Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luke Evans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luke Evans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 kwietnia 2017

"The Girl on the Train" (2016)



Anything is possible, because I am not the girl I used to be.

Dzisiaj na warsztacie wylądował "The Girl on the Train", w Polszy znany pod zwięzłym i tym razem niezwykle trafnym tłumaczeniem "Dziewczyna z pociągu". Skąd pomysł na akurat tego rodzaju kino? Otóż nie będę ukrywał, że stoją za tym jakieś głębokie motywacje czy inne pierdoły. Po prostu darzę Emily Blunt sporą estymą, więc nie mógłbym sobie odpuścić produkcji, w której gra pierwsze skrzypce. Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie czytałem książkowego pierwowzoru autorstwa Pauli Hawkins, toteż w niniejszej recenzji nie znajdziecie różnić między powieścią a jej ekranizacją. Przyznam jednakże, iż całkiem niedawno miałem okazję potrzymać w rękach debiut brytyjskiej pisarki (oczywiście wydanie filmowe – hajs się musi zgadzać) i wszystko byłoby w porządku, gdybym nie spojrzał na tył okładki. Dawno nie uświadczyłem takiego natężenia miałkich sloganów reklamowych i kompletnie nieistotnych statystyk (zapewne zmanipulowanych), które miałyby zachęcić do przeczytania tego dzieła. Zaiste, raczej zniesmaczony niż zachęcony, przystąpiłem zatem do seansu.
źródło: http://www.impawards.com
"The Girl on the Train" przedstawia historię Rachel (Emily Blunt), która jakiś czas temu przeżyła burzliwy rozwód. Każdego dnia kobieta dojeżdża do pracy w Nowym Jorku tytułowym podmiejskim pociągiem, poświęcając podróż na wnikliwą obserwację doskonale znanego jej otoczenia. Mijając po drodze swój dawny dom, Rachel skupia się na byłych sąsiadach, których zaczyna uważać za wprost idealne małżeństwo (w przeciwieństwie do swojego nieudanego związku). Od czasu do czasu lubi również sięgnąć po gorzałkę i katować swojego byłego męża pijackimi smsami oraz bełkotliwymi rozmowami telefonicznymi o niczym. Niemniej, gdy pewnego dnia Rachel całkowicie przypadkowo odkrywa, że związek Megan (Haley Bennett) oraz Scotta (Luke Evans) nie jest aż tak doskonały, popada w niezbezpieczną obsesję.
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Zważając na dosyć średnie oceny "Dziewczyny z pociągu" oraz opinie moich znajomych nie miałem zbyt wielkich oczekiwań co do poziomu produkcji wyreżyserowanej przez Tate’a Taylora (nie miałem wcześniej przyjemności obcować z jego twórczością). I jak w wielu dotychczasowych przypadkach nie zawiodłem się wcale w tej kwestii, a co więcej mogę nawet napisać, że moje prognozy sprawdziły się w 100%. Na pierwszy rzut oka może się jednak wydawać, że "The Girl on the Train" jest ciekawym, wciągającym filmem. Z pewnością jest to efekt wprowadzenia do fabuły kilku linii czasowych, przeplatanych licznymi retrospekcjami oraz aktualnymi wydarzeniami. Gdyby zaprezentować tę historię w sposób linearny straciłaby naprawdę sporo ze swego potencjalnego uroku. Wszystko wygląda zatem tajemniczo, fabuła się rozwija odkrywając nowe wątki i trzymając widza w ciągłym napięciu. Niemniej, jak w wielu innych produkcjach, im bliżej końca, tym łatwiej przewidywać kolejne wydarzenia, a także głowić się na bezsensownymi zachowaniami bohaterów lub brakiem wystarczającego uzasadnienia ich motywacji. Swoją drogą, jak na film o alkoholiczce, to przekaz jest dosyć kontrowersyjny: alkohol jest w sumie spoko, a wszystkie złe rzeczy, które po nim robicie wkręcają wam wasi znajomi. Super przesłanie! To lubię!
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Oczywiście jeżeli film ma budżet w wysokości 45 milionów USD to musi wyglądać dobrze (no chyba, że jest kręcony w Polsce i w ramach finansowego przekrętu spłonęły dekoracje). Pod względem wizualnym trudno się czepiać –w tym aspekcie "Dziewczyna z pociągu" to naprawdę solidna, rzemieślnicza robota (przy czym jednocześnie pozbawiona błysku). Ścieżka dźwiękowa była tak doskonała, że nie potrafię sobie przypomnieć kompletnie żadnego utworu. Wracając na chwilę do rozwiązań fabularnych to mam świadomość, że alkoholizm jest poważnym problemem społecznym, ale tak jak pisałem pod koniec poprzedniego akapitu bardzo łatwo można odnieść wręcz przeciwne wrażenie po seansie (w szczególności, jeżeli dysponujecie dosyć nietypowym poczuciem humoru). Niemniej śledztwo prowadzone przez wiecznie najebaną Rachel ma takie znamiona realizmu jak dowolna produkcja TVN kręcona w Warszawie. Swoją drogą przedstawianie na ekranie ochlejstwa naszej bohaterki wygląda momentami naprawdę komicznie i można nawet zatęsknić za naturalizmem Wojciecha Smarzowskiego z "Pod Mocnym Aniołem".
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
W kwestii aktorstwa spodziewałem się, że Emily Blunt totalnie zawłaszczy film. Niestety, chociaż na ekranie przebywa bardzo często, to jednak Rachel w jej wykonaniu momentami wygląda naprawdę niepoważnie (sceny największego ochleju), a dodatkowo wypada dosyć nieatrakcyjnie (co jest akurat zrozumiałe w kontekście alkoholizmu bohaterki – polecam scenę ze szminką w pociągu). Emily powinna przyjechać do Polski na warsztaty albo chociaż obejrzeć występ Roberta Więckiewicza w "Pod Mocnym Aniołem", ponieważ wygląda na to, że niewiele wie o skutkach nadmiernego spożycia. Jednak na usprawiedliwienie wysiłków aktorki należy dodać, że w trakcie kręcenia filmu była w ciąży, więc nie mogła na bieżąco wzbogacać swojego warsztatu o nowe doświadczenia. Całkowicie nieoczekiwanie największym pozytywnym doświadczeniem z "Dziewczyny z pociągu" okazał się występ Haley Bennett, której wdzięki sławiłem już przy okazji "Hardcore Henry". Kolejna fajna rola, która zapisała się w mojej pamięci – mam nadzieję, że to dopiero początek pięknej kariery. O występie Rebecki Ferguson (Anna) mogę napisać tyle, że dobrze wcieliła się w troskliwą matkę i zazdrosną żonę. Z kolei Luke Evans wygląda jakby warsztat aktorski czerpał z najbardziej epickiego momentu walki z permanentnym zatwardzeniem Clive’a Owena. Justin Theroux (Tom) dostał rolę tak odrażającego pod każdym względem typa, że postanowił zagrać ją kompletnie nijako i totalnie sztampowo.
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
"Dziewczyna z pociągu" nie stanowi dla mnie rozczarowania, ponieważ nie spodziewałem się praktycznie niczego wielkiego po tym filmie. Szczerze powiedziawszy trudno dostrzec tutaj nawet krzty zmarnowanego potencjału na naprawdę dobre kino. Książkowy oryginał po seansie wydaje się być kompletnie odpychający, więc raczej nie przekonam się na ile sprawę spierdolił Tate Taylor a na ile wina leży po stronie Pauli Hawkins. Szkoda czasu na takie czytadła, gdy każdego dnia można odkrywać wspaniałych pisarzy (obecnie trwa moja fascynacja Phillipem Rothem).
© 2017 Universal Pictures Home Entertainment
Ocena: 4/10.

sobota, 10 stycznia 2015

"The Hobbit: The Battle of The Five Armies"



I oto stało się wreszcie! Długo oczekiwany "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" od końca grudnia hula w polskich kinach nabijając i tak już zasobną kieszeń Petera Jacksona. Jednakże w przeciwieństwie do pierwszej oraz drugiej części uwieńczenie nowej trylogii nie spotkało się z powszechnym entuzjazmem światowej widowni oraz krytyki. Co więcej – pojawiły się nawet liczne hejty i szydery, co w przypadku opowieści rozgrywającej się w Śródziemiu, było dla mnie co najmniej zaskakujące. Jednakże im jestem starszy tym mniej polegam na opinii osób trzecich w kwestiach związanych z kinematografią, więc musiałem na własne oczy przekonać się, co tym razem przygotował Peter Jackson. Od razu podkreślam, że niniejsza recenzja będzie wypełniona po brzegi spoilerami, ponieważ nie istnieje inny sposób by w pełni oddać wrażenia towarzyszące projekcji. Jeśli więc jesteście uczuleni pod tym względem to porzućcie resztę tekstu albo weźcie się kurwa wreszcie za czytanie książek. Wtedy nie będzie dla Was zaskoczeniem, że Thorin Dębowa Tarcza umiera na końcu!
źródło: http://www.impawards.com
"Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończył się "Hobbit: Pustkowie Smauga". Poirytowany zaistniałą sytuacją smok postanawia spalić doszczętnie Esgaroth (czyli Miasto na Jeziorze dla mało uświadomionych). Radosny rampage Smauga wydaje się nie mieć końca do momentu, kiedy to na drodze potwora staje Bard (Luke Evans) uzbrojony w ostatnią czarną strzałę i łuk zrobiony po części z własnego synowca. Jednakże po ubiciu bestii nieoczekiwanie pojawiają się problemy ekonomiczno-społeczne. Ponieważ niemal całe Esgaroth spłonęło od smoczego ognia, mieszkańcy potrzebują schronienia oraz finansowej rekompensaty za poniesione straty. Aczkolwiek Thorin (Richard Armitage), owładnięty żądzą odnalezienia Arcyklejnotu, wbrew danemu wcześniej słowu nie zamierza dzielić się z nikim bogactwami Ereboru. Wkrótce okazuje się, że w redystrybucji skarbów Samotnej Góry partycypować pragną również leśne elfy Thranduila (Lee Pace). Na domiar złego Sauron postanowił wykorzystać strategiczne położenie Ereboru do odzyskania w przyszłości kontroli nad starym siedliskiem zła w Angmarze.
"...I went down, down, down and the flames were higher..."
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Gdy pojawiły się napisy końcowe ogarnęło mnie totalne znużenie egzystencją. Miałem ochotę udać się do Szarej Przystani, wsiąść na biały okręt i pożeglować na zachód do Valinoru. Wtenczas przypomniałem sobie, że zanim odejdę muszę przecież napisać recenzję by podzielić się z Wami wrażeniami z "Bitwy Pięciu Armii". Tym razem Peter Jackson po prostu przegiął totalnie. Abyście mogli ocenić skalę przegięcia wyobraźcie sobie, że fatalne wrażenia z ostatniej części trylogii rzuciły cień rewizji ocen na pierwszą oraz drugą odsłonę. Ostatni film to po prostu idiotyczny, a momentami żenujący festyn CGI. Dobre sceny można policzyć na palcach jednej ręki. Na pewno świetnie wypadło starcie Galadrieli z Sauronem oraz Nazgulami w Dol Guldur. Na plus mogę zaliczyć również ogólną scenografię, krajobrazy oraz wygląd elfiej armii Thranduila – przywódca leśnych elfów dosiadający łosia jest po prostu fabolous! I w zasadzie na tym mogę zakończyć wyliczanie plusów "Bitwy Pięciu Armii". Jako quasi-zaletę mogę wymienić natomiast liczne erupcje śmiechu i chichoty wypełniające projekcję (w końcu śmiech to zdrowie!), ale chyba nie do końca o to chodziło Peterowi Jacksonowi.
Pozdrowienia do więzienia!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Zamiast kolejnej, radosnej podróży po pięknym Śródziemiu Peter Jackson zaserwował festynowe podejście do tematu, przepełnione do granic możliwości efektami komputerowymi oraz wyjątkowo marnej jakości dialogami, niekiedy niemal żywcem wyjętymi z prozy Paolo Coelho (Legolasie, matka cię kochała! – to zdanie przelało czarę goryczy!). Osoby odpowiedzialne za te kwestie naprawdę powinny zastanowić się nad dalszym sensem własnej egzystencji. Zwróćcie uwagę jak bezsensownie podzielono drugą i trzecią część trylogii. Czyż gdyby Smaug został ubity pod koniec środkowej odsłony nie byłoby sensowniej? I tak pojawia się jedynie na jakieś dziesięć minut by zginąć z ręki Barda. W porównaniu do poprzednich filmów bardzo mało podróżujemy po Śródziemiu. Akcja "Bitwy Pięciu Armii" rozgrywa się głównie w Esgaroth (R.I.P.), Ereborze oraz Dol Guldur (brawo, Gandalf!). Dosłownie przez chwilę oglądamy natomiast Gundabad, twierdzę orków położoną w Górach Mglistych. Może to właśnie z tego powodu Jackson kompletnie zatracił unikalny klimat charakterystyczny dla wcześniejszych produkcji. Odnośnie poprawności politycznej w trakcie anihilacji Miasta na Jeziorze udało mi się wypatrzyć Azjatkę, aczkolwiek nie mogę być tego pewien do końca.
"Masz expić wykurwiście, hobbicie!"
źródło: http://www.thehobbit.com
Tytułowa, festyniarska Bitwa Pięciu Armii wypełnia sporą część filmu. W trakcie walki pojawia się kilka szokujących z mojego punktu widzenia rzeczy. Po pierwsze pragnę zwrócić uwagę na czerwie rodem z "Diuny" (sic!), przeżerające się przez skały. Tylko czekałem, aż nagle na jednym z nich nie zobaczę Muad’Diba, a z tunelu nie wyjdzie niezwyciężona armia Fremenów. Pojawia się zatem pytanie: w jaki sposób orki kontrolują czerwie (robakołaki to chyba fachowa nazwa Tolkiena) i dlaczego nie wykorzystały ich do bezpośredniego przebicia się do Ereboru lub ruin Dale? Wiele miejsca należy również poświęcić dotychczas przeważnie pogardzanym mieszkańcom Śródziemia. Orkom, bo to o nich właśnie mowa, dowodzonym tym razem przez wybitnego strategosa Azoga, po raz kolejny doskwierają typowe problemy. Przeciętny przedstawiciel tejże rasy, mimo grubego pancerza oraz dużej siły, zostanie z pewnością brutalnie zaszlachtowany przez randomowego elfa, człowieka, krasnoluda czy nawet hobbita. I nie pomoże tutaj nawet geniusz taktyczny Azoga czy też innowacje w sztuce oblężniczej – żywe, ruchome katapulty lub dosłowne przebijanie głową muru! Takie widocznie jest życie orka – ogromny trud i rychła śmierć. We wspaniale bezsensowny sposób ukazano natomiast taktyczne aspekty bitwy. Jeżeli krasnoludy ustawiły już mur/ścianę tarcz to czyż elfy nie powinny rozsądnie prowadzić ostrzału zza tej formacji lub ustawić się na flankach zmniejszając ryzyko okrążenia? Na pierwszy rzut oka widać, że Peter Jackson nie grał nigdy w Medieval: Total War. A o krasnoludzkiej kawalerii to jakem żyw nigdy nawet nie pomyślałem!
Jebać biedę!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Generalnie skoro niemal cały film wypełnia bitwa, przeplatana żenującymi dialogami, nie ma sensu na poważnie rozpatrywać kreacji aktorskich. Zamiast tego zastanówmy się zatem kto w "Bitwie Pięciu Armii" expił (tj. zdobywał doświadczenie, głównie w grach RPG) najlepiej! Poniżej subiektywny ranking rozpoczynający się od tych, którzy zdobyli moim zdaniem najmniej cennego doświadczenia:
  • Łoś Thranduila – specjalne wyróżnienie za epickiego multikilla: w jednej akcji zwierzak nadział na swe majestatyczne łopaty ze sześciu plugawych, orkowych pomiotów. Niestety trofeum przyznane pośmiertnie.
  • Legolas (Orlando Bloom)expił dobrze epicko, aczkolwiek relatywnie późno wszedł do gry i z tego powodu nie zdążył nabić urywających dupę statystyk. Dodatkowe trofeum za 100% celność, łamanie podstawowych praw grawitacji (Hop! Hop! Hop!) oraz latanie na ogromnym nietoperzu.
  • Bilbo Baggins (Martin Freeman) – jak na prawdziwego hobbita przystało wysokie skille w miotaniu kamulcami. Imponujące killing spree przerwane niefortunnym critical hitem. Wysoka pozycja w rankingu z uwagi na niski level postaci.
  • Thranduil (Lee Pace) – po inwentarzu od razu widać, że to prawdziwy über pro, który expi wybornie. Niestety pod koniec bitwy przywódcę leśnych elfów ogarnęło wyraźnie zniechęcenie do dalszego expienia spowodowane zapewne wysokim levelem postaci, brakiem odpowiednio wartościowych przeciwników oraz brakiem epickich dropów. Gdyby nie to, podium byłoby gwarantowane.
  • Dain (Billy Connolly) – władca krasnoludów z Żelaznych Wzgórz zajmuje najniższe miejsce na podium. Solidne expenie, bez znaczenia czy na knurze czy na nogach, przyniosło imponującą liczbę fragów. Pomimo mojej niechęci do tej rasy postanowiłem docenić wysiłki Daina w oczyszczaniu Śródziemia z orkowej zarazy.
  • Bard (Luke Evans) – chociaż przygodę rozpoczął w więzieniu (niemal jak w każdej części The Elder Scrolls) to ubił Smauga strzelając z własnego syna (ciekawe czy małolat również dostał expa za support?). Solidne fragowanie w trakcie bitwy zapewniło Bardowi wysokie, drugie miejsce w zestawieniu.
  • Galadriela (Cate Blanchett) – dumna przedstawicielka Elfów Wysokiego Rodu, a nie leśnej hołoty. Chociaż nie brała udziału w Bitwie Pięciu Armii to przy małym supporcie Elronda oraz Sarumana zwyciężyła Saurona, jedną z najpotężniejszych istot ówczesnego Śródziemia. Dlatego też pole position Galadrieli nie może dziwić nikogo!
Od razu widać, że über pro!
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek odpuścił oglądanie trzeciej części "Hobbita" jeżeli obejrzał wcześniej dwie poprzednie. Jakkolwiek złe nie byłyby recenzje czy oceny ciekawość i chęć zamknięcia pewnego rozdziału w życiu powinny je przezwyciężyć. A co począć, gdy przygniecie Was rozpacz wylewająca się falami z ekranowej słabizny Petera Jacksona? Zróbcie to, co Gandalf po Bitwie Pięciu Armii: usiądźcie na kamieniu, nabijcie lufkę fajkę, zapalcie i wyluzujcie się. Gorzej już nie będzie – to przecież koniec niezwykłej podróży!
Bard tak bardzo ubogi.
(źródło: http://www.thehobbit.com)
Ocena: 5/10 (Peter, doceń moją łaskę!).

Recenzje pozostałych części trylogii "Hobbita":

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"The Hobbit: The Desolation of Smaug"

Pomimo wielkich obaw pierwsza część "Hobbita" zachwyciła mnie ogromnie. Dzieło Petera Jacksona wypadło tak znakomicie, że postanowiłem przymknąć oko na przerobienie 300-stronicowej książki na trzy dosyć długie filmy i zobaczyć "The Desolation of Smaug" w kinie. Wychodziłem z założenia, że cała trylogia "Hobbita", podobnie jak "Władca Pierścieni", będzie na dosyć zbliżonym poziomie, przez co nie uświadczę żenady. Gdy tylko Peter Jackson dowiedział się, że wybieram się na jego najnowsze dzieło od razu zaproponował pokrycie kosztów biletu oraz dowóz na miejsce Bentleyem Continental z barkiem wypełnionym Moët. Niestety prowadzenie tak popularnego i opiniotwórczego bloga wiąże się ze sporymi wyrzeczeniami. Jako ostatni sprawiedliwy z bólem serca musiałem odmówić Peterowi i potwierdzić opinię nieprzekupnego. Niemniej w dalszym ciągu czekam na propozycję nie do odrzucenia od szejków odnośnie korekty recenzji "Black Gold".
źródło: http://www.impawards.com
"The Hobbit: The Desolation of Smaug" rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyła się pierwsza część trylogii. Dzielna drużyna Thorina (Richard Armitage) w dalszym ciągu prze naprzód, a upragniony Erebor jest coraz bliżej. Niemniej to, co w "Niezwykłej Podróży" zarysowano jedynie w delikatny sposób, tutaj staje się niemal równorzędnym wątkiem dla krasnoludzkiej rekonkwisty. Mowa oczywiście o złu przez duże zet, którego widmo z każdym dniem coraz wyraźniej majaczy na spokojnym dotychczas Śródziemiem.
źródło: http://www.thehobbit.com
W "Pustkowiu Smauga" twórcy w dalszym ciągu konsekwentnie trzymają się przyjętej wizji Śródziemia. W środkowej części trylogii możemy zatem podziwiać imponujące Leśne Królestwo króla elfów Thranduila (Lee Pace), położone w gęstwinie Mrocznej Puszczy. Ciekawie przedstawiono Esgaroth. Miasto na Jeziorze ma całkiem fajny wygląd oraz klimat, aczkolwiek wywołało u mnie troszkę skojarzeń z "Piratami z Karaibów". Dol Guldur, jak na siedzibę Czarnoksiężnika przystało, epatuje mrokiem i wzbudza odpowiedni poziom niepokoju. I oczywiście, w zamierzeniu twórców, wisienka na torcie, czyli Erebor. Niemniej muszę przyznać, że niezwykle przestronne wnętrza Samotnej Góry nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak królestwo Thranduila. Śródziemie w dalszym ciągu wygląda znakomicie i po prostu nie miałem ochoty opuszczać sali kinowej. Skoro wiemy już dokąd zabrał nas tym razem Peter Jackson, rzućmy okiem na rozwiązania fabularne. "Pustkowie Smauga" niemal pozbawione jest przestojów. Akcja mknie do przodu w zawrotnym tempie, ale niestety niektóre wydarzenia są troszkę za bardzo spektakularne i przypominają raczej późniejsze, mocno przegięte części "Piratów z Karaibów". W głównej mierze dotyczy to wszystkiego, co działo się w czasie rzecznej ucieczki z Leśnego Królestwa. Naprawdę może się to komuś wydać imponujące, ale mnie już najzwyczajniej w świecie nudzi. Mam również duże zarzuty pod adresem finału w Ereborze. Krasnoludy beztrosko biegające po dawnym królestwie bez ładu i składu pozwalają powątpiewać w zdolności planistyczne i taktyczny geniusz Thorina Dębowej Tarczy. Na pewno do legendy przejdzie ogromny zapał, jaki wykazała krasnoludzka kompania, by postarać się otworzyć tajemne wejście do Ereboru.
źródło: http://www.thehobbit.com
Odnośnie rozwiązań fabularnych warto również wspomnieć o jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie motywów filmowych – poprawności politycznej. W czasie przemowy Thorina w Esgaroth dostajemy bowiem dwa ujęcia, w czasie których możemy podziwiać czarnoskórych mieszkańców tegoż miasta. Trochę to dziwne, zważywszy, że reszta populacji składa się wyłącznie z przedstawicieli białej rasy. Druga i jeszcze bardziej irytująca sprawa to niezwykle durne, międzyrasowe (dosłownie) love story, które studio postanowiło na siłę wepchnąć do filmu. Dodatkowy wątek zazdrości Legolasa (Orlando Bloom) postanowiłem zostawić bez komentarza. Przez tego rodzaju szczegóły "Pustkowie Smauga" bardzo wiele straciło w moich oczach. Jednakże w dalszym ciągu jest to świetne kino rozrywkowe, które nie pozwala się nudzić widzom. Niemniej druga część kończy się tak niespodziewanie (w połowie kluczowej akcji), że od razu ma się ochotę obejrzeć finałową odsłonę. Niestety w czasie napisów końcowych zamiast jakiejś potężnej i podniosłej pieśni w stylu Far over the Misty Mountains Cold zostałem uraczony strasznie miałką piosenką w wykonaniu Eda Sheerana. Jedyny komentarz jaki nasuwa mi się po przesłuchaniu I See Fire to skromne what the fuck?!
źródło: http://www.thehobbit.com
Jeśli chodzi o naszych dzielnych bohaterów to większość krasnoludzkiej kompanii wypada niemal taka samo, jak w poprzedniej części. Pewnie zmiany zachodzą w postaci Thorina – czasami staje się po prostu bezwzględnym, chciwym kutasem, totalnie nieliczącym się z życiem jednostek. Nie można się zatem dziwić, że Beorn nienawidzi krasnoludzkiej rasy, a elfy mają ją w totalnej pogardzie. Chciwość to główny zarzut stawiany przez Thranduila, ale kto czytał Silmarillion wie że elfy potrafiły być równie pazerne i okrutne (w szczególności polecam Quenta Silmarillion). Również inaczej zaczyna zachowywać się Bilbo (Martin Freeman), którego powoli oplata moc Jedynego Pierścienia. Gandalf (Ian McKellen) tradycyjnie już łączy w swojej postaci sprzeczności: dalekosiężne myślenie strategiczne oraz podejmowanie beztroskich działań na pałę, przez co oczywiście kończy w typowy dla siebie sposób. Warto w tym miejscu wspomnieć o scenie, w której okazuje się kim naprawdę jest Czarnoksiężnik. Tejże potężnej postaci w materialnej formie nie widzieliśmy bowiem od bardzo dawna, a jak zawsze jest to niezwykle imponujące wrażenie. I to nie tylko wizualne, ponieważ słuchanie Czarnej Mowy to wyjątkowe przeżycie. Przedstawiciele ludzkiej rasy wypadają w filmie raczej kiepsko: albo są to krótkowzroczni, chciwi głupcy albo totalnie prawi i sprawiedliwi jak Bard (Luke Evans). Niestety jest to postać kompletnie bez wyrazu i szkoda, że Luke Evans nie postarał się bardziej by nadać jej choćby odrobinę inny rys. O ile jednak Bard wystąpił w książce, o tyle Tauriel (Eveageline Lilly) to w całości wytwór kreatywności scenarzystów. Nie dość, że jest nieposłuszna swemu władcy, to na dodatek wikłając się w żenujący romans może doprowadzić do powstania hybrydy dwóch ras (chciałbym zobaczyć reakcję Legolasa na coś takiego). Niemniej patrząc na pannę Lilly cały czas miałem wrażenie, że zaraz z zarośli wyskoczą Jack i Sawyer z "Lost" by w mordobiciu ustalić kto jest bardziej godzien jej wdzięków. Na szczęście honor elfów ratuje świetna postać króla Thranduila – w zasadzie można tylko żałować, że w filmie jest go tak mało. Równie doskonale wypada nasz stary znajomy z "Władcy Pierścieni", a przy okazji syn władcy Leśnego Królestwa – Legolas. W "Pustkowiu Smauga" objawia się nie tylko jako ultimate über pro fighter, ale także złotousty hejter krasnoludzkiej rasy. A jak zatem wypada tytułowy Smaug? Od czasów "Wiedźmina" wiadomo, że smoki to kontrowersyjny temat. Tym razem nie jestem zażenowany, ale przyznam, że spodziewałem się czegoś co urwie mi dupę. Niestety Smaug nie urwał.
źródło: http://www.thehobbit.com
"Pustkowie Smauga" nie zrobiło na mnie tak wielkiego wrażenia jak "Niezwykła Podróż". Aczkolwiek takaż jest niewdzięczna rola części środkowej – świat przedstawiony już znamy, a finał opowieści dopiero przed nami. Niestety z powodu wymienionych wyżej powodów (postać Tauriel, żenujący romans, przekombinoane rozwiązania) nie jestem w stanie wystawić drugiej części oceny takiej samej jak pierwszej. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – uważam "Pustkowie Smauga" za kino rozrywkowe najwyższej klasy, zrealizowane na mistrzowskim poziomie. Pod względem technicznym produkcji Jacksona nie można nic zarzucić. Niestety fabularnie nie jest tak doskonale jak w przypadku "Władcy Pierścieni". Mimo wszystko z wytęsknieniem czekam na finałową odsłonę trylogii "Hobbita".
źródło: http://www.thehobbit.com
Ocena: 7/10.
źródło: http://www.thehobbit.com
Ps.
Nie mam odwagi wspominać o żadnych różnicach pomiędzy książką a filmem (z wyjątkiem wprowadzenia Tauriel), ponieważ powieść Tolkiena czytałem zbyt dawno temu.
źródło: http://www.thehobbit.com

poniedziałek, 29 października 2012

"Clash of the Titans"



"Clash of the Titans" to remake filmu z 1981 roku, który w Polsce występuje pod tytułem "Zmierzch Tytanów". Zabierając się do projekcji byłem pełen obaw, gdyż doskonale znam dosyć luźne podejście Hollywood do ekranizowania jakiejkolwiek mitologii. Swoją drogą oba tytuły nie mają żadnego uzasadnienia fabularnego, ponieważ akcja dzieje się długo po tym jak ostatni Tytani zostali zwyciężeni przez Zeusa i innych bogów. Muszę przyznać, że do obejrzenia produkcji zachęcił mnie jednak fakt, że wystąpiła w niej Izabella Miko (Atena). Niestety sceny z udziałem polskiej aktorki okazały się zbyt chujowe nawet jak na to dzieło i zostały wycięte.
źródło: http://www.wikia.com/Wikia
Fabuła raczej typowa dla tego rodzaju produkcji (przy uwzględnieniu roli mitologii). Rybak Spyros (Pete Postlethwaite) znajduje na morzu trumienkę z martwą kobietą i małym dzieckiem, które cudem przeżyło. Przygarnia chłopca i wychowuje jak swojego własnego syna. Dwadzieścia parę lat później zastępcza rodzina Perseusza (Sam Worthington) zostaje przypadkowo zamordowana przez Hadesa (Ralph Fiennes). Ogólnie nastroje w starożytnym świecie są nienajlepsze. Ludzie buntują się przeciwko władzy bogów i postanawiają sami rządzić swoim losem. W tym bezbożnym procederze przoduje miasto Argos. Pod wpływem Hadesa bogowie postanawiają dać nauczkę krnąbrnym mieszkańcom: albo złożą im w ofierze królewnę Andromedę (Alexa Davalos) albo miasto zostanie zniszczone przez Krakena. Jak łatwo się domyślić misję ratowniczą podejmuje nasz dzielny Perseusz. Wkrótce dowiadujemy się również, że nie jest on zwykłym śmiertelnikiem, ale bękartem samego władcy Olimpu (Liam Neeson).
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
 "Clash of the Titans" to całkowite pomieszanie mitologii greckiej, nordyckiej, ale też arabskiej. Oprócz bogów i stworzeń typowych dla wierzeń hellenistycznych występują również okazy typowe dla dalekiej północy (Kraken) czy Półwyspu Arabskiego (pustynne dżiny). Dla ortodoksyjnych miłośników mitologii greckiej może to być poważny szok, ale widz masowy będzie się bawił raczej dobrze. Ponadto w nawiązaniu do oryginału z 1981 roku w filmie pojawia się scena z mechaniczną sową Bubo. Co ciekawe ponoć podczas kręcenia filmu Sam Worthington znienawidził ją tak mocno, że wielokrotnie groził jej zniszczeniem. Aktor obawiał się również, że wstawienie sceny z Bubo do filmu zrujnuje jego karierę. Z mojego punktu widzenia, jeśli chciało się nawiązać do oryginału to można było zrobić to znacznie lepiej, ale i tak nie ma dramatu a Worthington mógł ukazać swoje obrzydzenie. Fabularnie sporo niedorzeczności, niemniej nic co by szokowało szczególnie lub dramatycznie zaskakiwało. Typowa hollywoodzka sieczka dla mas.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
 Obsada zapowiadała się bardzo ciekawie, oczywiście z wyjątkiem Izabelli Miko. Neeson, Fiennes, Worthington wsparci przez Polly Walker, którą bardzo lubię od czasów „Rzymu”, a do tego m.in. Gemma Arterton, Liam Cunningham, Vincent Regan oraz Luke Evans. Mała ciekawostka: w "Clash of the Titans" Luke Evans występuje jako Apollo, ale już w "Immortals" awansuje na Zeusa. Mimo tylu sław aktorstwo jest raczej drewniane (szczególnie u głównego wykonawcy, to pewnie wpływ Bubo), po części wynika to ze scenariusza, który stworzył takie a nie inne postacie. Najbardziej podobała mi się Gemma Arterton w roli Io oraz Ralph Fiennes jako Hades. Reszta raczej do zapomnienia, przy czym chciałbym zobaczyć Izabellę Miko na tym tle. Efekty specjalne bardzo fajne, zaliczam na plus. Bardzo mi się podobał niebieski płomień z kostura pustynnego dżina, poza tym nieźle wyglądał Olimp pośród chmur. Podsumowując jest to bardzo lekkie dzieło, typowe do obejrzenia przy obiedzie. Po projekcji praktycznie nic w głowie nie zostaje, dlatego taka, a nie inna ocena.

Ocena: 4/10.

Recenzję sequelu znajdziecie pod tym linkiem: "Wrath of the Titans".

sobota, 18 sierpnia 2012

"The Raven"


"The Raven" to w zasadzie detektywistyczne kino osadzone w połowie XIX stulecia jedynie w celu wykorzystania Edgara Allana Poe. Od razu muszę przyznać, iż nie miałem styczności z twórczością tego amerykańskiego pisarza i po projekcji filmu raczej ochoty na bliższy kontakt mieć nie będę. W każdym razie nowele Poe (John Cusack) stają się inspiracją dla seryjnego mordercy, który zuchwałymi zbrodniami terroryzuje ulice Baltimore. Dla fanów "The Wire" należy podkreślić, że akcja filmu dzieje się na długo przed tym jak czarni bracia zrobili Armagedon na ulicach. Dlatego też wśród lokacji filmowych nie ma co szukać miejscówek na East Coast, a można za to dostać Nowy Sad lub Belgrad (generalnie dają radę).
źródło: http://www.filmofilia.com/
 Wracając do fabuły: dzielny komisarz Fields (Luke Evans) stara się pochwycić seryjnego mordercę, mając za przydupasa pozbawionego pieniędzy alkożłopa w osobie Poe. Nasz uroczy pisarzyna jednocześnie podkochuje się w Emily (Alice Eve), córce miejscowego notabla (Brendan Gleeson), co nadaje filmowi znamiona prawdopodobieństwa. Fabuła nosi jarzmo ogromnej miałkości, love story typowe, jedyna dobra rzecz to śmierć Poe, o której wiemy od samego początku (niestety to jak do niej doszło jest żałosne!). Fields mógłby z powodzeniem przenieść się w czasie i rozpocząć pracę w CSI. Motywy działania czarnego charakteru są dla mnie wysoce nieprzekonujące. Myślę po prostu, że scenarzyści dostali grube zaliczki i całkowicie zatracili kreatywność w obłokach Anielskiego Pyłu. Na temat aktorstwa w „The Raven” nie mam zamiaru się wypowiadać. Napiszę jedynie, że jestem negatywnie zaskoczony brakiem Nicolasa Cage’a, gdyż Cusack jest za mało demoniczny jak na taką postać i nie daje rady.
źródło: http://www.bloodygoodhorror.com/bgh/
Jakie zalety można odnaleźć? Film wygląda nieźle (oprócz ostatniej sceny), czasami bardzo dobrze i w zasadzie to chyba wszystko. A nie, do zalet mogę zaliczyć fakt, iż 26 milionów USD nie zostało wydane na kolejną polską komedię lub wysoce ułomne kino batalistyczne. Dzięki temu dzisiaj zasnę spokojnie.

Ocena: 3/10.