Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hopkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hopkins. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

"Thor: Ragnarok" (2017)


 Are you Thor, the god of hammers?

Zgodnie z obietnicą (a promise is a promise) dzisiaj na warsztat trafia trzecia część przygód nordyckiego boga burzy i piorunów, czyli "Thor: Ragnarok". Po premierze filmu wyreżyserowanego przez Taika Waititi (znanego choćby z całkiem fajnego "Hunt for the Wilderpeople") rozpoczęły się nieoczekiwane dla mnie spusty nad rzekomą wielkością tejże produkcji, a także przysłowiowe już lizanie się po fiutach znane z "Pulp Fiction". Ponieważ raczej sceptycznie podchodzę do twórczości sygnowanej logiem Marvela i mam bardzo duże zaległości w najnowszych odsłonach (po prostu po którejś tam kolejnej, bezsensownej części "The Avengers" stwierdziłem, że to po prostu pierdolę jak Pono), to postanowiłem w ramach wyjątku obejrzeć ostatniego "Thora" w zasadzie z sentymentu do mitologii nordyckiej, a następnie napisać recenzję wieńczącą całą dotychczasowa trylogię (lubię zamykać pewne rozdziały). Trailer, wzbogacony umiejętnie przez wykorzystanie utworu Immigrant Song Led Zeppelin, wywarł na mnie spore wrażenie, także zacząłem liczyć na przednią zabawę. Z drugiej jednakże strony muszę przyznać, że nie podpalałem się na końcowy sukces tak mocno jak Janusze przed mundialem (Kiełbasy do góry i golimy frajerów!).
Ⓒ 2018 MARVEL
Po czterech latach od wydarzeń przedstawionych w "Thor: The Dark World" bóg burzy (Chris Hemsworth) w wyprzedzającym uderzeniu pokonuje potężnego, acz trochę przygłupiego Surtura (głos podłożył Clancy Brown), olbrzyma a zarazem boga ognia. Po powrocie do Asgardu okazuje się, że Loki (Tom Hiddleston) postanowił tymczasowo zastąpić Odyna (Anthony Hopkins) w roli władcy. Jednakże Wszechojciec nie daje na długo zapomnieć o swoim istnieniu, szykując srogą i przewrotną niespodziankę dla swoich synów. Z odmętów zapomnienia wyłania się bowiem żądna krwawej i okrutnej zemsty, pierworodna córka Ojca Bogów, Hela (Cate Blanchett).
Ⓒ 2018 MARVEL
Na szczęście "Thor: Ragnarok" nie wypierdolił się tak spektakularnie jak reprezentacja Polski na mistrzostwach świata w Rosji. Zwycięstwo w meczu z Japonią nie pomniejsza waszej hańby, a ostatnie żenujące 10 minut tegoż spotkania przenosi naszych dumnych reprezentantów w całkowicie nowy, nieodkryty wymiar totalnej chujozy. Wracając jednakże do meritum, serię "Thora" darzyłem od samego początku estymą, ponieważ zdarzyło mi się przypadkowo urodzić w dzień poświęcony nordyckiemu bogu burzy, a na mej szyi nie raz i nie dwa zawisł Mjöllnir. Oczywiście Marvel z typową dla siebie nonszalancją podchodzi do mitologii skandynawskiej, także nie można traktować "Ragnarok" jako materiału pogłębiającego wiedzę. Z kompletnie niezrozumiałych przyczyn zamiast wykorzystać którąkolwiek z licznych bogiń, twórcy wpadli na pomysł stworzenia całkiem nowej. Hela to marvelowska wersja Hel, córki Lokiego i olbrzymki Angrbody, która władając krainą zmarłych w sposób naturalny, stanowiła uosobienie śmierci. No cóż i tak muszę przyznać, że w tego rodzaju kinematografii nie ma to większego znaczenia (bo nic go w końcu nie ma jak śpiewa Pablopavo), a ostatnia rzecz jakiej mogę się spodziewać po Marvelu to wierne odwzorowanie nordyckiego panteonu bogów i bogiń.
Ⓒ 2018 MARVEL
W "Thor: Ragnarok" fabuła mknie z prędkością bolidu Formuły 1. Nie ma przy tym większego znaczenia czy można ją oceniać jako mądrą czy głupią (raczej ta opcja jest mi bliższa), gdyż tempo jest zawrotne. Na całe szczęście w odniesieniu do poprzednich części zrezygnowano z osadzenia sporej części akcji filmu na Ziemi. Naszą rodzinną planetę odwiedzamy zatem jedynie przy okazji spotkań Thora i Lokiego z Odynem. Byłby to naprawdę spory plus, gdyby nie okazało się, że zamiast tego dostaniemy w zamian jakąś kretyńską planetę na zadupiu kosmosu, w której gladiatorskie walki urządza sobie niejaki Grandmaster (Jeff Goldblum). Od momentu, gdy główny bohater ląduje w tym przybytku, film zaczyna niebezpiecznie skręcać w klimaty "Strażników Galaktyki" (tak, dla mnie jest to wada), przez co zatraca swoją oryginalność w uniwersum Marvela. Niestety odejście od dotychczasowej formuły "Thora", które zyskało tak wielkie uznanie u widzów, u mnie wywołuje raczej niechęć i lekkie rozczarowanie. Dodatkowo, prawdziwym kindybałem w szamot, okazał się dobór kolejnego marvelowskiego bohatera partnerującemu bogu burzy (po co ktoś tam jest jeszcze potrzebny?). Od Hulka (Mark Ruffalo) gorszy byłby jedynie kompletnie bezużyteczny Hawkeye. Z uwagi na poprzednie części trudno przyczepić się do faktu, że obecna w filmie Walkiria średnio nadaje się na uosobienie nordyckiej aryjskości.
Ⓒ 2018 MARVEL
Muszę jednakże przyznać, że zawrotne tempu filmu, które narzucił Taika Waititi, nie pozwala się widzowi nudzić i rozmyślać nad zasadnością kolejnych posunięć bohaterów. "Thor: Ragnarok" pod tym względem stanowi esencję współczesnych produkcji Marvela: szybka akcja, mało refleksji, bezbłędne efekty specjalne (zwróćcie na nie uwagę, ponieważ robią robotę). W odróżnieniu od "Thor: The Dark World" tym razem udało się stworzyć postać niezwykle interesującej antagonistki. Powracająca z niebytu Hela, promująca hasło Make Asgard great again, to bardzo interesująca postać, której działania diametralnie zmieniają obraz dobrotliwego Odyna, który udało mu się wykreować w schyłkowym okresie życia. "Thor: Ragnarok" to także festiwal przekomicznych scen, które momentami sprawiają, że trudno odbierać film na serio, a nie wręcz jako parodii gatunku. Kolejna zaleta to ścieżka dźwiękowa, na której znalazł się znakomity utwór Immigrant Song legendarnego Led Zeppelin.
Ⓒ 2018 MARVEL
Chris Hemsworth (Thor) oraz Tom Hiddleston (Loki) grają na poziomie, do którego przyzwyczaili widzów poprzednich częściach. Jest to świetnie obsadzona para nordyckich bogów, między którym zaistniała solidna dawka ekranowej chemii. Pozostaje jedynie ubolewać, że w "Thor: Ragnarok" Loki zszedł trochę na drugi plan. W najnowszej odsłonie doszło również do pożegnania z serią Anthony’ego Hopkinsa (Odyn)– trochę szkoda, ponieważ tak doskonały aktor na pokładzie to zawsze zaleta dla filmu. Pozostając w kręgu starych znajomych nie sposób zapomnieć o degrengoladzie Stringera Heimdalla, w  którego ponownie wcielił się Idris Elba. Tym razem bóg strzegący Bifrostu utracił majestatyczność i zaczął wyglądać jak zwykły, uzależniony od cracku, ćpun zamieszkujący brudne ulice Baltimore. Oczywiście nie oznacza to, że przestałem go lubić. Cate Blanchett (Hela) do serii wjechała jak Conrado, przez co muszę przyznać, że jest to jedna z lepszych antagonistek w całym marvelowskim uniwersum (jak już wspominałem powyżej cechuje ją ciekawa motywacja). Naprawdę fajnie oglądało się kreację przypominającą bardziej wkurwioną i przepełnioną frustracją siostrę Galadrieli z "Władcy Pierścieni". Przy tej okazji warto wspomnieć o nowej towarzyszce Thora, Walkirii, którą znakomicie zagrała Tessa Thompson – wielkie propsy, bardzo fajna rola. Na koniec warto wspomnieć o Jeffie Goldblumie (Grandmaster), który zagrał raczej samego siebie oraz Karlu Urbanie (Skurge), którego potencjał można było wykorzystać zdecydowanie lepiej. O Marku Ruffalo nic nie napiszę, ponieważ nie lubię Hulka.
Ⓒ 2018 MARVEL
Zastanawiałem się dłuższą chwilę w jaki sposób rzetelnie ocenić "Thor: Ragnarok". Trzecia odsłona przygód boga burzy ma oczywiste wady, aczkolwiek ostatecznie postanowiłem skupić się na rozrywkowości filmu i wystawić najwyższą notę w całej trylogii. Mimo wszystko produkcja Marvela przynosi bardzo dużo radości, autentycznie zabawnych scen oraz dynamicznej akcji podpartej znakomitymi efektami specjalnymi. W kategorii mało intelektualnego filmu rozrywkowego ciężko znaleźć coś lepszego.
Ⓒ 2018 MARVEL
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych części:

piątek, 9 maja 2014

"Thor: The Dark World"

Jak wszyscy doskonale wiemy Hollywood nie znosi próżni. W próżni nie można zarabiać pieniędzy, więc jest to wysoce niepożądany stan. Wielu uważa, że pierwszy "Thor" był po prostu filmem, który miał przygotować widownię na "The Avengers". Niemniej produkcja Kennetha Branagha zrobiła na mnie spore wrażenie, mimo oczywistych ułomności. Wątek romansu Thora i Natalie Portman z pewnością można zaliczyć do jednych z najgorszych miłostek w dziejach kinematografii. Abstrahując od żenującego romansu "Thor" był sprawnie zrealizowanym i solidnym filmem, który przyniósł mi sporo radości. Jako, że premiera "The Avengers 2" coraz bliżej hollywoodzcy decydenci postanowili wypuścić drugą część przygód nieustraszonego boga pioruna, zatytułowaną "The Dark World".
źródło: http://www.impawards.com
Prolog "Thor: The Dark World" przenosi nas w czasy, gdy świat dopiero podnosił się z mroków. Nie wszyscy byli z tego procesu równie zadowoleni. Rzesze reakcjonistycznych, zrodzonych z ciemności, mrocznych elfów pod wodzą Malekitha (Christopher Eccleston) postanowiły przywrócić status quo ante. Na przeszkodzie stanęły jednakże postępowe siły Asgardu kierowane przez ojca Odyna, Borra. Jak łatwo się domyślić reakcjoniści zostali zwyciężeni, a ich najpotężniejszy oręż został starannie ukryty w odmętach kosmosu. Swoją drogą nazwa tej broni masowej zagłady na pewno ucieszy zwolenników narkotykowej teorii dziejów, ponieważ znana była jako Eter. Poznawszy już historię krwawej wojny Asgardu i mrocznych elfów wracamy do czasów współczesnych. Akcja "Thor: The Dark World" rozgrywa się w dwa lata po wydarzeniach z pierwszej części. Thor wraz ze swoją dzielną ekipą przywraca porządek (tj. hegemonię Asgardu) w poszczególnych światach. Tymczasem zbliżająca się, występująca raz na kilka tysięcy lat koniunkcja, przypadkowo uaktywnia zapomniany od stuleci Eter. Ponadto jak się wkrótce okazuje wbrew oczekiwaniom Odyna, jego starszy nie zdołał eksterminować wszystkich mrocznych elfów.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę podczas projekcji "Thor: The Dark World" to permanentnie pogłębiający się dysonans między Asgardem i Midgardem. Jak doskonale pamiętacie z pierwszej części ojczyzna Thora to bling blingowa kraina skąpana w złocie i purpurze. W drugiej odsłonie nie chodzi nawet o same porównanie warunków bytowych. Mieszkańcy Ziemi to po prostu banda debilów, którzy nie są zdolni do samodzielnego działania bez groźby zniszczenia całego kosmosu. Zauważyłem niestety niepokojącą tendencję spadku inteligencji ziemskich bohaterów w każdej kolejnej części. Proces ten przypomina bardzo upadek rodzaju ludzkiego z serii "Transformers" Michaela Baya. Naprawdę przykro patrzeć jak Natalie Portman i Stellan Skarsgård inspirują się wybitną kreacją Shia'a LeBeoufa z "Transformers 3". Totalnie żenująco wypadły sceny, w których Skarsgård biega na waleta po Stonehenge, a Portman poznaje Odyna. Naprawdę, porażka rodzaju ludzkiego w każdym aspekcie. Dziwię się zatem niezmiernie dlaczegóż Asgard nie zniewolił tej idiotycznej krainy, a jej mieszkańców nie zamienił w niewolników. Oprócz wyraźniej supremacji intelektualnej królestwo Odyna w dalszym ciągu epatuje bling blingowym designem. Najlepsze scenografie CGI, świetne kostiumy einherjarów, znakomite efekty specjalne i ciekawa wizja Asgardu to najważniejsze zalety "Thor: The Dark World".
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Fabularnie "Thor: The Dark World" to typowa hollywoodzka produkcja z rozmachem. Bohaterowie filmu po raz kolejny stają do walki o wielką stawkę (tym razem ratowanie całego kosmosu przed zagładą). Niestety villain w postaci Malekitha (Christopher Eccleston) jest kompletnie bez wyrazu i jestem przekonany, że wszyscy zapomną o nim zaraz po projekcji. Tak słaby antagonista nie godzien jest nawet polerować włóczni Lokiego! Mroczne elfy nie są specjalnie inteligentne, chociaż niekiedy potrafią zasiać prawdziwe spustoszenie w Asgardzie. Ich przywódca to niestety bardzo niekompetentny strateg, który prawdopodobnie nie słyszał nigdy o odwrocie taktycznym. Zamiast wycofać żołnierzy z pola bitwy w obliczu nieuchronnej porażki, postanowił poświęcić ich życie dla realizacji bezsensownej idei. Patrząc na zniszczenia, jakich dokonał tylko jeden okręt wojenny mrocznych elfów, decyzja Malekitha wydaje się horrendalnie bezsensowna. Warto dodać, że miłośnicy mroku korzystają z romulańskiej technologii kamuflażu. W dalszym ciągu twórcy epatują poprawnością polityczną. Nie dość, że drużyna Thora jest wielorasowa, a Heimdall czarnoskóry, to jeden z liderów mrocznych elfów jest dosłownie dark. Oczywiście mamy również typowe dla serii cliché. Thor znowu sprzeciwia się woli Odyna, bo wie lepiej, niemal doprowadza do zniszczenia kosmosu, ale rzutem na taśmę wszystko naprawia, dzięki czemu finalnie przybija piątkę z ojcem. Chociaż może tym razem nie jest to takie oczywiste, ponieważ zakończenie "Thor: The Dark World" było dosyć przewrotne i naprawdę czekam na rozwiązanie tegoż ambarasu.
Malekith - villain debil.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Aktorstwo. Generalnie "Thor: The Dark World" powinien opierać się na kreacji Chrisa Hemswortha, który de facto ponownie bardzo dobrze sprawdza się swojej roli. Jednakże wszelkie laury zbiera Tom Hiddleston, wcielający się w niezwykle interesującego Lokiego. Jest to niemal wybitna kreacja, a aktor kradnie każdą scenę, w której się pojawia. W zasadzie nie będę zdziwiony, jeśli pewnego dnia w Hollywood zapadnie decyzja o nakręceniu spin offu o przygodach Lokiego. Anthony Hopkins dalej wypada majestatycznie jako Odyn, a ponadto dzielnie wspiera go Rene Russo wcielająca się we Friggę. Również Stringer Bell Idris Elba w dalszym ciągu sprawia, że czarnoskóry Heimdall nie wzbudza większego zdziwienia. Jak wspominałem wyżej Christopher Eccleston w roli Malekitha wypada niestety kompletnie bezbarwnie i jednowymiarowo. Niemniej w porównaniu do Natalie Portman i Stellana Skarsgårda można uznać jego rolę za wybitną. Za takim żenującym pohańbieniem dwójki tak dobrych aktorów musiały stać naprawdę grube PLNY.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
W momencie, gdy skończyłem oglądać "Thor: The Dark World" byłem przekonany, że wystawię ocenę dokładnie taką samą jak pierwszej części, czyli 6/10. Niestety powyższy pogląd został brutalnie zweryfikowany w trakcie pisania recenzji. Otóż nawet sam Loki przy wsparciu Thora nie pociągnie oceny do tego magicznego poziomu. Do dziś męczy mnie trauma Stellana Skarsgårda biegającego z pytą i żenujące popisy Natalie Portman. U Kennetha Branagha takich rzeczy nie uświadczyłem. Gwiazdka w dół.
Heimdall tak bardzo znakomity.
źródło: http://www.aceshowbiz.com
Ocena: 5/10.

Recenzje pozostałych części:

środa, 23 października 2013

"Thor"

Nie da ukryć, że w ostatnich latach Marvel przypuścił totalną ofensywę co rusz ekranizując któryś ze swoich komiksów. Nie zawsze były to próby udane, niemniej prawie zawsze charakteryzowały się sporym rozmachem. W 2011 roku na ekranach kin pojawił się "Thor". Od razu przyznaję, że nie miałem okazji czytać komiksu, zresztą dotyczy to większości marvelowskiego dziedzictwa. Niemniej, jak łatwo wywnioskować z tytułu, tym razem opowieść miała dotyczyć nordyckiego boga burzy, piorunów i kilku jeszcze innych rzeczy. Swoją drogą są tacy, którzy twierdzą, że słowiański Perun/Perkun został bezpardonowo zerżnięty z Thora, ale tychże bezideowców odsyłam do Mitologii słowiańskiej i polskiej autorstwa Aleksandra Brücknera. Z tejże niezwykle ciekawej lektury można się ponadto dowiedzieć jak stylowo hejtować swoich oponentów i wytykać im niewiedzę. Jednakże wracając do tematu muszę przyznać, że mimo fascynacji mitologią nordycką "Thorem" zainteresowałbym się raczej średnio, gdyby nie jeden fakt. Otóż za sterami marvelowskiego okrętu stanął nie kto inny tylko Kenneth Branagh. Zaskoczenie było spore, ponieważ Irlandczyk z Sześciu Hrabstw kojarzył mi się dotychczas o wiele bardziej z utworami Shakespeara (a raczej Edwarda de Vere, siedemnastego earla Oxford – jak doskonale wiemy z "Anonymous") niż z kinem rozrywkowym.
Mistrzowska stylówa.
(źródło: http://www.impawards.com)
Akcja "Thora" rozpoczyna się w Asgardzie, którym włada potężny, ale sędziwy Odyn (Anthony Hopkins). Kwestią czasu wydaje się przejęcie władzy przez jednego z jego dwóch synów. Rozważny i spokojny Loki (Tom Hiddleston) jawi się o wiele lepszym kandydatem niż porywczy i niezwykle wojowniczy Thor (Chris Hemsworth). Sytuację naszego bohatera dodatkowo pogarsza chęć pognębienia lodowych gigantów, która niemal doprowadza do zerwania kruchego rozejmu. W ramach kary Odyn skazuje Thora na banicję, pozbawiając go boskich mocy oraz ukochanego Mjöllnira. I gdzież trafia nasz heros? Oczywiście do Midgardu, zwanego przez niektórych Ziemią. Będąc zwykłym i słabym śmiertelnikiem Thor musi udowodnić, że godzien jest wrócić do Asgardu.
Legendarny Bifrost, a w tle Asgard na bogato.
(źródło: http://thor.marvel.com/)
Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę oglądając "Thora", była niezwykle wyrazista wizja Asgardu. Do dzisiejszego dnia jestem pod wrażeniem tego zamysłu – dla mnie jest po prostu ZAJEBISTY. Królestwo Odyna tonie w czerwieni i złocie. Cennego kruszcu zgromadzono tu tak wiele, jak gdyby twórcy postanowili nakręcić film w oparciu o najbardziej ortodoksyjny odłam idei jebać biedę. Bling-blingowy Asgard naprawdę robi wrażenie i szkoda, że całość "Thora" nie rozgrywa się właśnie tam. Zestawienie krainy nordyckich bogów oraz Midgardu wygląda mniej więcej jak porównywanie Eldorado do slumsów Radomia. Ogólnie rzecz biorąc wraz z wygnaniem Thora poziom filmu dramatycznie spada. Jak to zwykle bywa na Ziemi, nie mogło oczywiście zabraknąć mega czerstwego, ckliwego i fatalnie wtórnego romansu. A przecież wybranką naszego bohatera jest Natalie Portman! Jak można było to tak spierdolić! Wątek romantyczny jest na tyle tragiczny, że nie mam ochoty o nim pisać nic więcej. To trzeba przecierpieć samemu. W zasadzie w Midgardzie rozgrywa się tylko jedna dobra scena: gdy Thor w strugach deszcze próbuje wyciągnąć Mjöllnir. Niestety oprócz tego pojawia się nikomu niepotrzebny i jak zawsze bezużyteczny Hawkeye – chyba jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie wytworów marvelowskiego świata.
Thor i Odyn też na bogato.
(źródło: http://thor.marvel.com/)
Należy jednak podkreślić, że sam Thor wygląda nad wyraz godnie, a Mjöllnir robi spore wrażenie. Chris Hemsworth ma niemal idealną aparycję do tej roli i sprawdza się bez przypału. Podobnie rzecz się ma odnośnie Odyna, który zalicza imponujący wjazd w pełnym rynsztunku do świata lodowych olbrzymów, ale nie od dziś wiadomo jaką klasę prezentuje Anthony Hopkins. Bogactwo i moc biją również od obsługującego Bifrost Heimdalla, w którego wcielił się Stringer Bell, to znaczy Idris Elba. Tutaj jednak mam pewną obiekcję: o ile bowiem ubóstwiam Stringa to jednak czarnoskóry Heimdall wydaje się z deczka kontrowersyjny. Nie chcę przy tym wyjść na piewcę supremacji białej rasy, ale Azjata w drużynie Thora to chyba zbyt duży ukłon Marvela w stronę poprawności politycznej. Na tle wyżej wymienionych postaci Loki prezentuje stylówę typową dla przeciętnego mieszkańca Radomia. Jednakże mimo bling-blingowego ubóstwa Tom Hiddleston potrafił wykreować niezwykle ciekawą postać, która przyciąga uwagę widza. O postaciach z Midgardu ciężko napisać, ponieważ nie są szczególnie interesujące. Fajnie zobaczyć na ekranie Natalie Portman i Stellana Skarsgårda, ale ich role są straszliwie miałkie. Poza tym nie w nich za grosz SWAG i raczej reprezentują biedę. Na samym końcu warto wspomnieć o Rayu Stevensonie, który tym razem gra postać wykreowaną przez CGI, ale mimo wszystko daje sobie świetnie radę.
Gdzie podział się SWAG Lokiego?
(źródło: http://thor.marvel.com/)
Chociaż Kenneth Branagh w "Thorze" wiele rzeczy najzwyczajniej w świecie spierdolił to darzę jego dzieło wielką estymą. Przebolawszy bowiem czerstwy wątek romantyczny i miałką akcję w Midgardzie zacząłem naprawdę dobrze bawić się w trakcie seansu. Postacie Thora, Odyna, Heimdalla czy Lokiego są doskonale zagrane, przez co film wiele zyskuje w moich oczach. Ponadto doskonała wizja Asgardu zrobiła swoje i wywindowała ocenę do magicznego 6/10. Jakkolwiek zabrzmi to kontrowersyjnie, osobiście uważam "Thora" za najwybitniejsze dzieło ostatnich lat sygnowane logiem Marvela. Oglądanie produkcji Branagha przyniosło mi o wiele więcej radości niż choćby "The Avengers" czy hołubiony przez wielu "X-Men: First Class". I jeszcze te imponujące napisy końcowe – jedne z najlepszych jakie widziałem w życiu!
Majestatyczny String, czyli niearyjski Heimdall.
(źródło: http://thor.marvel.com/)
Ocena: 6/10.

Recenzje pozostałych części:

niedziela, 26 sierpnia 2012

"The Remains of the Day"

"Okruchy dnia” to chyba jedna z największych filmowych niespodzianek jakie spotkały mnie w moim życiu. Prawdopodobnie gdyby nie ogromny przypadek, sam z siebie nigdy nie obejrzałbym tego filmu. Dlaczegóż? Otóż nie jestem fanem dramatów obyczajowych, więc tym bardziej historia o służących lorda Darlingtona wydawała mi się zdecydowanie odpychająca. Aczkolwiek kiedyś nie było w TV kompletnie nic innego, więc włączyłem z nudów. Wciągnęło mnie od pierwszej minuty.
źródło: http://isastaffing.com/blog/
"Okruchy dnia” to opowieść o relacjach ochmistrza Stevensa (wspaniały Anthony Hopkins) i gospodyni Kenton (równie wspaniała Emma Thompson), pracujących w posiadłości lorda Darlingtona. Czasem zabawnych (jak na przykład o konwersacja o rzeźbie przedstawiającej Chińczyka), a czasem bardzo przykrych dla obojga bohaterów. A wszystko to na tle wielkiej polityki końca lat 30-tych ubiegłego stulecia (lord Darlington jest w końcu ważną postacią). Nie ma się jednak czym martwić: kwestie polityczne są jedynie tłem i nie zostały wepchnięte do filmu na siłę. Ot, ciekawe urozmaicenie, pokazujące dosyć interesujące rzeczy, o których nie wszyscy mają pojęcie.
źródło: http://www.themoviedb.org
Film wspaniale oddaje realia zarówno epoki, jak i funkcjonowania wielkiej posiadłości od zaplecza. Jednak największą zaletą jest aktorstwo. Dawno nie widziałem takiej chemii między aktorami jak tutaj. Anthony Hopkins i Emma Thompson tworzą jedne z najlepszych kreacji, jakie miałem przyjemność kiedykolwiek oglądać. Dodatkowo wykonawcy drugoplanowi nie zawodzą: jest Hugh Grant, Christopher Reeve oraz James Fox. "Okruchy dnia” mają również nieoczekiwany walor edukacyjny: zamiast uczyć się formalnego języka angielskiego z książek polecam przyswoić sobie wszystkie zwroty grzecznościowe ochmistrza Stevensa.
źródło: http://www.movie-locations.com/
Postacie występujące w filmie są z krwi i kości, nie czuć u nich żadnej sztuczności. Fabuła rozwija się logicznie, w zasadzie "Okruchy dnia” to jedna wielka reminescencja. To właśnie uważam za prawdziwą magię kina: film o zwykłych, przyziemnych problemach, który wbija w fotel i przykuwa uwagę na ponad dwie godziny. Gorąco polecam!

Ocena: 9/10.

Tym razem naprawdę zgrabnie przetłumaczono angielski tytuł "The Remains of the Day”.