Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.J. Abrams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.J. Abrams. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2020

"Star Wars: Episode IX - The Rise of Skywalker" (2019)

Confronting fear is the destiny of a Jedi. Your destiny.

Ponieważ przeważnie zachowuję się poważnie i lubię kończyć, to co zacząłem (pozdro Leszek Miller), więc po prostu nie mogłem odpuścić finalnej części ostatniej trylogii. I nie zląkłem się nawet w obliczu fatalnych recenzji "Star Wars: Episode IX – The Rise of Skywalker", a także podejścia niektórych znajomych, którzy położyli przysłowiowego chuja na najnowsze dzieło J.J. Abramsa. Ja po prostu musiałem się wreszcie dowiedzieć w jaki sposób skończy się przygoda rozpoczęta na nowo w 2015 roku! I chociaż ostatnie filmy spod znaku "Star Wars" nie napawały mnie przesadnym optymizmem (choćby borykający się z problemami produkcyjnymi raczej średni "Solo: A Star Wars Story"), to ciekawość jest naprawdę potężną i fascynującą siłą. Zważywszy na dodatek, że "The Last Jedi" pozostawił po sobie spuściznę wielu pytań i wątpliwości, to dwuletnie wyczekiwanie stało się prawdziwą katorgą! Ponieważ jesteśmy już świeżutko po ogłoszeniu nominacji oscarowych, to wspomnę jeszcze, że "The Rise of Skywalker" dostał trzy: oryginalna ścieżka dźwiękowa (w pełni zasłużenie), efekty specjalne i montaż dźwięku. Tym razem na arenę kinematograficznej walki wybraliśmy epicką do granic salę krakowskiego Kina Kijów, która w wigilię Sylwestra zapełniła się jedynie w przygnębiających około 10%.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Tym razem fabuła przekroczyła chyba wszelkie poznane przez ludzkość granice absurdu i nonsensu. Prawie 40 lat po swojej spektakularnej śmierci Imperator Palpatine (Ian McDiarmid) postanowił nagle ożyć wypuszczając na miasto wiadomość, iż planuje wszystko rozpierdolić w drobny mak za pomocą epickiej floty, która kosmicznym kulom się nie kłania. Ponieważ włodarze faszystowsko-militarystycznego Najwyższego Porządku nie do końca wiedzą czy groźby najpotężniejszego lorda Sithów dotyczą również ich wesołej organizacji, Kylo Ren (Adam Driver) wyrusza w nieznane rubieże galaktyki w poszukiwaniu Exogal, mitycznej ojczyzny Sithów. Tymczasem Rey (Daisy Ridley) kontynuuje przyspieszony kurs Jedi, ale wskutek jasnego przekazu Imperatora również siły Ruchu Oporu postanawiają sprawdzić czy stary wróg rzeczywiście powrócił do gry.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Oglądając "The Rise of Skywalker" długimi momentami czułem się jak na seansie jakichś "Avengersów" (i to nie jest zaleta). Akcja toczyła się w tak zawrotnym tempie, że po dwóch tygodniach od seansu nie jestem w stanie przypomnieć sobie większości mniej lub bardziej absurdalnych, ekranowych wydarzeń. Im dalej w film, tym bardziej ogarniało mnie poczucie bezsilności i frustracji, a mantry typu O ja pierdolę!, Kurwa, czy to się dzieje naprawdę? lub J.J., jak ty mogłeś wszystko tak spierdolić? wyrywały się coraz częściej z moich ust. Kuriozów jest tutaj niestety cała masa: od nonsensownej sceny leczenia pustynnego węża (czyżby czerw z "Diuny"?) przez odwiedzanie tysięcy niepotrzebnych nikomu planet w poszukiwaniu magicznych artefaktów Sithów po absurdalny desant konnicy na pokładzie gwiezdnego niszczyciela. Swoją drogą technika musiała pójść naprawdę do przodu, skoro na każdym okręcie Ostatecznego Porządku zamontowano działo do niszczenia planet. Ponadto pojawia się kompletnie nieuzasadniony niczym innym niż poprawność polityczna i całkowicie nic nie wnoszący do akcji wątek homoseksualnych bohaterów (nie krytykuję oczywiście ze względów ideologicznych, lecz z powodu sztuczności i zbędności tej sceny). Fabuła niby wyjaśnia wreszcie pewne kluczowe kwestie (np. pochodzenie Rey i Snoke’a), ale pozostawia całą masę istotnych tematów bez żadnego sensownego wytłumaczenia. Z góry przepraszam za spoilery, ale w tym miejscu po prostu muszę zadać parę pytań, na które nie otrzymałem odpowiedzi:
  • W jaki sposób Imperator przeżył eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci (chociaż w sumie odkąd dowiedziałem się, że Darth Maul żyje, nie uwierzę już w żaden ekranowy zgon)?
  • Dlaczego eksplozję drugiej Gwiazdy Śmierci przetrwała tajna komnata?
  • W jaki sposób, kiedy i gdzie dokładnie została zbudowana flota Ostatecznego Porządku? Skąd rekrutowano załogi okrętów?
  • W jaki sposób Kylo Ren opuścił księżyc Endora?
  • Od kiedy gen. Pryde (Richard E. Grant) jest przełożonym gen. Huxa (Domhnall Gleeson)?
  • Jaki jest związek Finna (John Boyega) i mocy?
  • Dlaczego Imperator wyznaczył dokładny termin uderzenia floty zamiast wykorzystać przewagę zaskoczenia i zaatakować znienacka?
TM & © Lucasfilm Ltd.
Takich pytań można mnożyć dziesiątki, a może nawet setki. Podobnie irytuje natrętny i ordynarny fan service (przykładowo Chewbacca dostaje wreszcie pierdolony medal za zasługi sprzed czterdziestu lat), ale może przejdźmy do tych kilku małych rzeczy, które J.J. Abramsowi się o dziwo udały. Na pierwszy rzut idą oczywiście przeważnie doskonałe i bezbłędne efekty specjalne (przykładowo ogromne fale na księżycu Endora z wrakiem drugiej Gwiazdy Śmierci), które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Choreografie walk na miecze świetlne również wypadły na ekranie olśniewająco, to samo można powiedzieć o lokacjach i kostiumach (np. stylówka Zorii Bliss). Duże wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim wszystkie sceny z Imperatorem oraz jego armią Sithów. Twórcom filmu udało się zbudować niezwykłą grozę i niepokój w tajemniczej kryjówce Palpatine’a, chociaż tron kojarzy się zdecydowanie z popularnym serialem HBO. Chyba największą zaletą "The Rise of Skywalker", i jedynym elementem nawiązującym poziomem do oryginalnej trylogii, jest ścieżka dźwiękowa autorstwa niezawodnego Johna Williamsa. Mimo 88 lat na karku amerykański kompozytor po raz kolejny pokazał prawdziwą klasę, tworząc perełki jak choćby utwór ilustrujący dachową konwersację Poe (Oscar Isaac) i Zorii (Keri Russell).

TM & © Lucasfilm Ltd.
Akapit o aktorstwie i postaciach mógłbym w sumie przekopiować z recenzji poprzedniej części. Zarówno Adam Driver, jak i Daisy Ridley w dalszym ciągu grają to samo, więc ciężko pochwalić któreś z nich. Dodatkowo scenarzyści w irytujący sposób poszerzając zakres nowych mocy Rey (m.in. ręce, które leczą oraz siłowanie się na statki kosmiczne) zmienili tę postać w niemal über-Jedi, która potrafi wszystko. Oscar Isaac (Poe) i John Boyega (Finn) są w miarę w porządku, ale zdecydowanie bez szału. Z wiadomych względów rola Carrie Fisher (Leia) została zredukowana do resztek skrawanych z dostępnych materiałów, a Mark Hamill wraca jedynie chwilami w postaci ducha Mocy. Warto odnotować niezły powrót Billy’ego Dee Williamsa do roli Lando, ale przy okazji można się spytać gdzie była ta fajna postać przez te wszystkie lata i dwie poprzednie części? W porównaniu do pozostałych filmów rola Domhnalla Gleesona (gen. Hux) została zredukowana do absurdalnego wręcz minimum. Jedyna wypływająca z tego korzyść to pojawienie się intrygującej postaci gen. Pryde’a, w którego wcielił się Richard E. Grant. Z największych plusów należy wyróżnić znakomity powrót Iana McDiarmida do roli Imperatora oraz krótki, acz zapadający w pamięć, występ Keri Russell (Zorii Bliss).
TM & © Lucasfilm Ltd.
Przede wszystkim w "The Rise of Skywalker" brakuje nieuchwytnego pierwiastka, czegoś co potrafi sprawić (z wyjątkiem świetnej muzyki Johna Williamsa), że od razu czujemy, iż jest to jedna z TYCH wielkich, uniwersalnych produkcji opowiadających o odwiecznej walce dobra i zła. Film J.J. Abramsa w takiej formie można spokojnie uznać, za jeden z mniej znaczących wytworów uniwersum "Star Wars", a nie epickie uwieńczenie całej trylogii! Osobiście uważam, że jest to największe, obok finału "Gry o tron", rozczarowanie 2019 roku (oczywiście nie liczę "Avengers: Endgame", ponieważ i tak wiedziałem, że wspaniała redukcja herosów w "Infinity War" zostanie zaprzepaszczona). Pozostaje zadać sobie pytanie jaki cel czy idea (oprócz zarabiania monet) przyświecała nowej trylogii? Praktycznie żaden z filmów nie nawiązał poziomem do oryginalnej trójcy, a co więcej można było odnieść wrażenie, że są to ordynarne remake’i poszczególnych odsłon. Najgorsze jednak jest to, że po seansie "The Rise of Skywalker" z sentymentem zacząłem spoglądać w stronę drugiej z trylogii z przełomu stuleci… Chociaż Jar Jar Binks nie został nigdy ujawniony jako lord Sithów, to może właśnie on pociągał od początku za wszystkie sznurki…
TM & © Lucasfilm Ltd.
Ocena: 5/10.

Recenzje pozostałych filmów "Star Wars":

środa, 13 stycznia 2016

"Star Wars: Episode VII - The Force Awakens"

Minęło niemal siedemnaście lat odkąd po raz ostatni byłem w kinie na "Gwiezdnych Wojnach" – kawał historii, trudno mi w sumie uwierzyć, że miało to miejsce jeszcze w ubiegłym stuleciu, prawie dwie dekady temu. Dlaczegóż nie poszedłem na kolejne części nowej trylogii, spytacie. Otóż, seans "Mrocznego Widma" w nieistniejącym już kieleckim kinie Romantica, był tak monstrualnym kindybałem w szamot, że skutecznie zniechęcił mnie do "Ataku Klonów" oraz "Zemsty Sithów", które zobaczyłem dopiero po jakimś czasie od ich premier. Oczywiście nie wszystko było kompletnie fatalne, ale niesmak po Jar Jarze oraz późniejszej mistrzowskiej grze Haydena Christensena pozostał do dzisiaj. Kiedy dowiedziałem się, że ruszają przygotowania do kręcenia następnego tryptyku zacząłem przejawiać zdecydowanie mieszane uczucia. Niby z jednej strony nie dało się tego spierdolić bardziej niż "Mrocznego Widma", ale w końcu to przecież Disney, a hajs się musi zgadzać! Jednakże osoba J.J. Abramsa na reżyserskim stolcu dawała nową nadzieję na przynajmniej solidną produkcję. Poza tym przed premierą wiele mówiło się, że Jar Jar powróci jako lord Sithów, więc czemuż miałbym nie zobaczyć tego na własne oczy?
źródło: http://www.impawards.com
Akcja "The Force Awakens" rozgrywa się mniej w trzydzieści lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Nie wszystko poszło tak znakomicie, jak się wydawało. Na zgliszczach Imperium wyrosło nowe zagrożenie. First Order, potężna militarno-polityczna organizacja (chętnie napisałbym: o wyjątkowo faszystowskim zacięciu), zarządzana przez, wyglądającego jak uzależniony od mefedronu ork, Najwyższego Przywódcę Snoke’a (Andy Serkis), pragnie odbudować dawną pozycję swojego poprzednika. Nowa Republika lekceważy poczynania mało znanego przeciwnika, przez co jedyne realne zagrożenie dla poczynań militarystów stanowi Ruch Oporu kierowany przez księżniczkę generał Leię (Carrie Fisher). Mimo to Snoke obawia się najbardziej powrotu rycerzy Jedi, chociaż Luke Skywalker (Mark Hamill) przepadł bez wieści lata temu, stając się legendą. Niemal obsesyjne poszukiwania zaginionego syna Vadera prowadzą obie strony, ale jak się okazuje to rebelianci zyskują przewagę.
źródło: http://www.starwars.com
"Przebudzenie Mocy" oglądałem w dosyć interesujących warunkach: poniedziałkowy seans w ponad 800-osobowej sali skupił jedynie garstkę widzów (około dwudziestu). Niemniej frekwencja oraz taktyczny wybór miejsca pozwolił mi nie słyszeć natrętnego siorbania i mlaskania, które tak bardzo uatrakcyjniają oglądanie filmów. Czytałem wiele pochlebnych opinii o nowym "Star Wars", a niejeden znajomy zdążył zbrandzlować się nad dziełem J.J. Abramsa na Facebooku - no ale przejdźmy do meritum. Pojawił się słynny pochyły tekst, akcja ruszyła z kopyta, a ja … zacząłem mieć wrażenie, że to wszystko już przecież gdzieś widziałem. Pustynna planeta (co prawda tym razem Jakku, a nie Tatooine, ale kto mi powie czym one się różnią poza nazwą?), na której wszyscy szukają małego, niezwykle sympatycznego, droida BB-8? I na której reprezentuje biedę porzucona w tajemniczych okolicznościach, a przy okazji niezwykle uzdolniona technicznie Rey (Daisy Ridley)? Zbudowana w kompletnej tajemnicy potężna broń umożliwiająca niszczenie planet? Dywersja na powierzchni planety w celu zniszczenia tejże machiny zagłady? Atak X-wingów z obowiązkowym wlatywaniem do środka monstrualnie wielkiego urządzenia? Ponadto pomimo coraz bardziej wypasionego wyglądu szturmowców ich skuteczność jakoś się nie polepszyła. Czy naprawdę, po mimo tak rozbudowanego uniwersum, przez te wszystkie lata nie można było napisać scenariusza, który byłby choć trochę bardziej nieprzewidywalny?
źródło: http://www.starwars.com
Jednakże wszystko to mogę zboleć, jeżeli tylko nie muszę oglądać paskudnego pyska Jar Jara (spoiler: niestety nie został lordem Sithów) oraz drewnianego w 100% Haydena Christensena. Pragnę natomiast zauważyć, że J.J. Abramsowi niestety nie udało się odtworzyć ulotnej magii towarzyszącej częściom IV-VI. Spośród całego filmu może ze dwie sceny zyskują w moim oczach status klasyczny. Może jestem już stary, ale akcja filmu rozgrywa się dla mnie zdecydowanie za szybko – w "Przebudzeniu Mocy" nie ma praktycznie miejsca na jakąś refleksję czy nawet trening adeptów Jedi. Czy może zatem dziwić, że osoba trzymająca po raz pierwszy w życiu miecz świetlny jest w stanie pokonać w trakcie solo mistrza jakiegoś tam zakonu z ciemniej strony mocy? No chyba troszkę absurd i nonsens – przecież nawet Luke musiał trenować z Obi Wanem i Yodą, aby coś w życiu osiągnąć! Oczywiście można podnieść zarzut, że skoro Jedi prawie wymarli to Kylo Ren nie miał sobie na kim poćwiczyć skillów, ale w takie uzasadnienie to mi się wierzyć nie chce. Dużo tu również przypadkowych zbiegów okoliczności oraz ratunków w ostatnich sekundach, ale w sumie wpisuje się to w konwencję "Gwiezdnych Wojen".
źródło: http://www.starwars.com
Chociaż powyższe akapity wypełnia raczej pesymistyczny opis filmu J.J. Abramsa to muszę przyznać, że jest to pod wieloma względami solidna produkcja. Jestem po prostu rozczarowany, że mimo tak długiego czasu i możliwości osiągnięto jedynie połowicznie zadowalający mnie efekt. Oczywiście, nawet pomimo upływu lat, detronizacja którejkolwiek części z oryginalnej trylogii to czyste mrzonki i podłe insynuacje, ale "Przebudzenie Mocy" zdecydowanie wyróżnia się tle epizodów I-III. Chociaż otrzymujemy klasyczny zestaw plenerów (pustynna planeta, zimowa planeta, planeta z dżunglą) to wprost epicko wygląda monstrualnych rozmiarów wrak krążownika rozbitego na Jakku. Ogromne wrażenie może również zrobić na widzach eskadra X-wingów nadlatujących z nad jeziora. J.J. Abramsowi z pewnością nie można zatem odmówić spektakularności – wyjątkowo nie miałem także wrażenia, że w którejś scenie przegięto z CGI (może z wyjątkiem Maz Kanaty – kompletnie nie kupuję tego tworu). Podobno położono szczególny nacisk na ograniczenie komputerowych efektów specjalnych i tam, gdzie było to możliwe, wykorzystano tradycyjne metody. Ciekawie zapowiada się również wewnętrzna rywalizacja w First Order: generał Hux (Domhnall Gleeson) vs. Kylo Ren. Wielkie brawa również za ściągnięcie starej obsady i sensowne włączenie jej w akcję nowej trylogii.
źródło: http://www.starwars.com
A skoro jesteśmy już przy obsadzie to sprawdźmy jak wypada pod tym względem "Przebudzenie Mocy". Od początku było wiadomo, że stara gwardia zostanie przesunięta na drugi plan, aby zrobić więcej miejsca dla nowych bohaterów. Czy zatem Daisy Ridley wcielająca się w Ren stanie się czymś więcej niż kolejnym obiektem masturbacji dla nerdów na całym świecie? Po pierwszej odsłonie trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Z pewnością trudno się czepiać aktorki za to co pokazała na ekranie, ale sama postać trochę mnie irytuje – jest bowiem trochę taki kosmiczny MacGyver w żeńskim wydaniu, któremu wychodzi wszystko, czego się tylko dotknie. Aczkolwiek potencjał istnieje i mam nadzieję, że J.J. Abrams tego nie spierdoli. Przejdźmy zatem do bohatera, który wzbudził ogrom kontrowersji, gdyż niektórym wydaje się, że "Gwiezdne Wojny" powinny być czyste rasowo. John Boyega pokazał się z dobrej strony, ale konstrukcja nieustannie dyszącego Finna nie do końca mnie przekonuje (coś za szybka ta przemiana ze szturmowca w rebelianta). O wiele ciekawszy wydaje się choćby Poe (Oscar Isaac), chociaż pojawia się jedynie epizodycznie. Ogromnie zawiódł mnie natomiast ponoć tak bardzo doskonały Adam Driver. Dla mnie Kylo Ren to pierwszy w historii emo-Jedi, a jego niekontrolowane wybuchy gniewu i machanie mieczem świetlnym są raczej żenująco śmieszne niż przerażające. Stara gwardia wypada za to znakomicie: wielkie propsy dla Harrisona Forda (Han Solo), Carrie Fisher oraz Marka Hamilla.
źródło: http://www.starwars.com
Jakkolwiek w recenzji wymieniłem może znacznie więcej negatywnych spostrzeżeń niż pozytywów to napisanie, że "Przebudzenie Mocy" nie jest solidnym filmem byłoby sporym przekłamaniem. Zdecydowany wpływ na kształt tego tekstu miały bowiem moje wygórowane oczekiwania odnośnie produkcji J.J. Abramsa. Możliwe, że w wielu miejscach czepiam się mało istotnych z Waszego punktu widzenia elementów, ale dopóki to ja jestem narratorem dysponuję niezbywalnym prawem do ich uwypuklenia. Dla mnie największymi bohaterami "Przebudzenia Mocy" pozostaną Han Solo, Leia oraz BB-8. Polecam zobaczyć to na własne oczy i wyrobić sobie osobistą opinię. A tymczasem na zachętę i dobry początek postanowiłem wystawić ocenę troszkę wyższą niż początkowo planowałem.
źródło: http://www.starwars.com
Ocena: 7/10 (na zachętę - moc we mnie jeszcze silna jest)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Star Trek: Into Darkness"



Space, the final frontier. – śmiało mogę napisać, że od tego monologu zaczęła się moja fascynacja s-f. W zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa tak właśnie przemówił do mnie kapitan Jean-Luc Picard, objawiając ukryte dotychczas prawdy. Do dziś z łezką w oku wspominam czasy, gdy z rozdziawionym pyskiem siedziałem przez telewizorem pochłaniając przygody załogi USS Enterprise w "Star Trek: The Next Generation". Potem przyszedł czas na "Star Trek: Deep Space Nine", "Star Trek: Voyager", "Star Trek: Enterprise", niemal wszystkie filmy kręcone na podstawie serii oraz godziny spędzone na katowaniu Starfleet Command II. Co ciekawe dosyć późno zacząłem oglądać oryginalny "Star Trek" z lat 60-tych. Po niemal 50 latach serial może wzbudzać uśmiechy politowania u współczesnych widzów. Niemniej uważam, że przy ówczesnych możliwościach twórcy stworzyli doskonałe i ponadczasowe dzieło. Kiedy J.J. Abrams zabierał się do rebootowania serii miałem nadzieję, że Star Trek zostanie godnie wprowadzony w XXI wiek. Pierwsza odsłona na pewno nie przyniosła hańby całemu uniwersum, aczkolwiek nie była również szczególnie wybitną produkcją. Ot, solidne kino rozrywkowe, bez większych ambicji. Po sequelu, swoją drogą znakomicie zatytułowanym, spodziewałem się zatem zbliżonego poziomu.
źródło: http://www.impawards.com
"Star Trek: Into Darkness" rozpoczyna się na cywilizacyjnie niedorozwiniętej planecie położonej na totalnym zadupiu kosmosu. Kapitan Kirk (Chris Pine) ratuje życie Spockowi (Zachary Quinto), ale przy okazji łamie słynną Pierwszą Dyrektywę Federacji. W efekcie tubylcy zaczynają czcić statek kosmiczny Federacji, a nasz dzielny bohater zostaje pozbawiony dowództwa USS Enterprise i skazany na banicję w Akademii Gwiezdnej Floty. Niemniej dzięki protekcji admirała Pike’a (Bruce Greenwood) Kirk ponownie dostaje szansę jako pierwszy oficer. Wkrótce staje przed możliwością udowodnienia swoich kompetencji do dowodzenia, ponieważ Federacja staje na krawędzi wojny z Imperium Klingońskim.
źródło: http://trekmovie.com
Gdybyście zadali mi pytanie czego najbardziej oczekuję od "Star Trek" to od dawna mam przygotowaną odpowiedź. Chcę wreszcie tej pierdolonej wojny z Imperium Klingońskim! Chcę patrzeć jak dreadnoughty Federacji masakrują flotę Klingonów! Pragnę romulańskich krążowników wychodzących nagle z kamuflażu, epickich bitew, totalnego rozpierdolenia uniwersum! A zamian dostaję raczej kameralne (w znaczeniu jeden statek) misje po zadupiach kosmosu. Rozumiem, że w filmach przed rebootem to było do przyjęcia, ale skoro na mostek kapitański wszedł J.J. Abrams to moje oczekiwania wzrosły w postępie geometrycznym. I nie mówcie mi tutaj, że wpierdol, który w pierwszej odsłonie spuścił Federacji Nero może zadowolić moją ambicję! Niemal od początku wiedziałem, że "Stark Trek: Into Darkness" nie będzie częścią, która spełni moje oczekiwania pod tym względem. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu twórcy nie pokusili się nawet o choćby malutką potyczkę USS Enterprise z Klingonami. Swoją drogą patrząc na baty, jakie w filmie zbiera okręt Kirka, to strach pomyśleć o potencjalnych stratach. Chociaż USS Enterprise wygląda majestatycznie (szczególnie w scenie startu na zadupnej planecie), a wnętrza są po prostu futurystycznie przepiękne, to został wykonany chyba z najtańszych możliwych komponentów. Jedna salwa z fazerów i od razu wyrwa na pół okrętu, ćwierć załogi wyssane w próżnię i całkowite pozbawienie zasilania. Osłony to prawdopodobnie były zamontowane tylko dla picu i nigdy nie działały poprawnie. Swoją drogą pytanie do prawdziwych nerdów: czy można podróżować w WARP z podniesionymi tarczami?
źródło: http://trekmovie.com
"Star Trek: Into Darkness" w dalszym ciągu wpisuje się idealnie w typowe rozwiązania dla całego uniwersum. Kto bierze udział w najbardziej niebezpiecznych misjach behind enemy lines? Oczywiście nieustraszony kapitan Kirk i najważniejsi oficerowie z mostka. Na samym końcu recenzji znajdziecie zestawienie kto i kiedy powinien zginąć, gdyby postawiono na większy realizm (oczywiście grube spoilery). Warto również zauważyć, że jedną ulubionych czynności wszystkich załóg okrętów Federacji jest używanie rdzenia napędu WARP do wszystkiego poza pierwotnym przeznaczeniem. Zwykle objawia się to w następujący sposób: mamy problem, którego nie umiemy rozwiązać normalnie, więc wyrzućmy rdzeń w kosmos, epicka eksplozja powinna pomóc. Przyszłość Ziemi po raz kolejny jawi się raczej w optymistycznym wariancie, praktycznie trudno dostrzec jakąkolwiek biedę do reprezentowania. Zdecydowanie inaczej jest na Kronosie, rodzimej planecie Klingonów, aczkolwiek jest to ówczesny trzeci świat kosmosu. Sami Klingoni w porównaniu do seriali wyglądają jakoś dziwnie, aczkolwiek doceniam oryginalność J.J. Abramsa.
źródło: http://trekmovie.com
Reżyser świetnie poradził sobie z obsadą już pierwszej części, więc w zasadzie niewiele można w tym temacie dodać. Chris Pine jako odważny, ale i wyjątkowo lekkomyślny kapitan Kirk, sprawdza się znakomicie i naprawdę jest godnym następcą swoich poprzedników. Zachary Quinto również wypada dobrze, aczkolwiek nie ma najmniejszego podbicia do Leonarda Nimoya, którego również oglądamy w filmie. Zoe Saldana jako Uhura wygląda bardzo dobrze i widać prawdziwą chemię między jej postacią i Spockiem. Simon Pegg (Scotty), Anton Yelchin (Chekov) oraz John Cho (Sulu) doskonale mierzą się ze swoim legendarnymi drugoplanowymi odpowiednikami. Jednakże największe brawa należą się Karlowi Urbanowi za rolę McCoya (znanego także jako Bones). Kreacja, która tak bardzo różni się od jego dotychczasowego wizerunku, zasługuje na wyjątkową pochwałę. Pewnym zgrzytem było dla mnie natomiast zaangażowanie Benedicta Cumberbatcha. Naprawdę nie potrafię zrozumieć zachwytów nad tym aktorem. W "Star Treku" wypadł raczej poprawnie i jego rola raczej nie zapadnie mi w pamięć.
źródło: http://trekmovie.com
Chociaż w recenzji znalazło się relatywnie wiele hejtu to jednak uważam "Star Trek: Into Darkness" za bardzo solidne kino rozrywkowe. Po prostu znam serię tak dobrze, że wypisywanie pewnych zalet uważam za zbędne. Poza tym uniwersum Star Trek darzę ogromnym sentymentem, więc nawet na najgorsze ścierwo spojrzę łaskawszym okiem. J.J. Abrams postawił na bardzo dobre aktorstwo, niekiedy olśniewające efekty i wartką akcję. Czegóż można wymagać więcej? Kupuję jego wizję i czekam na upragnioną wojnę Federacji z Imperium Klingońskim.

Ocena: 6/10.
źródło: http://trekmovie.com

*GRUBE SPOILERY*

Gdyby J.J. Abrams potraktował realizm trochę bardziej serio to w "Star Trek: Into Darkness" bohaterowie powinni umrzeć w następujących okolicznościach:
  • Kirk i McCoy giną na zadupnej planecie z ręki miejscowego elementu lub po skoku z urwiska,
  • Spock umiera w wulkanie,
  • Kirk i całe dowództwo Gwiezdnej Floty zostają zaszlachtowani w Daystrom,
  • Uhura ponosi śmierć na Kronosie (wraz z resztą ekipy w sumie),
  • USS Enterprise zostaje zniszczony w WARP,
  • USS Enterprise zostaje zniszczony w starciu z dreadnoughtem,
  • Kirk i Khan umierają w czasie kosmicznego spaceru,
  • Khan ginie w eksplozji torped fotonowych,
  • USS Enterprise spala się wchodząc w atmosferę bez osłon,
  • Kirk i Scotty ponoszą tragiczną śmierć biegnąc do maszynowni,
  • Kirk umiera w rdzeniu reaktora WARP (gdzie umarł de facto),
  • Khan ginie w katastrofie dreadnoughta.