Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael McElhatton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael McElhatton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 lipca 2019

"King Arthur: Legend of the Sword" (2017)


You're no longer a myth. You're starting to mean something.

Chociaż ruszyło już Letnie Tanie Kinobranie (a w zasadzie to jesteśmy już prawie na półmetku) i udało się nam obejrzeć parę filmów ("The House that Jack Built" i "Monument") to jednak nie przełożyło się to na większą ilość tekstów w miesiącu. Ciężko zebrać się do pisania, kiedy za oknem miejskie, upalne lato w pełni, a weekendy spędza się na wyjazdach w różne fajne miejsca albo na dokładnym, metodycznym opróżnianiu barku. Niemniej coś od czasu do czasu napisać trzeba, a że jakoś niedawno obejrzałem kolejne podejście do legendy arturiańskiej ("King Arthur: Legend of the Sword") to postanowiłem poświęcić parę zdań produkcji wyreżyserowanej przez niegdyś błyskotliwego Guya Ritchie'ego. Brytyjczyk trochę pogubił się w ostatniej dekadzie, a jego ostatnie filmy nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia (w sumie to dobrze wspominam chyba dopiero „Rock'N'Rollę”). Niemniej zawsze lubiłem mit arturiański, a przede mną lektura książki Rodneya Castledena Król Artur. Prawda ukryta w legendzie, więc pomyślałem, że zrobię sobie swoisty podkład. Od razu muszę przyznać, że już na etapie trailera spodziewałem się, czego mogę oczekiwać, więc nie miałem większej nadziei na solidne kino.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Po jednym z najbardziej czerstwych i enigmatycznych wprowadzeń w dziejach kinematografii (coś w stylu: Ludzie i magowie żyli w pokoju, ale się zjebało i doszło do wojny) Guy Ritchie wrzuca nas w epicentrum konfliktu, w którym tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Zły Mordred na grzbiecie wyjątkowo wyrośniętego olifanta-zombie razem z prawilną ekipą ziomali szturmuje bramy Camelotu. Jednakże dzielny król Uther (Eric Bana) za pomocą potężnego, magicznego miecza (Excalibur, a jakże!) rozprawia się w pojedynkę z całą armią przeciwników. Niestety oręż okazuje się niewystarczający w obliczu podłej i nieoczekiwanej zdrady brata. Vortigern (Jude Law), uśmierciwszy rodziców małoletniego Artura, przejmuje władzę w Anglii (tak jest – w Anglii, nie w Brytanii), a dziecko przepada w trakcie tragicznych wydarzeń. Po latach krwawej i bezwzględnej dyktatury uzurpatora pojawia się jednak promyk nadziei. Ruch oporu rośnie w siłę, a prawowity dziedzic tronu (Charlie Hunnam, legendarny Syn Anarchii) dorasta w londyńskim burdelu.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Może po seansie trudno w to uwierzyć, ale "Legenda miecza" (w sumie niezły tytuł na porno) miała być pierwszym filmem otwierającym sześcioodcinkową serię. Wskutek mizernych wyników finansowych nie zanosi się jednak na razie na kręcenie pozostałych części. I w zasadzie może nawet lepiej, ponieważ Guy Ritchie zamienił legendę arturiańską we współczesny, totalny stolec. Próbując przenieść charakterystyczne cechy swojego warsztatu do wczesnego średniowiecza stworzył po prostu coś w rodzaju absurdalnego widowiska z teledyskowym montażem opartym na częstych flashbackach, zabawnych one-linerach i jednowymiarowych bohaterach. Praktycznie ani jedna postać nie jest interesująca dla widza w nawet najmniejszym stopniu (być może z wyjątkiem Vortigerna). Proces budowy Artura od zera do bohatera oraz werbunku jego wiernej drużyny ziomali nie wnosi kompletnie niczego nowego do światowej kinematografii. Jest to wręcz haniebne powielanie znanych schematów i klisz, bez najlżejszego powiewu świeżości. A nie przepraszam najmocniej – scenarzyści postanowili jednak trochę poprawić legendę. Zatem oprócz wspomnianych olifantów-zombie, Vortigern, podobnie jak Uther, włada sobie Anglią, Excalibur jest tożsamy z Mieczem z Kamienia, w Londinium mieszkają sobie Wikingowie i istnieje szkoła sztuk walki prowadzona przez azjatyckiego mistrza, jest trochę poprawności politycznej (czarnoskóry Bedivere, w którego wcielił się Djimon Hounsou), a Bill (Aidan Gillen) jest tak zajebistym łucznikiem, że może dokonać asasynacji króla za pomocą łuku w stylu Dallas 1963.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Wiem, że w recenzji pseudohistorycznego "King Arthur" z 2004 roku ubolewałem nad brakiem magii, ale to co dostałem w "Legendzie miecza" totalnie nie spełnia moich potrzeb. Może wynika to fabularnie z wytrzebienia magów po przegranej wojnie z Utherem i późniejszym czystkach jego brata, ale Merlin jest jedynie wspomniany przez bohaterów, a oprócz przyzywania monstrualnego wunsza za wiele tego nie ma. Na pewno w tym temacie należy natomiast docenić chyba najlepszy motyw w całym filmie, czyli przeistaczanie się Vortigerna w mrocznego, potężnego rycerza w czarnej zbroi. To mnie naprawdę zaskoczyło i na tle raczej średnich efektów specjalnych (w który przoduje ogromny wunsz) wygląda naprawdę imponująco. Mimo to całość sprawia jednakże wrażenie taniego, efekciarskiego wytworu filmopodobnego, nastawionego wyłącznie na zarabianie monet. W dalszym ciągu o wiele lepiej ogląda się "Excalibur" z 1981 roku, który miał pewnie budżet mniejszy niż odcinek "Gry o tron", a chociaż efekty specjalne po latach mogą wydać się czerstwe, to jednak ciągle posiada unikalny klimat. Pozostaje jedynie ubolewać, że Guy Ritchie z biegiem lat coraz bardziej zatracił umiejętność tworzenia świeżego i błyskotliwego kina.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
W kwestii aktorstwa naprawdę ciężko znaleźć jakiekolwiek pozytywy. Oczywiście na tle całej obsady wyróżnia się zdecydowanie Jude Law, wcielający się w Vortigerna, ale czarny charakter to zdecydowanie nie jest najlepsza rola w karierze Brytyjczyka, ukazująca zaledwie ułamek nieprzeciętnego talentu. Jeśli mamy do czynienia z filmem o królu Arturze, to odtwórca tytułowego bohatera powinien chyba być na pierwszym planie. Charlie Hunnam znany z "Sons of Anarchy" (przestałem oglądać po sezonie, w którym bohaterowie zaczęli ginąć na kalifornijskim polu minowym jakiegoś kartelu), w tworzeniu roli inspirował się irlandzkim mistrzem UFC Conorem McGregorem, ale niewiele z tego wyszło. Zdecydowanie zabrakło charyzmy, błyskotliwości czy czegokolwiek innego, co pozwoliłoby na zapamiętanie tego występu. Naprawdę słabo wypadł ten protagonista, w szczególności, że mimo krótkiego występu o wiele lepsze wrażenie zrobił na mnie Eric Bana, grający Uthera. Niewiele więcej można powiedzieć o reszcie obsady, która już zaczyna rozpływać się w odmętach niepamięci. Fajnie, że jest Aidan Gillen, ale czy jego postać wnosi cokolwiek ciekawego? Fani „Gry o tron” zwrócą uwagę na występ Michaela McElhattona. Djimon Hounsou z pewnością nadaje "Legendzie miecza" kolorytu, ale czy naprawdę było to konieczne? Rozumiem, że takie czasy, ale naprawdę można czasem odpuścić. David Beckham w obsadzie? Wow, imponujące! Postacie kobiece są dosyć zmarginalizowane – Annabelle Wallis (Maggie) dostała nie więcej niż 5 minut ekranowego czasu, a Astrid Bergès-Frisbey wciela się w tak ważną postać, że twórcom nie chciało się nawet wymyślić jej imienia (figuruje w obsadzie jako The Mage).
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
"Legenda miecza" to wyjątkowe nieudolne, a przede wszystkim nieudane podejście do mitu arturiańskiego. Nie dość, że Guy Ritchie przerobił całą opowieść na marną, teledyskową historię o niczym, to na całej linii zawiódł Charlie Hunnam, na którego barkach miała w założeniu jechać pierwsza odsłona nowej serii. Obejrzenie tego filmu nie zmieni Waszej egzystencji, a nawet kompletnie nic do niej nie wniesie. Szkoda marnować Jude'a Law na takie marne produkcje.
źródło: Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 4/10.

czwartek, 10 grudnia 2015

"The Hallow" (a.k.a. "The Woods" lub "Hubopysk")

Przyznam szczerze, że nie jestem szczególnym fanem horrorów, a moje zasoby wiedzy o tymże gatunku nie są szczególnie bogate. Niezwykle rzadko oglądam tego rodzaju filmy, przez co opuściłem prawie całą klasykę. Co zatem skłoniło mnie, aby obejrzeć "The Hallow" (co ciekawe znane również pod tytułem "The Woods" lub autorską wersją Grażki "Hubopysk")? Po pierwsze z pewnością było to fakt, że akcja filmu została osadzana na Szmaragdowej Wyspie, automatycznie czyniąc film reżyserowany przez Corina Hardy’ego lekturą obowiązkową. Taka nietypowa pozycja mogłaby idealnie wzbogacić mój doroczny ranking najlepszych produkcji związanych z Irlandią. Dodatkowo, znając irlandzkie legendy oraz niezwykle oryginalny folklor i wierzenia ludowe, cieszyłem się na oglądanie różnego rodzaju mistycznych kreatur i stworów, które niestety dosyć rzadko goszczą na kinowych ekranach. Kolejny powód to oczywiście bezapelacyjnie epicki plakat "The Hallow", który po prostu natychmiast przywołuje wspomnienia związane z legendarną trylogią "Evil Dead" (remake’u jeszcze nie widziałem, więc o nim nie wspominam).
Plakat jest EPICKI!!!
(źródło: http://www.impawards.com)
Adam Hitchens (Joseph Mawle) oraz jego żona Clare (Bojana Novakovic) przybywają na irlandzką prowincję, aby zbadać stan miejscowego drzewostanu i ocenić czy nadaje się do wycinki (a raczej czy wycinka przyniesie odpowiedni poziom zysków – cała sytuacja to oczywiście pokłosie ostatniego kryzysu finansowego). Od samego początku para bohaterów wzbudza wyjątkowo negatywne emocje u lokalnych mieszkańców. Przodownikiem społecznej niechęci jest Colm Donnelly (Michael McElhatton, czyli Roose Bolton z "Gry o tron"), który wiele lat wcześniej utracił malutką córkę w dosyć dziwnych okolicznościach. W jego przekonaniu wspomniany las należy do istot zwanych Czcigodnymi (w oryginale The Hallow), które niegdyś władały całą wyspą, ale po przybyciu ludzi władających ogniem oraz żelazem, zostały zmuszone do zaszycia się leśnej gęstwinie. Oczywiście Adam, jako wykształcony i światły człowiek, nic sobie nie robi z typowego dla prostego ludu bajdurzenia.
źródło: http://www.ifcfilms.com/films/the-hallow
Nie da się ukryć, że do pewnego momentu "The Hallow" spełniał dokładane nadzieje, oferując całkiem wciągającą rozrywkę na odpowiednim poziomie. Film Hardy’ego potrafił wzbudzić zainteresowanie oraz niepokój u widza, a także epatował dosyć tajemniczym klimatem. Niestety idylla zakończyła się w momencie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem z jakimiż to przeciwnikami będą walczyć Adam oraz Clare. Jakież zatem było moje rozczarowanie, kiedy w jednej chwili cały mistyczny nastrój prysł, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jednocześnie "The Hallow" zamienił się w typowy, głupawy horror z bohaterami idiotami, wrzeszczącymi i biegającymi bezładnie po leśnej gęstwinie. Dodajmy również, że straszliwie przewidywalny – gdy tylko na ekranie pojawia się tajemnicza księga (taki lokalny Necronomicon) od razu wiadomo, że są w niej kluczowe dla rozwoju akcji informacji. Jest to po prostu kolejny przykład filmu, który miał potencjał, ale z nieznanych mi przyczyn (brak inwencji, pieniędzy?) twórcy postanowili przerobić go na sztampową, przewidywalną produkcję, jakich kręci się tysiące. Smuteczek tak bardzo…
źródło: http://www.ifcfilms.com/films/the-hallow
Nie chodzi mi nawet o to, że wygenerowane komputerowo potwory wyglądały nie najlepiej (synonim słowa fatalnie). W zasadzie to nawet nie wiem co to miało być – banshee, wyjątkowo brzydkie wróżki czy uzależnione od mefedronu elfy? Gdyby twórcy konsekwentnie oparli się na irlandzkich wierzeniach ludowych i postanowili pokazać zdecydowanie mniej wspaniałych efektów specjalnych to może udałoby się wykrzesać z tego cokolwiek więcej. Z drugiej strony Corin Hardy ponoć otwarcie przyznawał, że wzorował się m.in. na "Evil Dead", więc można było pójść w całkowicie inną stronę. Zresztą takie rozwiązanie sugeruje, swoją drogą, znakomity plakat. Kiedy bowiem widzę gościa stojącego przed złowrogo wyglądającą leśną gęstwiną, który w silnych rękach dzierży płonącą kosę, to od razu na myśl przychodzi mi jeden człowiek zdolny do podjęcia takiego wyzwania – Ashley "Ash" J. Williams. I byłbym wielce kontent, gdyby Adam zamiast zostać pizdeuszem mięczakiem, radośnie i epicko fragował piekielne stwory przy pomocy płonącej kosy. Dekapitacje, odcięte kończyny, hektolitry czerwonej posoki – groovy! Niestety zamiast dobrej zabawy borykałem się ze stworami, których umysłami władała substancja przypominająca czarnego raka znanego z serialu "Z archiwum X". Pysznie!
źródło: http://www.ifcfilms.com/films/the-hallow
O aktorstwie mogę napisać naprawdę niewiele, gdyż znaczące role w filmie przypadły jedynie trzem osobom. Joseph Mawle, wcielający się w Adama, w zasadzie zagrał całkiem solidnie i można powiedzieć, że wykrzesał z przemiany swego bohatera w bezmyślną kreaturę niemal wszystko. Równie spoko wypadł Michael McElhatton, aczkolwiek moim zdaniem wystąpiły tu poważne błędy w konstrukcji postaci. Colm po utracie córki powinien pałać żądzą okrutnej i bezlitosnej zemsty na leśnych kreaturach, a nie uniżenie bronić lasu przez obcymi. Największe propsy należą się jednakże Bojanie Novakovic za epicką (jak na poziom "The Hallow") rolę Clare. W zasadzie jej występ to jedyny powód, dla którego mogę komukolwiek polecić ten film (no może jeszcze z uwagi na ładne irlandzkie krajobrazy hrabstwa Galway). Warto także zauważyć, że momentami film Hardy’ego ma wyjątkowo depresyjny klimat i może nawet przypominać "Labirynt Fauna". Oczywiście twórcy nie mogli sobie podarować okazji do zrobienia niepokojącego zakończenia. Po "The Hallow" nie spodziewajcie się zatem praktycznie niczego, ponieważ nic nie otrzymacie. Wyłącznie na własną odpowiedzialność.
źródło: http://www.ifcfilms.com/films/the-hallow
Ocena: 4/10.