Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woody Harrelson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woody Harrelson. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 marca 2018

"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" (2017)



Cause there ain't no God and the whole world's empty,
and it doesn't matter what we do to each other?

Ponieważ jesteśmy już świeżo po tegorocznej gali oscarowej wracamy do omawiania najważniejszych filmów nominowanych w tym roku do najbardziej prestiżowej nagrody przemysłu filmowego. Po niedawnej recenzji "Get Out" nadszedł najwyższy czas na murowanego faworyta do rozbicia puli, czyli nominowanego w siedmiu kategoriach "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Produkcja wyreżyserowana przez Martina McDonagha zebrała przecież pięć cennych nagród BAFTA (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) mając łącznie dziewięć nominacji oraz cztery Złote Globy (w tym za najlepszy film i scenariusz oryginalny) przy sześciu nominacjach. Ostatecznie udało się zebrać jedynie dwie statuetki (główna rola damska oraz drugoplanowa rola męska), przegrywając najlepszy film roku z "The Shape of Water", którego jeszcze nie widziałem.  Natomiast kompletnie dla mnie niezrozumiałą decyzją jest wybór "Get Out" w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. No cóż, nie od dzisiaj decyzje Akademii wywołują wiele kontrowersji… Niemniej muszę przyznać, że wybierając się na seans nie usłyszałem złego słowa o "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri". Wszystkie recenzje były pozytywne, a film wychwalono niemalże pod niebiosa. Automatycznie postawiło mnie to trochę w opozycji, ale ponieważ "In Bruges" Martina McDonagha było całkiem w pytę, a "Seven Psychopaths" miało swoje momenty, żywiłem nadzieję na świetne kino.
W niewielkim miasteczku Ebbing (które nie istnieje naprawdę) Mildred (Frances McDormand) wiedzie przerażająco smutną egzystencję. Kilka miesięcy wcześniej jej córka została zgwałcona i brutalnie zamordowana. Ponieważ sprawa w dalszym ciągu pozostaje nierozwiązana przez lokalnych stróżów prawa, kobieta decyduje się desperacki krok. Wykupiwszy tytułowe trzy bilbordy położone za miasteczkiem, Mildred umieszcza na nich bezpardonową krytykę oraz bezpośredni apel skierowany do szefa policji Willoughby’ego (Woody Harrelson). Niekonwencjonalne zachowanie naszej bohaterki dzieli lokalną społeczność, ale równocześnie staje się jedyną szansą na ujęcie mordercy.
We wstępie wspominałem, że "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" zbierało wyłącznie więcej niż pozytywne, wręcz entuzjastyczne recenzje. Po seansie muszę przyznać, że w tym przypadku pompowanie balonika miało solidne uzasadnienie. Film Martina McDonagha ogląda się po prostu świetnie, chociaż porusza dosyć depresyjne i poważne tematy. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się cierpienie matki po stracie swojego dziecka, chociaż relacje Mildred z córką pozostawiały sporo do życzenia. Drugi ważny temat to bezczynność lokalnej policji, która zamiast skupiać się na rozwiązaniu śledztwa, torturuje czarnuchów kolorowych. Leniwe, rasistowskie, nieudolne świnie, wywodzące się często z patologicznych rodzin typowych White trash (vide Dixon) pożytkują służbę na walenie gorzeliny oraz dręczenie mniejszości etnicznych. Oczywiście nie każdy policjant w Ebbing zalicza się do tego szacownego grona. Willoughby sprawia wrażenie sympatycznego i ogarniętego gościa, który doskonale zna intelektualne możliwości swoich podopiecznych i wie, że pewnych spraw przy ograniczonym zakresie środków po prostu rozwiązać się nie da. Niemniej nawet przy swoim wieloletnim doświadczeniu nie może zignorować bezczelnej wiadomości Mildred umieszczonej na bilbordach. W tym właśnie momencie "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" doskonale przedstawia sieć powiązań małomiasteczkowej Ameryki i ogólnospołeczne wsparcie dla szefa policji mimo, że sprawa pozostaje w dalszym ciągu nierozwiązana (zwolenników zuchwałej akcji naszej bohaterki można policzyć na palcach jednej ręki).
Jak już wspomniałem "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" ogląda się po prostu świetnie. Film posiada multum scen o wyjątkowym ładunku emocjonalnym. Najlepszy przykład to flashback ostatniej kłótni Mildred z córką, w której zostały wypowiedziane słowa, których cofnąć się już nie da. Podobnie jest w przypadku rodzinnej sprzeczki z byłym mężem Charlie’m, która przyjmuje kompletnie nieoczekiwany efekt. A wątek randkowania z sympatycznym Jamesem może naprawdę wywołać łezkę współczucia. Pod względem fabularnym nie jestem w stanie wykazać praktycznie żadnych słabości (może z wyjątkiem dziwnej sceny rozgrywającej się w sklepie, w którym pracuje Mildred). Co więcej, dodam, że  jest to imponujące, niemal idealne połączenie całkowitej powagi z nieoczekiwanymi przejawami humoru, przeważnie bardzo czarnego. Muszę natomiast przyznać, że zdecydowanie zaskoczył mnie monolog wygłoszony przez Mildred do jelenia – byłem przekonany, że zwierzak to wytwór CGI, ale okazało się, iż jest rzeczywisty i ma nawet imię (Becca). W zasadzie był to precyzyjne ujmując mulak białoogonowy, znany też jako jeleń wirginijski lub jeleń wirgiński (Odocoileus virginianus). W ramach ciekawostki warto napisać, że filmowcy nawet nie liznęli Missouri, ponieważ praktycznie cały film nakręcono w Karolinie Północnej (tytułowe Ebbing udaje miasteczko Sylva).
Zaczynając omawianie aktorstwa oraz postaci muszę przyznać, że Frances McDormand otrzymała w pełni zasłużonego Oscara za swoją imponującą rolę. Mildred emanuje po prostu ledwie hamowanymi pokładami gniewu oraz determinacji, będąc wysoce niestabilnym wulkanem emocji. Aby zmusić lokalna policję do rozwiązania śledztwa zdeterminowana matka cierpiąca po stracie córki nie cofnie się przed niczym. Owacja na stojąco! Na podobne laury zasłużył również kolejny oscarowy triumfator, czyli Sam Rockwell. W jego wykonaniu Dixon przechodzi prawdziwą i co najważniejsze szczerą ewolucję od kompletnego, rasistowskiego dupka do bohatera kierującego się wysoce szlachetnymi pobudkami. A wszystko podlane zostało sporą dozą humoru. Na trzecie miejsce podium wskakuje tym razem nominowany do Oscara w tej samej kategorii Woody Harrelson. Willoughby to naprawdę zacny koleś, z którym chętnie obaliłbym niejedno piwcio (pozdro Natalia!), niemniej pod pewnymi względami przypomina mi Marty’ego z "True Detective". W tle również jest całkiem młodzieżowo. Warto w szczególności zwrócić uwagę na genialną rolę Johna Hawkesa wcielającego się w byłego męża Mildred (Charlie), przejmujący występ Petera Dinklage’a (James – udowadnia, że istnieje życie po "Grze o tron"), poruszającą kreację Sandy Martin (matka Dixona) oraz kolejne świetne wejście Lucasa Hedgesa (Robbie).
"Three Billboards Outside Ebbing, Missouri" to na razie najlepszy film, jaki obejrzałem w tym roku. Po trochę słabszych "Seven Psychopaths" Martin McDonagh powrócił w wielkim stylu do wybitnej formy i szczerze powiedziawszy chyba przyćmił swoje największe dotychczasowe osiągnięcie ("In Bruges"). Świetne kino, pozycja obowiązkowa z względu na wyjątkowe połączenie śmiertelnie poważnych kwestii z humorem, intrygującą fabułę oraz wyborne aktorstwo.
Ocena: 9/10.

sobota, 2 kwietnia 2016

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 2"



Dzisiaj wreszcie nastał długo oczekiwany i pamiętny dzień, w którym dojdzie do ostatecznej rozprawy z serią "The Hunger Games". Po pierwszej części nie przejawiałem zbyt optymistycznego nastawienia do tematu, ale dostrzegałem pewien ukryty potencjał. Druga odsłona to z pewnością miłe zaskoczenie i solidna dawka rozrywki na konkretnym poziomie, przez którą zacierałem ręce na spektakularny finał. Jednakże pierwszy epizod ostatniej części okazał się dla mnie nawet nie siarczystym policzkiem wymierzonym przez twórców "Igrzysk Śmierci", ale monstrualnym kindybałem w szamot. Wtedy to postanowiłem wykreślić "Mockingjay – Part II" z mojej listy obowiązkowych seansów kinowych. Jednakże, ponieważ czuję się wyjątkowo niekompletny, gdy nie kończę czegoś co zacząłem (w efekcie tej ułomności obejrzałem wszystkie sezony "Prison Break"), spadł na mnie obowiązek zaliczenia ostatniej części ostatniej części "The Hunger Games" (tym razem naprawdę ostatniej – przynajmniej taką żywię nadzieję).
źródło: http://www.impawards.com
Po tym, jak w pierwszej odsłonie "Kosogłosa" dowiedzieliśmy się wreszcie gdzie jest Peeta (Josh Hutcherson), zjednoczone przed przewodnictwem Dystryktu XIII siły rebelii planują ostateczne rozwiązanie kwestii supremacji Kapitolu. Oczywiście zaszczytna rola w tymże epokowym wydarzeniu została również przypisana Katniss (Jennifer Lawrence). Jednakże dzielna i niezłomna dziewczyna nie weźmie udziału w bezpośrednich starciach z siłami opresyjnego reżimu, lecz podążając za wojskami rebelii ma skupić się na kręceniu materiałów propagandowych. Jak łatwo się domyślić przebiegły plan prezydent Coin (Julianne Moore) nie przypada naszej bohaterce do gustu i tradycyjnie już, niczym Frank Sinatra, postanawia pójść własną drogą.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Jak wspomniałem we wstępie druga część "Kosogłosa" to ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci" (chociaż wyraźnie dostrzegam potencjał na prequele). Czego zatem oczekiwałem od długo wyczekiwanego finału? Epickiej bitwy z rebeliantów z siłami Kapitolu, widowiskowości, wartkiej akcji! A zamiast tego obejrzałem smętne rozmowy o uczuciowym trójkącie, nudne pogadanki o niczym, mało dynamicznej akcji oraz zdecydowanie za wiele ugly cry face. Toż to zakrawa na absurd i nonsens! Ponadto twórcy zaserwowali kilka motywów, które wymykają się mojemu pojmowaniu przedstawionej rzeczywistości. Pierwszy przykład to zmiechy/zmieszańce (jak się dowiedziałem z Internetu są to genetycznie zmodyfikowane stworzenia hodowane w laboratoriach Kapitolu), które wyglądają niczym trochę większy i agresywniejszy Gollum, dodatkowo uzależniony od cracku. Z tego co pamiętam, w żadnej części filmowych "Igrzysk Śmierci" nie było mowy o tym gównie, więc mogłem być z deczka zaskoczony. Druga, w zasadzie nawet bardziej szokująca, sprawa to kobieta-tygrys. Tu komentarz nie jest wystarczający (poza tym nasuwa mi się jedynie WTF?), trzeba to zobaczyć na własne oczy.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Oglądając ostatniego "Kosogłosa" zastanawiałem się kiedy właściwie Kapitol przegrał tę wojnę. W poprzedniej części prezydent Snow napierdalał przecież bombami w Dystrykt XIII aż trzeszczało. A tymczasem, po idiotycznej decyzji Antoniusa (Robert Knepper, legendarny T-Bag z "Prison Break"), elitarne siły utknęły zasypane przez rebelię w jakiejś górskiej twierdzy! Brawo za wybranie na strategosa człowieka o tak wysoce rozwiniętej wyobraźni.  Niemniej wkrótce okazuje się, że były to ostatnie wartościowe jednostki reżimu (lotnictwo też tam ugrzęzło?) i droga do stolicy stoi otworem. W filmie nie zobaczymy zatem epickich bitew, które doprowadziły Kapitol na skraj upadku. Jednakże całe miasto usłane zostało tzw. kokonami – urządzeniami, które opierając się na magicznej technologii stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo dla biednych rebeliantów szturmujących metropolię. Otóż te pułapki są niekiedy tak finezyjne, absurdalnie złożone i nieużyteczne, że aż warto spytać czy nie lepiej było postawić na zawsze solidne siły pancerne i lotnicze? Abstrahując od miotaczy płomieni pragnę zwrócić Waszą uwagę na kokon, który po aktywacji zamknął wejścia na dziedziniec budynku i nie wiadomo skąd zaczął pompować ogromne ilości czarnej mazi, w której mieli utonąć nasi bohaterowie. Trzeba mieć prawdziwą fantazję! Oczywiście, można było również postawić na zawsze skuteczne miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, a dodatkowo usiać miasto snajperami, ale przecież nie jest to wystarczająco finezyjne rozwiązanie. Kolejna szokująca z mojej perspektywy sprawa to straszliwa sztampowość "Kosogłosa". Postacie drugoplanowe giną w regularnych odstępach czasowych, oczywiście niemal wyłącznie w bohaterskich okolicznościach (czasem zdarza się im nawet wygłosić krótki, pełen patosu monolog). A w jaki sposób pozostać nierozpoznanym w samym sercu Kapitolu, gdzie na każdym rogu wisi twoja podobizna? Wystarczy założyć płaszcz z kapturem! A co zrobić, gdy strażnicy pokoju niemalże demaskują twój bezbłędny kamuflaż? Nic, wystarczy poczekać na nieoczekiwany atak rebeliantów. Poza tym uważam, że gdyby Boggs albo w szczególności Gale mieli jaja ze stali to Peeta nie dożyłby do połowy filmu.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Pomyje i gorzkie żale wylane, więc czas przejść do nielicznych pozytywów. Niezaprzeczalnie druga odsłona "Kosogłosa" jest zrealizowana naprawdę sprawnie i potrafię docenić solidne rzemiosło. Efekty specjalne może nie są specjalnie przełomowe, ale także nie raziły mnie szczególnie komputerową nachalnością. Jeżeli miałbym wskazać dlaczego warto obejrzeć ten film to dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy to interesująca scena bombardowania ludności cywilnej pod rezydencją prezydenta Snowa – oczywiście muszę jednak podkreślić, że zdecydowanie zabrakło odwagi w pokazaniu makabrycznych skutków tej zbrodni wojennej. Gdyby zrobiono to choćby tak dobrze jak w "Mieście 44" to byłbym skłonny podnieść ocenę o jedną gwiazdkę za nieszablonowe podejście do tematu. Drugi powód to znakomita rozmowa Katniss i prezydenta Snowa w szklarni – nie wiem czy może nawet nie jest to najlepsza scena w całej serii (oczywiście głównie z powodu Donalda Sutherlanda). Przyznacie jednakże, iż jak na ponad dwugodzinną produkcję to troszkę mało, nieprawdaż?
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Z nieukrywanym żalem oglądałem niemal nieustanną ugly cry face w wykonaniu Jennifer Lawrence. Gdzież się podziała zjawiskowa panna Katniss Everdeen? – pytałem z niedowierzaniem. Otóż Kosogłos w wyjątkowej postaci pojawia się tylko raz i to na dodatek pod sam koniec filmu. Nie chcę tutaj również wspominać o wyborach uczuciowych naszej bohaterki, bo jak absurdalna i nieuzasadniona niczym jest to sytuacja może dostrzec każdy. Josh Hutcherson tym razem wciela się w Peetę wychodzącego powoli z uzależnienia od mefedronu. Na tle jego miałkości Liam Hemsworth (Gale) mieni się niczym supernowa. Woody Harrelson w dalszym ciągu gra zapijaczoną wersję samego siebie, a Julianne Moore wydaje się tworzyć podręcznikowy przykład kreacji zimnej suki pozbawionej wszelkich skrupułów. Odniosłem natomiast wrażenie, że sceny ze zmarłym Philipem Seymourem Hoffmanem znalazły się w filmie trochę na siłę. Niemniej po raz kolejny produkcję kompletnie zawłaszczył Donald Sutherland – nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego w roli prezydenta Snowa i w mojej opinii to właśnie ten aktor jest największym zwycięzcą całego przedsięwzięcia.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Recenzja trochę się rozciągnęła w czasie i przestrzeni, ale wreszcie nastał czas na podsumowanie. Jako ostatnia część cyklu "Kosogłos" kompletnie zawiódł moje oczekiwania (a raczej oczekiwania jakie miałem przed obejrzeniem pierwszej części finału). Żenujące, idylliczne zakończenie uwydatnia jedynie miałkość "Igrzysk Śmierci" jako całości. Oczywiście brakuje odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtują po upadku Kapitolu. Niemniej twórcy poszli na łatwiznę, olewając nieuchronny problem anarchii po likwidacji opresyjnego reżimu i skupili się na bajkowej przyszłości Katniss. Po drugiej części serii miałem naprawdę wybujałe oczekiwania, ale niestety okazało się, że był to jedynie ulotny one-time wonder. Pozostaje jedynie po raz kolejny oddać się ubolewaniom nad zmarnowanym potencjałem "The Hunger Games" i wyczekiwać na ewentualny reboot.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10 (jedna gwiazdka za Donalda Sutherlanda).

Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 1"



Ponieważ ostatnio oglądałem same bardzo dobre, dobre oraz chociaż solidne produkcje w odmętach mojej złożonej osobowości zaczęła kiełkować silna żądza przerwania tej hossy i pogrążenia się w totalnej filmowej chujozie. Jak już bowiem nie raz wspominałem: nie można prawdziwie docenić piękna nie wiedząc niczego o brzydocie. I kiedy miałem już przeglądać IMDb w poszukiwaniu odpowiedniej słabizny (primary objective: Nicolas Cage), przypomniałem sobie, że nie obejrzałem przecież jeszcze najnowszej odsłony "The Hunger Games: Mockingjay Part 1". Pomyślałem sobie zatem: oka, jeszcze jedna solidna produkcja i rozpoczynam podróż do kresu filmowej wytrzymałości. Albowiem wówczas, po ostatniej, bardzo dobrej części, nie spodziewałem się, że zostanę tak brutalnie zdradzony, a moja wewnętrzna potrzeba obejrzenia kompletnej chujni zostanie zaspokojona z nawiązką. Zanim przejdziemy do wylewania pomyj, zwróćcie uwagę na tytuł filmu. Oczywiście twórcy "Igrzysk Śmierci" doskonale wpisali się w współczesne trendy i podzielili ostatnią odsłonę na dwie części. Zaprawdę, powiadam Wam: hajs się musi zgadzać! Z gestów o wiele bardziej szlachetnych należy odnotować, że "Kosogłos" został zadedykowany pamięci zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana.
źródło: http://www.impawards.com
Jak doskonale pamiętacie z poprzedniej części jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci zakończyły się kompletną klęską Kapitolu. Katniss (Jennifer Lawrence), w ostatniej chwili uratowana z areny, trafia do legendarnego Dystryktu XIII. Jak się okazuje mieszkańcy pechowego sektora nie zostali wcale wymordowani przez rząd centralny, ale po prostu zeszli do podziemia (dosłownie). Pod wodzą prezydent Coin (Julianne Moore) zmilitaryzowane społeczeństwo dystryktu przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z Kapitolem. W zamierzeniach miejscowego establishmentu Katniss ma stać się Kosogłosem, nieskalanym symbolem rewolucji, który podtrzyma ogień rebelii tlący się w pozostałych sektorach i ułatwi ich zjednoczenie pod jednym sztandarem.
© Lions Gate Entertainment
Pod koniec recenzji "The Hunger Games: Catching Fire" wyraziłem bardzo niefortunną obawę: twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się wówczas, jak prorocze będą to słowa. Francis Lawrence, w przebłysku geniuszu, postanowił bowiem spierdolić wszystko, co osiągnął w poprzedniej części. Niestety z porównaniem do czwartej odsłony 'Terminatora" trochę przesadziłem, ponieważ cokolwiek by złego nie powiedzieć o filmie McG, to jednak coś się tam dzieje i momentami bywa efektownie. W "Mockingjay" natomiast nie dzieje się praktycznie nic – oczywiście nie ma przecież Igrzysk! Oglądając film zastanawiałem się, kiedy zacznie się jakaś prawdziwa akcja. Niestety okazało się, że wcześniej zobaczyłem napisy końcowe, więc podejrzewam, że wszystko zostawiono na finałową odsłonę. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i rozczarowaniu na pierwszy plan wysunięte zostały wątki romansowe (rozłąka szaleńczo zakochanych tak niezwykle bolesna) oraz rozterki emocjonalne Katniss. O wiele bardziej istotne wydarzenia kompletnie straciły na znaczeniu, zepchnięte głęboko w drugoplanowe odmęty. Jakież znaczenie ma bowiem przyszłość ludzkości, kiedy panna Everdeen musi dowiedzieć się co dzieje się aktualnie z uzależnionym od cracku Peetą? Jak słusznie zauważyli twórcy Honest Trailers film powinien nosić podtytuł "Where’s Peeta?: Part 1".
© Lions Gate Entertainment
Co zatem powinno znaleźć się na pierwszym planie? Moim skromnym zdaniem wyniszczające starcie pomiędzy Dystryktem XIII i Kapitolem, po którym przy odrobinie pecha nie będzie czego zbierać. O ile rządzący Trzynastką mają jakiekolwiek pojęcie o prowadzeniu wojny i są do niej doskonale przygotowani to działania podjęte przez rebeliantów w pozostałych sektorach są żenująco idiotyczne. Samobójczy, bezmyślny szturm na elektrownię wodną czy leśna zasadzka drwali to najlepsze przykłady skończonej głupoty i nieliczenia się z czynnikiem ludzkim. Trzeba przyznać, że Kapitol nie pozostaje dłużny i wykorzystując najlepsze przykłady z historii XX wieku odpowiada z pełną mocą brutalności. Ludobójstwo oraz masowe egzekucje są na porządku dziennym, a tysiące szkieletów w Dystrykcie XII zaczynają już niebezpieczne przypominać Holokaust. Ogólnie rzecz biorąc pozostałe sektory przedstawiają obraz totalnej anihilacji – wszędzie zniszczenia, ruchawka i pożoga. Kolorowy, wypełniony przepychem Kapitol oglądamy jedynie przez chwilę, a podziemna, surowa baza prezydent Coin wzmaga jedynie pesymistyczny wydźwięk "Kosogłosa". Warto zwrócić uwagę na ciekawy aspekt walki propagandowej – filmiki nagrywane przez obie strony. Z uwagi na położenie Dystryktu XII ich propaganda skojarzyła mi się z wystąpieniami Osamy bin Ladana kręconymi w afgańskich jaskiniach.
© Lions Gate Entertainment
Nie pamiętam kiedy równie solidna postać zanotowała tak okrutny zjazd. W najnowszej odsłonie Katniss Everdeen to po prostu wrak człowieka, spędzający wolne chwile na użalaniu się nad sobą w jakichś kanałach. Rozumiem, że chciano w ten sposób ukazać negatywny wpływ Igrzysk Śmierci na bohaterkę, ale twórcy posunęli się zdecydowanie za daleko. Z dumnego, niezłomnego symbolu buntu pozostała jedynie tak naprawdę rozhisteryzowana egoistka kierująca się partykularnym interesem – na szczęście dysponująca świetną ekipą od PR. Z prawdziwym żalem ogląda się Jennifer Lawrence prezentującą przez bite dwie godziny cry face. Jedyna dobra scena to Katniss śpiewająca piosenkę The Hanging Tree, ponieważ wreszcie jest w miarę normalna (oczywiście laureatka Oscara jej nienawidzi, ponieważ nie lubi śpiewać). Znakomita obsada drugoplanowa wyjątkowo nie ratuje sytuacji, gdyż po prostu scenariusz nie pozwala. Co z tego, że Julianne Moore, Elizabeth Banks (Effie), Philip Seymour Hoffman (Plutarch), Woody Harrelson (Haymitch) Jeffrey Wright (Beetee) czy Donald Sutherland (Jon Snow Prezydent Snow) grają dobrze, gdy na pierwszym planie oglądamy bolejącą nad rozłąką Katniss? I tu zwracam się do pań oraz mniejszości homoseksualnej: naprawdę wolelibyście uzależnionego od cracku Josha Hutchersona (Peeta) niż brata Thora, Liama Hemswortha (Gale) Really? W filmie pojawia się także Jena Malone (Johanna Mason), która ujęła mnie swoim jestestwem w poprzedniej części. Dodajmy jedynie, że jej występ w "Mockingjay" trwa mniej więcej 30 sekund…
© Lions Gate Entertainment
O ile na pierwszą cześć "Kosogłosa" czekałem z prawdziwym wytęsknieniem to po tym, co zobaczyłem, drugą odsłonę zamierzam jedynie obejrzeć z czystego obowiązku, by zamknąć ostatecznie całą serię i nigdy więcej do niej nie wracać. Przewijające się przez "Igrzyska Śmierci" powiedzenie the odds are never in our favor nigdy nie było bowiem bardziej aktualne.
© Lions Gate Entertainment
Ocena: 4/10.


Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.
 

sobota, 25 października 2014

"Out of the Furnace"



Prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym o "Out of the Furnace", gdyby jeden z moich compañeros (zwany El Búlgaro) nie zachwalał publicznie rzekomej znakomitości tegoż filmu. Oczywiście dzieło Scotta Coopera mogłoby wypłynąć w trakcie randomowego przeszukiwania IMDb, ale po opisie fabuły nie sądzę, abym zwrócił na nie swoją uwagę. Ponadto reżyser to kompletny no name, który ma swoim dorobku jedynie trzy filmy, więc raczej jego osoba nie zachęcała do projekcji. Aczkolwiek, jak słusznie zauważył Wee-Bey z "The Wire", przecież każdy jakoś musi zacząć swoją karierę. Z drugiej strony ogromną zaletą wydawała się natomiast obsada: Christian Bale, Woody Harrelson, Willem Dafoe, Forest Whitaker, Zoe Saldana – to robi naprawdę wrażenie! Znakomita ekipa oraz akcja osadzona na amerykańskiej prowincji dawały nadzieję na prawdziwą perełkę, kompletnie pominiętą przez mainstream. Jeszcze uwaga odnośnie polskiego tytułu: "Zrodzony w ogniu" jest spoko, ale ja proponuję "Prosto z pieca".
źródło: http://www.impawards.com
"Out of the Furnace" to początkowo historia z codziennego życia na amerykańskiej prowincji. Russell Baze (Christian Bale) pracuje w lokalnej hucie i prowadzi w zasadzie nudną, szarą i niczym niewyróżniającą egzystencję w małym miasteczku położonym gdzieś w Pensylwanii. Ciężko chory ojciec oraz lekkomyślny brat czekający na kolejną turę w Iraku to jedynie zmartwienia naszego bohatera. Rodney (Casey Affleck), wyraźnie znudzony pozbawionym emocji życiem, coraz bardziej pogrąża się w hazardzie oraz nielegalnych walkach organizowanych przez miejscowego bonza, Johna Petty’ego (Willem Dafoe). W momencie gdy, jak to kiedyś rzekł Dwight McCarthy: And everything seemed to be going so well, Russell popełnia fatalny w skutkach błąd, przez co trafia na dłuższy okres do więzienia. Niestety po wyjściu z kryminału życie naszego bohatera zaczyna się kompletnie rozpadać.
źródło: http://www.fandango.com
W dużej mierze "Out of the Furnace" przedstawia prozę codziennego życia na amerykańskiej prowincji w klimacie znakomitego "Winter’s Bone" i przeraźliwie nudnego "The Place Beyond the Pines". Niestety szybko okazało się, że film Scotta Coopera zdecydowanie zmierza w stronę tego drugiego. Z uwagi na Woody’ego Harrelsona oraz amerykańską prowincję liczyłem może nawet troszkę na aurę tajemniczości z pierwszego sezonu "True Detective", ale ku mojemu rozczarowaniu nic takiego nie znalazłem. Jedyne co tak naprawdę otrzymujemy to kompletny brak perspektyw, małomiasteczkową egzystencją oraz straszliwą monotonię. Scott Cooper postawił na minimalizm dialogowy, ale kwestie wypowiadane przez bohaterów są dosyć, że tak się wyrażę życiowe (czytajcie: nic ciekawego). Przez tenże zabieg, który w normalnych okolicznościach zawsze bym pochwalił, "Out of the Furnace" zamienia się w kino obyczajowe niemal rodem ze Ślunska: ojciec dorobił się śmiertelnej choroby przez lata pracy, chcą zamknąć moją hutę, co ja biedny pocznę? Nie wierzycie? Zapoznajcie się zatem z wykazem czynności, jakim w trakcie filmu oddaje się Russell. Oglądamy zatem głównego bohatera w następujących, niezwykle pasjonujących, życiowych sytuacjach:
  • Russell posila się,
  • Russell wyrzuca resztki jedzenia do kosza (powtarzający się motyw, zapewne alegoria marności ludzkiej egzystencji)
  • Russell zdrapuje starą farbę, aby pomalować dom,
  • Russell jedzie do pracy,
  • Russell pracuje w hucie,
  • Russell wraca z pracy,
  • Russell pije w barze,
  • Russell stalkuje swoją ex na mieście,
  • Russell wzdycha egzystencjalnie (powtarzający się motyw),
  • Russell siedzi bezczynnie w domu.
źródło: http://www.fandango.com
Wszystko byłoby w porządku, gdyby "Out of the Furnace" był filmem obyczajowym poświęconym marności losu pensylwańskich hutników. Niestety jest to kurwa thriller, a więc z definicji ma budzić u widza dreszcz jebanych emocji! Nic takiego niestety nie uświadczyłem, a zatem czuję się zawiedziony dosyć bardzo. Akcja wlecze się totalnie nieśpiesznie, a oglądanie Russella wykonującego codzienne, monotonne czynności nie jest aż tak porywające jak wydaje się co niektórym. Jednakże film Scotta Coopera ma także zalety, który sprawiają, że projekcja nie mogła zostać zaliczona do kompletnie nieudanych. Po pierwsze twórcom należą się brawa za piękne zdjęcia postindustrialnych krajobrazów Pensylwanii. Pod tym względem "Out of the Furnace" może jawić się jako mistrzowskie przedsięwzięcie. Warto również zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową. Chociaż muszę od razu zdementować pogłoski, iż jestem fanem Pearl Jam i podobnych zespołów, to muzyka znakomicie komponuje się z filmowymi wydarzeniami. Ponadto rozwój fabuły nosi wyjątkowo mało znamion głupawości, co w dzisiejszych czasach należy uznać za wielkie osiągnięcie.
źródło: http://www.fandango.com
Generalnie byłem bardzo blisko, aby wystawić ocenę dokładnie taką samą jak "The Place Beyond the Pines" (5/10). Ostatecznie postanowiłem jednak podnieść notę. Na moją decyzję wpływ miały dwa powody: pierwszy z nich nazywa się Woody, a drugi Casey. Russell w wykonaniu Christiana Bale nie jest zły, aczkolwiek jest to po prostu everyman tonący w szarzyźnie prozy życia. Doceniam wysiłek aktora, ale jego postać nie ma szans mi zaimponować. Tak naprawdę film kradnie Woody Harrelson do spóły z Caseyem Affleckiem. Trudno mi wskazać, który z nich jest lepszy, ale obydwaj zagrali znakomicie. Harlan to niemal postać stworzona dla Harrelsona, a wystarczy sobie przypomnieć "True Detective", żeby mieć świadomość w jakiej formie jest obecnie tenże aktor. Z kolei Affleck zaskoczył mnie wielce, ponieważ tak naprawdę o wiele więcej spodziewałem się po Willemie Dafoe czy choćby Forescie Whitakerze. Co prawda obaj wypadli poprawnie (ze zdecydowanym wskazaniem na Dafoe), ale od tak wybitnych przedstawicieli Hollywood zawsze należy wymagać więcej. Uważam natomiast, że role Zoe Saldany mogłaby zagrać dowolna, randomowa aktorka i "Out of the Furnace" nic by na tym nie straciło (a w zasadzie mogłoby trochę zaoszczędzić na budżecie).
źródło: http://www.fandango.com
"Out of the Furnace" to moim zdaniem średnie kino, które warto odpalić dla dobrze ukazanej monotonii życia w małomiasteczkowej Ameryce oraz znakomitych ról Woody’ego Harrelsona oraz Caseya Afflecka. Nie nastawiajcie się na akcję i rozpierdol, a raczej na spokojne kino obyczajowe, przerywane od czasu do czasu solidnymi mordobiciami w kręgu (walki całkiem całkiem). Nie mając większych oczekiwań co do filmu Scotta Coopera nie spotka Was rozczarowanie. Z pewnością nie będzie to produkcja, do której będę wracał co jakiś czas.
źródło: http://www.fandango.com
Ocena: 6/10.

niedziela, 8 czerwca 2014

"True Detective" (sezon 1)



Gdy piszę te słowa mija ponad dwa miesiące odkąd ostatni raz zasiadłem w kinowym fotelu. Niestety "Grand Budapest Hotel" okazał się dla mnie sporym rozczarowaniem. Z tegoż powodu oraz znacznie bardziej prozaicznej, totalnej filmowej posuchy postanowiłem na jakiś czas przerzucić się na seriale. Miałem trochę rachunków do wyrównania, więc z pasją rzuciłem się na szósty sezon "True Blood". Niestety pod wieloma względami odbiegał od poprzednich, więc zaskakujący fail. Następnie przyszedł czas na trzecią oraz czwartą serię "Boardwalk Empire". Zdecydowanie za mało Lucky’ego, Meyera, A.R., a o wiele za wiele smutnych przeżyć Gillian, która z dobrej i naprawdę chętnie oglądanej postaci (w szczególności nago) stała się chyba najbardziej irytującą bohaterką na przestrzeni wszystkich czterech sezonów. A więc znowu porażka. Wówczas zacząłem zastanawiać się czy to może ze mną jest coś nie tak i moje oczekiwania są zbyt wygórowane. Leżąc w moim prokocimskim apartamencie rozważałem egzystencjalne problemy, niemal jak kapitan Willard w Sajgonie, a za każdym razem, gdy patrzyłem na ściany wydawało się, że są coraz bliżej. Wtenczas, przerywając marność nad marnościami, objawił się "True Detective", którym demos jara się ponoć od Tarnobrzegu po Bangladesz.
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
"True Detective" rozgrywa się w Luizjanie, jakiej jeszcze chyba nie widziałem nigdy, w dwóch planach czasowych (1995 i 2012). Spora część serialu to retrospekcje z 1995 roku, gdy miejscowi gliniarze rozwiązywali sprawę tajemniczego morderstwa młodej kobiety. Po siedemnastu latach Rust Cohle (Matthew McConaughey) oraz Marty Hart (Woody Harrelson) ponownie wyjaśniają w jaki sposób udało się im zakończyć śledztwo, w którym sporo niedomówień, dziwnych koincydencji oraz niezbyt jasnych tropów. Jeśli chodzi o fabułę to, żeby uniknąć zarzutów o spoilowanie, najlepiej zakończyć opis w tym punkcie.
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
Zachwyty nad "True Detective" docierały do mnie zewsząd, nawet mimo, iż jakiś czas temu przestałem czytać jakiekolwiek fachowe teksty dotyczące filmów czy seriali, ograniczając się jedynie do recenzji moich compañeros. Arcydzieło! Najlepszy serial ever! Najważniejszy serial dekady! – krzyczały nagłówki, które od niechcenia przewijałem. Naprawdę? Jak zapewne się domyślacie nie podzielam entuzjazmu większości recenzentów. Po obejrzeniu pierwszego odcinka nie potrafiłem dostrzec niczego wyjątkowego w produkcji Nica Pizzolatto. Jednak po kolejnych epizodach wciągnąłem się na tyle, że odczuwam smutek z powodu końca pierwszej serii. Powiedzmy szczerze: chociaż "True Detective" nie jest arcydziełem nawet w swojej kategorii, to naprawdę potrafi przyciągać uwagę widza. Główna oś fabularna nie jest może szczególnie oryginalna, aczkolwiek momentami może naprawdę wywołać niepokój. Z pewnością ciekawym zabiegiem było rozdzielenie akcji na dwa plany czasowe – zestawienie zeznań naszych bohaterów z rzeczywistą wypada przeważnie bardzo interesująco. Ogromnym plusem serialu są ponadto plenery. Jak żyję nie widziałem takiej Luizjany – wielkie brawa za wybór poszczególnych miejscówek. "True Detective" ma również epizody, które po prostu rozpierdalają konkurencję w drobny mak. Najlepszym przykładem jest pojawiający się w jednym z odcinków gang motocyklowy, który doskonałymi stylówkami dosłownie zjada wszystkie sezony "Sons of Anarchy".
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
Przebłyski geniuszu "True Detective" opierają się głównie na postaci Rusta Cohle’a. Jest to znakomity bohater, walczący się z nie tylko uzależnieniem od narkotyków (preferuje metakwalon oraz barbiturany), ale przerażającymi demonami przeszłości. Cohle, borykając się m.in. z halucynacjami, które nawiedzają go w najmniej odpowiednich momentach, zdołał stworzyć własne, niezwykle nihilistyczne podejście do rzeczywistości. Warto zobaczyć serial choćby dla poznania fundamentów tejże oryginalnej filozofii, ponieważ pojawili się już ludzie, który piszą o niej artykuły. Marty Hart to o wiele bardziej przyziemny bohater, można powiedzieć zwykły człowiek z trochę wypaczonym kodeksem wartości. Chociaż Woody Harrelson daje z siebie wszystko to niemal w każdej scenie Matthew McConaughey wyprzedza go o hektariony. Naprawdę, jeżeli ktokolwiek jeszcze uważa, że Teksańczykowi nie należał się tegoroczny Oscar to zapraszam do oglądania "True Detective" i sprawdzenia kto jest w nim MVP. I tu w zasadzie można rozpocząć punktowanie produkcji Pizzolatto. Poza duetem głównych bohaterów nie ma praktycznie żadnej postaci, która potrafiłaby przyciągnąć uwagę widza. Oczywiście pomijamy gang motocyklowy, który po prostu miażdży stylówą bez litości. Niestety nie jest to legendarne "The Wire", w którym prawie każdy, nawet najbardziej epizodyczny czarnuch z Baltimore, potrafił się wryć widzom w pamięć. Najwięcej ekranowego czasu poświęcono żonie Marty’ego, Maggie (Michelle Monaghan) oraz duetowi czarnoskórych gliniarzy – Gilbough (Michael Potts) oraz Papania (Tory Kittles). Niestety żaden z trójki wymienionych bohaterów nie wyróżnia się niczym wyjątkowym. Ot, po prostu egzystują sobie w świecie "True Detective" i w zasadzie, gdyby usunięto te postacie to nic by się wielkiego nie stało. Wśród ról epizodycznych warto odnotować kaznodzieję Theriota. Wygląda na to, że Shea Whigham ma ambicję zagrać epizod we wszystkim. A reszta? Reszta jest milczeniem.
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
Akcja "True Detecitve" toczy się dosyć leniwie, aczkolwiek w dzisiejszych czasach można uznać to za spora zaletę. No chyba, że ktoś preferuje Horatio Caine’a, który rozwiązuje tysiąc spraw w zaledwie jednym odcinku CSI. Niestety twórcy nie uniknęli totalnych słabizn. Rodzinne życie Marty’ego to tak naprawdę straszliwa mielizna, która sprawiała, że chciałem jeszcze większego skupienia na postaci Cohle’a. Ponadto momentami nasi bohaterowie oddają się totalnie w ręce przypadku (np. Cohle uciekający z getta – nie wmówicie mi, że to było działanie według jakiegoś planu) albo zachowują jak kompletni idioci (np. Marty szturmujący klub motocyklistów). Generalnie gdy ciężar akcji zaczął przenosić się w 2012 rok można było odczuć pewien spadek poziomu serialu, aczkolwiek metamorfozy naszych bohaterów oddano nad wyraz realistycznie. Zakończenie odebrałem natomiast jako wysoce niesatysfakcjonujące oraz dosyć sztampowe, chociaż udało się wepchnąć w nie jeden znakomity motyw. Niemniej nie tego spodziewałem się po ostatnim odcinku "True Detective".
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
"True Detective" z pewnością nie zasłużyło na status serialowego arcydzieła. Widziałem o wiele więcej lepszych i bardziej przełomowych seriali. Aczkolwiek po obejrzeniu ostatniego odcinka moje kamienne serce wypełnił ogromny smutek z powodu rozstania z tak genialną postacią Cohle’a. Rust był na tyle doskonały, że zyskał pewne miejsce w moim Top 10 serialowych bohaterów. Po ogromnym sukcesie pierwszej serii oczywiste stało się, że powstanie kolejnych to tylko kwestia czasu. Niemniej dotychczas w bardzo niewielu przypadkach udało się sprawić by kolejne odsłony utrzymały poziom z początków serialu. Poza tym każdy następny główny bohater "True Detective" będzie musiał zmierzyć się z legendą Rusta Cohle’a. Z pewnością będzie to spore wyzwanie, ale jak mawiają who dares wins.
źródło: http://www.hbo.com/true-detective#/
Ocena: 8/10.

środa, 4 grudnia 2013

"The Hunger Games: Catching Fire"

W sierpniu 2012 roku recenzją "The Hunger Games" zainaugurowałem działalność mojego bloga. Od tego epokowego wydarzenia w dziejach tegoż marnego uniwersum upłynęło trochę czasu i pojawiło się sporo nowych tekstów. Niemniej z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że trochę przegiąłem z oceną filmu Gary'ego Rossa. W zalewie późniejszej chujni nie było to bowiem dzieło aż tak złe, by otrzymać 4/10. Niestety póki co z braku czasu nie zanosi się na rehabilitację i rewizję oceny, aczkolwiek do dziś odczuwam niezwykle silną irytację z powodu niektórych rozwiązań fabularnych czyniących z Katniss niemal świętą (głównie dotyczy to uśmiercenia Rue). Jednakże znalazłem trochę inny sposób na zadośćuczynienie krzywdom przeszłości. Jak się zatem domyślacie dzisiaj wracamy do korzeni, ponieważ wreszcie spiąłem się i wybrałem do kina na najnowszą odsłonę "Igrzysk Śmierci", czyli "Catching Fire". Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że moje oczekiwania co do tego, że kolejne ekranizacje powieści Suzanne Collins będą good enough zawsze zawierały się w pięknym powiedzeniu the odds are never in our favor.
Mockingjay, czyli Kosogłos.
(źródło: http://www.impawards.com)
Jak doskonale pamiętamy z pierwszej części Katniss (Jennifer Lawrence) i Peeta (Josh Hutcherson) dosyć nieoczekiwanie zwyciężyli w 74 Igrzyskach Śmierci. Jako zwycięzcy odbywają swoiste tournee po wszystkich Dystryktach, spotykając się z ich mieszkańcami. W założeniach prezydenta Snowa (Donald Sutherland) podróż miała ugruntować władzę Kapitolu i wyeliminować wszelkie zarzewie buntu. Jednakże jak napisał kiedyś Geoffrey Chaucer - Yet in our ashen cold is fire yreken. Zwycięstwo Katniss dało nadzieję uciskanemu ludowi Dystryktów i mimo stosowania terroru, prości ludzie nadal manifestują poparcie dla pary z Dwunastki. Większość wystąpień kończy się zamieszkami, w związku z czym Snow postanawia zlikwidować uciążliwy problem poprzez jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci, w których obsadzie mają się znaleźć wyłącznie dotychczasowi zwycięzcy.
Tournee poszło trochę słabo...
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pierwsza rzecz o jakiej należy wspomnieć przy okazji "Catching Fire" to wymiana reżysera. Francis Lawrance spisał się moim zdaniem o wiele lepiej niż Gary Ross, a sam film jest o wiele bardziej mroczny i poważniejszy. Momentami dziwiłem się nawet, że dostał wysoce pogardzaną kategorię PG13, ponieważ niektóre sceny są wyjątkowo brutalne (m.in. egzekucje niemal jak z czasów katyńskich, biczowanie godne "Pasji", czy choćby rozliczne poparzenia chmurą kwasu). Warto w tym miejscu wspomnieć również postać dowódcy Threada (Patrick St. Esprit) – jest tak doskonale bezlitosna, że chętnie przeszczepiłbym ją do nowego "Dredda". Bardzo dobrze, że wątki romansu młodych ludzi same z siebie niejako usuwają się na drugi plan i nie zamieniają "Catching Fire" w coś pokroju "Zmierzchu". Ponadto, chociaż jest to film o zarzewiu rewolucji, wątki lewackie są praktycznie nieobecne, a ziarna samej rebelii dopiero kiełkują. Dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby na drugi dzień po zwycięstwie w Igrzyskach Katniss stanęła na czele buntu jak Joanna D'Arc. Póki co jest daleka od posiadania jakichkolwiek cech przywódczych – poprzednie Igrzyska poważnie uszkodziły jej psychikę, miewa koszmary i halucynacje, przez co wydaje się o wiele bardziej ludzka, a film bardziej realistyczny. Również prezydent Snow nie oszczędza naszej bohaterki fundując jej różne psychologiczne niespodzianki (m.in. malowidło Rue na podłodze w czasie prezentacji zawodników).
...więc El Comandante Snow nie był zachwycony.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Twórcy okazali się konsekwentni, przez co udało się utrzymać spójną wizję Dystryktów z poprzedniej części. Kapitol olśniewa i przyznam, że chociaż wtedy kręciłem nosem, to teraz kupuję tę oryginalną wizję rzeczywistości, a za jej główny wyraz mogę uznać kolorowe stroje Effie (Elizabeth Banks). Na prowincji w dalszym ciągu bieda, której reprezentować nie powstydziłby się Rychu Peja. Myślałem, że biedniej niż w Dystrykcie XII być nie może, niemniej jak się okazało po paru ujęciach z Dystryktu XI (zamieszkanego de facto przez ludność afroamerykańską - przypadek?), wykazałem się kompletnym brakiem wyobraźni. "Catching Fire" momentami olśniewa efektami specjalnymi. Polecam scenę, w której Katniss prezentuje białą suknię – czegoś takiego jak żyję nie widziałem. Niesamowite wykonanie jednego z najbardziej oryginalnych pomysłów – po prostu OUTSTANDING. Sceny akcji również nie zawodzą, niemniej oglądanie kolejnej edycji Igrzysk nie jest już może tak bardzo odkrywcze. O wiele bardziej byłem zainteresowany tym, co działo się przed ich rozpoczęciem.
Gale również nie był zachwycony sytuacją.
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Pod względem aktorskim "Catching Fire" prezentuje się bardzo dobrze. Jennifer Lawrence zasługuje na oklaski za świetną grę oraz zjawiskowy wygląd. Były sceny kiedy szeptałem: Damn, that girl is so beautiful! Niemniej po raz kolejny potwierdza ogromny talent i udowadnia, że tegoroczny Oscar nie był przypadkowy. Kompanioni Katniss również wypadają bez zarzutu. Zarówno Liam Hemsworth (Gale), jak i Josh Hutcherson (Peeta), dobrze wczuli się w kreacje, nie uderzając przy tym w typowo nastoletnie emocje. Na drugim planie lepiej niż solidnie wypadają Woody Harrelson, Lenny Kravitz, Elizabeth Banks, Stanley Tucci oraz nowy w tym zacnym towarzystwie Philip Seymour Hoffman. Aczkolwiek największe oklaski zostawiam dla postaci prezydenta Snowa i Johanny Mason. Donald Sutherland zalicza się do moich ulubionych aktorów, ale w "Catching Fire" po prostu kradnie każdą scenę. Podobnie wypada debiutantka w "Igrzyskach Śmierci" – Jena Malone. Zaprawdę, powiadam Wam, doskonały występ!
OUTSTANDING!
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Kończąc recenzję "The Hunger Games" napisałem, że Igrzyska mają pewien potencjał, może nie na kino wybitne, ale na solidną rozrywkę na pewno. "Catching Fire" udowodnił, że po eliminacji wad części pierwszej, kolejne odsłony mogą stać się znakomitą rozrywką. Przyznam szczerze, że dosyć mocno wkręciłem się w przedstawioną rzeczywistość i to chyba najlepiej świadczy o magii tego filmu. Niemniej względem części trzeciej mam pewne obawy, ponieważ twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Niemniej jak pisałem we wstępie the odds are never in our favor, więc może również doznam pozytywnego zaskoczenia.
Prawie jak w "Winter's Bone".
(źródło: http://www.thehungergamesexplorer.com)
Ocena: 7/10.
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

sobota, 12 października 2013

"Seven Psychopaths"

Na zakończenie tegorocznego Letniego Taniego Kinobrania postanowiłem obejrzeć film zdecydowanie lżejszy gatunkowo, ponieważ odczuwałem już wyraźne zmęczenie poważnymi tematami. "Seven Psychopaths" przykuło moją uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na osobę reżysera – Martina McDonagha, człowieka odpowiedzialnego za genialne "In Bruges" (nigdy nie pytajcie proszę o polski tytuł) oraz w miarę zabawnego "The Guard". Drugą, i może nawet ważniejszą przyczyną, była natomiast imponująca obsada: Colin Farrell, Christopher Walken, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Michael Pitt, Tom Waits oraz Olga Kurylenko. To naprawdę robi wrażenie! W szczególności, gdy jest się fanem Farrella, Walkena i Harrelsona, a na dodatek od czasu do czasu lubi się popatrzeć na panią Kurylenko (abstrahując od hejtów na jej grę aktorską). Liczyłem zatem na przyzwoite kino rozrywkowe, ale raczej wybitnej produkcji nie przeczuwałem.
źródło: http://www.impawards.com
"Seven Psychopaths", podobnie jak pewien film z Cage'm, obraca się wokół postaci hollywoodzkiego scenarzysty-alkoholika. Marty (Colin Farrell), pogrążając się w oparach alkoholu, przeżywa właśnie kryzys twórczy. Na dodatek jego relacje z dziewczyną (Abbie Cornish) ulegają stopniowej degradacji. Szansą na wyjście z niemocy staje się scenariusz filmu o tytułowych siedmiu psychopatach. Niemniej naszemu bohaterowi pisanie idzie jak po grudzie. Ależ od czego się przyjaciele! Najlepszy kumpel Marty'ego, Billy (Sam Rockwell), postanawia wyciągnąć kolegę z alkoholowo-twórczego kryzysu i co rusz podrzuca mu masę fabularnych pomysłów. Jednakże wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności chłopcy wplątują się w kryminalną aferę i muszą stawić czoła siepaczom bezwzględnego Charliego (Woody Harrelson).
źródło: http://collider.com
"Seven Psychopaths" to dziwny film. Obejrzałem bowiem pierwszą (bardzo dobrą swoją drogą) scenę i już byłem gotów sklasyfikować dzieło McDonagha jako lekką, wielowątkową komedię kryminalną. A jednak nie: typowo polewkowa tonacja została momentami podlana bardzo gorzkimi i poważnymi zwrotami akcji (m.in. sceny w szpitalu), które trochę zaburzają lekką konwencję całości. Inną cechą charakterystyczną "Seven Psychopaths" jest totalna nierówność. Obok motywów wysoce upośledzonych, których niestety nie brakuje, pojawiają się wątki prawdziwie genialne – moim faworytem jest historia o mściwym kwakrze. Ponadto film McDonagha niemal epatuje brutalnością, co z pewnością należy uznać za zaletę. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena śmierci hipisa – a to zdarza się naprawdę rzadko. Wracając do upośledzonych motywów: podobnie jak w "Killing Them Softly" bohaterowie trudnią się porywaniem psów. Tym razem jednakże nie wywożą ich na Florydę, lecz oddają je właścicielom, inkasując spore nagrody. Rozumiem, że w kraju tak specyficznym jak USA takie rzeczy mogą mieć miejsce, ale nie jest to jeszcze powód bym musiał oglądać je na ekranie.
źródło: http://collider.com
W zasadzie nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego co rusz publika w kinie wybuchała śmiechem. Dialogi nie były aż tak błyskotliwe i zabawne – przynajmniej dla mnie, niemniej ja już dawno zgorzkniałem. Ponadto wydawało mi się, że wszystko jest robione na siłę i zdecydowanie brakuje naturalności, a przede wszystkim świeżości. Spójrzmy na przykład na zabawne intro filmu: dwóch gangsterów średniego szczebla czyhających na ofiarę i toczących ze sobą dysputę o postrzale w twarz. Ale tak naprawdę czyż nie widzieliśmy już takich obrazków w przeszłości? Niemniej zakończenie tejże sceny wydaje mi się wysoce ironiczne. W pewnym momencie akcja filmu traci kompletnie jakikolwiek sens, a poczynania bohaterów cechuje brak logiki. Zupełnie jak w scenariuszu pomysłu Billy'ego, który de facto staje się samospełniającą przepowiednią. Wydaje mi się po prostu, że twórcom wyraźnie zabrakło pomysłu na zakończenie "Seven Psychopaths" i dlatego właśnie pod koniec film zamienia się w nie wiadomo co.
źródło: http://collider.com
A jak wypadła na ekranie wymieniona we wstępie galeria sław? Otóż z uwagi na sympatię do Colina Farrella odbieram jego występ pozytywnie, niemniej zdecydowanie nie jest to rola na poziomie "London Boulevard" czy wspomnianego "In Bruges". Niestety nie jest to również scenariusz z tej samej ligi, więc trudno czepiać się aktora. Farrell hańby sobie nie przyniósł, ale również jakoś specjalnie się nie wyróżnił. A przecież wcielając się w alkoholika-scenarzystę mierzył się z legendą Cage'a! Przez większość część filmu wydawało mi się, że twórcy nie wykorzystali do końca ogromnego potencjału Christophera Walkena. Wiadomo powszechnie, że tak doskonały aktor robi różnicę samym pojawieniem się na ekranie, ale w "Seven Psychopaths" powinien zostać lepiej pokierowany. Tego zarzutu nie można postawić natomiast Woody'emy Harrelsonowi, który bardzo dobrze zagrał brutalnego gangstera kochającego nad życie swojego pieska. Niemniej wyróżnienie za najlepszy występ bezapelacyjnie zgarnia Sam Rockwell. Nie chcę spoilować, toteż napiszę tyle, że zagrał postać może z deka przegiętą, ale naprawdę należy docenić jego warsztat aktorski. Jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, to większość z nich pojawia się na chwilę, przez co trudno kogokolwiek specjalnie pochwalić.
źródło: http://collider.com
Trudno powiedzieć jak miał wyglądać finalny kształt "Seven Psychopaths" w zamyśle Martina McDonagha. Dostrzegam bowiem wyraźną dychotomię pomiędzy uderzeniem w tony totalnie komediowe a zrobieniem filmu serio. Niestety reżyser nie był w stanie zdecydować się w którą stronę ostatecznie pójść, więc jego dzieło przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. A stojąc nad przepaścią nie jest łatwo utrzymać stabilny poziom, stąd poważne wahania scenariusza. Mimo wszystko zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu "Killing Them Softly", które zachowuje o wiele większą wewnętrzną spójność. Naprawdę szkoda mi to pisać, ale "Seven Psychopaths" było najgorszym filmem, jaki miałem okazję obejrzeć w tegorocznej edycji Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie pod Baranami. Zwykle oglądanie filmów na dużym ekranie podnosi ich ocenę, toteż strach pomyśleć, jaką notę wystawiłbym po seansie na kompie lub w TV.
źródło: http://collider.com
Ocena: 5/10 (głównie za historię o kwakrze).