Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Peña. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Peña. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2020

"The Mule" (2018)

For what it's worth, I'm sorry for everything.

Siedziałem sobie ostatnio w błogim nastroju w wannie rozmyślając czy każdy wstęp do recenzji musi wyglądać tak samo, no chyba jednak nie, doszedłem do wniosku, siedemsetna strona opowiadań zbioru Książę Nocy Nowakowskiego Marka przecież na liczniku, a w pamięci cały czas dobrej reminiscencje prozy Myśliwskiego Wiesława znakomitej, a także kiedyś młodej nadziei pisarstwa polskiego Masłowskiej Doroty Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zawsze na propsie, w filmowym nawet wydaniu doskonała, z Szycem Borysem w Silnego pięknie roli zagranej, ale do tematu głównego powrócić należałoby, co by czytelnik zdezorientowany się nie czuł dłużej, no i ten Nowakowski, gites, grypsera, frajernia ciągle, to może by coś o przestępczości obejrzeć, o akurat na HBO GO "The Mule" się pojawił Eastwooda Clinta, legendy hollywoodzkiej w reżyserii i wykonawstwie pierwszoplanowym, o kartelach i narkotykach, to myślę sobie czemu nie, świeża pozycja, aż od koksu się bieli, nowością promieniuje, a do kina i tak nie pójdziemy ni chuja, fajnie, że do parku i lasu już można, po co było w ogóle zamykać, decyzja absurdalna i nonsensowna co najmniej, no ale to nie o tym dzisiaj tutaj piszemy, a o fabułę jeśli zaś się rozchodzi do akapitu poniższego zapraszam.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Earl Stone (Clint Eastwood) to weteran wojny w Korei, który poświęcił się całkowicie uprawie kwiatów, zyskując spore uznanie i wiele nagród w swojej branży. Jednakże z powodu wiekowości naszego bohatera oraz niedoceniania potęgi Internetu nasz botaniczny heros musi zwinąć kiedyś dobrze prosperujący biznes i zwolnić swoich wiernych Portoryków. W obliczu życiowej porażki odwiedza swoją byłą żonę Mary (Dianne West), która przygotowuje wesele ich wnuczki Ginny (Taissa Farmiga). Jeden ze znajomych dziewczyny zachęca Earla do odwiedzin w pewnym warsztacie samochodowym, prowadzonym przez zaprzyjaźnionych meksykańskich ese. W efekcie nasz bohater zostaje amatorskim przemytnikiem na usługach potężnego meksykańskiego kartelu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jakkolwiek fabuła brzmi absurdalnie to jest to produkcja oparta na faktach (w rzeczywistości wiekowy weteran II wojny światowej pracował dla meksykańskiego kartelu Sinaloa, któremu do niedawna przewodził niesławny Joaquín "El Chapo" Guzmán). Warto gloryfikować zasługi Clinta Eastwooda dla światowej kinematografii i docenić, że jeszcze żyje i mu się chce kręcić filmy, ale "Przemytnik" to naprawdę nie jest nawet solidne kino. Absurdalne rozwiązania i skróty fabularne (jakiś randomowy koleś kieruje nieznanego sobie człowieka do przemytniczej dziupli potężnego meksykańskiego kartelu, by podjął się przewozu narkotyków wartych setki tysięcy albo nawet miliony dolarów) kompletnie pozbawiają produkcję jakiegokolwiek realizmu. Dodajmy, że Earl w uznaniu zasług i wybitnych osiągnięć w przemycie poznaje samego przywódcę kartelu na grubym melanżu zorganizowanym ku jego czci w epickiej hacjendzie. Naprawdę już na etapie pisania scenariusza coś musiało zdecydowanie pójść nie tak, ponieważ wiele wątków zostanie po prostu niewyjaśnionych w żaden sposób (np. dalsze losy Julia, który miał nadzorować przerzuty Earla, czy też meksykańskich asasynów). W takiej wersji był to wymarzony stolec dla Nicolasa Cage’a, tylko należałoby podkręcić trochę tempo i dodać więcej akcji. Podobny pod względem starości "The Old Man & the Gun" z Robertem Redfordem miał o wiele więcej uroku i był zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Jednak najbardziej wkurwia mnie to, że "The Mule" w żaden sposób nie ukazuje szkodliwości procederu Earla. Nasz bohater wykonując kolejne kursy kosi coraz większy pieniądz, który rozpierdala na lokalne dziwki, alko na wesele wnuczki i przypałowe autko. Nie uświadczymy tu żadnej, nawet najmniejszej refleksji, że może jednak przemyt narkotyków dla meksykańskiego kartelu nie jest do końca moralnie w porządku i może wyrządzać poważne szkody w amerykańskim społeczeństwie. Nie, w "Przemytniku" to po prostu emocjonująca, beztroska wręcz przygoda dla staruszka u kresu życia. To trochę dziwne, zważywszy, że bohaterem jest zahartowany i twardy weteran wojny w Korei, który powinien posiadać sztywny kręgosłup moralny. Kolejna sprawa, że fakt, że Earl tak naprawdę ma w dupie swoją rodzinę, mimo wygłaszanych deklaracji, że jest inaczej. No bo czy lepiej spędzić te kilka pozostałych lat w gronie bliskich czy samotnie w więzieniu stanowym uprawiając kwiaty? Warto także zwrócić uwagę na dosyć pozytywny obraz DEA, raczej rzadko spotykany w Hollywood (chociaż kierownictwo agencji naciska na wyniki w korporacyjnym stylu). Absurdalnie wypadła scena z afroamerykańską rodziną i wymianą koła w aucie – kompletnie nie rozumiem czemu miało to służyć.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Aktorstwo w "Przemytniku" nie jest może totalnie koszmarne, ale jest po prostu do bólu przeciętne. Z wyjątkiem Clinta Eastwooda, który de facto gra chyba znowu samego siebie albo postać z "Gran Torino", to ciężko kogokolwiek wyróżnić. Bradley "Tell Me Something Girl" Cooper (Bates), Laurence Fishburne (nawet nikomu nie chciało się wymyślić mu nazwiska) i  Michael Peña (Treviňo) są totalnie bezbarwni i nie robią praktycznie nic, abyśmy mogli zapamiętać ich występy. Ignacio Serrichio miał potencjał na fajną, dramatyczną rolę, ale postanowił kompletnie nic z tym nie zrobić.  Na Croma co tu w ogóle robi Andy Garcia?! Trochę lepiej jest w przypadku występów kobiecych: w szczególności dotyczy to grającej byłą żonę Earla Dianne West, jego córkę Alison Eastwood oraz wnuczkę Taissa Farmiga. W zasadzie najsympatyczniej wypada ekipa Meksów z warsztatu samochodowego.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Chuj z rodziną, chuj z moralnością, nie wyszedł biznes z kwiatami, to będziemy rozwozić koks dla meksykańskiego kartelu. To jest skrótowy przekaz filmu Clinta Eastwooda. Sami zdecydujcie czy warto rozciągać to jedno zdanie na prawie dwie godziny seansu.
TM & © 2020 Warner Bros. Entertainment Inc.
Ocena: 4/10*

*Normalnie dałbym trójeczkę, ale przyznaję dodatkową gwiazdkę z szacunku dla Clinta za to, że jeszcze żyje, może i mu się chce.

środa, 27 stycznia 2016

"The Martian"



W ostatnich latach z nieukrywaną przykrością oglądam, jak upadają kolejne legendy kinematografii. Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego niektórzy twórcy i aktorzy (najlepszy przykład to Al Pacino) rozmieniają się na drobne zamiast udać się do Szarej Przystani by pożeglować na zachód, do Valinoru odejść na zasłużoną emeryturę i zostać zapamiętanym wyłącznie za znakomite role czy produkcje. Na upadek Ridleya Scotta, którego jesteśmy obecnie świadkami, patrzę z ogromnym bólem serca. Przecież jest to twórca filmów takich jak "Alien", "Blade Runner", "Gladiator", "Black Hawk Down", "Kingdom of Heaven" czy "American Gangster"! Niestety ostatnie produkcje ("Prometheus", "The Counselor") wyjątkowo mocno nadwątliły pozycję Brytyjczyka w moich oczach. Dzisiaj na warsztacie ląduje kolejny uwielbiany przez krytykę film Ridleya Scotta, który według mnie zapowiadał się słabo już od samego początku. A zatem Panie i Panowie, przed Wami "The Martian"!
źródło: http://www.impawards.com
Po raz kolejny wracamy zatem na Czerwoną Planetę, tym razem zasiedloną przez załogową misję NASA. Dzielni kolonizatorzy otrzymują jednakże wiadomość o zbliżającej się srogiej, niszczycielskiej burzy – co de facto z powodu niskiego ciśnienia panującego na Marsie (mniej niż 1% ziemskiego) stanowi całkowitą imaginację. Dowódca Lewis (Jessica Chastain) podejmuje błyskawiczną decyzję o ewakuacji, mimo że botanik Mark Watney (Matt Damon) sugeruje po prostu przeczekać burzę. W trakcie marszu do kapsuły nasz bohater zostaje trafiony anteną, a pozostała część załogi uznaje go za zmarłego i opuszcza Marsa. Jak się jednak okazuje Mark wykazał się nadzwyczajną żywotnością i po ucichnięciu okrutnej burzy zaczyna sobie organizować życie na opustoszałej planecie, bez kontaktu z członkami misji oraz Ziemią.
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego reżyser mający spore doświadczenie w kręceniu filmów o kosmosie postanowił stworzyć taką abominację science fiction. Nie będę ukrywał: "Marsjanin" nie jest żadnym wybitnym dziełem, ba nie jest nawet solidną produkcją – to po prostu wyjątkowo przereklamowane ścierwo będące pokłosiem żenującej "Gravity" oraz podobnie napompowanego "Interstellar" (przy czym paradoksalnie dzieło Christophera Nolana uchodzi w tej trójcy za najlepsze). Film Ridleya Scotta momentami razi prawdziwą głupotą, a natężenie cudownych zbiegów okoliczności na jedną produkcję przekracza dopuszczalne normy jak promieniowanie w Czarnobylu. Pozwólcie zatem, że stworzę zestawienie najbardziej absurdalnych pomysłów, które miałem okazję zobaczyć w czasie seansu:
  • Aby zapewnić sobie ogrzewanie w marsjańskim łaziku wystarczy wykopać z ziemi generator jądrowy zasilany plutonem-238 i wsadzić go na tylne siedzenie – promieniowanie takie nieszkodliwe!
  • Zagrzebany w glebie od lat Pathfinder okazuje się być znakomitym narzędziem do komunikacji z Ziemią.
  • Macie do przejechania 3200 km po powierzchni Marsa – bez nawigacji (na Marsie nie występuje pole magnetyczne), bez wsparcia – jak wyznaczycie trasę, aby ominąć góry, wzgórza i miejsca, których nie pokona łazik? Skąd pozyskacie wodę i tlen? Gdzie będziecie defekować? W filmie nie znajdziemy oczywiście odpowiedzi na te pytania.
  • Jak to jest możliwe, że Hermes miał wystarczającą ilość paliwa by dolecieć na Marsa, wrócić na orbitę ziemską i ponownie polecieć na Marsa i wrócić na Ziemię?
  • Dlaczego na Hermesie jest tyle wolnych i bezużytecznych przestrzeni? Czyżby Ridley nie oglądał "Battlestar Galactica"?
  • Fajnie, że zwykły botanik jest w stanie przeprowadzić na sobie samym operację.
  • Przygotowanie w kosmosie bomby zajmuje mniej niż 30 minut. Eksplozja powoduje wyłącznie zamierzone efekty, nie uszkadzając statku kosmicznego więcej niż zakładano pierwotnie.
  • Do upragnionego ratunku brakuje kilkadziesiąt metrów – co zrobicie? Oczywiście nie zapominajcie, że w przestrzeni kosmicznej można śmiało wykorzystać dziurę w skafandrze jako źródło napędu!
źródło: http://www.foxmovies.com
Naprawdę dawno się tak nie wkurwiłem na żadnym filmie! Myślałem przecież naiwnie, że skoro Ridley zasiada na reżyserskim stolcu to "Marsjanin" będzie odpowiednio poważny i wypełniony mrokiem. W zamian dostałem natomiast dzieło, w którym chiński odpowiednik NASA, zrozpaczony losem biednego amerykańskiego astronauty, postanawia bez konsultacji z demokratycznym rządem w Pekinie odpalić Wujowi Samowi niemalże za friko najnowsze technologie ze swojego programu kosmicznego. Prawie za darmo, ponieważ ceną pomocy jest udział chińskiego kosmonauty w kolejnej misji załogowej na Marsa. Serio? Chyba scenarzyści stracili kontakt z rzeczywistością… Albo ta idylliczna wizja rzeczywistości jest po prostu kaprawym odzwierciedleniem obecnych uczuć odnośnie Federacji Rosyjskiej – jebać Moskwę, Pekin zawsze cacy! Abstrahując od ułomności scenariusza (niemal kompletny farmazon) to Ridley napakował swoje dzieło kompletnie zbędnymi scenami – najlepszy przykład to sekwencja, w której Mark pisze na głos wiadomość, a tekst jest następnie czytany przez Martineza załodze Hermesa. Absurd i nonsens.
źródło: http://www.foxmovies.com
Matt Damon w roli kosmicznego MacGyvera irytuje niezwykle mocno. Niby zwyczajny botanik, a jednocześnie fizyk, matematyk, mechanik etc. Prawdziwy człowiek marsjańskiego renesansu! Do tego epatujący niezłomną wiarą we własne możliwości i całkowicie pozbawiony defetystycznych ciągot – nawet gdy wskutek usterki utracił możliwość produkowania żywności! Pełen dramat. Czyżby twórcy nie słyszeli o "Cast Away"? Na drugim planie nie ma ani jednej interesującej kreacji. Bo czy dzielna, heroiczna i niemal pomnikowa załoga Hermesa może komukolwiek wydać się realna? Jessica Chastain po raz kolejny wciela się w nieomylnego zbawcę, aczkolwiek tym razem zamiast całej planety ma do uratowania jednego człowieka i jest gotowa postawić na szali życie całej załogi podejmując dosyć beztroskie decyzje – zaiste wspaniały dowódca! Z kolei Jeff Daniels to wszechmocny szef NASA, dysponujący nieograniczonym budżetem oraz pomocą chińskich przyjaciół, dzięki czemu może robić praktycznie co tylko zechce! Nie zabrakło oczywiście miejsca dla totalnie nierozgarniętego geniusza naukowca (Donald Glover), który będąc życiowym nieogarem jest w stanie znaleźć rozwiązanie każdego kosmicznego problemu. Natomiast Sean Bean gra tak, jak gdyby tylko biernie oczekiwał na nieuchronną śmierć swojej postaci – niestety (uwaga spoiler!) ku mojemu rozczarowaniu zgon nie następuje, a aktor musi się męczyć do końca filmu.
źródło: http://www.foxmovies.com
Moim zdaniem "Marsjanin" może być rozpatrywany wyłącznie w kategorii wyjątkowo mało zabawnej parodii science fiction – Złoty Glob za najlepszy film w kategorii komedia/musical to chyba jakiś chory żart. Nie wątpię jednakże, że w czasach powszechnej ucieczki od rozumu i myślenia najnowsze dzieło Ridleya Scotta zbierze o wiele więcej laurów. A zatem, parafrazując legendarne słowa Kosmicznego Ciecia z "Czerwonej Planety", krzyczę donośnie: fuck this movie!
źródło: http://www.foxmovies.com
Ocena: 3/10.

niedziela, 6 lipca 2014

"Gangster Squad"



Muszę przyznać, że kiedy "Gangster Squad" wchodziło na ekrany kin nie przejawiałem większego zainteresowania produkcją Rubena Fleischera. Chociaż reżyser tegoż dzieła nakręcił kiedyś znakomity "Zombieland" to niemal od razu wykluczyłem możliwość kinowego seansu. Trudno definiowalne przeczucie wskazywało, że "Gangster Squad" to totalne gunwo, niewarte ani chwili mojej uwagi. Niemniej po obejrzeniu dwóch ostatnich sezonów "Boardwalk Empire" z wielką siła powróciły gangsterskie fascynacje i pragnienie obejrzenia doskonałego filmu noir. Los Angeles końca lat 40-tych, gangsterzy, piękne kobiety, brudni gliniarze – tematycznie niemal jak doskonałe "Tajemnice Los Angeles"! Przekonajmy się zatem w jaki sposób Ruben Fleischer postanowił wszystko spierdolić.
źródło: http://www.impawards.com
"Gangster Squad" opowiada oczywiście o prawym i sprawiedliwym gliniarzu. Sierżant John O’Mara (Josh Brolin) to bohater wojenny, który postanowił zaprowadzić porządek na niebezpiecznych ulicach Miasta Aniołów. Szkopuł w tym, że w L.A. rządzi potężny gangster Mickey Cohen (Sean Penn), który ma w kieszeni połowę LAPD oraz niezwykle ambitne plany rozwoju swojej organizacji. Jednakże mimo przestróg przełożonych O’Mara często wchodzi w drogę Cohenowi. W końcu działalność ambitnego gliniarza zauważa komendant Parker (Nick Nolte), który zleca mu nietypowe zadanie. O’Mara ma stworzyć team gotowych na wszystko i nieprzekupnych gliniarzy, a następnie działając poza prawem zniszczyć organizację Cohena.
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Jak wspominałem we wstępie, po "Gangster Squad" nie spodziewałem się kompletnie niczego i po projekcji muszę przyznać, że się nie zawiodłem. Jak na film osadzony w Los Angeles ’49 produkcja Fleischera charakteryzuje się kompletnie zerowym klimatem noir. Śmiem twierdzić, że w zasadzie to nie charakteryzuje się żadnym klimatem! Oczywiście przedstawiona historia jest based on true story, ale wystarczył rzut oka na biografię Cohena, aby przekonać się, iż jest to opowieść zbudowana z przekłamań, uproszczeń oraz wypaczeń. Przedstawione poczynania doświadczonych stróżów prawa wydają się niekiedy straszliwie infantylne i wprost głupawe. Najlepsze przykłady to idiotycznie zaplanowany napad na kasyno oraz finałowa strzelanina, która jest po prostu doskonałym wcieleniem w życie idei działania na pałę. Warto przy tym zwrócić uwagę, że sierżant O’Mara fraguje w finale o wiele lepiej niż Richard Harrow w jednym z odcinków "Boardwalk Empire". Na dodatek "Gangster Squad" zbudowane zostało z najbardziej wyświechtanych, niemal prehistorycznych schematów. Główny bohater to oczywiście kryształowy wzór cnót policyjnych z kochającą małżonką spodziewającą się dziecka (ach ten dramatyczny konflikt na linii poczucie obowiązku a rodzina!). Jego najlepszy kumpel stwierdził w pewnym momencie życia, iż ma wszystko w dupie i poświęca się obecnie byciu dupcyngierem oraz chlaniu whiskey. Niemniej wystarczy śmierć randomowego pucybuta by przyłączył się do krucjaty wymierzonej w Cohena (ironicznie zgon dobrego kompaniona nie wywiera na nim większego wrażenia). Oglądamy oczywiście także etap rekrutacji do politycznie poprawnej drużyny zwalczającej zło: czarnoskóry pro, latynoski rookie z komediowym potencjałem, zmęczony życiem pro oraz wrażliwy nerd, który nie do końca pochwala brutalne metody grupy. Nie mogło również zabraknąć motywu odbijania dziewczyny gangstera!
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Wszystkie wymienione klisze oraz momentami głupawy scenariusz sprawiają, że oglądanie "Gangster Squad" sprawia ogarniętemu widzowi prawdziwy ból. Część rozwiązań fabularnych można by jeszcze może przeboleć, gdyby na ekranie dominowało wybitne aktorstwo. Niestety Josh Brolin stworzył postać prawdopodobnie mniej charyzmatyczną niż Nelson Van Alden z "Boardwalk Empire". O’Mara w jego wykonaniu kompletnie nie potrafi samodzielnie pociągnąć filmu – wyraźnie widać, że aktor nie udźwignął ciężaru głównej roli. Oczywiście swoją cegiełkę dołożyli również scenarzyści tworząc nijaką, jednowymiarową postać, która w żadnym aspekcie nie potrafi przyciągnąć uwagi. Równie słabo jest po stronie zła, co tym bardziej zaskakuje, ponieważ w rolę Mickey’ego Cohena wcielił się sam Sean Penn. Żydowski gangster w jego wykonaniu wydaje się zbyt przegięty i zdecydowanie nie pozostawia wrażenia człowieka, który mógłby zarządzać czymś więcej niż własną dupą (a już na pewno nie potężną organizacją władającą całym L.A.). Ekipa O’Mary nie wyróżnia się niczym na tle setek podobnych filmów. Warto zwrócić uwagę jedynie na Ryana Goslinga (Jerry), który całkiem nieźle prezentuje się w roli miejscowego dupcyngiera (bo jako ćma barowa się nie sprawdza wcale). Natomiast na drugim planie całkiem nieźle dawał sobie radę Sullivan Stapleton (Jack Whalen), ale ponieważ wybijał się znacznie ponad poziom filmu twórcy postawili zakończyć jego żywot. Pięknych kobiet niestety o wiele za mało. Emma Stone (Grace) nie stworzyła co prawda porywającej kreacji, niemniej nie miałem także ochoty wydłubać sobie oczu mikserem, gdy ją oglądałem na ekranie.
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Gdy "Gangster Squad" dobiegało wreszcie upragnionego końca ja coraz bardziej cieszyłem się, że będę mógł kompletnie pojechać dzieło Fleischera w recenzji. Jednakże tuż przed napisami końcowymi twórcy zaserwowali jeden z najgorszych tricków w historii: wyjątkowo marny voice-over w wykonaniu sierżanta O’Mary. Każde słowo tegoż żenującego, wypełnionego najtańszym patosem monologu sprawiało taką samą radość jak kij bilardowy wbity w oko. Przestrzegam zatem: jeśli nie oglądaliście jeszcze tego gunwa to wyłączcie zaraz po finałowym rozpierdolu. A może będzie nawet lepiej, jeśli nigdy nie włączycie tej jebanej abominacji, którą w Polszy opatrzono dodatkowo podtytułem "Pogromcy Mafii".
© 2012 Warner Bros. Ent. All Rights Reserved
Ocena: 3/10.

wtorek, 4 grudnia 2012

"End of Watch"



Od jakiegoś czasu dochodziły do mnie niezwykle pochlebne opinie na temat "End of Watch". Tego rodzaju informacje traktuję zawsze jako wyzwanie. W 90% przypadków tzw. świetne kino okazuje się totalnymi porażkami lub co najwyżej średniawką. Dlatego też do najnowszego dzieła Davida Ayera podszedłem raczej sceptycznie, tym bardziej, że jest to kolejna policyjna opowieść, a więc miałkość i wtórność może osiągnąć niebezpiecznie wysokie rozmiary. Chociaż Ayer w swojej karierze miał jeden wielki moment chwały (genialny "Training Day") to udział w produkcjach pokroju "S.W.A.T.", "U-571" czy "Street Kings" budził lęk i odrazę. "End of Watch" jest oczywiście based on true story, luźno opierając się na losach funkcjonariuszy LAPD z drugiej połowy lat 90-tych (Charles Wunder oraz Jamie McBride).
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"End of Watch" przedstawia historię niezwykle prostą i nieskomplikowaną. Przyglądamy się bowiem codziennej pracy dwóch gliniarzy z L.A.: Briana (Jake Gyllenhaal) oraz Mike’a (Michael Peña). Nie są to jacyś policyjni herosi albo mistrzowie dedukcji. Ot, zwykłe chłopaki jeżdżące radiowozem i wykonujące rutynowe zadania. Poznajemy również ich życie osobiste: rodzący się poważny związek Briana i Janet (Anna Kendrick), a także narodziny pierwszego dziecka Mike’a i Gabby (Natalie Martinez). Chociaż chłopacy mają niełatwą pracę to są często pomiatani przez detektywów lub też od parady przez federalnych. W trakcie jednego z wydawałoby się niepoważnych zadań (sprawdzenie co się dzieje ze starszą osobą) funkcjonariusze przejmują sporawe ilości narkotyków należące do kartelu Sinaloa. Jako, że Mike i Brian w przeszłości zaszli za skórę potężnej organizacji przestępczej, zapada na nich wyrok śmierci.
źródło: http://teaser-trailer.com/
"End of Watch" to dla mnie spore zaskoczenie ponieważ spodziewałem się trochę innego kina. W przeciwieństwie do moich oczekiwań nie ma wcale dużo akcji, a większość czasu wypełniają rozmowy naszych bohaterów w różnych miejscach (najczęściej w radiowozie). Przy czym podkreślam, iż są to autentycznie zabawne dialogi o niczym (Nie umiem pisać, ale potrafię rysować obrazki), w których nie ma ani krzty sztuczności. Naprawdę wielkie brawa dla scenarzystów za spory wysiłek włożony w przygotowanie tych kwestii. Świetnym zabiegiem był motyw kręcenia materiałów dokumentalnych przez Briana. Dzięki temu często mamy widok z jego kamery i naprawdę czułem się jakbym był w południowym L.A. Oprócz tego "End of Watch" zawiera chyba najlepsze nocne zdjęcia L.A. jakie widziałem w swoim życiu (chodzi mi głównie o panoramiczne ujęcia miasta – imponujące i piękne obrazy). Całość uzupełnia świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa, która z pewnością nie spodoba się wszystkim, ale do kurwy nędzy – jesteśmy przecież w Cali! Osobiście przyjąłbym nawet jeszcze bardziej rapowy soundtrack.
źródło: http://twilightsocialite.com/
Największą siłą filmu jest z pewnością para głównych bohaterów. Są to postacie świetne napisane i zagrane, przez co wypadają naprawdę wiarygodne. Trudno mi powiedzieć kto lepiej się wcielił w swoją postać, ale zarówno Jake Gyllenhaal jak i Michael Peña dają z siebie wszystko. Na podium wskakuje również Anna Kendrick, ponieważ na Janet w jej wykonaniu naprawdę chce się patrzeć. Jedna z najlepszych i najbardziej przekonujących ról tego rodzaju w moim życiu. Oprócz tego na zasługi zasługuje Natalie Martinez (Gabby), Frank Grillo (sierżant Sarge), Jamie FitzSimons (kapitan Reese) oraz Everton Lawrence (Man Friend). Fabuła rozwija się bezprzypałowo. Gdyby film powstał na początku lat 90-tych w głównej roli wystąpiliby z pewnością afroamerykańscy gangsterzy. Jednak od tego czasu tak bardzo zmienił się świat. Jeden z czarnoskórych bohaterów ubolewa, że tam gdzie kiedyś na każdym rogu były budki z kurczakami dziś sprzedaje się taco. I rzeczywiście, głównym przeciwnikiem naszych bohaterów jest nawet nie tyle potężny kartel Sinaloa, co latynoski gang Curbside, swoisty podwykonawca meksykańskiej organizacji. Na ekranie przewijają się ubogie dzielnice L.A. opanowane przez Latynosów zwalczających niedobitki Bloods, figurki Santa Muerte oraz ołtarzyki Jesúsa Malverde. Może "End of Watch" nie jest wybitnym kinem z ambicjami, ale za to niezwykle solidną, a co chyba najważniejsze wyjątkowo autentyczną i wciągającą produkcją. Jedyne zastrzeżenia mogę mieć do zakończenia, ale to moja osobista uwaga. Dajcie się wciągnąć, polecam!

Ocena: 8/10.