Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Hathaway. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Hathaway. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

"The Odyssey" (2026)

Łatwo bóstwom, w szerokim niebie mieszkającym,
Bądź w proch zetrzeć człowieka, bądź stawić na szczycie*.

Dzisiaj na warsztacie wylądowała "Odyseja" w reżyserii Christophera Nolana. Prawie trzygodzinny film, który rozpętał w Internetach niejedną imbę i gównoburzę zanim ktokolwiek jeszcze zdążył go obejrzeć. Nieoczekiwanie okazało się bowiem, że wśród współczesnych ludzi ujawnił się ogrom znawców greckiej kultury z epoki brązu, a także twórczości Homera: a to hełmy i zbroje nie takie, a to zdrada/uproszczenie/zmiana przesłania oryginału, a to kolory niewłaściwe, a o krytyce doboru aktorów to można napisać odrębny epos. W obliczu tejże przedwczesnej krytyki oraz mojego braku entuzjazmu wynikającego z obejrzenia trailerów (delikatnie mówiąc aparycja Toma Hollanda nie wzbudziła u mnie zachęty do śledzenia z zapartym tchem poczynań Telemacha) nie planowałem oglądania ostatniego filmu Nolana w najbliższej przyszłości. Jednak nieoczekiwany splot zdarzeń i uderzenie w kina naprawdę szerokim frontem (nawet w Wieliczce!) sprawiło, że wybraliśmy się na seans w upalny premierowy piątek 17 lipca. W poniższym tekście nie szukajcie głębokiej analizy porównawczej filmu Nolana i eposu Homera - nie pamiętam nawet czy kiedykolwiek w liceum czytałem choćby fragmenty Odysei, ale na potrzeby pisania tejże recenzji, a przede wszystkim dla własnej przyjemności (tak, pod wieloma względami była to wspaniała lektura), przeczytałem ją w całości. Nie będę też poruszał zgodności z prawdą historyczną, ponieważ po pierwsze nie czuję się wystarczająco kompetentny (niemniej widziałem w Grecji wiele różnych rzeczy, ale przecież nadal wiem, że nic nie wiem), a po drugie możemy zastanowić się nad następującym pytaniem: na ile realistyczna może być lub powinna być opowieść, w której pojawiają się Cyklopy, syreny, Scylla i Charybda, czarodziejka Kirke zamieniająca chłopów w świnie (chociaż do tej przemiany to niektórym akurat niewiele potrzeba), nimfa Kalipso, a bohaterowie rozmawiają z poległymi w boju tymczasowo wskrzeszonymi towarzyszami? Dlatego też postaram się Wam opowiedzieć o moich osobistych wrażeniach z filmu Nolana - co moim zdaniem wypadło fajnie, a co nie.
© 2026 Universal Pictures.

Fabułę znamy przecież wszyscy. Odyseusz (brodaty i smutny Matt Damon), po dziesięcioletnim pobycie na pierdolonej plaży pod Troją, wyrusza wraz ze swoją wierną załogą w drogę powrotną do wytęsknionej Itaki. W przeciwieństwie do głównych sił greckich, dowodzonych przez wyglądającego totalnie epicko króla Argolidy (zwiedzaliśmy w tym roku, bardzo polecam) Agamemnona (Benny Safdie), obiera inny kurs, co prowadzi do nieoczekiwanego wydłużenia rejsu. Tymczasem w pałacu na Itace jego żona Penelopa (Anne Hathaway) i niepełnoletni syn Telemach (Tom Holland) muszą użerać się z wyjątkowo liczną zgrają zalotników, którym przewodzi Antinoos (Robert Pattinson) oraz Polibus (Corey Hawkins), a rapsy zapodaje Bard (w tej roli Travis Scott - jak gdzieś przeczytałem, z najlepszymi wersami w karierze).
© 2026 Universal Pictures.

Może tym razem zaczniemy od tego, co mi przypadło do gustu. Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia historii przez Christophera Nolana. Tutaj wydarzenia nie mają porządku chronologicznego, a są przedstawiane w trakcie rozmów Odysa z Kalipso, co daje niezwykle ciekawy efekt w odbiorze (swoją drogą podobnie jest w literackim pierwowzorze, gdzie część przygód poznajemy z opowieści głównego bohatera, co może nasuwać pytania czy tak było naprawdę; a dodatkowo jak stwierdza Atena Pallas o błyszczącym oku Odys lubił kłamać już od małego dziecka). Kolejna rzecz świetnie zrealizowana to sceny rozgrywające się na morzu - tu naprawdę czuć sól w ustach i porywisty wiatr we włosach! Kostiumy przeważnie są w porządku i moim zdaniem nie trzeba się czepiać tej wizji Nolana, aczkolwiek zbroja, a przede wszystkim sposób pokazywania na ekranie Agamemnona (który pojawia się dosłownie w kilku scenach), jest naprawdę epicki. Na pewno będzie to moje najmocniejsze wspomnienie z całego filmu. Chciałbym również pochwalić ścieżkę dźwiękową, do stworzenia której wykorzystano typowe dla starożytnej Grecji instrumenty: gongi, liry oraz aulosy (coś w rodzaju piszczałki) - niemniej jak to zwykle u Nolana momentami jest naprawdę głośno. Na koniec warto zwrócić uwagę na dwie sceny: wprost niewiarygodną przemianę towarzyszy Odyseja w wieprze u Kirke (bez wykorzystania CGI - jedynie animatronika oraz sprytne ujęcia kamery) oraz wzruszającą scenę z wiernym psem króla Itaki. Ach, i niemal zapomniałbym wspomnieć o ulotności i zwiewności Ateny, w którą wciela się Zendaya (gdyby ktokolwiek z krytyków koloru skóry Zendayi przeczytał Odyseję wiedziałbym, że Pallada może przyjmować dowolną postać wedle swojego życzenia), niemniej jest to jednocześnie coś, co pozwala na płynne przejście do wad filmu.
© 2026 Universal Pictures.

"Odyseja" w wersji Nolana staje się bowiem raczej ponurym komentarzem do współczesności: Odyseusz, ewidentnie cierpiący na powojenne PTSD (post-traumatic stress disorder - zespół stresu pourazowego) niejednokrotnie powtarza, że współczesna mu cywilizacja upada, a prawdziwą motywacją potężnego Agamemnona była tak naprawdę chęć przejęcia kontroli nad nowymi szlakami handlowymi (co podobno było rzeczywistym powodem tejże wojny, jeśli kiedykolwiek się odbyła). A wracając do Ateny sowiookej to tutaj poza nią nie uświadczymy innych bogów - zresztą można się zastanawiać czy nie jest to jakaś halucynacja zmęczonego egzystencją Odysa. I dopiero przeczytawszy oryginał zrozumiałem, jak bardzo Nolan poszedł w swoją stronę w adaptowaniu tekstu Homera. Czytając bowiem tenże epos najbardziej moją uwagę przykuła zastanawiająca wręcz bliskością i bezinteresownością relacja Ateny i Odysa - bogini mądrości pomaga nie tylko królowi Itaki, ale także jego bliskim: Telemachowi oraz Penelopie, sterując ich poczynaniami lub po prostu subtelnie podsuwając im idee. Oddajmy zresztą głos samej Palladzie: Zawsześ ten sam a nie inny: Niezmienny i stateczny; dlatego przy tobie; Jestem w każdym nieszczęściu i o każdej dobie. Ponadto książkowemu Odysejowi nigdy nie mięknie faja, jest często próżny (jak w przygodzie z cyklopem Polifem) i dumny ze swoich czynów, a jedynie lamentacje odprawia nad poległymi w boju towarzyszami albo przy inwentaryzacji dobytku po nagłym pozostawieniu go przez Feaków na itackiej plaży, a nawet jak spotyka boginię to próbuje ją brać pod pic.
© 2026 Universal Pictures.

Kiedy wyszedłem z kina, pomyślałem sobie, że ok, może dupy nie urwało, ale było chociaż przyzwoicie. Niemniej po lekturze oryginału stwierdziłem, że Nolan jednak rzeczywiście wypaczył przesłanie Odysei, która jest przede wszystkim opowieścią o skutkach niepohamowanej pychy oraz brutalnej zemście (sporą część eposu zajmują planowanie oraz przygotowania do rzezi gachów umniejszających z każdym dniem majątek Odysa). Poza tym tak naprawdę bez pomocy Ateny Odyseusz nigdy nie wyszedłby z czarnej dupy, w której znalazł się na własne życzenie, a Telemach nie dożyłby upragnionego powrotu ojca. Bardzo irytowało mnie powtarzane zbyt często w filmie prawo Zeusa dotyczące gościnności (każdy przybysz zasługiwał na życzliwe przyjęcie). Ponadto przy budżecie w wysokości 250 milionów USD można się było wystarać o zdecydowanie lepsze CGI w niektórych scenach.
© 2026 Universal Pictures.

Jeśli chodzi o aktorstwo to Matt Damon sprawdza się dosyć dobrze jako zmęczony życiem Odyseusz w wizji Nolana, ale raczej średnio przystaje do mojego wyobrażenia homeryckiego herosa. Anne Hathaway wypada całkiem nieźle w roli Penelopy, w przeciwieństwie do kompletnie irytującego i nieporadnego Toma Hollanda wcielającego się w Telemacha. I tak się zastanawiam czy w pakiecie z Tomem należało zatrudnić Zendayę, w której wykonaniu Atena nijak nie przystaje do książkowej pewnej siebie Pallady, ale w pewien sposób dobrze komponuje się ze smutkiem Matta Damona? Z postaci drugoplanowych warto wyróżnić Johna Leguizamo, grającego wiernego Eumajosa oraz Benny’ego Safdie jako bezapelacyjnie epickiego Agamemnona. Jednak cały show kradnie Robert Pattinson, wcielający się w czołowego przywódcę gachów, Antinoosa, przebiegłego kutasa jakich mało. Naprawdę, wspaniała rola, przy czym warto zaznaczyć, że w poemacie Homera tenże zalotnik zostaje wyróżniony przez Odyseja i dostaje strzałę w gardło jako pierwszy.
© 2026 Universal Pictures.

Jeśli nie czytaliście Odysei, Wasze podejście do filmu Nolana może być zgoła odmienne i docenicie pewne walory tejże adaptacji. Niemniej po zapoznaniu się z oryginałem zdecydowanie bardziej zwróciłem się ku epickim wersom Homera i niebywałej relacji Odyseja i Pallas Atene:

A tak gdy przed królewski szczytny dworzec przyszli,
Atene jasnooka ozwie się w tej myśli:
“Oto, dziadku wędrowny, dwór, o który pytasz,
Masz przed sobą; tu w kole biesiadnym powitasz
Władyki tego kraju - wszystko ród Zeusowy.
Idź prosto, nie trwóż sobą i nie trać nic głowy.
Śmiały idzie przebojem i przeto wygrywa,
Mniejsza, czy cudzoziemcem do obcych przybywa".

© 2026 Universal Pictures.
Ocena: 6/10.

*Wszystkie cytaty pochodzą z Odysei w przekładzie Lucjana Siemieńskiego, wydanej przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1992. 
W tym tekście Odyseusz występuje również jako Odys lub Odysej, a Atena jest określana także jako Atene lub Pallas/Pallada.

niedziela, 22 marca 2015

"Interstellar"



Space: the final frontier. Tym razem na podbój kosmosu i wpływów z kinowych biletów wyruszył Christopher Nolan, dzielnie wspierany przez swojego brackiego Jonathana. Kiedy tylko obejrzałem trailer "Interstellar" (ha, gdzież się podziali puryści językowi? czemuż nikt nie podjął się przetłumaczenia tytułu na polszczyznę?) podjąłem błyskawiczną decyzję, iż z pewnością nie wybiorę się do kina. Zamiast epickich ujęć z międzygwiezdnych podróży zobaczyłem ogromne pole kukurydzy, burze piaskowe oraz monstrualną dawkę taniego sentymentalizmu. Już w tym momencie wyrobiłem sobie pierwszą, dosyć negatywną opinię o "Interstellar": skoro twórcy nie potrafią zmontować trzyminutowego trailera, który zachęci mnie do obejrzenia filmu to jakimże dramatem musi być całość? Potencjalną miałkość produkcji braci Nolan potwierdziły dodatkowe wrażenia znajomych, którzy jednak zdecydowali się obejrzeć "Interstellar" w kinie. Epatowanie nadmiernymi zachwytami (takie właśnie powinny być filmy) zawsze nastraja mnie podejrzliwie, ale płakanie w trakcie zakończenia wydawało się już grubą przesadą. Chociaż długo czekałem, aby wreszcie zmierzyć się z "Interstellar" (dzięki YIFY!) to jednak dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem.
źródło: http://www.impawards.com
"Interstellar" rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Oczywiście nie jest to przyszłość jasna, szczęśliwa i kolorowa – Ziemia znowu się zamieniła się w gówno, a nad ludzkością zawisła groźba totalnej zagłady. Tym razem nie wynika to ponoć z winy rodzaju ludzkiego (w zasadzie w filmie nie mówi się o przyczynach obecnego stanu, a jedynie wymienia jego skutki), a z wrodzonej złośliwości naszej planety, która postanowiła usunąć nadmiernie rozmnożony, pasożytniczy gatunek. Nieprzewidywalne zmiany klimatyczne, susze oraz choroby kluczowych roślin (ze zbóż ostała się jeno kukurydza, więc szczęśliwie można dalej pędzić bourbona) doprowadziły do spektakularnej klęski głodu, a jak powszechnie wiadomo głodny demos epatuje większymi skłonnościami do ruchawki oraz siania pożogi. W tym czasie nędzy i rozpaczy Cooper (Matthew McConaughey), były pilot NASA, obsiewa ogromne pole kukurydzy, by zapewnić byt swojej nielicznej rodzinie. Sytuacja jest naprawdę nieciekawa, ale dzięki dziecięcej ciekawości córki naszego bohatera ludzkość staje przed szansą odwrócenia przesądzonego z góry losu.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Wbrew początkowym oczekiwaniom "Interstellar" do pewnego momentu oglądało się całkiem nieźle. Niemniej, jak w większości tego rodzaju filmów, wstęp rozgrywający się na Ziemi był zdecydowanie przydługi i nie raz i nie dwa miałem ochotę zakrzyknąć: Cooper, wypierdalaj wreszcie do kosmosu! Zanim wyruszycie między gwiazdy przygotujcie się zatem na solidną dawkę sentymentalnego kina familijnego z wszelkimi problemami wychowawczymi, które przerabialiśmy już kurwilion razy. I kiedy wreszcie Cooper poleciał w kosmos pomyślałem: no, teraz to się dopiero zacznie! Niestety im dalej w gwiazdy, tym bardziej poziom filmu spada. "Interstellar" momentami przypomina casus "Prometeusza": bohaterowie wykazują się daleko posuniętą ignorancją, nie potrafią przewidzieć skutków swoich działań (zabawy z czasem takie beztroskie), ale najczęściej są po prostu tępymi chujami jak to mawiał Kapitan Bomba. Naprawdę nie rozumiem dlaczego do najważniejszej misji w dziejach ludzkości zarekrutowano rozchwianych emocjonalnie uczestników, który przekładają partykularne, egoistyczne interesy nad dobro ogółu (vide scena narady gdzie polecieć dalej – absurd i nonsens w najczystszej postaci!).
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Wiele mówiło się o rzekomej naukowości "Interstellar": że niby teoria bardzo, niezrozumiałe pojęcia, wormholes (tunele czasoprzestrzenne), czarne dziury itp. I co? I oczywiście ni chuja! Nikt nie zadał sobie nawet trudu, by wyjaśnić jakiego napędu używa statek kosmiczny pokazany w filmie. Teoria działania tunelu czasoprzestrzennego ogranicza się do banalnego wyjaśnienia z kartką papieru, na dodatek bez krępacji zerżniętego z "Event Horizon". Nie potrafię też zrozumieć podniety odnośnie wormhole’a – dla kogoś kto oglądał "Star Trek" nie jest to nic nadzwyczajnego. Zauważmy chociażby, że w niemal każdym odcinku "Deep Space Nine" bohaterowie korzystali ze stabilnego tunelu czasoprzestrzennego i nikt się tym specjalnie nie podniecał. Czarne dziury? Nawet beztroski pułkownik Jack O’Neill ze "Stargate SG-1" poradził sobie z tym problemem. Że czas płynie relatywnie wolniej, jeżeli poruszamy się z ogromną prędkością? Przecież jest to jeden z najczęściej wykorzystywanych motywów w s-f! W temacie naukowości „Intestellar” moim zdaniem nie wnosi kompletnie nic nowego, wykorzystując po prostu wiele znanych wcześniej motywów. Zresztą po seansie mogę śmiało napisać, że produkcja Nolana hołduje uniwersalnej zasadzie amor vincit omnia. Jeżeli miałbym zapłakać na koniec seansu to jedynie nad bezczelnym wykorzystaniem najtańszego sentymentalizmu. Miałkość nad miałkościami, a wszystko miałkość!
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Również jeśli chodzi o popisy aktorskie to "Interstellar" nie powala na kolana. Cooper to po prostu typowy Matthew McConaughey. Nie odbierajcie tego jako przytyku, ponieważ uwielbiam jego teksański akcent od czasów "Dazed and Confused", a nawet w tak idiotycznej produkcji jak "Powiedz tak" był w porządku. Wielkie propsy za życiowe ogarnięcie się! Matthew jest naprawdę spoko, niemniej na drugim planie niewielu może mu dorównać. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić to wskazałbym Jessicę Chastain wcielającą się w dorosłą wersję Murph. Niestety MyCocaine (profesor Brand) jest taki jak zawsze, a Anne Hathaway w dalszym ciągu nie przestaje mnie wkurwiać. W tle pojawia się tym razem wiecznie wkurwiony John Lithgow oraz Matt Damon, ale obie kreacje raczej do zapomnienia.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Nie da się ukryć, że w pewnym momencie "Interstellar" zaczyna przypominać "Odyseję kosmiczną 2001". Z tą jedyną różnicą, że Stanley Kubrick i Arthur C. Clarke mieli jajca ze stali oraz na tyle odwagi by nakręcić film kompletnie niejednoznaczny, a przez to niezrozumiały dla większości widzów. Niestety bracia Nolan poszli na łatwiznę, stawiając na jedne z najbardziej sentymentalnych chwytów w dziejach s-f. Zakończenie "Interstellar" jest tak słabe, że nawet mocniejszy wydaje się być sznurek do snopowiązałki. Pod względem kinematograficznym dawno nic mnie tak nie wkurwiło.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Ocena: 5/10.

środa, 12 grudnia 2012

"The Dark Knight Rises"



Zajawienie społeczeństwa i oczekiwania wobec "The Dark Knight Rises" były ogromne. Nie trzeba dodawać chyba co było ich powodem. "Dark Knight" został uznany za film wybitny, głównie z powodu kreacji Jokera Heatha Ledgera. Chociaż rola rzeczywiście olśniewająca, to czy zachwyty nad całością nie były troszkę na wyrost? Co mi zostało po poprzedniej odsłonie w pamięci? W zasadzie kreacja Jokera oraz feeria efektów specjalnych. Obecnie poważnie rozważam rewizję oceny. Niemniej jestem zmuszony docenić warsztat Christophera Nolana bo to bardzo solidny reżyser, miewający czasami przebłyski geniuszu (m.in. "Memento", "Prestige").
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Akcja nowego Batmana rozpoczyna się osiem lat po wydarzeniach z poprzedniej części. Gotham City potrzebowało bohatera, więc został nim poległy w "Dark Knight" Harvey Dent, któremu przypisano ogromne zasługi w zwalczaniu przestępczości. Większość miejscowych bandytów i zakapiorów osadzono w więzieniach, toteż w mieście panuje spokój. Tym samym nie ma zapotrzebowania na usługi Batmana, więc od ośmiu lat nikt go nie widział. Bruce Wayne (Christian Bale) wycofał się z życia społecznego i prowadzi egzystencję w stylu Howarda Hughesa. Tymczasem ciemne chmury zbierają się nad Gotham. Nieznany nikomu geniusz zła Bane (Tom Hardy) rozpoczyna złowrogą operację w miejskich kanałach. Jednakże dopiero zuchwała próba kradzieży z posiadłości Wayne’a oraz postrzelenie komisarza Gordona (Gary Oldman) motywują Batmana do powrotu.
Bane - jedyna perełka w filmie
(źródło: http://www.allmoviephoto.com/)
Jeśli ktoś liczył na kino akcji, podobne jak w poprzedniej części, to może poczuć się srodze zawiedziony. "Dark Knight Rises" opiera się bowiem głównie na dialogach (sic!). Niemniej w filmie nie zabrakło kilku widowiskowych sekwencji, aczkolwiek ich liczba jest relatywnie niska w stosunku do poprzedniej odsłony. Niestety rozmowy naszych bohaterów zaczynają bardzo szybko męczyć. W zasadzie dialogi odebrałem jako straszliwie miałkie i czerstwe: albo są to motywacyjne speeche albo użalanie się nad własnym losem. Jedyną postacią, która ma coś ciekawego do powiedzenia jest Bane. W zasadzie można podłączyć pod to stwierdzenie również Alfreda (Michael Caine), aczkolwiek kamerdyner Wayne’a pojawia się na ekranie dosyć rzadko. Pod względem rozwoju fabuły, podobnie jak w poprzedniej części, czekają na nas nieoczekiwane zwroty akcji. Niestety tym razem się one dla mnie zupełnie nieprzekonujące. Dodam przy tym, że wracają echa pierwszego Batmana Nolana, a Ducard (Liam Neeson) objawia się naszemu bohaterowi w totalnie żenującej scenie. Uwięzienie policjantów w kanałach to dla mnie chyba najbardziej poroniony pomysł w całym filmie. Co za absurdalne rozwiązanie! Uwzględniając oczywiście, że początkowa sekwencja znalazła się w "Dark Knight Rises" przez przypadek, gdyż oryginalnie planowano ją na "Mission: Impossible 5". Anarchistyczno-lewacka rewolucja Bane’a wydaje mi się mocno kontrowersyjna. Przemowa Bane’a pod więzieniem przypominała mi przemówienia Lenina z 1917 roku. Więzienie w pustynnym jakimś zadupiu? Bitch, please! Opowieść o dziecku, które stamtąd uciekło jest prawie jak z Disneya. Żenada. Nie chcę nawet wspominać o finale, bo dla mnie to była totalna porażka. Pod względem fabularnym film odstaje i to bardzo od części poprzedniej, która de facto pod tym względem również wybitna nie była.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Jak wypada "Dark Knight Rises" pod względem aktorstwa? Christian Bale jest taki sam jak w każdej poprzedniej części. W zasadzie można powiedzieć to samo o Garym Oldmanie, Morganie Freemanie oraz Michaelu Caine. Sporym zaskoczeniem była dla mnie postać Johna Blake’a (Joseph Gordon-Levitt), a zakończenie daje nadzieję nad podjęcie homoseksualnego wątku w kolejnej części. Role kobiecie są żenujące, przy czym Marion Cotillard (Melinda) dostała rolę lepszą niż Anne Hathaway (Selina). Moim zdaniem Kobieta Kot jest całkowicie zbędna w tym filmie i naprawdę można ją było wyciąć bez szkody dla odbioru całości. Najlepszą postacią w całej produkcji jest Bane. Tom Hardy z powodu maski bohatera mógł operować tylko głosem, ale wypada świetnie. Miał znacznie trudniej niż Heath Leder, ale stworzył równie porywającą kreację. Chciałem widzieć Bane’a na ekranie, a raczej słuchać jego głosu, przez cały czas. Niestety scenarzyści postanowili pod koniec zjebać historię tej postaci. Dziękuję, naprawdę, dziękuję, za zepsucie najlepszego punktu w filmie. I w tym momencie zbliżamy się do fundamentalnego pytania: czy warto obejrzeć "Dark Knight Rises"? W mojej opinii tak, ale tylko z jednego powodu: dla Bane’a. Czym byłby "Dark Knight Rises" bez niego? Bardzo długą, miałką i przegadaną opowieścią o człowieku, którego do porażki doprowadziło zwycięstwo podpartą względnie umiarkowaną ilością efektów specjalnych.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ocena: 5/10 (tylko za Bane’a).