tak jak "Władca Pierścieni". W końcu, pełen obaw (słyszałem narzekania na rozwleczenie fabularne do granic możliwości), ale i z pewnymi pokładami nadziei (dochodziły mych uszu również i zachwyty), zasiadłem do projekcji.
Taki plakat chętnie przyjmę :)
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Hobbita" rozgrywa się 60 lat przed wydarzeniami znanymi z "Władcy Pierścieni". Fabuła filmu koncentruje się na postaci Thorina Dębowej Tarczy (Richard Armitage) i jego staraniach o odzyskanie utraconego królestwa Erebor, zwanego też Samotną Górą. Całą tragiczną historię krasnoluda przedstawia świetne wprowadzenie, które uważam za prawdziwy wizualny majstersztyk. Jednak to nie Thorin jest głównym bohaterem filmu. Wszystkie wydarzenia oglądamy bowiem z perspektywy istoty mało znaczącej w ówczesnym Śródziemiu, czyli hobbita Bilbo Bagginsa (Martin Freeman). To właśnie z Shire wyrusza ekspedycja 13 krasnoludów i jednego niziołka, wspierana przez Gandalfa (Ian McKellen). Chociaż cel wyprawy nie jest szczególnie skomplikowany (eksterminacja Smauga i odzyskanie utraconego dziedzictwa), to w drodze do Samotnej Góry nietypowa kompania napotyka wiele niebezpieczeństw.
źródło: 2012 Warner Bros. Entertainment Inc.
Film jest długi, trwa bowiem ponad dwie i pół godziny. Mimo to akcja trzyma cały czas w napięciu i przez ani jedną chwilę nie czułem się znudzony. Syte melo w domu Bagginsa wcale nie wydawało mi się nudne, a dialogi rozciągnięte ponad miarę. Chociaż przed obejrzeniem filmu żywiłem głębokie przekonanie o infantylności fabuły "Hobbita" to Peter Jackson naprawdę mnie zadziwił. Nie przeczę, że zdarzają się momenty typowe dla kina familijnego, aczkolwiek wszystko tonie w głębokim smutku i tęsknocie krasnoludów za Ereborem. Szczególnie uwidacznia się to w postaci Thorina, wiecznie wkurwionego i lodowatego w obyciu. Może jest to moje subiektywne odczucie, ale to właśnie tęsknota za utraconym domem zdominowała wymowę filmu. Polecam szczególnie scenę, w której po wieczerzy w domu Bagginsa krasnoludy śpiewają piękną pieśń Far Over the Misty Mountaines Cold. Ogólnie rzecz biorąc "Hobbit" ma doskonałą ścieżkę dźwiękową, idealnie ilustrującą filmowe wydarzenia. Również wspaniale, a może nawet jeszcze bardziej, prezentuje się strona wizualna – prawdziwa maestria ciesząca oko! W pamięć zapadł mi szczególnie Erebor, ukazane w pełnej krasie Rivendell, podziemne królestwo goblinów czy też pięknie szmaragdowe Shire, znane już z "Władcy Pierścieni". Skoro wizualia zrobiły na mnie takie ogromne wrażenie, to kinowy seans musiałby je spotęgować jeszcze bardziej. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, ale przecież Peter Jackson przyzwyczaił do tego widzów już ponad dekadę temu. Walka kamiennych gigantów oraz epicka bitwa o Morię na długo pozostaną w mojej pamięci. Jedyne zarzuty mogę postawić trollom, ponieważ nie za bardzo przypadły mi do gustu.
źródło: 2012 Warner Bros. Entertainment Inc.
W "Hobbicie" wyróżnia się kilka fajnie zarysowanych postaci. Oczywiście na pierwszym planie mamy do czynienia z Bilbo, który niezbyt odnajduje się w krasnoludzkiej kompanii. Z pewnością należy docenić aktorski wysiłek Martina Freemana, ponieważ dokładnie tak sobie wyobrażałem jego postać: trochę niezdarną, leniwą i przywiązaną do wygodnego życia w Shire, ale dysponującą wielkim sercem. Baggins kontrastuje z wiecznie wkurwionym, dumnym Thorinem, który zdecydowania wyróżnia się na tle pozostałych krasnoludów. Moim zdaniem rola Richarda Armitage'a to najlepsza kreacja w całym filmie. Z reszty krasnoludzkiej drużyny najbardziej zapadł mi w pamięć chyba sympatyczny Bofur (James Nesbitt), ale stylówka wszystkich była zaprawdę imponująca. Pojawiają się też starzy znajomi z "Władcy Pierścieni": Gandalf, Galadriela (Cate Blanchett), Elrond (Hugo Weaving), Saruman (Christopher Lee), Gollum (Andy Serkis) czy też Frodo (Elijah Wood). Wszyscy wymienieni trzymają w dalszym ciągu wysoki poziom prezentowany w poprzedniej trylogii Jacksona. Jedną z ciekawszych nowych postaci jest kolejny Istari, Radagast Brązowy (Sylvester McCoy). Niecodzienna stylówka, leśne zwyczaje oraz prawdopodobnie zaawansowane stadium narkomanii (Saruman zarzuca mu zażywanie otępiających umysł grzybków) czynią z niego naprawdę wyjątkowego bohatera, który przyciąga uwagę widza. Swoją drogą twórcy zastosowali bardzo ciekawe i zabawne rozwiązanie: w scenie rozmowy na temat pozostałych Istarich Gandalf wymienia trzy imiona i stwierdza, że nie pamięta dwóch pozostałych określając ich jako the two blues. Wynika to z faktu, że ich imiona pojawiają się jedynie w "Niedokończonych opowieściach", do których Jackson nie ma jeszcze praw.
źródło: 2012 Warner Bros. Entertainment Inc.
"Hobbit" to mistrzowskie kino rozrywkowe i godny następca "Władcy Pierścieni". Swoją drogą już w pierwszej części nowej trylogii Jacksona wyraźnie zarysowuje się cień Mordoru, który za kilkadziesiąt lat ogarnie Śródziemie. Trudno mi zrozumieć jakiekolwiek zarzuty pod adresem tego filmu (no może z wyjątkiem kilku trochę przesadzonych scen akcji, których echa odbiły się na ocenie końcowej). Naprawdę mam ochotę obejrzeć kolejne części i tym razem wybiorę się raczej do kina, aczkolwiek ubolewam, że trzeba będzie na nie czekać tak długo. "Hobbit" zainspirował mnie na tyle, że na drugi dzień po projekcji, niczym Bilbo, wyruszyłem w od dawna planowaną kolejną podróż eksploracyjną po X Dzielnicy Krakowa. Co prawda w Swoszowicach nie odnalazłem ruin starożytnych cywilizacji ani nie zobaczyłem walki kamiennych olbrzymów, ale też było fajnie. Wędrując przez tę nieznaną i dziką krainę zastanawiałem czy Peter Jackson skończy przygodę z twórczością Tolkiena na "Hobbicie"? Mam nadzieję, że nie! Osobiście chciałbym zobaczyć choćby "Dzieci Hurina" czy jakieś historie z "Silmarillionu" (uważam, że jest zbyt epicki, aby go zekranizować w całości) lub "Niedokończonych opowieści". Wszystko leży przed Jacksonem, a dziś radujmy się "Hobbitem" w oczekiwaniu na kolejną część!
Tolkienowscy narkomani...
(źródło: 2012 Warner Bros. Entertainment Inc.)

Ocena: mocarne 8/10.

Recenzje pozostałych części "Hobbita":