Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jennifer Ehle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jennifer Ehle. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Fifty Shades of Grey"



Pięćdziesiąt twarzy Greya – literacki fenomen, a zarazem pierwsza część bestsellerowej trylogii, która przyniosła E. L. James ogólnoświatowy fame oraz miliony monet. Książka tak wybitna, że sprzedawała się lepiej niż Insygnia śmierci J. K. Rowling! A jednocześnie powieść ogromnie kontrowersyjna, wypełniona bowiem sadomasochistycznym seksem, poniżaniem uległego partnera oraz wszelkimi seksualnymi perwersjami jakie tylko możecie sobie wymarzyć! Plus gejzery spermy tryskające ze stronic, błyskotliwe dialogi, oryginalna fabuła i nieoczekiwane zwroty akcji! No dobrze, dajmy już spokój fantazjom o tym, jak mogłoby wyglądać Pięćdziesiąt twarzy Greya, gdyby nie powstało pod wpływem wysoce niezdrowej fascynacji sagą Zmierzch (co już samo w sobie jest wystarczająco dyskwalifikujące). Jeśli chodzi o moje kontakty z twórczością E. L. James to zatrzymałem się na przeczytaniu kilku fragmentów – naprawdę, wybaczcie, ale nie dałem rady więcej. Przecież kiedyś, siedząc przy barowym kontuarze w Rotundzie, rzekłem: Chcecie czytać książki wypełnione seksem? Sięgnijcie choćby po Charlesa Bukowskiego (niemal wszystko, co napisał), Henry’ego Millera (w szczególności Zwrotnik Raka oraz Zwrotnik Koziorożca) czy Pedro Juana Gutiérreza (Brudna trylogia o Hawanie). Pojawia się tylko jeden problem: dla większości społeczeństwa przygody biednych ludzi nie są aż tak fascynujące jak perypetie wyimaginowanego tajemniczego multimilionera. Mimo wszystko postanowiłem obejrzeć ekranizację powieści E. L. James, abym dysponował solidnym uzasadnieniem dla późniejszego hejtu. Ponieważ sam prawdopodobnie nigdy nie zdzierżyłbym tego rodzaju tematyki na tak marnym poziomie (próby samobójcze tak bardzo realne) zapewniłem sobie wsparcie na krytyczne momenty – Grażko, pięknie dziękuję za cierpliwość oraz bieżący komentarz do filmowych wydarzeń!
http://www.impawards.com
"Pisiont Pięćdziesiąt twarzy Greya" to opowieść o Anastazji (Dakota Johnson), młodej i niewinnej studentce literatury angielskiej, która zastępując koleżankę przypadkowo poznaje tajemniczego milionera Christiana Greya (Jamie Dornan). Jak dziecinnie łatwo przewidzieć nasza bohaterka ostro zajawia się na utalentowanego biznesmena (hajs, hajs, hajs – tak to czytaj), ale i on sam nie pozostaje obojętny na jej dziewicze (sic!) wdzięki. Z obopólnej fascynacji wkrótce rodzi się nietypowy związek, opierający się na sadomasochistycznej relacji między panem a uległą mu partnerką.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Na początek ogromne zaskoczenie: "Fifty Shades of Grey" trwa ponad dwie godziny! Nie byłoby w tym może nic niezwykłego, gdyby film potrafił zainteresować widza fabułą, ale zamiast tego w końcowych scenach niemal odpadłem ze znużenia. Chociaż dzieło Sam Taylor-Johnson (kompletnie no-name’owa reżyserka) oglądałem całkiem niedawno to nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego poza wszechogarniającą otchłanią nudy okraszoną jednymi z najgorszych dialogów w dziejach kinematografii. Gdzie się podziały jakiekolwiek perwersje? Rozumiem, że moje spojrzenie na preferencje seksualne może i jest dosyć wypaczone (o wiele za wczesne spotkanie z twórczością markiza de Sade), ale nawet z perspektywy zwykłego człowieka nie potrafię dostrzec niczego kontrowersyjnego. Oczywiście mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy uznają związanie Anastazji i wymierzenie jej sześciu batów za okrutne oraz zdemoralizowane praktyki BDSM, godne największych seksualnych degeneratów wywodzących się zapewne z kręgów ultraliberalnej żydomasonerii (echa Cmentarza w Pradze Umberto Eco). Po za tym, jak na film o brutalnym i dzikim seksie, "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zaskakuje mizernym poziomem nagości. Pod tym względem o wiele lepiej wypadają niektóre odcinki "Gry o tron", "True Blood", a porównanie do "Spartakus: Blood and Sand" nie ma najmniejszego sensu. I za te mizerne okruchy kategoria od 16 lat? Naprawdę?
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiadomo oczywiście, że całą odpowiedzialność za fabularne ułomności "Pięćdziesięciu twarzy Greya" ponosi E. L. James. Niemniej jak dowiódł William Monahan w "London Boulevard" można zrobić z gówna pomarańczę (w tym przypadku z marnej powieści Kena Bruena). Tutaj nikt nawet nie podjął próby, która de facto przy tym poziomie, z góry skazana była na monstrualną porażkę. Po seansie mocno zacząłem się zastanawiać kiedy Christian Grey ma czas na pracę, ponieważ większość filmu zajmuje uganianie się za Anastazją (jak ostatnio słyszałem na mieście: tylko dupy mu w głowie). Czy zatem w tym bezkresnym oceanie gówna można znaleźć cokolwiek przypominającego pomarańczę? W zasadzie jedyny plus, który jestem w stanie wymienić, to naprawdę ładne zdjęcia Vancouver oraz Seattle. Ścieżka dźwiękowa po prostu leci w tle, nie wyróżniając się niczym szczególnym.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ileż to mówiło się o obsadzie "Pięćdziesięciu twarzy Greya"! Któż zagra Christiana, a kto wcieli się w Anastazję? Spekulacje nie miały końca i jak zwykle w takim przypadku efekt jest totalnie mizerny. Jamie Dornan może i wygląda nieźle pod względem fizycznym (chociaż nie mnie to oceniać), ale jakoś nie przełożyło się to na tajemniczość Christiana Greya. Po prostu bogaty koleś, który lubi lekko perwersyjny seks – co oczywiście nie wynika z jego nienormalności, lecz skrzywdzenia w nastoletnim wieku przez koleżankę przybranej matki. Na dodatek Dakota Johnson nie zachwyca ani urodą ani tym bardziej grą aktorską, więc pod względem występu pary głównych odtwórcy film leży na łopatkach. Na drugim planie nie dzieje się kompletnie nic ciekawego. Wcielająca się we współlokatorkę Anastazji Eloise Mumford w roli sypkiej studentki wygląda tak samo wiarygodnie jak Channing Tatum oraz Jonah Hill w "22 Jump Street" (przy czym oni byli przynajmniej zabawni). Z ciekawostek warto odnotować, że w siostrę Greya wciela się piosenkarka albańskiego pochodzenie Rita Ora, ale oczywiście nie wnosi niczego ponad przeciętność.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Wiele hałasu o nic – to najlepsze podsumowanie "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Film jest nad wyraz przeciętny i pozbawiony jakichkolwiek elementów wywołujących kontrowersje (szkoda, że nie dostał jeszcze kategorii R), a cały szum związany z tym projektem jawi się dla mnie jako burza w szklance wody. Jestem przekonany, że gdyby nie sukces powieści E. L. James, kompletnie nikt nie zwróciłby uwagi na produkcję Sam Taylor-Johnson. Tak naprawdę jedyna rzecz, która podobała mi się w całym przedsięwzięciu to oryginalny tytuł książki. Niestety przez dwie godziny filmu oglądamy ciągle jedną i tę samą, monotonną twarz tajemniczego milionera. Obejrzyjcie albo nie – projekcja nie wzbogaci ani nie zuboży Waszej egzystencji na tym marnym łez padole.
źródło: http://www.fiftyshades-movie.co.uk
Ocena: 3/10.

środa, 15 kwietnia 2015

"Zero Dark Thirty"



Macie świadomość co robiliście 11 września 2001 roku, a dokładniej w jakich okolicznościach dowiedzieliście się o WTC? Ja pamiętam bowiem doskonale to zachmurzone, wtorkowe popołudnie. Wróciwszy z mniej więcej ośmiogodzinnej katorgi w liceum (akurat na koniec było chyba PO) włączyłem telewizor, żeby zobaczyć obrazy rodem z hollywoodzkiego kina katastroficznego. Samoloty pasażerskie niszczące wieże WTC to jeden z najbardziej wstrząsający widoków mojego życia. Oczywiście zaraz mogą odezwać się zwolennicy wszelkiej spiskowej teorii dziejów, ale mam dla Was jedną odpowiedź: światem i tak rządzą oczywiście Żydzi inteligentne delfiny. Bez wątpienia 11 września 2001 roku zapoczątkował zmiany, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez długie lata. Idylliczna, zamorska ojczyzna Wuja Sama otrzymała spektakularnego liścia od Osamy/Usamy, a kilka lat później podobny los spotkał Madryt oraz Londyn (choć już nie było aż tak spektakularnie). Epilog historii z początku maja 2011 roku znają wszyscy. Nie może zatem dziwić, że niemal dziesięcioletnia obława zakończona ostatecznie sukcesem dosyć szybko stała się przedmiotem zainteresowania Hollywood. Zatem, Drodzy Czytelnicy, przed Wami "Zero Dark Thirty" w reżyserii Kathryn Bigelow.
źródło: http://www.impawards.com
"Zero Dark Thirty" to niemal dokumentalna kronika, trwającego niemal dekadę, żmudnego polowania na Osamę bin Ladena. Zespół analityków CIA pod wodzą Josepha Bradleya (Kyle Chandler) bada wszelkie tropy mogące doprowadzić do ujęcia lub eliminacji legendarnego przywódcy Al-Ka’idy. Wkrótce na pierwszy plan wysuwa się Maya (Jessica Chastain) rozpracowująca Abu Ahmeda, nieuchwytnego i niemal mistycznego kuriera Osamy.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
W początkowym zamierzeniu twórców "Zero Dark Thirty" miało przedstawiać nieudaną, dziesięcioletnią pogoń za Osamą, zakończoną bitwą w Tora Bora. Niestety dla pierwotnego projektu, jak na złość, w międzyczasie udało się zlikwidować najgroźniejszego terrorystę świata, więc Mark Boal został zmuszony do zaktualizowania scenariusza filmu. Jeśli spodziewacie się po "Zero Dark Thirty" widowiskowości, rozpierdolu oraz wartkiej akcji to porzućcie wszelką nadzieję. Nie oznacza to oczywiście, że z produkcji Kathryn Bigelow wieje nudą, ponieważ ogląda się ją świetnie, ale po prostu fabuła rozwija się dosyć mozolnie. To nie jest kino szpiegowskie pokroju Bourne’a, Bonda czy "Mission: Impossible". "Zero Dark Thirty" o wiele bardziej zbliżone jest do znakomitego, stonowanego "Tinker Tailor Soldier Spy". Na ekranie oglądamy zatem typową pracę analityków CIA: niekończące się, czasem brutalne przesłuchania potencjalnych talibów, analizy zdjęć, filmów, nagrań i wszelkiego rodzaju materiałów otrzymanych od zaprzyjaźnionych wywiadów czy też żmudne obserwacje podejrzanych osobników wsparte przez najzwyklejsze w świecie szczęście. W tym momencie warto zwrócić uwagę na kwestię tortur, która jeszcze niedawno rozpalała światową opinię publiczną (o ile coś takiego w ogóle istnieje). Razem z bohaterami zwiedzamy bowiem tzw. CIA black sites, w których przetrzymywani i przesłuchiwani są ludzie podejrzewani o przynależność lub związki z Al-Ka’idą (co ciekawe jednym z tychże miejsc jest statek zacumowany w Gdańsku). Oczywiście, potencjalni terroryści są brutalnie torturowani, aby zaczęli się pucować. Dziwnym nie jest zatem, że lewacy oraz wszelacy zwolennicy praw człowieka zaczęli się oburzać, że "Zero Dark Thirty" gloryfikuje niehumanitarne metody działania CIA. Osobiście żywię głębokie przekonanie, że jeżeli chcecie żyć na pewnym poziomie i nie bać się wsiadać do autobusu, ponieważ ktoś może nagle krzyknąć Allahu akbar! i zakończyć Wasz trud to pewne działania powinny pozostać w cieniu i nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Z pewnością ogromnym plusem "Zero Dark Thirty" jest chłodne podejście do tematu. Nie ma tu niepotrzebnych hektolitrów patosu, za rodinu za Stalinu for freedom, for America itp. Po prostu oglądamy solidną robotę analityków, która ma na celu wskazanie celu do eliminacji, czy to dronom czy Navy SEALs. Długa sekwencja unieszkodliwienia Osamy wypada bardzo ciekawie, aczkolwiek miałem o wiele większe oczekiwania. Niestety ten idealny niemal obrazek psuje kilka aspektów, które jeżeli wydarzyły się naprawdę to kładą się cieniem na działalności CIA. Nie wspominam tutaj nawet o tym, że informacje o torturowaniu więźniów ujrzały światło dzienne, ponieważ to zupełnie inna historia. Śmierć jednej z bohaterek filmu jest tak idiotyczna, że szkoda słów (słynny zamach w bazie Chapman 30 grudnia 2009 roku). Złamawszy niemal wszelkie procedury bezpieczeństwa wykazała się dziecięcą naiwnością i bezwarunkową wiarą w dobre intencje, która jest po prostu niedopuszczalna na tym poziomie gry. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby kara dotknęła tylko jedną osobę, ale wskutek beztroski zginęło kilku pracowników Agencji. Przecież jak mówi stare, czekistowskie przysłowie: zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Druga sprawa: w jaki sposób Maya uniknęła śmierci w trakcie ataku zamachowców? Czy kuloodporne szyby mogą powstrzymać serie z karabinów szturmowych oddane z odległości mniej więcej dziesięciu metrów? Czy reszta samochodu również była opancerzona? Ostatnia kwestia: kto wpadł na pomysł by nieuzbrojeni pracownicy Agencji jeździli sobie beztrosko po pakistańskich ulicach? Naprawdę, moim zdaniem nie potrzebna jest szczególnie wysublimowana wyobraźnia, aby przewidzieć jak to może się skończyć.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Na szczęście pod względem aktorskim nie ma lipy. Jessica Chastain stworzyła bardzo ciekawą postać, pozbawioną kompletnie życia prywatnego i zainteresowań nie związanych z wykonywanymi obowiązkami. Maya z czasem coraz bardziej pogrąża się w obsesji odnalezienia Abu Ahmeda i to doskonale widać na ekranie. Skłonność do histerii, szantażowanie przełożonych oraz niemal niczym nieuzasadniona wiara we własne przekonania to typowe elementy charakteryzujące osobowość głównej bohaterki. Na drugim planie jest równie ciekawie. Znakomicie zaprezentował się Jason Clarke, wcielający się w Dana, specjalistę od brutalnych przesłuchań. Do pewnego momentu bardzo lubiłem postać Jennifer Ehle (Jessica), ale postanowiła za bardzo być w ignorancji podobna do brzasku. Dobrą robotę robią również Kyle Chandler, James Gandolfini, Mark Strong, Joel Edgerton czy Chris Pratt.
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
"Zero Dark Thirty" trwa ponad dwie i pół godziny, ale praktycznie wcale nie nuży, a przecież opowiada historię, której finał zna każdy z nas. Produkcja Kathryn Bigelow nie jest może filmem aż tak wybitnym jakby chcieli krytycy, aczkolwiek nie sposób nie docenić solidności tegoż obrazu. Z perspektywy czasu niezmiernie ubolewam, że tak długo zbierałem się do projekcji, aczkolwiek z pewnych względów (czekistowska przeszłość) zawsze sceptycznie podchodzę do hollywoodzkich przedsięwzięć dotyczących amerykańskich kwestii polityczno-wojskowych. Tym razem obawy były wyjątkowo płonne, więc jeżeli nie obejrzeliście jeszcze "Zero Dark Thirty" to szczerze polecam!
© Sony Pictures Digital Productions Inc. All rights reserved
Ocena: 7/10.