Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Clarke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Clarke. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

"Terminator Genisys"



Bez wątpienia pierwsze dwa "Terminatory" to jedne z najlepszych filmów science fiction, jakie powstały w dziejach kinematografii (przy czym część drugą zdecydowanie przedkładam nad pierwszą). Późniejsze odsłony to niestety zdecydowanie gorsze produkcje. Do dzisiaj kompletnie nie wiem co sądzić o trzeciej części z damską wersją elektronicznego mordercy oraz głupawo młodocianym Johnem Connorem. Z kolei "Terminator Salvation" w reżyserii McG całkowicie zawiódł pokładane w nim nadzieje. I kiedy pomyślałem sobie, że wreszcie Arnold Schwarzenegger będzie mógł cieszyć się zasłużoną, spokojną emeryturą, to gruchnęła wieść o kolejnej reaktywacji projektu. Tym razem na reżyserskim stolcu zasiadł Alan Taylor, odpowiedzialny za "Thor: The Dark World" oraz całą rzeszę odcinków przeróżnych seriali. Nie zwiastowało to oczywiście niczego dobrego, poza tym jak się okazało "Terminator Genisys" miał być rebootem całej serii. Jakkolwiek tego rodzaju przedsięwzięcie wydawało się być potrzebne jak kurwie deszcz to obejrzawszy wszystkie poprzednie części nie mogłem odpuścić kolejnej.
źródło: http://www.impawards.com
Z prologu filmu dowiadujemy się jak to ludzkość wiodła wesołą egzystencję, aż w 1997 roku program komputerowy Skynet, zarządzający m.in. amerykańską bronią nuklearną, uznał, że być może przedstawiciele gatunku homo sapiens nie stanowią koniecznego elementu do dalszego rozwoju planety. W efekcie tzw. Dnia Sądu gatunek ludzki został skutecznie przetrzebiony, a niedobitki toczą walkę o przetrwanie z bezwzględnymi maszynami. Gdy wydaje się, że zwycięstwo nad Skynetem jest na wyciągnięcie ręki, przywódca ruchu oporu John Connor (Jason Clarke) postanawia zabezpieczyć własną egzystencję wysyłając w przeszłość jednego ze swoich wiernych żołnierzy. Głównym zadaniem sierżanta Kyle’a Reese’a (Jai Courtney) ma być ochrona matki Connora, Sarah (Emilia Clarke) przed terminatorami wysłanymi z przyszłości. Jednakże rzeczywistość roku pańskiego 1984 totalnie zaskakuje młodego żołnierza.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Nie da się ukryć, że niektóre rebooty mają poważne uzasadnienie i w końcowym efekcie wychodzą na dobre całej serii. Za najlepszy przykład może posłużyć solidny "Star Trek" w reżyserii J.J. Abramsa, który dzięki sprytnemu zagraniu scenariuszem otworzył całą gamę nowych możliwości – niby błaha zabawa podróżami w czasie, ale jednakże rozpoczynająca całkowicie nową linię czasową. I takie właśnie rebooty rozumiem! O ile "Star Trek" koniecznie potrzebował rewitalizacji, o tyle "Terminator", będąc klasą samą w sobie, moim zdaniem broni się do dzisiaj w pierwotnej formie. Niemniej, jak już doskonale wiemy, hajs się musi zgadzać, a przecież wykorzystanie sprawdzonej marki jest o wiele mniej ryzykowne niż lokowanie środków w nowe przedsięwzięcie (vide miliony monet utopione w "Johnie Carterze"). Jednakże w nowym "Terminatorze" ktoś widocznie zapomniał przed kręceniem sprawdzić sensowność scenariusza, bowiem w trakcie seansu widz dziwi się niczym Kyle Reese. Trudno nie wspomnieć o poważnych lukach w fabule, które nie zostają w żaden sposób uzasadnione (m.in.: Kto i kiedy wysłał T-800 do 1973 roku by chronił małą Sarah? W jaki sposób Sarah i T-800 byli w stanie zbudować wehikuł czasu w 1984 roku? Jak to się stało, że Sarah i Kyle przenieśli się do 2017 roku tuż przed premierą systemu operacyjnego?). Gdyby zastanowić się nad aktualna sytuacją bohaterów, którzy podróżują do roku 2017, to po prostu mózg rozjebany. Kolejna podróż w czasie powinna bowiem wydatnie wpłynąć na egzystencję Johna Connora, który de facto powinien przestać istnieć. Aczkolwiek w tej części logika zdarzeń nie ma większego znaczenia, gdyż liczy się jedynie wartka akcja i nachalne CGI.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Z nieukrywanym żalem patrzyłem jak najnowsza odsłona "Terminatora" zamienia się w dzieło pokroju "The Avengers". Odkąd fabuła przestała mieć jakikolwiek sens, liczą się wyłącznie efekty specjalne, które naprawdę mogą przytłoczyć jedynie swoim bezsensem. Męczące efektownością, przegięte do granic możliwości i kompletnie nic nie wnoszące pościgi potrafią wywołać jedynie znużenie. Tsunami CGI niemal wylewa się z ekranu, wywołując dosyć smutne refleksje nad wyschniętym truchłem tradycyjnych efektów specjalnych. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie: czy mimo upływu niemal ćwierćwiecza T-1000 naprawdę wygląda lepiej niż w 1991 roku? Ponadto w filmie takiego kalibru nie spodziewałem się tak ordynarnego product placement – co najmniej dwa, całkowicie zbędne ujęcia, wyraźnie pokazują jaką markę butów nosi Kyle Reese. Co ciekawe chociaż wraz z bohaterami podróżujemy w czasie to nie potrafiłem dostrzec praktycznie żadnych różnic między rokiem 1984, 1997 oraz 2017. Zatem wielkie brawa za tak zróżnicowaną scenografię. Naprawdę trudno wskazać mi jakiekolwiek plusy. Jedyny pozytyw nasuwający się na myśl to ścieżka dźwiękowa.
źródło: http://www.terminatormovie.com
Jakie motywy kierowały twórcami, aby w roli Kyle’a Reese’a obsadzić Jaia Courtneya? Naprawdę nie mam pojęcia. Jakież zasługi i potencjał ma aktor, który tak brawurowo wcielił się w postać Jacka MacClane’a w piątej odsłonie "Die Hard"? Serio? Widocznie pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrozumieć. Reese w wykonaniu Australijczyka to postać wysoce irytująca z powodu permanentnego stanu zdziwienia, w którym się znajduje. Praktycznie zero aktorstwa i emocji. Kurwa, jakże tęsknię za Michaelem Biehnem! Kompletnie brakuje chemii z Sarah, w którą z kolei wciela się Daenerys Zrodzona z Burzy Emilia Clarke. Przy całej mojej sympatii dla tej aktorki muszę jednakże stwierdzić, że jest to chyba najbardziej irytująca Sarah Connor, jaką oglądałem w swoim życiu. Nieunikniony romans pary głównych bohaterów wydaje się kompletnie nierealistyczny i wymuszony przez scenariusz. Jason Clarke jako John Connor wypadł całkiem w porządku, niemniej od momentu gdy zamienił się w hybrydę człowieka i maszyny, znalazł się na wyraźniej tendencji spadkowej. Arnold Schwarzenegger po raz kolejny brawurowo wcielił się w podstarzałego Terminatora i dał radę nawet pomimo, że twórcy zrobili niemal wszystko, aby obalić spiżowy pomnik, który wystawił sobie dwoma pierwszymi częściami (m.in. poprzez nazywanie elektronicznego mordercy Dziadkiem). Z ważniejszych ról drugoplanowych warto odnotować solidny występ J.K. Simmonsa, wcielającego się w zapijaczonego policjanta.
źródło: http://www.terminatormovie.com
"Terminator Genisys" stanowiłby dla mnie jeden z największych filmowych zawodów ostatnich lat. Stanowiłby, gdybym po filmie Alana Taylora spodziewał się czegokolwiek dobrego. Niemniej, z ogromnym żalem patrzyłem na kolejną próbę zniszczenia legendy elektronicznego mordercy, tym razem mającą na celu reboot serii w stylu "Avengers". Przy okazji kasowych bohaterów Marvela należy pamiętać, że w napisach końcowych ukryta została scena, która burzy idylliczne zakończenie i potwierdza hipotezę, że przeznaczenia  jednak nie można zmienić (przynajmniej do kolejnej części). Naprawdę, dajcie wreszcie odejść Arnoldowi na zasłużoną emeryturę…
źródło: http://www.terminatormovie.com
Ocena: 3/10 (chociaż nie wiem za co tak wysoka nota).

wtorek, 28 lipca 2015

"Child 44" ("System")



Na wstępie muszę przyznać, że do obejrzenia "Child 44" (w Polszy znanego jako "System") zachęciły mnie dwa główne czynniki. Po pierwsze oczywiście obsada. Gary Oldman zalicza się od dawna do grona moich ulubionych aktorów, ale i przecież Tom Hardy dzięki genialnym rolom (m.in. "Bronson", "Locke") niedawno wjechał na aktorski Parnas. Druga przyczyna charakteryzuje się natomiast zgoła odmienną naturą. O ile obsadę można bezapelacyjnie uznać za rzecz pozytywną, to totalnie hejterska recenzja filmu Daniela Espinosy z portalu film.org.pl znajduje się na kompletnie przeciwstawnym biegunie. Tekst stworzony w momencie, gdy "System" hulał w polskich kinach ocieka takim jadem i żółcią, że można pomyśleć, iż twórcy osobiście skrzywdzili biednego recenzenta (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj?) albo pisał recenzję na zamówienie GRU. Wiadro wylanych pomyj i ocena 1/10. Serio? Ja nie potrzebuję lepszej rekomendacji! Gwoli sprawiedliwości muszę napisać jednak, że scenariusz filmu oparto na zapewne bestsellerowej powieści Toma Roba Smitha. Dlaczego zapewne? Nie mam zwyczaju czytać tego rodzaju książek, których rocznie powstają zapewne setki, a ponadto słowo bestsellerowy już dawno straciło pierwotne znaczenie.
źródło: http://www.impawards.com
Przenieśmy się zatem w mroczne czasy ZSRR, kiedy hartowała się stal. Z początkowych napisów dowiadujemy się jak okrutną zbrodnią była kolektywizacja wsi na Ukrainie. Utraciwszy rodzinę nasz młody bohater ucieka z radzieckiego ośrodka wychowawczego, by w lesie spotkać szlachetny oddział Armii Czerwonej. Czerwonoarmiści, powszechnie znani z dobroci i współczucia, przyjmują chłopca w swoje szeregi, nadając mu nowe, dumne imię. Kilka lat później dorosły Leo Demidov (Tom Hardy) w nagrodę za niebywałą odwagę w trakcie szturmu Reichstagu dostaje przywilej zatknięcia czerwonego sztandaru na nazistowskim gmachu. Właściwa fabuła rozgrywa się jednakże dopiero w 1953 roku. Leo, służący obecnie w MGB (Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR), zajmuje się tropieniem wrogów ludu radzieckiego. Ponieważ jest prawdziwym pro, zwykle otrzymuje niebanalne zadania. Idylliczne życie naszego bohatera komplikuje się jednakże w momencie, gdy małoletni syn jego wiernego kompana Alekseja (Fares Fares) umiera w niewyjaśnionych okolicznościach.
źródło: http://www.fandango.com
O "Systemie" można napisać wiele złego, aczkolwiek moim zdaniem absolutnie nie jest to film zasługujący na najniższą ocenę. Oczywiście twórcy przedstawili dosyć specyficzną wizję Związku Radzieckiego i w zasadzie za takie podejście powinny spaść na nich największe gromy. Jakkolwiek to zabrzmi, w filmie Espinosy w ogóle nie udało mi się odnaleźć klimatu sowieckiej Rosji z początku lat 50-tych ubiegłego stulecia. Co więcej: chociaż akcja rozgrywa się w 1953 roku to nikt nawet przez chwilę nie zająknął się o śmierci Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego, a jakoś nie udało mi się dostrzec choćby jednego elementu żałoby. I proszę mi tu nie podnosić argumentów w stylu O kulcie jednostki i jego następstwach, gdyż Nikita Chruszczow wygłosił swój słynny referat dopiero trzy lata później. Dlaczego fabuła rozgrywa się w tak ważnym dla komunizmu roku, a w filmie brakuje choćby najmniejszego odniesienia do epokowej śmierci Człowieka ze Stali, o którym nawet na skałach faszystowskiej Hiszpanii chłopi pisali: Stalin to pokój? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Według mnie nie istnieje żadne logiczne uzasadnienie wyboru akurat roku 1953. Brak odniesień w głównej intrydze, brak odniesień w życiorysach bohaterów – a zatem jeszcze raz: dlaczego 1953 rok?
źródło: http://www.fandango.com
Związek Radziecki w oczach twórców to jakby jeszcze bardziej szara i uboga wersja Dystryktu XII z "The Hunger Games". Ogólnie jest smutno, biedno, wszędzie agenci wszechwładnego Kapitolu Politbiura tropiący wrogów władzy ludowej. Z wyjątkiem szlachetnych żołdaków z Armii Czerwonej pracownicy MGB to wyłącznie degeneraci oraz bezwzględne potwory, które pragną jedynie zaspokajać swoje chore ambicje. Czasy to okrutnie i nie można okazywać litości, nawet gdy trzeba zadenuncjować nawet własną małżonkę (chociaż w tym przypadku Politbiuro było dosyć łaskawe – Wolsk to przecież nie jest katorga na Kołymie!). O ile to akurat ma pewne uzasadnienie to jednak kompletnie nie przekonała mnie filmowa scenografia. Praga jeszcze jako tako udaje Moskwę, ale gdy wraz z bohaterami podróżujemy przez bujne lasy do Wolska od razu pomyślałem: toż to niechybnie muszą być okolice Vancouver! Jak się później okazało trochę przegiąłem, ponieważ film kręcono w Czechach. Fabularnie jest niestety jedynie co najmniej miałko. Śledztwo nie składa się z logicznie następujących po sobie etapów, a jedynie randomowych zdarzeń, które w zasadzie nie mają ze sobą większego związku. Ostatnia faza dochodzenia to już jednakże prawdziwa tragedia: wyobraźcie sobie bowiem parę bohaterów beztrosko przemierzających Związek Radziecki w poszukiwaniu bezwzględnego mordercy (oczywiście nie mogło zabraknąć mrożącego krew w żyłach finału z obowiązkową pogadanką o motywach zbrodni). Finał w stylu wszystko jest w porządku, źli ukarani odbierać można jedynie jako całkowity absurd (w rzeczywistości wszyscy bohaterowie zapewne zakończyliby żywoty na Łubiance albo, przy bardziej łaskawym podejściu Politbiura, wyjechali na długie, kołymskie wakacje). Takie rozwiązanie trąci najczystszym amerykańskim podejściem do tematu i kompletnie rujnuje całokształt "Systemu". Warto zwrócić również uwagę na pewną irytującą niekonsekwencję. Chociaż większość aktorów mówi po angielsku z rosyjskim akcentem, to jednak niewielka część wykonawców grających rosyjskojęzyczne postacie wysławia się normalną angielszczyzną, co powoduje u widza totalną konfuzję.
źródło: http://www.fandango.com
O ile film jest niezaprzeczalnie słaby i wypełniony mieliznami fabularnymi, o tyle podobała mi się rola Toma Hardy’ego. Leo Demidov w jego wykonaniu to naprawdę fajna postać, którą można polubić mimo niezaprzeczalnego czerwono-armijnego rodowodu oraz wypełnionej sukcesami kariery w MGB. Spojrzenia, drobne gesty oraz znakomicie udawany rosyjski akcent po raz kolejny potwierdzają aktorską klasę Hardy’ego. Jeśli chodzi natomiast o Noomi Rapace to mam zdecydowanie mieszane uczucia. Rola Raisy to zdecydowanie nie jest aktorski Parnas, ale nie ma też większego dramatu. Liczyłem, że na drugim planie ponownie rozbłyśnie gwiazda Gary’ego Oldmana (gen. Nesterov), ale niestety miałkość jego postaci nie pozwalała mu zrobić niczego wielkiego. Ot, po prostu radziecki komisarz Gordon w sowieckiej fantazji Gotham City. Fajnie wypadł natomiast Fares Fares wcielający się w wiernego kompana Leo, Aleksieja oraz Jason Clarke (Brodsky). Mogę jedynie wyrazić ubolewanie, że role Joela Kinnamana (Vasili) oraz Vincenta Cassela (mjr Kuzmin) są tak okrutnie jednowymiarowe. Pod koniec filmu kompletnie zaskoczyło mnie pojawienie się Tywina Lannistera Charlesa Dance’a (którego de facto bardzo lubię). Aktor o aparycji dumnego brytyjskiego admirała grający majora MGB? Przepraszam bardzo, ale coś tutaj chyba nie pasuje…
źródło: http://www.fandango.com
Chociaż w "Systemie" wiele rzeczy poszło nie tak, to gorąco zachęcam Was do obejrzenia filmu Daniela Espinosy. Nie co dzień można bowiem obejrzeć tak pokraczną i stereotypową wizję Związku Radzieckiego stworzoną przez Hollywood. Przegapić taką szansę to jak być w Armii Czerwonej i nie ukraść niczego. Ocena niestety nie najniższa (w zasadzie podniesiona za aktorstwo Hardy’ego), aczkolwiek mam nadzieję, że Politbiuro będzie łaskawe.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 4/10.

środa, 15 kwietnia 2015

"Zero Dark Thirty"



Macie świadomość co robiliście 11 września 2001 roku, a dokładniej w jakich okolicznościach dowiedzieliście się o WTC? Ja pamiętam bowiem doskonale to zachmurzone, wtorkowe popołudnie. Wróciwszy z mniej więcej ośmiogodzinnej katorgi w liceum (akurat na koniec było chyba PO) włączyłem telewizor, żeby zobaczyć obrazy rodem z hollywoodzkiego kina katastroficznego. Samoloty pasażerskie niszczące wieże WTC to jeden z najbardziej wstrząsający widoków mojego życia. Oczywiście zaraz mogą odezwać się zwolennicy wszelkiej spiskowej teorii dziejów, ale mam dla Was jedną odpowiedź: światem i tak rządzą oczywiście Żydzi inteligentne delfiny. Bez wątpienia 11 września 2001 roku zapoczątkował zmiany, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez długie lata. Idylliczna, zamorska ojczyzna Wuja Sama otrzymała spektakularnego liścia od Osamy/Usamy, a kilka lat później podobny los spotkał Madryt oraz Londyn (choć już nie było aż tak spektakularnie). Epilog historii z początku maja 2011 roku znają wszyscy. Nie może zatem dziwić, że niemal dziesięcioletnia obława zakończona ostatecznie sukcesem dosyć szybko stała się przedmiotem zainteresowania Hollywood. Zatem, Drodzy Czytelnicy, przed Wami "Zero Dark Thirty" w reżyserii Kathryn Bigelow.
źródło: http://www.impawards.com
"Zero Dark Thirty" to niemal dokumentalna kronika, trwającego niemal dekadę, żmudnego polowania na Osamę bin Ladena. Zespół analityków CIA pod wodzą Josepha Bradleya (Kyle Chandler) bada wszelkie tropy mogące doprowadzić do ujęcia lub eliminacji legendarnego przywódcy Al-Ka’idy. Wkrótce na pierwszy plan wysuwa się Maya (Jessica Chastain) rozpracowująca Abu Ahmeda, nieuchwytnego i niemal mistycznego kuriera Osamy.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
W początkowym zamierzeniu twórców "Zero Dark Thirty" miało przedstawiać nieudaną, dziesięcioletnią pogoń za Osamą, zakończoną bitwą w Tora Bora. Niestety dla pierwotnego projektu, jak na złość, w międzyczasie udało się zlikwidować najgroźniejszego terrorystę świata, więc Mark Boal został zmuszony do zaktualizowania scenariusza filmu. Jeśli spodziewacie się po "Zero Dark Thirty" widowiskowości, rozpierdolu oraz wartkiej akcji to porzućcie wszelką nadzieję. Nie oznacza to oczywiście, że z produkcji Kathryn Bigelow wieje nudą, ponieważ ogląda się ją świetnie, ale po prostu fabuła rozwija się dosyć mozolnie. To nie jest kino szpiegowskie pokroju Bourne’a, Bonda czy "Mission: Impossible". "Zero Dark Thirty" o wiele bardziej zbliżone jest do znakomitego, stonowanego "Tinker Tailor Soldier Spy". Na ekranie oglądamy zatem typową pracę analityków CIA: niekończące się, czasem brutalne przesłuchania potencjalnych talibów, analizy zdjęć, filmów, nagrań i wszelkiego rodzaju materiałów otrzymanych od zaprzyjaźnionych wywiadów czy też żmudne obserwacje podejrzanych osobników wsparte przez najzwyklejsze w świecie szczęście. W tym momencie warto zwrócić uwagę na kwestię tortur, która jeszcze niedawno rozpalała światową opinię publiczną (o ile coś takiego w ogóle istnieje). Razem z bohaterami zwiedzamy bowiem tzw. CIA black sites, w których przetrzymywani i przesłuchiwani są ludzie podejrzewani o przynależność lub związki z Al-Ka’idą (co ciekawe jednym z tychże miejsc jest statek zacumowany w Gdańsku). Oczywiście, potencjalni terroryści są brutalnie torturowani, aby zaczęli się pucować. Dziwnym nie jest zatem, że lewacy oraz wszelacy zwolennicy praw człowieka zaczęli się oburzać, że "Zero Dark Thirty" gloryfikuje niehumanitarne metody działania CIA. Osobiście żywię głębokie przekonanie, że jeżeli chcecie żyć na pewnym poziomie i nie bać się wsiadać do autobusu, ponieważ ktoś może nagle krzyknąć Allahu akbar! i zakończyć Wasz trud to pewne działania powinny pozostać w cieniu i nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Z pewnością ogromnym plusem "Zero Dark Thirty" jest chłodne podejście do tematu. Nie ma tu niepotrzebnych hektolitrów patosu, za rodinu za Stalinu for freedom, for America itp. Po prostu oglądamy solidną robotę analityków, która ma na celu wskazanie celu do eliminacji, czy to dronom czy Navy SEALs. Długa sekwencja unieszkodliwienia Osamy wypada bardzo ciekawie, aczkolwiek miałem o wiele większe oczekiwania. Niestety ten idealny niemal obrazek psuje kilka aspektów, które jeżeli wydarzyły się naprawdę to kładą się cieniem na działalności CIA. Nie wspominam tutaj nawet o tym, że informacje o torturowaniu więźniów ujrzały światło dzienne, ponieważ to zupełnie inna historia. Śmierć jednej z bohaterek filmu jest tak idiotyczna, że szkoda słów (słynny zamach w bazie Chapman 30 grudnia 2009 roku). Złamawszy niemal wszelkie procedury bezpieczeństwa wykazała się dziecięcą naiwnością i bezwarunkową wiarą w dobre intencje, która jest po prostu niedopuszczalna na tym poziomie gry. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby kara dotknęła tylko jedną osobę, ale wskutek beztroski zginęło kilku pracowników Agencji. Przecież jak mówi stare, czekistowskie przysłowie: zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Druga sprawa: w jaki sposób Maya uniknęła śmierci w trakcie ataku zamachowców? Czy kuloodporne szyby mogą powstrzymać serie z karabinów szturmowych oddane z odległości mniej więcej dziesięciu metrów? Czy reszta samochodu również była opancerzona? Ostatnia kwestia: kto wpadł na pomysł by nieuzbrojeni pracownicy Agencji jeździli sobie beztrosko po pakistańskich ulicach? Naprawdę, moim zdaniem nie potrzebna jest szczególnie wysublimowana wyobraźnia, aby przewidzieć jak to może się skończyć.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Na szczęście pod względem aktorskim nie ma lipy. Jessica Chastain stworzyła bardzo ciekawą postać, pozbawioną kompletnie życia prywatnego i zainteresowań nie związanych z wykonywanymi obowiązkami. Maya z czasem coraz bardziej pogrąża się w obsesji odnalezienia Abu Ahmeda i to doskonale widać na ekranie. Skłonność do histerii, szantażowanie przełożonych oraz niemal niczym nieuzasadniona wiara we własne przekonania to typowe elementy charakteryzujące osobowość głównej bohaterki. Na drugim planie jest równie ciekawie. Znakomicie zaprezentował się Jason Clarke, wcielający się w Dana, specjalistę od brutalnych przesłuchań. Do pewnego momentu bardzo lubiłem postać Jennifer Ehle (Jessica), ale postanowiła za bardzo być w ignorancji podobna do brzasku. Dobrą robotę robią również Kyle Chandler, James Gandolfini, Mark Strong, Joel Edgerton czy Chris Pratt.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
"Zero Dark Thirty" trwa ponad dwie i pół godziny, ale praktycznie wcale nie nuży, a przecież opowiada historię, której finał zna każdy z nas. Produkcja Kathryn Bigelow nie jest może filmem aż tak wybitnym jakby chcieli krytycy, aczkolwiek nie sposób nie docenić solidności tegoż obrazu. Z perspektywy czasu niezmiernie ubolewam, że tak długo zbierałem się do projekcji, aczkolwiek z pewnych względów (czekistowska przeszłość) zawsze sceptycznie podchodzę do hollywoodzkich przedsięwzięć dotyczących amerykańskich kwestii polityczno-wojskowych. Tym razem obawy były wyjątkowo płonne, więc jeżeli nie obejrzeliście jeszcze "Zero Dark Thirty" to szczerze polecam!
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Ocena: 7/10.

środa, 18 grudnia 2013

"The Great Gatsby" (2013)

Kiedy na ekrany polskich kin wchodził "The Great Gatsby", na przekór postanowiłem nie wybrać się na seans i w domowym zaciszu przeczytać powieść Francisa Scotta Fitzgeralda z 1925 roku. Chociaż wcześniej nie miałem żadnej styczności z twórczością tegoż pisarza, bardzo chciałem się wreszcie dowiedzieć kim jest legendarny Jay Gatsby. Przyznam szczerze, że gdy wówczas przerzucałem kolejne kartki książki, nie odczuwałem wielkiego zachwytu. Oczywiście, doceniałem wysoki poziom literacki Fitzgeralda, niemniej brakowało mi pierwiastka boskości, który uczyniłby powieść nieśmiertelną. Jednakże z perspektywy czasu zacząłem patrzeć troszkę inaczej na "Wielkiego Gatsby'ego" i czuć do niej coraz większą sympatię. W zasadzie przełomowym momentem w tym procesie była projekcja najnowszej ekranizacji, którą wyreżyserował Baz Luhrmann, odpowiedzialny m.in. za wysoce oryginalną wersję "Romeo i Julii" czy też "Moulin Rouge!". Spodziewałem się zatem, że będzie niestandardowo i po seansie mogę stwierdzić, że Luhrmann tym razem mnie nie zawiódł. Gwoli ścisłości dodam, że niestety nie oglądałem ekranizacji z 1974 roku z Robertem Redfordem, ale z tego co widzę na IMDb oceny ma nie najlepsze. Niemniej zestawienie dwóch różnych wizji mogłoby być całkiem ciekawe.
źródło: http://www.impawards.com
Podobnie jak w powieści, narratorem "The Great Gatsby" jest Nick Carraway (Tobey Maguire). Losy głównych bohaterów przedstawiono jako reminiscencję naszego bohatera, który na prośbę swojego psychiatry po latach spisuje dzieje burzliwej młodości. Tuż po studiach Nick przyjeżdża do Nowego Yorku by podjąć pracę na Wall Street. Jak się wkrótce okazuje jego najbliższym sąsiadem jest niemal mityczny i niezwykle tajemniczy Jay Gatsby (Leonardo DiCaprio), słynący z najlepszych i najbardziej epickich melanży w całym mieście. Szczęście nie opuszcza naszego bohatera: na jednym z epickich melanży poznaje osobiście gospodarza, który obdarza go zaufaniem i swoją przyjaźnią. Nick stając się towarzyszem Gatsby'ego z czasem zaczyna poznawać jego najgłębsze sekrety.
Picture me rollin' in my 500 Benz..
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Początek filmu nie zwiastował niczego niezwykłego. Fajnie, że napisy początkowe z logiem wytwórni nawiązywały do produkcji z lat 20-tych ubiegłego stulecia. Niemniej zaraz po spokojnym starcie widz zostaje rzucony na naprawdę głęboką wodę. Wszystko w "The Great Gatsby" epatuje nowoczesnością – od zawrotnego sposobu kręcenia filmu po współczesną muzykę, która towarzyszy bohaterom. Początkowo czułem się naprawdę dziwnie, ale z czasem przyzwyczaiłem się do wizji Baza Luhrmanna. W szczególności przekonała mnie scena, w której Nick jadąc autem mija automobil wypełniony ludnością afroamerykańską sączącą Moët, a w tle słyszymy Shawna Cartera we własnej osobie (jakby ktoś nie wiedział jest to Jay-Z). Imponujące! Druga rzecz, która uderza w "Wielkim Gatsbym" to przepych i bogactwo. To już nie jest zwykły ukłon w stronę bling blingu. Gdybym miał wskazać film, który najlepiej oddaje sens szczytnej idei jebać biedę to bez wahania wybieram produkcję Luhrmanna, która niemal ocieka złotem. Jako, że sam obecnie znajduję się na pewnym etapie życiowych przewartościowań to potrafię docenić próby wypełnienia każdego kadru tonami hajsu. Najwięcej tego rodzaju zabiegów oglądamy w czasie epickich melanży u Gatsby'ego – to, co się tam dzieje przechodzi ludzkie pojęcie! Wygląd samej posiadłości jest naprawdę oszałamiający! Wszystko co dotychczas widziałem w MTV Cribs nie umywa się do kwadratu Gatsby'ego. Twórcy wyjątkowo się postarali, aby ich bohater zyskał sławę najbardziej hojnego gospodarza w NY.
Epicki kwadrat Gatsby'ego
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Jakoby dla kontrastu z bling blingowym życiem bohaterów, Fitzgerald wprowadził do książki Dolinę Popiołów. Luhrmann przedstawił to miejsce jako totalny syf, coś w rodzaju brudnego i czarnego Ślunska. Pod względem wizualnym te dwa miejsca dzieli prawdziwa przepaść, niemniej naturalistyczne ukazanie biedy sprawia, że "The Great Gatsby" nie jest jedynie laurką dla bogactwa i splendoru. W zasadzie film epatuje bardzo poważną tonacją. W zależności od podejścia możemy bowiem uznać Gatsby'ego za prawdziwego człowieka z nadziei, psychopatycznego stalkera lub też osobę owładniętą obsesją wzbogacenia się za wszelką cenę. Tak naprawdę dopiero po obejrzeniu filmu Luhrmanna zacząłem naprawdę doceniać książkę Fitzgeralda. I za to właśnie twórcom należą się ogromne brawa!
Wilson reprezentuje biedę.
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Wielka siła spoczywa również w obsadzie. Co prawda Tobey Maguire kompletnie mi nie leży, aczkolwiek jest niemal uosobieniem każdej ułomności książkowego Nicka. Podobnie jak swój literacki pierwowzór momentami zachowuje się jak kompletny debil i równie często pociesznie nie ogarnia sytuacji. Z powodu wrodzonej ułomności tej postaci miałem w dupie jej los. Na szczęście film kradnie Leonardo DiCaprio – każda scena, w której się pojawia nosi znamiona wybitności. Ponadto aktor genialnie oddał całą książkową głębię postaci Gatsby'ego – a nie było to wcale łatwe zadanie. Świetnie dobrano również Joela Edgertona do roli Toma Buchanana – po prostu idealnie wpasowuje się w koncepcję tej postaci. Po oklaskach dla panów przejdźmy do płci pięknej. Carey Mulligan jako Daisy jest po prostu urzekająca! Dokładnie w ten sposób wyobrażałem sobie żonę Buchanana. Wielkie brawa! Elizabeth Debicki także dobrze pasuje do roli Jordan, niemniej moim zdaniem jej postać najbardziej ucierpiała w stosunku do literackiego pierwowzoru (straszliwe okrojono jej relacje z Nickiem). Jeśli chodzi natomiast o drugi plan mam dwóch faworytów: absorbujący w 100% uwagę widza Amitabh Bachchan (Meyer Wolfsheim) oraz grający trochę przygłupa Jason Clarke (Wilson).
Kwiatowy przepych.
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
"The Great Gatsby" to naprawdę solidne kino z momentami błysku. Długo zastanawiałem się jaką ocenę wystawić. Zaraz po wyjściu z sali kinowej byłem pewien, że film Luhrmanna ma 6/10 pewne jak w banku. Niemniej gdzieś w odmętach umysłu świtała myśl: a może zasłużył na więcej? I rzeczywiście po namyśle i rewizji stosunku do książki Fitzgeralda postanowiłem wystawić jedną gwiazdkę wyżej. Wracając jeszcze na chwilę do porównania literackiego pierwowzoru i filmu to generalnie większych odstępstw nie uświadczyłem (z wyjątkiem wspomnianego okrojenia postaci Jordan oraz kosmetycznych zmian w końcówce). Tym samym należy docenić wysiłek twórców, którym pomimo ogromnych pokładów nowoczesności udało się zachować wymowę oryginału. Jeśli więc macie ochotę na tony złota, bling bling w wersji mega, epatowanie hajsem i marzycie by pić Moët na śniadanie (tak jak ja) to lepszego filmu nie znajdziecie.
Party hard!
(źródło: http://thegreatgatsby.warnerbros.com/)
Ocena: 7/10.