Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Strong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Strong. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 września 2021

"1917" (2019)

Down to Gehenna, or up to the Throne,
He travels the fastest who travels alone.

Chociaż beztroskie wakacje i słoneczne niebo zachodniej Sycylii już dawno za nami, to wspomnienia z Letniego Taniego Kinobrania są ciągle żywe. Dzisiaj, przy niewielkiej pomocy butelki wybornego wzmacnianego wina (wieczory już takie chłodne) Montilla-Moriles Fino CB Alvear (100% szczepu Pedro Ximénez), opowiem Wam o jednym z letnich seansów w krakowskim Kinie Pod Baranami. Muszę jednocześnie zaznaczyć, że w tegorocznej edycji pojechaliśmy naprawdę grubo, zbierając po siedem pieczątek (zabrakło tylko jednej do darmowego seansu), no ale czasy pandemiczne mocno odbiły się zarówno na branżach związanych z kulturą, jak i widowni. Dzisiejsza opowieść dotyczyć będzie filmu "1917", nominowanego do Oscarów w 2020 roku aż w dziesięciu kategoriach, które ostatecznie przełożyły się na jedynie trzy statuetki: najlepsze zdjęcia dla legendarnego Rogera Deakinsa, najlepszy dźwięk i najlepsze efekty specjalne. Można zatem odnieść wrażenie, że dzieło wyreżyserowane przez Sama Mendesa, odniosło na gali w Los Angeles raczej klęskę niż oszałamiające zwycięstwo. A jaki jest "1917" w rzeczywistości?

© 2019 Universal Pictures

Akcja "1917" rozgrywa się wiosną 1917 roku (co za niebywałe zaskoczenie) na zachodnim froncie I wojny światowej i odnosi się do rzeczywistych wydarzeń (jak się dowiadujemy, fabułę oparto na wspomnieniach pradziadka brytyjskiego reżysera). W ramach operacji Alberyk (Alberich) niemieckie wojska wycofały się z wysuniętego rejonu nad rzekami Sommą i Oise, skracając tym samym front i zapewniając sobie o wiele dogodniejsze pozycje obronne. I właśnie o skutkach tego manewru opowiada "1917". Generał Erinmore (Colin Firth), znając ofensywne zamiary pułkownika Mackenzie (Benedict Cumberbatch), wysyła dwóch żołnierzy, aby przedarli się przez niemieckie linie i powstrzymali atak na umocnione pozycje, który zakończy się najpewniej masakrą Brytyjczyków. Starsi szeregowi (o ile jest to poprawne tłumaczenie brytyjskiego stopnia lance corporal) Blake (Dean-Charles Chapman) i Schofield (George McKay) ruszają w niemal samobójczą misję, w której znaczenie ma każda minuta.

© 2019 Universal Pictures

"1917" zdecydowanie nie przedstawia wojny jako romantycznej przygody, wychwalając heroizm brytyjskich żołnierzy, wygłaszających przed śmiercią patetyczne kwestie. Przez niecałe dwie godziny seansu zapoznajemy się natomiast z klimatami znacznie bliższymi doskonałej powieści Ericha Marii Remarque’a Na zachodzie bez zmian, a miałem nawet wrażenie, że zahaczamy o Jądro ciemności Josepha Conrada i oparty na nim legendarny "Czas Apokalipsy". Wojna ukazana na ekranie zdecydowanie nie jest fajna. Bohaterom filmu, jako szeregowym członkom brytyjskiej machiny wojennej, zależy przede wszystkim na najedzeniu się, wyspaniu, a przede wszystkim pozostawieniu ich w spokoju przez przełożonych. Każde wychylenie się z w miarę bezpiecznych okopów (oczywiście jeśli akurat nie ma miejsca ostrzał artyleryjski) może zakończyć się błyskawicznym zgonem w postaci kuli w głowie od niemieckiego snajpera lub powolną agonią pośród zasieków na ziemi niczyjej. Konflikt przedstawiono naprawdę naturalistycznie, wręcz dosłownie grzebiemy we flakach poległych żołnierzy. Wielkie brawa należą się scenografom za wierne odtworzenie realiów okopowego życia wraz z całym brudem, syfem i monstrualnymi szczurami obgryzającymi poległych. Wyprawa na ratunek oddziałom pułkownika Mackenziego przypomina momentami schodzenie do piekła jak w Boskiej komedii Dantego. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie makabryczne przeprawy przez ziemię niczyją oraz opuszczone niemieckie linie.

© 2019 Universal Pictures

Przez praktycznie cały seans zadawałem sobie jedno pytanie: jakim człowiekiem okaże się pułkownik Mackenzie? Czy będzie to owładnięty pychą oficer poświęcający swoich żołnierzy dla budowania kariery czy też wyrozumiały dowódca szanujący życie podkomendnych? Chociaż nie zdradzę Wam odpowiedzi na to pytanie, to mogę zaznaczyć, że rozwiązanie obywa się raczej bez fajerwerków i wpisuje się w gorzki klimat "1917". W zasadzie moją ulubioną postacią, wpisującą się idealnie w bezsens wojny w okopach jest twardo stąpający po ziemi i ironiczny do bólu porucznik Leslie, brawurowo zagrany przez Andrew Scotta. Ubolewam jedynie, że postać ta pojawia się dosłownie na kilka minut. Ale wracając do ogólnych ocen "1917" od razu można zauważyć, że twórcy wprowadzili bardzo dyskretne cięcia, które sprawiają, że film wygląda jakby został nakręcony w jednym, bardzo długim ujęciu (vide doskonały "Birdman"). Sprawia to oczywiście, że akcja jest bardzo dynamiczna, a dwie godziny seansu mijają w mgnieniu oka. Ogólnie rzecz biorąc zdjęcia Rogera Deakinsa są naprawdę imponujące, aczkolwiek odniosłem czasem wrażenie, że niektóre sceny zostały nakręcone wyłącznie po to, aby brytyjski operator mógł zgarnąć kolejnego Oscara. Niektóre rozwiązania fabularne budzą pewnie moje wątpliwości, jeśli chodzi o ich realizm i jakikolwiek seans (np. dziwaczna scena z samolotem czy niezwykle atrakcyjne wizualnie gonitwy po płonącym mieście), ale ogólnie "1917" był rozrywką na solidnym poziomie.

© 2019 Universal Pictures

Jeśli chodzi o aktorstwo to doceniam grę Deana-Charlesa Chapmana i George’a McKaya, ale nie są to kreacje, które zapamiętam do końca życia. O wiele fajniejszą zabawą jest zwracanie uwagę na epizodyczne role sławnych, brytyjskich aktorów, którzy pojawiają się w „1917”. A kogóż tutaj nie ma (LOL, Davida Thewlisa) – lista rozpoznawalnych twarzy jest długa: Colin Firth, Andrew Scott, Daniel Mays, Mark Strong, Benedict Cumberbatch czy niedoszły król Westeros Richard Madden. Tak naprawdę jednak najlepiej zapamiętałem porucznika Lesliego w brawurowym wykonaniu Andrew Scotta oraz kapitana Smitha, w którego wcielił się, jak zawsze wysoce charakterystyczny, Mark Strong.

© 2019 Universal Pictures

"1917" to naprawdę interesujący dramat wojenny, aczkolwiek nie udało mi się nawiązać jakiejś głębszej relacji z głównymi bohaterami filmu. Niemniej doceniam kunszt reżyserski Sama Mendesa oraz tytaniczną pracę scenografów, chociaż Oscar za zdjęcia na tamtej gali zdecydowanie bardziej należał się "The Lighthouse".

© 2019 Universal Pictures

Ocena: 7/10.

środa, 15 kwietnia 2015

"Zero Dark Thirty"



Macie świadomość co robiliście 11 września 2001 roku, a dokładniej w jakich okolicznościach dowiedzieliście się o WTC? Ja pamiętam bowiem doskonale to zachmurzone, wtorkowe popołudnie. Wróciwszy z mniej więcej ośmiogodzinnej katorgi w liceum (akurat na koniec było chyba PO) włączyłem telewizor, żeby zobaczyć obrazy rodem z hollywoodzkiego kina katastroficznego. Samoloty pasażerskie niszczące wieże WTC to jeden z najbardziej wstrząsający widoków mojego życia. Oczywiście zaraz mogą odezwać się zwolennicy wszelkiej spiskowej teorii dziejów, ale mam dla Was jedną odpowiedź: światem i tak rządzą oczywiście Żydzi inteligentne delfiny. Bez wątpienia 11 września 2001 roku zapoczątkował zmiany, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez długie lata. Idylliczna, zamorska ojczyzna Wuja Sama otrzymała spektakularnego liścia od Osamy/Usamy, a kilka lat później podobny los spotkał Madryt oraz Londyn (choć już nie było aż tak spektakularnie). Epilog historii z początku maja 2011 roku znają wszyscy. Nie może zatem dziwić, że niemal dziesięcioletnia obława zakończona ostatecznie sukcesem dosyć szybko stała się przedmiotem zainteresowania Hollywood. Zatem, Drodzy Czytelnicy, przed Wami "Zero Dark Thirty" w reżyserii Kathryn Bigelow.
źródło: http://www.impawards.com
"Zero Dark Thirty" to niemal dokumentalna kronika, trwającego niemal dekadę, żmudnego polowania na Osamę bin Ladena. Zespół analityków CIA pod wodzą Josepha Bradleya (Kyle Chandler) bada wszelkie tropy mogące doprowadzić do ujęcia lub eliminacji legendarnego przywódcy Al-Ka’idy. Wkrótce na pierwszy plan wysuwa się Maya (Jessica Chastain) rozpracowująca Abu Ahmeda, nieuchwytnego i niemal mistycznego kuriera Osamy.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
W początkowym zamierzeniu twórców "Zero Dark Thirty" miało przedstawiać nieudaną, dziesięcioletnią pogoń za Osamą, zakończoną bitwą w Tora Bora. Niestety dla pierwotnego projektu, jak na złość, w międzyczasie udało się zlikwidować najgroźniejszego terrorystę świata, więc Mark Boal został zmuszony do zaktualizowania scenariusza filmu. Jeśli spodziewacie się po "Zero Dark Thirty" widowiskowości, rozpierdolu oraz wartkiej akcji to porzućcie wszelką nadzieję. Nie oznacza to oczywiście, że z produkcji Kathryn Bigelow wieje nudą, ponieważ ogląda się ją świetnie, ale po prostu fabuła rozwija się dosyć mozolnie. To nie jest kino szpiegowskie pokroju Bourne’a, Bonda czy "Mission: Impossible". "Zero Dark Thirty" o wiele bardziej zbliżone jest do znakomitego, stonowanego "Tinker Tailor Soldier Spy". Na ekranie oglądamy zatem typową pracę analityków CIA: niekończące się, czasem brutalne przesłuchania potencjalnych talibów, analizy zdjęć, filmów, nagrań i wszelkiego rodzaju materiałów otrzymanych od zaprzyjaźnionych wywiadów czy też żmudne obserwacje podejrzanych osobników wsparte przez najzwyklejsze w świecie szczęście. W tym momencie warto zwrócić uwagę na kwestię tortur, która jeszcze niedawno rozpalała światową opinię publiczną (o ile coś takiego w ogóle istnieje). Razem z bohaterami zwiedzamy bowiem tzw. CIA black sites, w których przetrzymywani i przesłuchiwani są ludzie podejrzewani o przynależność lub związki z Al-Ka’idą (co ciekawe jednym z tychże miejsc jest statek zacumowany w Gdańsku). Oczywiście, potencjalni terroryści są brutalnie torturowani, aby zaczęli się pucować. Dziwnym nie jest zatem, że lewacy oraz wszelacy zwolennicy praw człowieka zaczęli się oburzać, że "Zero Dark Thirty" gloryfikuje niehumanitarne metody działania CIA. Osobiście żywię głębokie przekonanie, że jeżeli chcecie żyć na pewnym poziomie i nie bać się wsiadać do autobusu, ponieważ ktoś może nagle krzyknąć Allahu akbar! i zakończyć Wasz trud to pewne działania powinny pozostać w cieniu i nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Z pewnością ogromnym plusem "Zero Dark Thirty" jest chłodne podejście do tematu. Nie ma tu niepotrzebnych hektolitrów patosu, za rodinu za Stalinu for freedom, for America itp. Po prostu oglądamy solidną robotę analityków, która ma na celu wskazanie celu do eliminacji, czy to dronom czy Navy SEALs. Długa sekwencja unieszkodliwienia Osamy wypada bardzo ciekawie, aczkolwiek miałem o wiele większe oczekiwania. Niestety ten idealny niemal obrazek psuje kilka aspektów, które jeżeli wydarzyły się naprawdę to kładą się cieniem na działalności CIA. Nie wspominam tutaj nawet o tym, że informacje o torturowaniu więźniów ujrzały światło dzienne, ponieważ to zupełnie inna historia. Śmierć jednej z bohaterek filmu jest tak idiotyczna, że szkoda słów (słynny zamach w bazie Chapman 30 grudnia 2009 roku). Złamawszy niemal wszelkie procedury bezpieczeństwa wykazała się dziecięcą naiwnością i bezwarunkową wiarą w dobre intencje, która jest po prostu niedopuszczalna na tym poziomie gry. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby kara dotknęła tylko jedną osobę, ale wskutek beztroski zginęło kilku pracowników Agencji. Przecież jak mówi stare, czekistowskie przysłowie: zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Druga sprawa: w jaki sposób Maya uniknęła śmierci w trakcie ataku zamachowców? Czy kuloodporne szyby mogą powstrzymać serie z karabinów szturmowych oddane z odległości mniej więcej dziesięciu metrów? Czy reszta samochodu również była opancerzona? Ostatnia kwestia: kto wpadł na pomysł by nieuzbrojeni pracownicy Agencji jeździli sobie beztrosko po pakistańskich ulicach? Naprawdę, moim zdaniem nie potrzebna jest szczególnie wysublimowana wyobraźnia, aby przewidzieć jak to może się skończyć.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Na szczęście pod względem aktorskim nie ma lipy. Jessica Chastain stworzyła bardzo ciekawą postać, pozbawioną kompletnie życia prywatnego i zainteresowań nie związanych z wykonywanymi obowiązkami. Maya z czasem coraz bardziej pogrąża się w obsesji odnalezienia Abu Ahmeda i to doskonale widać na ekranie. Skłonność do histerii, szantażowanie przełożonych oraz niemal niczym nieuzasadniona wiara we własne przekonania to typowe elementy charakteryzujące osobowość głównej bohaterki. Na drugim planie jest równie ciekawie. Znakomicie zaprezentował się Jason Clarke, wcielający się w Dana, specjalistę od brutalnych przesłuchań. Do pewnego momentu bardzo lubiłem postać Jennifer Ehle (Jessica), ale postanowiła za bardzo być w ignorancji podobna do brzasku. Dobrą robotę robią również Kyle Chandler, James Gandolfini, Mark Strong, Joel Edgerton czy Chris Pratt.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
"Zero Dark Thirty" trwa ponad dwie i pół godziny, ale praktycznie wcale nie nuży, a przecież opowiada historię, której finał zna każdy z nas. Produkcja Kathryn Bigelow nie jest może filmem aż tak wybitnym jakby chcieli krytycy, aczkolwiek nie sposób nie docenić solidności tegoż obrazu. Z perspektywy czasu niezmiernie ubolewam, że tak długo zbierałem się do projekcji, aczkolwiek z pewnych względów (czekistowska przeszłość) zawsze sceptycznie podchodzę do hollywoodzkich przedsięwzięć dotyczących amerykańskich kwestii polityczno-wojskowych. Tym razem obawy były wyjątkowo płonne, więc jeżeli nie obejrzeliście jeszcze "Zero Dark Thirty" to szczerze polecam!
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Ocena: 7/10.

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Stardust"



Czasem mam ochotę porzucić brutalną przemoc, brudne zaułki Bronxu i Compton, anielski pył i martwych prezydentów. Czasem nie cieszy mnie tzw. poważne kino z ambicjami, batalistyka czy nawet czysto rozrywkowe, bezsensowne produkcje w stylu "Crank". Cóż zostaje wtedy do oglądania? Otóż coś nie do końca poważnego, ale i niegłupiego, coś lekkiego, ale jednocześnie nie żenującego i niosącego pozytywny przekaz. Jednym słowem kino baśniowo-bajkowe, ale jednak spełniające moje wysokie standardy. Na razie do tej kategorii zaliczam dwa filmy. Pierwszy to genialne "The Princess Bride". Kilka lat temu do tego kameralnego grona dołączył "Stardust". Dzisiejsza recenzja potraktuje właśnie o dziele Matthew Vaughna z 2007 roku, będącym ekranizacją książki Neila Gaimana pod tym samym tytułem.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Stardust" utrzymany jest w konwencji fairy tale, co może nie spodobać się wielu widzom. W tym przypadku mi to wcale nie przeszkadza, a niżej opiszę dlaczego tak jest. Zanim przejdę do właściwej części recenzji przedstawię w kilku zdaniach zarys fabuły. W królestwie Stormhold umiera król. Z siódemki jego synów przy życiu pozostało jedynie trzech, gdyż walka o koronę pociągnęła za sobą wiele ofiar. Tuż przed zgonem stary władca daje swoim dziedzicom quest: królestwem będzie władał książę, który odzyska drogocenny klejnot. Tymczasem po drugiej stronie magicznego muru oddzielającego Stormhold od Anglii, Tristan (Charlie Cox) próbuje zdobyć serce ukochanej Victorii (Sienna Miller). Dziewczyna daje mu dokładnie tydzień na zdobycie spadającej gwiazdy, inaczej wyjdzie za mąż za innego. By spełnić życzenie ukochanej Tristan wyrusza na drugą stronę muru, gdzie znajduje strąconą z firmamentu Yvaine (Claire Danes). Jak się wkrótce okazuje spadająca gwiazda jest obiektem pożądania wielu groźnych postaci zamieszkujących Stormhold.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Po pierwsze "Stardust" nie trzyma się kurczowo typowej, baśniowej konwencji. Rzekłbym nawet, iż traktuje ją bardzo przewrotnie, często mrugając okiem do widza. Jak na baśń to film jest momentami dosyć brutalny. Fabuła dostarcza wielu zwrotów akcji, przy czym podkreślę, że są one naprawdę zaskakujące i inteligentne. To właśnie jest słowo klucz do "Stardust" – przez całą projekcję nie uświadczyłem ani jednego żenującego momentu, za to wiele razy miałem uśmiech na twarzy. Miło obejrzeć film, który nie traktuje widza jak kompletnego debila i oferuje inteligentną oraz naprawdę przednią zabawę. Wspomnę choćby żart z nazwiskiem bezlitosnego kapitana Shakespeara, który na potrzeby załogi występuje jako Shake Spear. Bardzo piękne były zdjęcia: film osadzono w naprawdę uroczych plenerach (o ile ktoś lubi oczywiście oglądać walijskie i szkockie wzgórza). Do tego dodano kilka imponujących efektów specjalnych. Jestem pod wrażeniem przemiany Uny (Kate Magowan) w ptaka, czy też efektów postarzających Lamię (Michelle Pfeffeir). Świetnym pomysłem były duchy zamordowanych książąt, które wspierały żyjących braci oraz dosłownie błękitna krew płynąca w ich żyłach.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/
Ponadto w "Stardust" doświadczyłem świetnego aktorstwa. Niezwykle podobała mi się para głównych bohaterów. Charlie Cox wydaje mi się idealny do roli szlachetnego nieudacznika, natomiast Claire Danes jako początkowo zrzędząca i wiecznie niezadowolona Yvaine wypadła bardzo naturalnie. Do tego cała plejada wspaniałych postaci drugoplanowych. Wśród nich mam dwójkę faworytów. Pierwszy to Robert de Niro, który wcielając się w kapitana Shakespeara o niepewnej orientacji seksualnej stworzył chyba najfajniejszą postać w całym filmie. Drugim faworytem jest natomiast Mark Strong grający bezwzględnego Septimusa. Imponująca i całkiem konsekwentna rola. Należy tutaj wspomnieć, że reszta wykonawców również trzyma dobry poziom. Na ekranie pojawiają się m.in.: Peter O’Toole (Król), Sienna Miller, Jason Flemyng (Primus), Michelle Pfeffeir, Melanie Hill (wiedźma Sal), Henry Cavill (Humprey), oraz Dexter Fletcher (pirat). "Stardust" mogę polecić bez najmniejszego przypału, chociaż osobiście znam hejterów tej produkcji. Jeśli macie ochotę na optymistyczną i jednocześnie inteligentną rozrywkę utrzymaną w przewrotnej baśniowej konwencji lepszego filmu nie znajdziecie.
źródło: http://www.allmoviephoto.com/

Ocena: 9/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

"John Carter"


Przyznam, iż nie liczyłem na wiele gdy zabierałem się do oglądania "Johna Cartera". Czas od wiadomości o powstaniu tego dzieła do jego projekcji wypełniony był bowiem nieustającym hejtingiem. Niestety trailer z białymi małpami dodatkowo pogorszył sytuację i sprawił, że zacząłem się spodziewać totalnej chały za 250 mln USD (w między czasie pojawiały się również pomysły jak można lepiej wydać tyle pieniędzy). Mimo to radośnie zasiadłem do oglądania, albowiem nigdy w życiu nie złamie mnie swoją głupotą kino amerykańskie (nawet "Green Lantern" był lepszy od większości polskich komedii z ostatnich lat).
źródło: http://www.moviefanatic.com/
Fabułę opiszę w jednym zdaniu: kolesia wessało na Marsa. Aczkolwiek mniej więcej w połowie filmu byłem ogromnie zaskoczony, gdyż nasz bohater nie był postacią w pełni kryształową, a jego głównym celem było nahapanie się złota. Efekty latających statków bardzo fajnie wypadły, kostiumy ludzi i krajobrazy z Marsa również, aczkolwiek wszelkie inne rzeczy robione komputerowo dupy nie urywają. Za 250 milionów dolarów można oczekiwać czegoś więcej, nieprawdaż?
źródło: http://www.notjustnewmovies.com/
W tym momencie myślałem, podobnie jak mój szanowny kolega Dziurałkę, iż „John Carter” otrzyma niezwykle wysoką notę 5/10. Niestety jakże niemile potraktowali mnie scenarzyści – im bliżej końca tym gorzej. Im bardziej nasz bohater ma przejebane, tym większa szansa, że zostanie uratowany w ostatniej chwili. Jednakże nie jest to film aż tak głupi, jak by mógł być, a dodatkowo zebrano całkiem ciekawą obsadę. Interesujący jest fakt, że w filmie występują co najmniej 3 pierwszoplanowe postacie z serialu „Rzym” (Ciaran Hinds, James Purefoy oraz Polly Walker). Za to wszystko wystawiam zatem standardową ocenę, zatem oglądajcie na własne ryzyko. Chociaż z drugiej strony warto zobaczyć jak można zmarnować 250 milionów dolarów.

Ocena: 3/10.

PS. Tak się wczoraj złożyło, iż oglądałem "Czerwoną Planetę". Szkoda, że w "Johnie Carterze" nie padły słowa Vala Kilmera (genialna rola Kosmicznego Ciecia), który opuszczając Marsa stwierdził Fuck this planet!

środa, 8 sierpnia 2012

"Black Gold"


"Black Gold" to rzadki, ale za to sztandarowy, przykład filmu ewidentnie nakręconego na zamówienie. Akcja osadzona została co prawda w wyimaginowanych królestwach Półwyspu Arabskiego i nie ma żadnych postaci historycznych, ale przekaz szejków z Kataru jest jasny: tworzymy na nowo naszą historię za pomocą kinematografii. Oto odkrycie ropy naftowej w latach 30-tych XX wieku doprowadza do zaognienia się starego konfliktu między dwoma emiratami o sporny kawałek pustyni.

Jak na dzieło z konglomeratu katarsko-francusko-tunezyjsko-włoskiego obsada jest imponująca: Antonio Banderas, Mark Strong, Freida Pinto oraz Tahar Rahim. Niestety pod względem fabularnym mamy miałkość i wtórność. Określenie „epicki fresk”, które padło w recenzji tego filmu w „Gazecie Wyborczej” to chyba jakiś żart albo efekt sponsoringu z Kataru. Od początku same klisze: dwóch braci – jeden atleta, drugi manualny debil lubiący czytać książki; love story od dziecka; konflikt władców, z których jeden jest zwolennikiem nowoczesności, a drugi zagorzałym konserwatystą. Nie trzeba dodawać, że nasz szlachetny bohater, po tym jak zostają usunięte kolejne przeszkody do objęcia tronu (dosłownie – wszelcy pretendenci giną w mieliznach scenariusza), okazuje się wspaniałym przywódcą o ogromnym miłosierdziu. Patos, patos, patos – do porzygu.

W zasadzie film ma jedynie dwie zalety: ładne krajobrazy i całkiem fajną ścieżkę dźwiękową. Poza tym nic nie potrafię dostrzec.

Ocena: 2/10 (nie otrzymałem niestety sponsoringu z Kataru).

"Babylon A.D."


Muszę to uczciwie przyznać: lubię Vin Diesela. Czemu? Choćby za „Pitch Black” czy „Kroniki Riddicka”. I to był właściwie główny powód, dla którego obejrzałem „Babylon A.D.”. Liczyłem ponadto na solidne kino zważywszy na obsadę: Michelle Yeoh, Gerard Depardieu, Mark Strong.

Pod względem fabuły wygląda to następująco: akcja osadzona zdaje się całkiem niedalekiej przyszłości, Vin Diesel ma przewieźć dziewczynę z Rosji do NY. Przy czym Rosja trochę podupadła: wygląda jak trzeci świat, a oligarchowie nie jeżdżą bentleyami, lecz transporterami opancerzonymi (ale w środku wypas jak w Pimp My Ride). W każdym razie jest co ciekawa wizja przyszłości: tam gdzie było biednie, jest jeszcze bardziej biednie, a bogaci są jeszcze bardziej zamożni niż obecnie. Dopóki akcja dzieje się w Rosji, scenografia jest bardzo przekonująca i mniej więcej tak można sobie wyobrazić przyszłość trzeciego świata.
Niestety fabuła rozwija się koszmarnie i przewidywalnie (w pewnych kwestiach, bo jest też nieprzewidywalna absurdalność). Zakończenie to już prawdziwy dramat. Chyba wykorzystanie atomowej łodzi podwodnej i zatrudnienie gwiazd pochłonęło za dużo środków finansowych, że scenarzyści odważyli się na taką nędzę.

Ocena: 3/10.