Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Remar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Remar. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2016

"Cotton Club"



- Anything you need, Dutch?
- Yeah, why don’t you bring me the moon, Frenchy?

Pomysł na napisanie recenzji "Cotton Club" zrodził się mojej głowie dawniej niż nigdy (a wiele osób uważa przecież, że krakowski Prokocim leży dalej niż Selidor, więc w sumie mógłbym użyć pełnej wersji powiedzonka z cyklu Ziemiomorze), a tak dokładniej to mniej więcej, gdy skończyłem oglądać trzeci oraz czwarty sezon "Boardwalk Empire". Chociaż wspomniane sezony nie były już tak fajne jak początkowe, to jednak roiło się w nich od postaci typu Arnold Rothstein, Charlie Lucky Luciano, Meyer Lansky, John Torrio, czy choćby Joe Massaria. Wówczas nieźle napaliłem się na kino gangsterskie i już miałem zasysać "Bugsy’ego", aby zobaczyć jak Siegel wcielił w życie pomysły Lansky'ego, gdy okazało się, że nie ma godnej wersji. Na szczęście wówczas przypomniałem sobie, iż w przedostatnim sezonie "Boardwalk Empire" kilka razy pojawiło się nazwisko Owney Madden. Gdyby ktoś nie wiedział czym zajmował się pan Madden to przypomnę jedynie, iż ten z pochodzenia Anglik zrobił zawrotną karierę w przestępczym świecie Nowego Jorku i przez pewien czas był właścicielem legendarnego Cotton Club w Harlemie. I tak się zabawnie złożyło, że w 1984 roku Francis Ford Coppola nakręcił film o tym miejscu.
źródło: http://www.impawards.com
Akcja filmu rozgrywa się na początku lat 30-tych XX wieku w nowojorskim Harlemie. Młody, utalentowany trębacz Dixie Dwyer (Richard Gere) przypadkowo ratuje życie bezwzględnemu gangsterowi. Niesławny Dutch Schultz (James Remar) potrafi odwdzięczyć się za przysługę, dlatego też kariera naszego bohatera rusza z kopyta. Występy w słynnym Cotton Club, należącym do Owneya Maddena (Bob Hoskins), stają się przepustką do filmowej kariery w Los Angeles. Jednak rosnąca sława Dixie'ego, a przede wszystkim romans z dziewczyną Dutcha Verą (Diane Lane), bardzo negatywnie wpływają na relacje z brutalnym gangsterem marzącym o zawładnięciu całym miastem. A w tle tej przestępczo-muzycznej historii oglądamy żmudne wysiłki Sandmana Williamsa (Gregory Hines) starającego się podbić serce niedostępnej Lili (Lonette McKee).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Chociaż "Cotton Club" zanotował pokaźne straty finansowe (w czasie produkcji znacznie przekroczono budżet), miały miejsce konflikty między reżyserem i producentem, a na IMDb nie ma może najwybitniejszych ocen, to naprawdę i szczerze uwielbiam ten film Francisa Forda Coppoli. Dlaczego? Otóż ta produkcja pozwala widzowi na kompletne przeniesienie się w lata 30-te ubiegłego stulecia by rozkoszować się jazzem czy występami tanecznymi w słynnym Cotton Club. I choćby z tych właśnie powodów jestem gotów bronić filmu przed wszelką krytyką! Dodatkowo, jako swoisty bonus, Coppola umożliwił nam zatopienie się w przestępczym półświatku Nowego Jorku. Oczywiście pierwsze skrzypce gra wspomniany wyżej Dutch Schultz, ale nie mniej ważny jest Owney Madden, który dzięki licznym koneksjom z wysoko postawionymi członkami gangsterskiego syndykatu, sprawnie rozdaje karty pod stołem. Bardzo fajnie wypadł również decydujący o życiu i śmierci Charles Lucky Luciano – na ekranie jest go bardzo mało, ale gdy się już pojawia nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Ze sław innego kalibru, które zaszczycają Cotton Club swoją obecnością możemy zobaczyć Charlie'ego Chaplina, Duke'a Ellingtona czy Caba Callowaya.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Nie da się ukryć, że muzyka oraz taniec są równorzędnymi bohaterami "Cotton Club". Pod względem ścieżki dźwiękowej uważam film Coppoli za jeden z najlepszych w dziejach kinematografii. Bardzo rzadko zdarza się, aby soundtrack był tak bezbłędnie dopasowany do ekranowych wydarzeń. Również popisy taneczne robią niesamowite wrażenie i nie ma znaczenia czy oglądamy występy w klubie Maddena czy też popisy Sandmana i Claya przed lokalna publicznością. Moje ulubione sceny to przede wszystkim Cab Calloway wykonujący Minnie The Moocher oraz doskonała wręcz scena zwieńczająca "Cotton Club". Dodatkowo wielkie oklaski należą się za scenografię lat 30-tych ubiegłego stulecia. Z ekranu wprost wylewają się hektolitry najlepszych alkoholi (mimo, że prohibicja!), ówczesne piękne samochody, znakomicie skrojone garnitury i smokingi, a bohaterowie nader często rozwiązują problemy przy użyciu legendarnych tommy gunów. Aż trudno uwierzyć, że pod względem rozmachu i bling blingu dopiero nakręcony przeszło trzy dekady później "Wielki Gatsby" może stawać w szranki z dziełem Coppoli.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Pod względem aktorskim warto z pewnością wyróżnić Richarda Gere’a, który oprócz wcielania się w głównego bohatera musiał dodatkowo zagrać manieryczne role gangsterów w kręconych na Zachodnim Wybrzeżu filmach. Warto również docenić fakt, że aktor samodzielnie wykonywał swoje solówki na trąbce. Z kolei w głównej roli żeńskiej świetnie spisała się Diane Lane, która dodatkowo wygląda naprawdę zjawiskowo na ekranie. Z pewnością siłą "Cotton Club" są wybitne role drugoplanowe. W tej materii wyróżnili się wielce Gregory Hines (Sandman Williams), Bob Hoskins (Owney Madden), Lonette McKee (Lila) czy Fred Gwynne (Frenchy). James Remar, grający wybitnie czarny charakter, nie popadł w przesadę, dzięki czemu ekranowy Dutch Schultz jest naprawdę przyzwoity. Warto także wspomnieć o młodych gniewnych: Nicolas Cage wcielił się w młodszego brata Dixie’ego, Vincenta, natomiast Laurence Fishburne wspaniale zagrał Bumpy’ego Rhodesa (postać wzorowaną na autentycznym gangsterze Bumpy'm Johnsonie).
źródło: http://www.moviestillsdb.com
"Cotton Club" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli jazzu, lat 30-tych oraz kina gangsterskiego. Połączyć w jednym filmie muzykę, taniec i przestępczość zorganizowaną to nie lada wyzwanie, ale Francis Ford Coppola spisał się pod tym względem wprost wybornie.
źródło: http://www.moviestillsdb.com
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 18 lutego 2013

"Django Unchained"

Nie da się ukryć, że Quentin Tarantino jest moim ulubionym reżyserem, a "Pulp Fiction" uważam za najlepszy film, jaki widziałem w swoim życiu. Ponadto jest to jeden z niewielu twórców, którzy nie zaliczyli dotąd poważnej wtopy (przynajmniej w mojej opinii). "Django Unchained" to długo oczekiwany przeze mnie powrót Quentina Tarantino. Muszę przyznać, że trochę obawiałem się iść do kina, gdyż "Inglourious Basterds" nie zrobiły na mnie piorunującego wrażenia. Ponadto czytałem wiele pozytywnych recenzji, a co gorsza pisanych przez ludzi, którzy nie doceniają największych osiągnięć Quentina, toteż trochę zwlekałem z wyprawą, lękając się zawodu i rozczarowania. W końcu jednak udało mi się przezwyciężyć wewnętrzne fobie i zasiadłem pełen oczekiwań w kinowym fotelu. Jeśli chcemy zaklasyfikować "Django Unchained" to możemy uznać je za western, chociaż sam Quentin preferuje znacznie bardziej określenie southern. Czemuż? Otóż akcja filmu nie rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, ale w niewolniczych stanach dirty south. Tytuł filmu to nawiązanie do spaghetti westernu z 1966 roku, w którym główną rolę zagrał Franco Nero. Co ciekawe ów heros również pojawia się w epizodycznej rólce w najnowszym dziele Tarantino.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
"Django Unchained" to przewrotna opowieść o stawaniu się wolnym człowiekiem. Tytułowy Django (Jamie Foxx) wiedzie marny żywot niewolnika do momentu, gdy na swej drodze spotyka niebanalnego dr Schultza (Christoph Waltz). Niemiecki łowca nagród potrzebuje naszego bohatera, aby odnaleźć niebezpiecznych przestępców poszukiwanych listem gończym. Jak się szybko okazuje mordowanie białych ludzi za pieniądze wychodzi Django bardzo dobrze, dlatego też Schultz postanawia założyć z nim spółkę. Niemniej, kiedy szlachetny Niemiec dowiaduje się, że Django pragnie odnaleźć swoją ukochaną Broomhildę (Kerry Washington) niczym germański heros Zygfryd, postanawia dołożyć wszelkich starań, aby jego czarnoskóry partner odniósł sukces.
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Już po pierwszych minutach filmu rozwiały się moje wszelkie obawy, co do klasy "Django Unchained". Tarantino po raz kolejny wrócił w wielkim stylu. Świetna czołówka wsparta doskonałym jak zwykle soundtrackiem i pięknymi krajobrazami zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Muzyka w filmie jest imponująca: chociaż dostajemy pomieszanie różnych gatunków i zdarza się nawet rap, to każda piosenka idealnie wpasowuje się w poszczególną scenę. Dodam tylko, że niniejsza recenzja powstaje przy dźwiękach zapętlonego "Too Old To Die Young". Plenery zaiste doskonałe – czy to ośnieżone szczyty górskie, prerie czy też ogromne plantacje Południa – wszystko wygląda imponująco! Do tego świetne kostiumy – tutaj naprawdę widać, że budżet w wysokości 100 milionów USD nie rozpłynął się w jakimś lewym przekręcie. 
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Ponadto "Django" jest bardzo krwawym filmem i za to należą się brawa, bo rzadko oglądamy na ekranie taki poziom przemocy. Ludzie trafieni pociskami albo niemal eksplodują albo tryskają fontannami czerwonej posoki. Znakomicie się na to patrzy! Wspomnę jeszcze o scenie rozrywania niewolnika przez psy – no to już jesteśmy blisko kina gore. Jedziemy dalej – fabuła jest bez przypału, chociaż jak na Tarantino nie jest specjalnie skomplikowana. Tym razem prawie nie uświadczymy zabaw z chronologią wydarzeń, ponieważ pojawia się jedynie kilka króciutkich flashbacków. Utrzymano za to bardzo wysoki poziom dialogów – pojawia się multum autentycznie zabawnych rozmów i kwestii. Warto także zauważyć, że według danych z IMDb słowo nigger lub jego wariacje pada z ust bohaterów co najmniej 110 razy! I tutaj zwracam się do osoby odpowiedzialnej za kinowe napisy: nigger na pewno nie znaczy Murzyn, pisane na dodatek z dużej litery!
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
W "Django Unchained" Tarantino wykreował świat, w którym niemal każda postać (choćby z najdalszego planu) jest bardzo wyrazista i daje się zapamiętać. Zobaczcie choćby jak ludzie reagują na negra jadącego na koniu! Jamie Foxx idealnie wpasował się w konwencję i trudno mi uwierzyć, że Quentin pisząc scenariusz myślał o Willu Smithie. Christoph Waltz jest świetny jak zawsze, aczkolwiek mógłbym trochę zmodyfikować postać dr Schultza, bo z czasem za bardzo mięknie (chodzi mi o flashbacki z niewolnikiem rozrywanym przez psy). Niemniej jest to kwestia drugorzędna i nie wpływa na percepcję filmu w znaczący sposób. Bardzo podobał mi się Don Johnson (Big Daddy). Sekwencje z jego udziałem to jedne z najlepszych scen w całym filmie – od dialogu z niewolnicą o tym jak należy traktować Django po motyw z workami. Prawdziwa klasa! Na dalszym miejscu plasuje się Leonardo DiCaprio (Calvin Candie), ale nie znaczy to, że jest gorszy od Dona Johnsona, gdyż stworzył równie doskonałą kreację. Z większych ról pozostaje jeszcze Kerry Washington oraz Laura Cayouette (Lara Lee Candie) – jeśli miałbym wybierać palmę pierwszeństwa przyznaję tej drugiej. Ano i oczywiście, jakże mógłbym zapomnieć! Samuel L. Jackson jako nigga with attitude Stephen to tak imponująca rola, że aż brak mi słów by ją opisać! A do tego wszystkie multum świetnych malutkich postaci, w które wcielili się m.in: James Remar (Butch Pooch/Ace Speck), Tom Wopat (U.S. Marshal Gill Tatum), Walton Goggins (Billie Crash), Jonah Hill, piękna Nichole Galicia (Sheba) czy choćby sam Quentin Tarantino. Każda postać ma unikalny charakter i każda wnosi coś ciekawego do filmu. Naprawdę niewiele jest produkcji z tak barwną galerią bohaterów. Za to należą się ogromne brawa dla Quentina.
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
"Django Unchained" oferuje rozrywkę na najwyższym poziomie – tu widz nie uświadczy wszechpanującej ostatnio w kinematografii lipy. Kilka mistrzowskich scen, genialne i inteligentne dialogi plus cała rzesza wyrazistych bohaterów – czegóż można więcej oczekiwać po filmie? Jest to oczywiście swoista i przewrotna zabawa z konwencją westernu, ale nie ma aż tylu odwołań do klasycznych dzieł kina klasy B, jak choćby w obu częściach "Kill Bill". Dlatego też nie poczujemy się wcale zagubieni nie znając ich. Jak dla mnie jest to doskonałe kino i na pewno najlepszy film jaki widziałem od bardzo, bardzo dawna. Wychodząc z kina miałem na twarzy ogromny uśmiech, a to zdarza się ostatnio niezwykle rzadko. Gwarantowane miejsce na półce klasyka i jestem przekonany, że obejrzę go jeszcze wielokrotnie. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego szanującego się kinomana. Po prostu wstyd nie znać!
źródło: http://www.djangounchained-movie.net/site/
Ocena: 9/10.