Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessica Chastain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jessica Chastain. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2016

"The Martian"



W ostatnich latach z nieukrywaną przykrością oglądam, jak upadają kolejne legendy kinematografii. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego niektórzy twórcy i aktorzy (najlepszy przykład to Al Pacino) rozmieniają się na drobne zamiast udać się do Szarej Przystani by pożeglować na zachód, do Valinoru odejść na zasłużoną emeryturę i zostać zapamiętanym wyłącznie za znakomite role czy produkcje. Na upadek Ridleya Scotta, którego jesteśmy obecnie świadkami, patrzę z ogromnym bólem serca. Przecież jest to twórca filmów takich jak "Alien", "Blade Runner", "Gladiator", "Black Hawk Down", "Kingdom of Heaven" czy "American Gangster"! Niestety ostatnie produkcje ("Prometheus", "The Counselor") wyjątkowo mocno nadwątliły pozycję Brytyjczyka w moich oczach. Dzisiaj na warsztacie ląduje kolejny uwielbiany przez krytykę film Ridleya Scotta, który według mnie zapowiadał się słabo już od samego początku. A zatem Panie i Panowie, przed Wami "The Martian"!
źródło: http://www.impawards.com
Po raz kolejny wracamy zatem na Czerwoną Planetę, tym razem zasiedloną przez załogową misję NASA. Dzielni kolonizatorzy otrzymują jednakże wiadomość o zbliżającej się srogiej, niszczycielskiej burzy – co de facto z powodu niskiego ciśnienia panującego na Marsie (mniej niż 1% ziemskiego) stanowi całkowitą imaginację. Dowódca Lewis (Jessica Chastain) podejmuje błyskawiczną decyzję o ewakuacji, mimo że botanik Mark Watney (Matt Damon) sugeruje po prostu przeczekać burzę. W trakcie marszu do kapsuły nasz bohater zostaje trafiony anteną, a pozostała część załogi uznaje go za zmarłego i opuszcza Marsa. Jak się jednak okazuje Mark wykazał się nadzwyczajną żywotnością i po ucichnięciu okrutnej burzy zaczyna sobie organizować życie na opustoszałej planecie, bez kontaktu z członkami misji oraz Ziemią.
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego reżyser mający spore doświadczenie w kręceniu filmów o kosmosie postanowił stworzyć taką abominację science fiction. Nie będę ukrywał: "Marsjanin" nie jest żadnym wybitnym dziełem, ba nie jest nawet solidną produkcją – to po prostu wyjątkowo przereklamowane ścierwo będące pokłosiem żenującej "Gravity" oraz podobnie napompowanego "Interstellar" (przy czym paradoksalnie dzieło Christophera Nolana uchodzi w tej trójcy za najlepsze). Film Ridleya Scotta momentami razi prawdziwą głupotą, a natężenie cudownych zbiegów okoliczności na jedną produkcję przekracza dopuszczalne normy jak promieniowanie w Czarnobylu. Pozwólcie zatem, że stworzę zestawienie najbardziej absurdalnych pomysłów, które miałem okazję zobaczyć w czasie seansu:
  • Aby zapewnić sobie ogrzewanie w marsjańskim łaziku wystarczy wykopać z ziemi generator jądrowy zasilany plutonem-238 i wsadzić go na tylne siedzenie – promieniowanie takie nieszkodliwe!
  • Zagrzebany w glebie od lat Pathfinder okazuje się być znakomitym narzędziem do komunikacji z Ziemią.
  • Macie do przejechania 3200 km po powierzchni Marsa – bez nawigacji (na Marsie nie występuje pole magnetyczne), bez wsparcia – jak wyznaczycie trasę, aby ominąć góry, wzgórza i miejsca, których nie pokona łazik? Skąd pozyskacie wodę i tlen? Gdzie będziecie defekować? W filmie nie znajdziemy oczywiście odpowiedzi na te pytania.
  • Jak to jest możliwe, że Hermes miał wystarczającą ilość paliwa by dolecieć na Marsa, wrócić na orbitę ziemską i ponownie polecieć na Marsa i wrócić na Ziemię?
  • Dlaczego na Hermesie jest tyle wolnych i bezużytecznych przestrzeni? Czyżby Ridley nie oglądał "Battlestar Galactica"?
  • Fajnie, że zwykły botanik jest w stanie przeprowadzić na sobie samym operację.
  • Przygotowanie w kosmosie bomby zajmuje mniej niż 30 minut. Eksplozja powoduje wyłącznie zamierzone efekty, nie uszkadzając statku kosmicznego więcej niż zakładano pierwotnie.
  • Do upragnionego ratunku brakuje kilkadziesiąt metrów – co zrobicie? Oczywiście nie zapominajcie, że w przestrzeni kosmicznej można śmiało wykorzystać dziurę w skafandrze jako źródło napędu!
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę dawno się tak nie wkurwiłem na żadnym filmie! Myślałem przecież naiwnie, że skoro Ridley zasiada na reżyserskim stolcu to "Marsjanin" będzie odpowiednio poważny i wypełniony mrokiem. W zamian dostałem natomiast dzieło, w którym chiński odpowiednik NASA, zrozpaczony losem biednego amerykańskiego astronauty, postanawia bez konsultacji z demokratycznym rządem w Pekinie odpalić Wujowi Samowi niemalże za friko najnowsze technologie ze swojego programu kosmicznego. Prawie za darmo, ponieważ ceną pomocy jest udział chińskiego kosmonauty w kolejnej misji załogowej na Marsa. Serio? Chyba scenarzyści stracili kontakt z rzeczywistością… Albo ta idylliczna wizja rzeczywistości jest po prostu kaprawym odzwierciedleniem obecnych uczuć odnośnie Federacji Rosyjskiej – jebać Moskwę, Pekin zawsze cacy! Abstrahując od ułomności scenariusza (niemal kompletny farmazon) to Ridley napakował swoje dzieło kompletnie zbędnymi scenami – najlepszy przykład to sekwencja, w której Mark pisze na głos wiadomość, a tekst jest następnie czytany przez Martineza załodze Hermesa. Absurd i nonsens.
źródło: http://www.foxmovies.com
Matt Damon w roli kosmicznego MacGyvera irytuje niezwykle mocno. Niby zwyczajny botanik, a jednocześnie fizyk, matematyk, mechanik etc. Prawdziwy człowiek marsjańskiego renesansu! Do tego epatujący niezłomną wiarą we własne możliwości i całkowicie pozbawiony defetystycznych ciągot – nawet gdy wskutek usterki utracił możliwość produkowania żywności! Pełen dramat. Czyżby twórcy nie słyszeli o "Cast Away"? Na drugim planie nie ma ani jednej interesującej kreacji. Bo czy dzielna, heroiczna i niemal pomnikowa załoga Hermesa może komukolwiek wydać się realna? Jessica Chastain po raz kolejny wciela się w nieomylnego zbawcę, aczkolwiek tym razem zamiast całej planety ma do uratowania jednego człowieka i jest gotowa postawić na szali życie całej załogi podejmując dosyć beztroskie decyzje – zaiste wspaniały dowódca! Z kolei Jeff Daniels to wszechmocny szef NASA, dysponujący nieograniczonym budżetem oraz pomocą chińskich przyjaciół, dzięki czemu może robić praktycznie co tylko zechce! Nie zabrakło oczywiście miejsca dla totalnie nierozgarniętego geniusza naukowca (Donald Glover), który będąc życiowym nieogarem jest w stanie znaleźć rozwiązanie każdego kosmicznego problemu. Natomiast Sean Bean gra tak, jak gdyby tylko biernie oczekiwał na nieuchronną śmierć swojej postaci – niestety (uwaga spoiler!) ku mojemu rozczarowaniu zgon nie następuje, a aktor musi się męczyć do końca filmu.
źródło: http://www.foxmovies.com
Moim zdaniem "Marsjanin" może być rozpatrywany wyłącznie w kategorii wyjątkowo mało zabawnej parodii science fiction – Złoty Glob za najlepszy film w kategorii komedia/musical to chyba jakiś chory żart. Nie wątpię jednakże, że w czasach powszechnej ucieczki od rozumu i myślenia najnowsze dzieło Ridleya Scotta zbierze o wiele więcej laurów. A zatem, parafrazując legendarne słowa Kosmicznego Ciecia z "Czerwonej Planety", krzyczę donośnie: fuck this movie!
źródło: http://www.foxmovies.com
Ocena: 3/10.

środa, 15 kwietnia 2015

"Zero Dark Thirty"



Macie świadomość co robiliście 11 września 2001 roku, a dokładniej w jakich okolicznościach dowiedzieliście się o WTC? Ja pamiętam bowiem doskonale to zachmurzone, wtorkowe popołudnie. Wróciwszy z mniej więcej ośmiogodzinnej katorgi w liceum (akurat na koniec było chyba PO) włączyłem telewizor, żeby zobaczyć obrazy rodem z hollywoodzkiego kina katastroficznego. Samoloty pasażerskie niszczące wieże WTC to jeden z najbardziej wstrząsający widoków mojego życia. Oczywiście zaraz mogą odezwać się zwolennicy wszelkiej spiskowej teorii dziejów, ale mam dla Was jedną odpowiedź: światem i tak rządzą oczywiście Żydzi inteligentne delfiny. Bez wątpienia 11 września 2001 roku zapoczątkował zmiany, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez długie lata. Idylliczna, zamorska ojczyzna Wuja Sama otrzymała spektakularnego liścia od Osamy/Usamy, a kilka lat później podobny los spotkał Madryt oraz Londyn (choć już nie było aż tak spektakularnie). Epilog historii z początku maja 2011 roku znają wszyscy. Nie może zatem dziwić, że niemal dziesięcioletnia obława zakończona ostatecznie sukcesem dosyć szybko stała się przedmiotem zainteresowania Hollywood. Zatem, Drodzy Czytelnicy, przed Wami "Zero Dark Thirty" w reżyserii Kathryn Bigelow.
źródło: http://www.impawards.com
"Zero Dark Thirty" to niemal dokumentalna kronika, trwającego niemal dekadę, żmudnego polowania na Osamę bin Ladena. Zespół analityków CIA pod wodzą Josepha Bradleya (Kyle Chandler) bada wszelkie tropy mogące doprowadzić do ujęcia lub eliminacji legendarnego przywódcy Al-Ka’idy. Wkrótce na pierwszy plan wysuwa się Maya (Jessica Chastain) rozpracowująca Abu Ahmeda, nieuchwytnego i niemal mistycznego kuriera Osamy.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
W początkowym zamierzeniu twórców "Zero Dark Thirty" miało przedstawiać nieudaną, dziesięcioletnią pogoń za Osamą, zakończoną bitwą w Tora Bora. Niestety dla pierwotnego projektu, jak na złość, w międzyczasie udało się zlikwidować najgroźniejszego terrorystę świata, więc Mark Boal został zmuszony do zaktualizowania scenariusza filmu. Jeśli spodziewacie się po "Zero Dark Thirty" widowiskowości, rozpierdolu oraz wartkiej akcji to porzućcie wszelką nadzieję. Nie oznacza to oczywiście, że z produkcji Kathryn Bigelow wieje nudą, ponieważ ogląda się ją świetnie, ale po prostu fabuła rozwija się dosyć mozolnie. To nie jest kino szpiegowskie pokroju Bourne’a, Bonda czy "Mission: Impossible". "Zero Dark Thirty" o wiele bardziej zbliżone jest do znakomitego, stonowanego "Tinker Tailor Soldier Spy". Na ekranie oglądamy zatem typową pracę analityków CIA: niekończące się, czasem brutalne przesłuchania potencjalnych talibów, analizy zdjęć, filmów, nagrań i wszelkiego rodzaju materiałów otrzymanych od zaprzyjaźnionych wywiadów czy też żmudne obserwacje podejrzanych osobników wsparte przez najzwyklejsze w świecie szczęście. W tym momencie warto zwrócić uwagę na kwestię tortur, która jeszcze niedawno rozpalała światową opinię publiczną (o ile coś takiego w ogóle istnieje). Razem z bohaterami zwiedzamy bowiem tzw. CIA black sites, w których przetrzymywani i przesłuchiwani są ludzie podejrzewani o przynależność lub związki z Al-Ka’idą (co ciekawe jednym z tychże miejsc jest statek zacumowany w Gdańsku). Oczywiście, potencjalni terroryści są brutalnie torturowani, aby zaczęli się pucować. Dziwnym nie jest zatem, że lewacy oraz wszelacy zwolennicy praw człowieka zaczęli się oburzać, że "Zero Dark Thirty" gloryfikuje niehumanitarne metody działania CIA. Osobiście żywię głębokie przekonanie, że jeżeli chcecie żyć na pewnym poziomie i nie bać się wsiadać do autobusu, ponieważ ktoś może nagle krzyknąć Allahu akbar! i zakończyć Wasz trud to pewne działania powinny pozostać w cieniu i nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Z pewnością ogromnym plusem "Zero Dark Thirty" jest chłodne podejście do tematu. Nie ma tu niepotrzebnych hektolitrów patosu, za rodinu za Stalinu for freedom, for America itp. Po prostu oglądamy solidną robotę analityków, która ma na celu wskazanie celu do eliminacji, czy to dronom czy Navy SEALs. Długa sekwencja unieszkodliwienia Osamy wypada bardzo ciekawie, aczkolwiek miałem o wiele większe oczekiwania. Niestety ten idealny niemal obrazek psuje kilka aspektów, które jeżeli wydarzyły się naprawdę to kładą się cieniem na działalności CIA. Nie wspominam tutaj nawet o tym, że informacje o torturowaniu więźniów ujrzały światło dzienne, ponieważ to zupełnie inna historia. Śmierć jednej z bohaterek filmu jest tak idiotyczna, że szkoda słów (słynny zamach w bazie Chapman 30 grudnia 2009 roku). Złamawszy niemal wszelkie procedury bezpieczeństwa wykazała się dziecięcą naiwnością i bezwarunkową wiarą w dobre intencje, która jest po prostu niedopuszczalna na tym poziomie gry. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby kara dotknęła tylko jedną osobę, ale wskutek beztroski zginęło kilku pracowników Agencji. Przecież jak mówi stare, czekistowskie przysłowie: zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Druga sprawa: w jaki sposób Maya uniknęła śmierci w trakcie ataku zamachowców? Czy kuloodporne szyby mogą powstrzymać serie z karabinów szturmowych oddane z odległości mniej więcej dziesięciu metrów? Czy reszta samochodu również była opancerzona? Ostatnia kwestia: kto wpadł na pomysł by nieuzbrojeni pracownicy Agencji jeździli sobie beztrosko po pakistańskich ulicach? Naprawdę, moim zdaniem nie potrzebna jest szczególnie wysublimowana wyobraźnia, aby przewidzieć jak to może się skończyć.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Na szczęście pod względem aktorskim nie ma lipy. Jessica Chastain stworzyła bardzo ciekawą postać, pozbawioną kompletnie życia prywatnego i zainteresowań nie związanych z wykonywanymi obowiązkami. Maya z czasem coraz bardziej pogrąża się w obsesji odnalezienia Abu Ahmeda i to doskonale widać na ekranie. Skłonność do histerii, szantażowanie przełożonych oraz niemal niczym nieuzasadniona wiara we własne przekonania to typowe elementy charakteryzujące osobowość głównej bohaterki. Na drugim planie jest równie ciekawie. Znakomicie zaprezentował się Jason Clarke, wcielający się w Dana, specjalistę od brutalnych przesłuchań. Do pewnego momentu bardzo lubiłem postać Jennifer Ehle (Jessica), ale postanowiła za bardzo być w ignorancji podobna do brzasku. Dobrą robotę robią również Kyle Chandler, James Gandolfini, Mark Strong, Joel Edgerton czy Chris Pratt.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
"Zero Dark Thirty" trwa ponad dwie i pół godziny, ale praktycznie wcale nie nuży, a przecież opowiada historię, której finał zna każdy z nas. Produkcja Kathryn Bigelow nie jest może filmem aż tak wybitnym jakby chcieli krytycy, aczkolwiek nie sposób nie docenić solidności tegoż obrazu. Z perspektywy czasu niezmiernie ubolewam, że tak długo zbierałem się do projekcji, aczkolwiek z pewnych względów (czekistowska przeszłość) zawsze sceptycznie podchodzę do hollywoodzkich przedsięwzięć dotyczących amerykańskich kwestii polityczno-wojskowych. Tym razem obawy były wyjątkowo płonne, więc jeżeli nie obejrzeliście jeszcze "Zero Dark Thirty" to szczerze polecam!
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Ocena: 7/10.

niedziela, 22 marca 2015

"Interstellar"



Space: the final frontier. Tym razem na podbój kosmosu i wpływów z kinowych biletów wyruszył Christopher Nolan, dzielnie wspierany przez swojego brackiego Jonathana. Kiedy tylko obejrzałem trailer "Interstellar" (ha, gdzież się podziali puryści językowi? czemuż nikt nie podjął się przetłumaczenia tytułu na polszczyznę?) podjąłem błyskawiczną decyzję, iż z pewnością nie wybiorę się do kina. Zamiast epickich ujęć z międzygwiezdnych podróży zobaczyłem ogromne pole kukurydzy, burze piaskowe oraz monstrualną dawkę taniego sentymentalizmu. Już w tym momencie wyrobiłem sobie pierwszą, dosyć negatywną opinię o "Interstellar": skoro twórcy nie potrafią zmontować trzyminutowego trailera, który zachęci mnie do obejrzenia filmu to jakimże dramatem musi być całość? Potencjalną miałkość produkcji braci Nolan potwierdziły dodatkowe wrażenia znajomych, którzy jednak zdecydowali się obejrzeć "Interstellar" w kinie. Epatowanie nadmiernymi zachwytami (takie właśnie powinny być filmy) zawsze nastraja mnie podejrzliwie, ale płakanie w trakcie zakończenia wydawało się już grubą przesadą. Chociaż długo czekałem, aby wreszcie zmierzyć się z "Interstellar" (dzięki YIFY!) to jednak dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem.
źródło: http://www.impawards.com
"Interstellar" rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Oczywiście nie jest to przyszłość jasna, szczęśliwa i kolorowa – Ziemia znowu się zamieniła się w gówno, a nad ludzkością zawisła groźba totalnej zagłady. Tym razem nie wynika to ponoć z winy rodzaju ludzkiego (w zasadzie w filmie nie mówi się o przyczynach obecnego stanu, a jedynie wymienia jego skutki), a z wrodzonej złośliwości naszej planety, która postanowiła usunąć nadmiernie rozmnożony, pasożytniczy gatunek. Nieprzewidywalne zmiany klimatyczne, susze oraz choroby kluczowych roślin (ze zbóż ostała się jeno kukurydza, więc szczęśliwie można dalej pędzić bourbona) doprowadziły do spektakularnej klęski głodu, a jak powszechnie wiadomo głodny demos epatuje większymi skłonnościami do ruchawki oraz siania pożogi. W tym czasie nędzy i rozpaczy Cooper (Matthew McConaughey), były pilot NASA, obsiewa ogromne pole kukurydzy, by zapewnić byt swojej nielicznej rodzinie. Sytuacja jest naprawdę nieciekawa, ale dzięki dziecięcej ciekawości córki naszego bohatera ludzkość staje przed szansą odwrócenia przesądzonego z góry losu.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Wbrew początkowym oczekiwaniom "Interstellar" do pewnego momentu oglądało się całkiem nieźle. Niemniej, jak w większości tego rodzaju filmów, wstęp rozgrywający się na Ziemi był zdecydowanie przydługi i nie raz i nie dwa miałem ochotę zakrzyknąć: Cooper, wypierdalaj wreszcie do kosmosu! Zanim wyruszycie między gwiazdy przygotujcie się zatem na solidną dawkę sentymentalnego kina familijnego z wszelkimi problemami wychowawczymi, które przerabialiśmy już kurwilion razy. I kiedy wreszcie Cooper poleciał w kosmos pomyślałem: no, teraz to się dopiero zacznie! Niestety im dalej w gwiazdy, tym bardziej poziom filmu spada. "Interstellar" momentami przypomina casus "Prometeusza": bohaterowie wykazują się daleko posuniętą ignorancją, nie potrafią przewidzieć skutków swoich działań (zabawy z czasem takie beztroskie), ale najczęściej są po prostu tępymi chujami jak to mawiał Kapitan Bomba. Naprawdę nie rozumiem dlaczego do najważniejszej misji w dziejach ludzkości zarekrutowano rozchwianych emocjonalnie uczestników, który przekładają partykularne, egoistyczne interesy nad dobro ogółu (vide scena narady gdzie polecieć dalej – absurd i nonsens w najczystszej postaci!).
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Wiele mówiło się o rzekomej naukowości "Interstellar": że niby teoria bardzo, niezrozumiałe pojęcia, wormholes (tunele czasoprzestrzenne), czarne dziury itp. I co? I oczywiście ni chuja! Nikt nie zadał sobie nawet trudu, by wyjaśnić jakiego napędu używa statek kosmiczny pokazany w filmie. Teoria działania tunelu czasoprzestrzennego ogranicza się do banalnego wyjaśnienia z kartką papieru, na dodatek bez krępacji zerżniętego z "Event Horizon". Nie potrafię też zrozumieć podniety odnośnie wormhole’a – dla kogoś kto oglądał "Star Trek" nie jest to nic nadzwyczajnego. Zauważmy chociażby, że w niemal każdym odcinku "Deep Space Nine" bohaterowie korzystali ze stabilnego tunelu czasoprzestrzennego i nikt się tym specjalnie nie podniecał. Czarne dziury? Nawet beztroski pułkownik Jack O’Neill ze "Stargate SG-1" poradził sobie z tym problemem. Że czas płynie relatywnie wolniej, jeżeli poruszamy się z ogromną prędkością? Przecież jest to jeden z najczęściej wykorzystywanych motywów w s-f! W temacie naukowości „Intestellar” moim zdaniem nie wnosi kompletnie nic nowego, wykorzystując po prostu wiele znanych wcześniej motywów. Zresztą po seansie mogę śmiało napisać, że produkcja Nolana hołduje uniwersalnej zasadzie amor vincit omnia. Jeżeli miałbym zapłakać na koniec seansu to jedynie nad bezczelnym wykorzystaniem najtańszego sentymentalizmu. Miałkość nad miałkościami, a wszystko miałkość!
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Również jeśli chodzi o popisy aktorskie to "Interstellar" nie powala na kolana. Cooper to po prostu typowy Matthew McConaughey. Nie odbierajcie tego jako przytyku, ponieważ uwielbiam jego teksański akcent od czasów "Dazed and Confused", a nawet w tak idiotycznej produkcji jak "Powiedz tak" był w porządku. Wielkie propsy za życiowe ogarnięcie się! Matthew jest naprawdę spoko, niemniej na drugim planie niewielu może mu dorównać. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić to wskazałbym Jessicę Chastain wcielającą się w dorosłą wersję Murph. Niestety MyCocaine (profesor Brand) jest taki jak zawsze, a Anne Hathaway w dalszym ciągu nie przestaje mnie wkurwiać. W tle pojawia się tym razem wiecznie wkurwiony John Lithgow oraz Matt Damon, ale obie kreacje raczej do zapomnienia.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Nie da się ukryć, że w pewnym momencie "Interstellar" zaczyna przypominać "Odyseję kosmiczną 2001". Z tą jedyną różnicą, że Stanley Kubrick i Arthur C. Clarke mieli jajca ze stali oraz na tyle odwagi by nakręcić film kompletnie niejednoznaczny, a przez to niezrozumiały dla większości widzów. Niestety bracia Nolan poszli na łatwiznę, stawiając na jedne z najbardziej sentymentalnych chwytów w dziejach s-f. Zakończenie "Interstellar" jest tak słabe, że nawet mocniejszy wydaje się być sznurek do snopowiązałki. Pod względem kinematograficznym dawno nic mnie tak nie wkurwiło.
źródło: http://www.interstellar2014-movie.com
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

"Texas Killing Fields"


Pierwsza myśl po obejrzeniu "Texas Killing Fields": swoiste połączenie "Winter’s Bone”, które mi się wybitnie podobało z "Animal Kingdom", które podobało mi się znacznie mniej, a wszystko to w gorącym teksańskim klimacie. Od razu muszę podkreślić, że nie jest to dzieło wybitnie udane. Trzeba przyznać również, że jest to niestety fabularne nihil novi: dwóch detektywów stara się wyjaśnić serię brutalnych morderstw, których ofiarami padają młode kobiety. Intryga jest dosyć przewidywalna i bardzo łatwo domyślić się kto stoi za tymi zbrodniami. Aczkolwiek film ma bardzo intrygujący klimat, przynajmniej w moim odczuciu. Trudno dokładnie opisać o co chodzi, ale jest w nim coś przyciągającego uwagę. Szkoda, że zakończenie bardzo odstaje od pesymistycznej wymowy całości. Gdyby twórcy bardziej się postarali pod tym względem mogłoby być naprawdę dobrze. Mimo wszystko uważam, że warto to zobaczyć.
źródło: http://www.wallpapersmovie.com/
Ocena: 5/10.