Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Riseborough. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrea Riseborough. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 grudnia 2016

"Nocturnal Animals"



Do you ever feel like your life is turning into something you never intended?

Szczerze napisawszy po obejrzeniu olśniewającego "A Single Man" po prostu nie mogłem doczekać się premiery najnowszego filmu Toma Forda. A trzeba Wam wiedzieć, że ten amerykański projektant mody i jedynie przy okazji reżyser, nie rozpieszcza swoich fanów karząc im czekać na kolejnego produkcje po kilka lat. "Nocturnal Animals" (zgrabnie przetłumaczone na "Zwierzęta nocy") już w samych trailerach zapowiadało się na znakomitą, wyjątkowo stylową i bezbłędną produkcję. Warto nadmienić, że scenariusz został oparty na opublikowanej w 1993 roku powieści Austina Wrighta zatytułowanej Tony and Susan. Co ciekawe, na okładkach związanych z premierą filmu wznowieniach książki pojawia się już tytuł Nocturnal Animals.
źródło: http://www.impawards.com
"Nocturnal Animals" to złożona produkcja, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, a zdarzenia fikcyjne mieszają się z rzeczywistością, więc w trakcie seansu należy się skupić na skomplikowanej fabule (w przypadku "A Single Man" było zdecydowanie prościej). Główny wątek to historia na pozór doskonałej i szczęśliwej Susan Morrow (Amy Adams), która wraz z przystojnym mężem Huttonem (Armie Hammer) realizuje się w swojej pasji prowadząc galerię sztuki. Jednakże powierzchowna doskonałość pary skutecznie maskuje problemy finansowe oraz niezbyt poprawne relacje małżeństwa. Życie Susan ulega diametralnej przemianie, gdy otrzymuje od swojego byłego męża (Jack Gyllenhaal) rękopis tytułowej powieści Nocturnal Animals. Książka, przedstawiająca mrożące krew w żyłach przeżycia Edwarda (również Jack Gyllenhaal) oraz jego rodziny rozgrywające się na amerykańskich pustkowiach, wywołuje u kobiety niezwykle silne emocje i skłania ku refleksjom nad własną egzystencją.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Już od pierwszych kadrów "Zwierzęta nocy" olśniewają wizualnym pięknem oraz znakomitym, niepowtarzalnym stylem Toma Forda. Oglądając film można po prostu dojść do wniosku, że jest to glamour w najczystszej, nieskażonej postaci. Oczywiście dotyczy to w większości scen związanych ze współczesnymi perypetiami Susan, ale nawet ukazane na ekranie zwłoki mają w sobie coś pięknego. Podobne wrażenia można odnieść do otwierającej produkcję sceny, w której widzimy performance dla galerii sztuki: dosyć otyłe, tańczące kobiety. Mimo, że naprawdę daleko im do aktualnych standardów piękna, to jednakże trudno odwrócić wzrok, gdyż te obrazy mają w sobie coś hipnotycznego. Tom Ford po raz kolejny zadbał, aby bohaterowie mieszkali w naprawdę wypasionych (acz jednocześnie wyjątkowo stylowych) i nowoczesnych domostwach. Ogromne przestrzenie oraz zimne kolory budzą jednakże uczucie pustki oraz straszliwej samotności, która w szczególności dotyka Susan. Wprost genialnie wypada scena, w której nasza bohaterka z uwagą przygląda się obrazowi z napisem REVENGE. W tym miejscu warto również podkreślić niebywałą rolę muzyki skomponowanej przez Abla Korzeniowskiego. Poszczególne utwory urzekają niezwykłym pięknem, nie pozwalając o sobie zapomnieć jeszcze długo po wyjściu z kina. Jakież to niezwykłe szczęście, że żyjemy w czasach, w których można ich po prostu posłuchać na YouTube’ie! Tak wspaniałe kompozycje zasługują na nominację do Oscara, ale ja osobiście żywię nadzieję, że na tym się nie skończy.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Skoro w powyższym akapicie opisałem moje wrażenia audio-wizualne należałoby się skupić na przedstawionej w "Zwierzętach nocy" fabule. Muszę przyznać, że Tom Ford posiadł niezwykłą umiejętność stopniowego budowania napięcia. Historia przedstawiona w powieści Tony’ego to prawdziwy, mrożący krew w żyłach majstersztyk. Od dawna nie odczuwałem w kinie takiego niepokoju jak w nocnej scenie rozgrywającej się na teksańskim pustkowiu. Napięcie narastające powoli od błahego incydentu na drodze wyraźnie szuka ujścia by eksplodować z pełną mocą. Każdy gest czy nieodpowiednia odzywka, a nawet ton głosu, (pozdro Grażka!) mogą przynieść fatalne konsekwencje. Warto zaznaczyć, że film od razu daje widzowi do myślenia jak zachowałby się podobnej sytuacji – czy warto twardo stawiać się przeciwnikom czy też przyjąć postawę koncyliacyjną? Aczkolwiek Edward, bohater książki Tony’ego, nie jest przecież jakimś niezwykłym herosem, a raczej przeciętnym, spokojnym człowiekiem postawionym w sytuacji, której do końca nie rozumie. Wielkie brawa należą się Tomowi Fordowi za tak umiejętne, a przede wszystkim interesujące przeplatanie powieści z wątkami z życia Susan i Tony’ego, które przecież rozciągają się na przestrzeni wielu lat.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Nie od dziś wiadomo, że nazwiska Amy Adams oraz Jake’a Gyllenhaala umieszczone na filmowym plakacie gwarantują znakomite występy, ale w "Zwierzętach Nocy" obydwoje wnieśli się na wyżyny swojego kunsztu. Nie umniejszając niczego Amy Adams, która świetnie ukazała na ekranie straszliwą samotność Susan oczywiście trudniejsze zadanie stanęło przed Gyllenhaalem, ponieważ musiał wcielić się w dwie postacie. Niemniej zarówno Tony, jak i Edward, to znakomicie i bezbłędnie zagrane role – w szczególności powieściowy bohater pozostaje na długo w pamięci. Na drugim planie również jest znakomicie. Na gromkie oklaski zasłużył przede wszystkim Michael Shannon, wcielający się porucznika Bobby’ego Andesa. Równie doskonale, a przede wszystkim niesztampowo, wypadł Aaron Taylor-Johnson (Ray Marcus) – o takie role właśnie walczyłem przez te wszystkie lata! A żeby uniknąć oskarżeń o faworyzowanie męskiej części obsady warto wspomnieć o świetnych występach Isli Fisher (Laura) oraz Ellie Bamber (India), które wcieliły się w żonę oraz córkę powieściowego Edwarda. Na koniec warto jeszcze wymienić kilka sław, które przewijają się epizodycznie: Armie Hammer, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone czy Kristin Bauer van Straten.
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
"Nocturnal Animals" to ostatnia wieczerza dla wszystkich głodnych prawdziwego glamour, wysublimowanych, pięknych kadrów podkreślanych przez muzykę najlepszej próby oraz mistrzowskiego aktorstwa. Na film Toma Forda czekałem z naprawdę wielkimi nadziejami i muszę przyznać, że po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, dostałem jeszcze więcej niż chciałem. Absolutnie mistrzowskie kino!
źródło: http://www.focusfeatures.com/nocturnalanimals
Ocena: 10/10.

niedziela, 15 lutego 2015

"Birdman"



Naprawdę nie jest łatwo oglądać film, który zewsząd zbiera same pochlebne recenzje, a na dodatek co poniektórzy wystawiają oceny 10/10. Ponieważ przeważnie nie mam zwyczaju czytać komentarzy pod recenzjami na wszelkich portalach (w zasadzie czytam jedynie komentarze, które dotyczą jedynie mojej twórczości), a ostatnio rzadko przeglądam nawet recenzje filmowe, to przystępując do projekcji "Birdmana" czułem ogromną presję. Wszystkie głosy były bardziej niż pozytywne i nie miałem żadnej przeciwwagi w postaci solidnych hejtów. Co jeśli nie będę w stanie docenić kunsztu Alejandro Gonzáleza Iñárritu (przykładowo "Babel" nie porwał mnie zbyt szczególnie)? A jeśli "Birdman" kompletnie zawiedzie moje oczekiwania? Na szczęście, aby poradzić sobie z presją wynaleziono barbiturany oraz alkohol, więc bez lęku zasiadłem do seansu. Niemniej, jakkolwiek by się nie znieczulić (oczywiście tak by dysponować szczątkami percepcji), zawsze gdzieś w odmętach umysłu pojawia się widmo 10/10.
źródło: http://www.impawards.com
"Birdman" to opowieść o upadłym aktorze, który niegdyś zyskał ogromną popularność (zarabialiśmy miliardy!) wcielając się w tytułowego, komiksowego superbohatera. Obecnie zniszczony przez życie Riggan (Michael Keaton) próbuje ambitnie uratować resztki kariery wystawiając na Broadwayu sztukę opartą na opowiadaniu Raymonda Carvera What We Talk About When We Talk About Love. Oprócz tradycyjnego braku funduszy oraz problemów z uwielbianym przez krytykę, stawiającym na hiperrealizm Mike’m (Edward Norton), Riggan toczy wyniszczającą walkę z swoim alter ego, które coraz bardziej stanowczo nalega na wielki powrót do roli Birdmana.
Copyright by Twentieth Century Fox
Na szczęście już początek "Birdmana" zwiastował, że będzie naprawdę dobrze. Film wciąga od pierwszych minut unikalnym klimatem oraz znakomitą, jazzową, głównie perkusyjną ścieżką dźwiękową. Wielkie brawa dla Antonio Sancheza, ponieważ OST idealnie wpisuje się atmosferę produkcji Iñárritu. Z tego miejsca również chciałbym serdecznie podziękować Akademii za dyskwalifikację ścieżki dźwiękowej "Birdmana" przy tegorocznych nominacjach oscarowych. Od zawsze jesteście przecież awangardą w podejmowaniu tak odważnych decyzji! Akurat w tym przypadku muzyka stanowi czynnik spajający poszczególne sceny w jedną całość. Dzięki niej, bardzo długim ujęciom oraz odpowiednim zabiegom montażowym (niemal znikoma ilość cięć; naprawdę imponujące przejścia między poszczególnymi scenami) można odnieść wrażenie, że "Birdman" został nakręcony za jednym zamachem. W zasadzie taki właśnie był oryginalny pomysł na film. Według IMDb Iñárritu zrezygnował z pierwotnej koncepcji dopiero po rozmowie z nieżyjącym już niestety Mike’m Nicholsem, który stwierdził, że zrealizowany w ten sposób projekt zakończy się spektakularną katastrofą. Niemniej wykorzystane w filmie długie ujęcia i kamera podążająca za bohaterami po wąskich, teatralnych korytarzach sprawiają, że momentami "Birdman" nabiera niemal dokumentalnego charakteru.
Copyright by Twentieth Century Fox
Fabuła obracająca się wokół upadłej kariery Riggana oraz broadwayowskiego przedstawienia wypada wprost imponująco. Momentami jest naprawdę zabawnie, aczkolwiek "Birdman" nie jest przecież lekkim filmem. Świetnie ukazano wszelkie aspekty związane z wystawianiem sztuki: od braku środków finansowych przez wyjątkowo trudnych we współpracy aktorów po krytyków tworzących miażdżące recenzje wyłącznie z osobistym pobudek. Wewnętrzny konflikt głównego bohatera to przecież także próba odpowiedzenia na kluczowe kiedyś pytanie: być czy mieć? Riggan pragnie dawnej sławy, ale tym razem chciałby zaistnieć na o wiele bardziej ambitnej płaszczyźnie (chociaż jego motywacja do wystawienia akurat Carvera jest mocno sentymentalna). Z kolei alter ego szansę na powrót do utraconej chwały upatruje w kolejnej części przygód komiksowego Birdmana i zarabianiu miliardów, więc niczym Lady Macbeth próbuje nakłonić Riggana do realizacji tych celów. Swoją drogą można znaleźć więcej odniesień do Macbetha – uliczny bej cytuje fragment dramatu Shakespeara lorda de Vere’a, a po scenie momentami pojawiają się biegające drzewa. W filmie nie zabrakło także miejsca na wyliczankę czołowych, współczesnych aktorów, którzy przywdziali pelerynę i w przyszłości mogą borykać się z syndromem Riggana. Odrębna kwestia to znakomite dialogi – tutaj naprawdę z przyjemnością słucha się, co mają do powiedzenia poszczególne postacie. Nie ma sztywnego deklamowania kwestii – to wyjątkowo prawdziwe, czasem mięsiste od bluzgów, wypowiedzi dotyczące spraw błahych, a czasem ważnych problemów egzystencjalnych. Doskonale wypadły także wszelkie efekty specjalne związane z paranormalnymi umiejętnościami Riggana.
Copyright by Twentieth Century Fox
Jak wyglądałby "Birdman" bez urywającej dupę kreacji Michaela Keatona? Chociaż sam aktor twierdzi, że pod względem osobowości nie łączy go z Rigganem prawie nic, to jednak nie można nie dostrzec wyraźnych podobieństw biograficznych. Nikt mi przecież nie wmówi, że człowiek, który ostatnią główną rolę zagrał w 2008 roku (na dodatek w filmie przez siebie reżyserowanym), znajduje się obecnie na fali! Poza tym zadajcie sobie zajebiście szczere pytanie: z jaką rolą kojarzy się Wam Michael Keaton najbardziej? Oczywiście, wielu może wskazać na "Sok z żuka", ale podejrzewam, iż większość populacji (również ja) utożsamia go z Batmanem z filmów Tima Burtona. Dlatego też wybór Iñárritu wydaje się po prostu najlepszym z możliwych. Keaton odwdzięczył się najlepszą kreacją w swojej karierze i naprawdę trudno mi zrozumieć dlaczego najprawdziwszy aktorski diament został oszlifowany tak późno. Mistrzowska rola główna została uhonorowana arcyciekawymi występami drugoplanowymi. Oczywiście, najbardziej widoczny jest Edward Norton, wcielający się w broadwayowskiego aktora Mike’a, cieszącego się uznaniem najwybredniejszej krytyki. Oglądając film zwróćcie szczególną uwagę na jego interakcje z Rigganem oraz Sam. Emma Stone, kojarzona dotychczas raczej z mniej ambitnymi przedsięwzięciami, nie dorównała może poziomem do Keatona i Nortona, ale z pewnością wypadła bardzo dobrze. Jeśli chodzi o pozostałe role kobiece to mamy do czynienia z prawdziwą klęską urodzaju. Naomi Watts, Andrea Riseborough (moja faworytka!) oraz Amy Ryan zagrały genialnie! Wielkie propsy należą się również Lindsey Duncan za fantastyczną rolę krytyczki teatralnej. Przyznam szczere, że jedyne obawy przejawiałem odnośnie Zacha Galifianakisa (zgadnijcie czemu), ale nawet on zrobił dobrą robotę.
Copyright by Twentieth Century Fox
Kiedy pojawiły się napisy końcowe zacząłem intensywnie rozmyślać nad oceną dla "Birdmana". Przyznam, że początkowo zastanawiałem się nad czymś pomiędzy 8 a 9, ale trudno mi było podjąć ostateczną decyzję. W trakcie rozmowy o filmie przy szklanicy Dragon Fire ze znajomymi w Omercie zaczęła kiełkować wyjątkowo silna potrzeba ponownej projekcji. Drugi seans rozwiał wszelkie dotychczasowe wątpliwości: "Birdman" to film kompletny, bezbłędny i po prostu doskonały w odbiorze. I z tych właśnie powodów produkcja Iñárritu otrzymuje ode mnie najwyższą możliwą ocenę. Na marginesie dodam również, iż odczuwam mocne pragnienie bliższego zapoznania się ze stylowo oszczędną twórczością Raymonda Carvera. Niech "Birdman" będzie dla Was odpowiedzą na pytanie dlaczego kocham kino!
Copyright by Twentieth Century Fox
Ocena: 10/10.

czwartek, 8 sierpnia 2013

"Shadow Dancer"


W tym roku z okazji St. Patrick's Day planowałem przygotować ranking 10 najlepszych filmów dotyczących szeroko pojętej kwestii irlandzkiej (Republika, Ulster, liczna diaspora w USA). Niemniej, chociaż rozpocząłem wstępne prace nad zestawieniem, nie udało mi się ich sfinalizować z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze marzec był miesiącem, w którym dysponowałem znacznie mniejszą ilością czasu niż obecnie – wtedy działo się naprawdę dużo. Po drugie zanim powstał ten oto wspaniały wytwór mojej kreatywności i niezbadanego talentu publikowałem swoje recenzje na Facebooku. I właśnie w ubiegłym roku w ramach tego ważnego irlandzkiego święta stworzyłem premierową dziesiątkę najlepszych produkcji o Irlandii. Oczywiście miałem niezwykle ambitne plany aktualizacji zestawienia o nowe filmy (m.in. "Hunger", "Fifty Dead Man Walking"), ale z różnych względów poniosłem porażkę. Nie chcąc zatem powtarzać się z wielkim żalem musiałem zrezygnować z tej idei i odłożyć ją na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dziś na powetowanie strat moralnych z tego tytułu recenzja filmu Jamesa Marsha, który polski dystrybutor opatrzył tytułem "Kryptonim: Shadow Dancer".
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "Shadow Dancer" rozpoczyna się w 1973 roku w Belfaście okupowanym przez brytyjskich imperialistów. A był to okrutny czas, gdyż Irlandia Północna zamieniła się w strefę bezwzględnej wojny między Tymczasową IRA oraz Brytyjczykami wspieranymi przez paramilitarne organizacje lojalistów. My jednak nie oglądamy konfliktu, a jedynie sielskie obrazki z życia irlandzkiej rodziny. Mała Collette przekonuje swojego braciszka by zamiast niej poszedł kupić ojcu papierosy. Chłopiec zostaje postrzelony na ulicy i wkrótce umiera. Co prawda nie dowiadujemy się kto odpowiada za jego śmierć, ale dalsze losy dziewczynki wskazują, że wina spadła na dumnych synów Albionu. Mija dwadzieścia lat – jakby ktoś miał problemy z algebrą to chodzi o rok 1993. Collette (Andrea Riseborough) jest już dorosłą kobietą, mocno zaangażowaną w walkę o wyzwolenie Ulsteru spod brytyjskiego jarzma. Po nieudanym zamachu bombowym w londyńskim metrze zostaje schwytana przez agentów MI5. Funkcjonariusz kontrwywiadu Mac (Clive Owen) stawia republikankę przed prostym wyborem: albo zacznie współpracować z Brytyjczykami kapując własną rodzinę albo resztę życia spędzi w angielskim więzieniu.
źródło: http://www.magpictures.com
Bardzo podobało mi się, że twórcy zrezygnowali z jakiegokolwiek wstępu o historii konflikcie północnoirlandzkim i rzucili widzów od razu w środek akcji. Ja odnalazłem się bez problemu, ale mam świadomość, że przeciętna osoba bez poznania specyfiki Ulsteru nigdy nie zrozumie pewnych aspektów filmu. Czy wyświetlenie kilku zdań o ponad osiemdziesięcioletniej walce o zjednoczenie Irlandii mogłoby cokolwiek pomóc? Nie sądzę. Chciałbym żeby filmy były jak najbardziej wyspecjalizowane w temacie i wymagały od nas posiadania pewnej wiedzy na dany temat. Niestety targetem większości produkcji jest bezrefleksyjny widz masowy, któremu trzeba wszystko łopatologicznie tłumaczyć. Oglądając "Shadow Dancer" zastanówcie się dlaczego w scenie aresztowania głównej bohaterki północnoirlandzka policja jest ubezpieczana przez oddział brytyjskiej armii albo czemu podobna sytuacja występuje w trakcie pogrzebu? Zwróćcie również uwagę na świetny motyw z żołnierskim pogrzebem, na który nie chcieli wyrazić zgody policjanci. Warto także zauważyć, że na dokumentach z autopsji brata Collette (zapewne sfabrykowanych przez MI5) pojawia się karabin szturmowy Armalite AR-18, ukochana broń Tymczasowej IRA i Drużyny A. O ile jednak ekipa Hannibala Smitha nigdy nikogo z niej nie zabiła, to w szeregach Provos zyskał zaszczytne miano Widowmaker. Takie smaczki bardzo mi się podobały i cieszę się, że umieszczono je w filmie.
źródło: http://www.magpictures.com
Intryga przedstawiona w "Shadow Dancer" jest dosyć interesująca i wciągająca, aczkolwiek relacje Collette i Maca w pewnym punkcie osiągają spodziewany żenujący poziom. W tym momencie byłem gotów pokarać odjęciem dwóch gwiazdek, ale na szczęście finał uratował ostateczną ocenę. W filmie znalazła się za to genialna scena rozmowy Kevina z Collette, w czasie której w pokoju obok zakapior, za którego oczami człowieka nie ma, rozkłada folię by nie pobrudzić podłogi krwią, jeśli konwersacja zakończy się niepomyślnie dla naszej bohaterki. Niestety obok momentów bardzo dobrych znalazło się kilka elementów, które nie przypadły mi do gustu. Na pierwszy plan wybija się postać Maca, prawego agenta MI5 o szlachetnym sercu i łagodnym usposobieniu. Postać niemal bajkowa, prawdziwy agent kontrwywiadu powinien zgwałcić Collette albo grozić zabiciem jej syna, a nie zachowywać się w ten sposób. Straszliwie czerstwy bohater, a na dodatek Clive Owen po raz kolejny powrócił z tym samym warsztatem aktorskim, określanym jako pełne zatwardzenie. Poza tym można czepiać się, że Collette tak łatwo przeszła na stronę wroga. Tutaj jednakże mała dygresja: pamiętajmy, że nie była ona herosem wykutym ze stali, lecz zwykłą kobietą, na dodatek samotnie wychowującą syna. Na koniec zarzut co do wątku tytułowego Shadow Dancer – nie czuję się do końca usatysfakcjonowany!
źródło: http://www.magpictures.com
W powyższym akapicie zhejtowałem Clive'a Owena za jego wysiłki aktorskie lub też niezwykle ekspresyjną walką z zatwardzeniem, którą toczy od lat. Jednakże muszę przyznać, że na tle całej obsady jako jedyny wypada negatywnie. Andrea Riseborough dostała już ode mnie propsy za świetną rolę drugoplanową w "Oblivion", ale widzę, że doskonale radzi sobie również na pierwszym planie. Nie dość, że aktorka udźwignęła ciężkie brzemię to jeszcze stworzyła kreację, z którą zacznę utożsamiać chyba wszystkie republikanki z Ulsteru. Prawdziwą sztuką jest zagrać zwykłą dziewczynę, ba naprawdę niewiele aktorek ma predyspozycje by nawet wyglądać zwyczajnie. Andrei się to udało znakomicie i po raz kolejny wielki props ode mnie. Wśród ról drugoplanowych wyrazy uznania należą się w szczególności trzem graczom: Aiden Gillen (Gerry), Domhnall Gleeson (Connor) oraz David Wilmot (Kevin). Gillen od niepamiętnych czasów wreszcie mnie nie mierził na ekranie. Warto również wspomnieć o ciekawej roli Gillian Anderson (Kate Fletcher). Słynna agentka Scully zmieniła się na tyle, że trochę czasu zajęło mi uświadomienie sobie z kim mam do czynienia.
źródło: http://www.magpictures.com
Gdyby wyrzucić z filmu postać Maca (ewentualnie zdecydowanie lepiej ją zarysować) "Shadow Dancer" mógłby stać się wybitny. Niestety w obecnej postaci dzieło Jamesa Marsha jawi się jako raczej średnie kino z wielkimi momentami, ale i kilkoma wyraźnymi wadami. Na szczęście uniknięto jakiegokolwiek wartościowania stron. Nikt nie mówi, że Brytyjczycy spowodowali całe zło na irlandzkiej ziemi, a Irlandczycy to banda zapijaczonych rebeliantów dążących do całkowitej anarchii w Ulsterze. To bardzo cenne, ponieważ każdy widz może sobie wyrobić własne zdanie na temat poszczególnych bohaterów. Na sam koniec chciałbym zwrócić uwagę na kwestię dosyć często pomijaną przy filmach o Ulsterze: nie tylko republikanie walczyli zbrojnie o swoje cele. Lojaliści za pomocą paramilitarnych organizacji takich jak UDA, UVF czy Red Hand Commando również mordowali nie tylko swoich przeciwników, ale też bezbronnych cywilów. Warto o tym pamiętać oglądając "Shadow Dancer".
źródło: http://www.magpictures.com
Ocena: 7/10 (może troszkę zawyżona, ale w słusznej sprawie!)

Ps.
Recenzja była naturalnie pisana ku chwale zjednoczonej Irlandii za grube dolary od amerykańskiej diaspiory. A tak na serio to minął rok odkąd prowadzę tego bloga i z tej okazji chciałbym podziękować wszystkim Czytelnikom za spędzony razem czas. Mam nadzieję, że jeszcze wiele przed nami, a tymczasem piję Wasze zdrowie! Sláinte!

środa, 19 czerwca 2013

"Oblivion"

Pewnego dnia, zapewne kompletnie z nudów, postanowiłem obejrzeć trailer "Oblivion". Zwykle tego nie robię, ponieważ już nie raz i nie dwa fatalnie przejechałem się na epickich zapowiedziach. Dziwię się naprawdę niektórym ludziom, że oglądają po 150 wersji trailera i się tym bezgranicznie podniecają. Niemniej wspomniany wyżej tytuł zaintrygował mnie znacznie, ponieważ w kilkunastu scenach nie dostrzegłem śladów wszechobecnego ostatnio w science fiction lewactwa (vide "Elysium") ani wielkich robotów (vide "Pacific Rim"). Nawet jakieś w miarę pozytywne wyobrażanie wykiełkowało i to pomimo zaangażowania do głównej roli ultra-scjentologa Toma Cruise'a. Warto zauważyć, że trailer nie wyglądał również tak mega-chujowo-komputerowo jak "After Earth". Nie wiem czemu produkcję z Willem Smithem i jego pierworodnym objęła patronatem TVP i jeszcze się tym bezczelnie chełpi. Swoją drogą wszyscy wiemy, że hajs się musi zgadzać,więc nie wiem kto i dlaczego dał tyle monet upadłemu Shyamalanowi? Wracając do "Obliviona" to pierwszy zgrzyt pojawił się przy okazji tłumaczenia. Jako wielki fan czwartej części The Elder Scrolls (de facto nie mającej nic wspólnego z filmem) liczyłem na trochę inne słowo niż "Niepamięć". Aczkolwiek po projekcji muszę stwierdzić, że polska wersja doskonale oddaje sens anglojęzycznej.
Plakat nawet zachęcający...
(źródło: http://www.impawards.com/)
Co zatem przynosi "Oblivion" pod względem fabularnym? Otóż w czasie okrutnej wojny z obcymi najeźdźcami Ziemia uległa atomowej zagładzie. Większość planety została skażona, ale istnieje kilka miejsc wolnych od promieniowania. Weteran ostatniego konfliktu Jack (Tom Cruise) wraz z Victorią (Andrea Riseborough) pozostaje na Ziemi jako jeden z wielu zespołów nadzorujących wydobycie resztek surowców. Ziemianie zasiedlili nową planetę, ale postanowili do końca wykorzystać potencjał macierzystej. Niemniej na powierzchni czai się niebezpieczeństwo w postaci niedobitków kosmicznych najeźdźców, którzy ustawicznie sabotują wydobycie i niszczą drony. Z czasem Jackiem zaczynają jednakże targać wspomnienia oraz wątpliwości kim naprawdę jest i jaki jest cel jego misji.
źródło: http://www.oblivionmovie2013.com
Mimo, że oglądałem "Oblivion" w bardzo miłym towarzystwie, to od samego początku miałem bardzo negatywne uczucia. Już od pierwszych minut uderzyło mnie uczucie mega-wtórności. Po raz kolejny film zaczyna się bowiem od czerstwego voice-over głównego bohatera. Ileż to jeszcze razy będę zmuszany do słuchania takiego smutnego pierdolenia? Dajcież wreszcie spokój i zapodajcie mi napisy. Ale to wcale nie jest jeszcze najgorsze. Najbardziej irytuje fakt, że "Oblivion" składa się prawie wyłącznie z samych wyświechtanych klisz. Co rusz miałem ochotę powiedzieć „zaraz, zaraz przecież gdzieś to już widziałem”. Główny pomysł na rozwiązanie wątku fabularnego został bezpardonowo zerżnięty z interesującego „Moon”, a właściwy finał przypomina zakończenie „Dnia Niepodległości”. Do tego zadajmy sobie gruntowne pytanie: co wyzwala w naszym bohaterze rozmyślania nad przeszłością? Oczywiście, tak jak w "Fahrenheit 451" oraz "Equilibrium", lektura książki! Naprawdę bardzo oryginalnie. Pod względem technologicznym też panuje nihil novi. Pojazdy przypominają mi trochę "Raport mniejszości" lub "AI", boty kojarzą się ze "Star Wars", natomiast wygląd głównego oponenta to jakby hybryda maszyny dowodzącej z ostatniej części "Matrixa" z Hal 9000 z "Odysei kosmicznej 2001". Jedyne co mi się naprawdę spodobało to niektóre wieże, które ulokowano w chmurach (choć można i tu się czepiać, że inspirowane mocno "Star Wars") oraz plenery, które są naprawdę ładne, mimo że Ziemię zniszczono bronią atomową. Jednakże te dwa jasne punkty nie są w stanie zmienić ogólnego odbioru "Oblivion", który można porównać do bezdennej czarnej dziury.
źródło: http://www.oblivionmovie2013.com
"Oblivion" mogło uratować doskonałe aktorstwo odtwórców głównych postaci, podparte heroicznym trudem aktorów drugoplanowych. Niestety takież zjawisko nie wystąpiło, ponieważ z jednej strony postacie są sztampowe, a z drugiej większości obsady najzwyczajniej w świecie się nie chciało chcieć. We wstępie pisałem, że nie jestem fanem Toma Cruise'a, aczkolwiek potrafię docenić jego dobre kreacje (vide gejowski epos "Top Gun" czy zabawne "Tropic Thunder"). W tym przypadku Cruise nie wyróżnia się jakoś specjalnie, kilka razy uśmiecha się w swoim stylu i generalnie jest taki sam jak zawsze. Niezbyt dobrze to świadczy o jego wysiłku, ale przez cały film miałem głęboko w dupie jaki los spotka jego bohatera. Taki sam zarzut dotyczy również pojawiającego się w kilku scenach Morgana Freemana (Beech), który w zasadzie nic nie wnosi. Ot, po prostu jest, na dodatek dokładnie taki sam jak w każdym innym filmie. Olga Kurylenko w roli Julii wypada raczej miałko, czyli też w zasadzie jak zwykle. Obsadę uzupełnia także znany z "Gry o tron" Nikolaj Coster-Waldau (Sykes), ale nie wnosi nic szczególnego. Jedyną kreacją godną mojej uwagi była natomiast rola mało znanej dotychczas Andrei Riseborough, która wcieliła się w pozbawioną uczuć Victorię. Naprawdę dobra rola, dla której warto było cierpieć przez cały "Oblivion". Mam nadzieję, że będę miał okazję jeszcze nieraz zobaczyć na ekranie pannę Riseborough, ponieważ dostrzegam w niej spory potencjał. Poza tym trzeba dodać, że jej wygląd cieszy moje oko niezmiernie.
źródło: http://www.oblivionmovie2013.com
Zasadniczo nie żałuję czasu straconego na "Oblivion", czego może nie odzwierciedla wystawiona poniżej ocena. Moje uwielbienie dla science fiction zmusza mnie do oglądania niemal każdej produkcji z tego gatunku. Dzieło Josepha Kosinskiego niestety nie wyróżnia się niczym poza wtórnością oraz całkiem fajną rolą Andrei Riseborough. To zdecydowanie za mało, aby film mógł zdobyć rząd dusz, niemniej pod pewnymi względami jest całkiem solidny. Możliwe, że osobom, które nie dostrzegą w nim tylu wtórnych rozwiązań, "Oblivion" będzie się nawet podobał, jednakże ja widziałem za dużo kina, aby się nim jarać.
źródło: http://www.oblivionmovie2013.com
Ocena: 3/10.