Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeffrey Wright. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeffrey Wright. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 października 2021

Bond No. 25: "No Time To Die" (2021)

 The past isn't dead.

Wszystko się zmienia, nic nie jest stałe. Pod koniec października po raz ostatni mieliśmy okazję odwiedzić Tesco na Kapelance, które w zamierzchłych czasach studenckich z uwagi na całodobową dostępność było celem niejednej alkopielgrzymki. I tak jak brytyjska sieć znika z mapy supermarketów w Polsce (na szczęście do Czech nie jest daleko), tak i Daniel Craig żegna się z serią filmów o przygodach legendarnego Jamesa Bonda. W sumie to tym razem, żegna się naprawdę ostatecznie, bo jeżeli wrócicie do mojej recenzji "Spectre" z 2015 roku to w tekście znajdziecie parę fragmentów o ówczesnym ostatecznym pożegnaniu z rolą 007. Po premierze "No Time To Die" pojawiały się przeważnie pozytywne recenzje filmu (przeczytałem tylko jedną w miarę negatywną), przez co zacząłem frajersko wierzyć, że może wrócimy do mitycznego poziomu rozrywki zaserwowanego piętnaście lat wcześniej w "Casino Royale". I choć wstęp do recenzji nie jest może najlepszym miejscem na wydawanie osądu, to muszę z goryczą przyznać, że po raz kolejny zostałem zrobiony w bambuko. A żeby godnie przygotować się do pisania mojej opinii, odświeżyłem sobie wszystkie Bondy z Danielem Craigiem, a także dwa, w których w głównej roli wystąpił Timothy Dalton (w jednym z licznych rankingów poszczególnych części znalazłem informację, że bez Daltona nie byłoby takiego Bonda, jakiego wykreował Craig).

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

Jak pamiętamy (albo i nie) ze "Spectre" James Bond (Daniel Craig) przeszedł na emeryturę, którą spędza u boku Madeleine (Léa Seydoux). W trakcie pobytu w uroczym włoskim miasteczku Matera w Apulii bohaterowie postanawiają ostatecznie rozliczyć się ze swoją burzliwą przeszłością. Niestety podczas odwiedzin grobu Vesper Lynd (Eva Green) z "Casino Royale" daje o sobie znać zbrodnicza i bezwzględna organizacja SPECTRE, która w zuchwały, nawet na jej standardy, sposób podejmuje próbę asasynacji 007, od której dotychczasowe życie byłego agenta MI6 wywraca się do góry nogami, a sam Bond wraca do swojej ulubionej czynności czyli spożywania drogich alkoholi w jakieś epickiej miejscówce nad ciepłym morzem.

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

Początek "No Time To Die", rozgrywający się we Włoszech, wydawał mi się naprawdę obiecujący (oczywiście, jeżeli przymrużymy oko na różne, realistyczne inaczej efekty specjalne). Późniejsze przeniesienie akcji filmu na Jamajkę też miało swój urok (zwróćcie uwagę na epicki kwadrat Jamesa), zważywszy że pojawił się Felix Leiter (Jeffrey Wright). Niestety już chyba w Santiago de Cuba, gdzie odbywało się coś w rodzaju dorocznego balu SPECTRE coś zaczęło się zdecydowanie psuć. Chociaż muszę szczerze przyznać, że krótki epizod Palomy (Ana de Armas) jest jednym z najjaśniejszych i jednocześnie najzabawniejszych punktów w całej produkcji. Niestety potencjał tej wspaniałej i rozrywkowej bohaterki nie został wykorzystany w całości, a jego zakończenie jest po prostu jednym z najtańszych chwytów jakie ostatnio widziałem (takie rozwiązanie w scenariuszu sprawa, że zacząłem się zastanawiać jaki był w ogóle sens wprowadzania Palomy do fabuły). Tak jak pisałem już przy recenzji poprzedniej odsłony organizacja SPECTRE w dalszym ciągu nie przystaje do współczesnej, wysoce zinwigilowanej rzeczywistości, a to że wszyscy wiedzą o balecie na Kubie zakrawa na totalny absurd. Chociaż wiem, że przecież nie możemy oczekiwać od filmu o Bondzie, że będzie to kompletnie realistyczne kino, to chciałbym, aby scenarzyści trochę bardziej przyłożyli się do tworzenia fabuły.

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

Tradycyjnie już wraz z Jamesem zwiedzamy świat. W poprzednim akapicie wspomniałem o Apulii we Włoszech, Jamajce i Kubie. Do listy trzeba dopisać oczywiście Londyn, a także Norwegię i jakąś bliżej nieznaną wyspę, do której roszczenia wysuwają Japonia i Rosja. W "No Time To Die" znajdziemy oczywiście wiele odwołań do poprzednich Bondów. Część z nich jest raczej łatwa do wyłapania, a z kolei inne wymagają szczegółowej wiedzy dotyczącej całej serii. Nie mam ambicji, żeby wymieniać te wszystkie nawiązania (zresztą nie czuję się nawet wystarczająco kompetentny do podjęcia się tegoż zadania), ale chciałem zwrócić Waszą uwagę na jedno z nich, które wydaje mi się dosyć kuriozalne. Otóż z informacji podanej na grobie dowiadujemy się, że Vesper Lynd urodziła się w 1983 roku, a więc w "Casino Royale" (2006) miała zaledwie 23 lata. Czy zważywszy na jej wysoce odpowiedzialne stanowisko i niemałe pieniądze, którymi obracała, nie wydaje się Wam, że Vesper była troszkę za młoda? To taki niby drobny szczegół, ale jednak kiedy przekalkulowałem sobie daty z grobu, to poczułem lekką irytację.

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

Wspominałem chwilę wcześniej, że Bond spożywa dosyć dużo alkoholu, aczkolwiek nie jest w tym procederze wcale odosobniony. Nieoczekiwanie bratnią alkoduszą okazuje się M (Ralph Fiennes), który wlewając w siebie whisky w niemal każdej scenie, stara się pogodzić ze skutkami swoich średnio przemyślanych decyzji. W scenie rozmowy szefa MI6 z 007 rozgrywającej się nad Tamizą tylko czekałem aż Mallory nie wyciągnie zza pazuchy małpeczki Golden Loch albo chociaż piersióweczki. Generalnie można wyciągnąć zatem wniosek, że alkohol pomaga rozwiązywać problemy związane z pracą w wywiadzie (od siebie dołożę, że tak samo wpływa na problemy logistyczno-spedycyjne). Przechodząc do kolejnego humorystycznego wątku, nie mogłem sobie odpuścić pocisku na magiczne oko Blofelda, które wydaje się raczej artefaktem adekwatnym w serii o Harrym Potterze niż o Bondzie. To jest tak absurdalne, że naprawdę ciężko w paru linijkach wytłumaczyć jak to działa i się przemieszcza (podejrzewam, że w czyjejś dupie, skąd na pewno wziął się ten pomysł). Kolejne absurdum i nonsensum to rosyjski naukowiec Valdo (David Dencik), w którego spokojnie ze względu na zbliżoną aparycję mógłby się bezproblemowo wcielić Arkadiusz Jakubik (byłoby pewnie taniej, a i potencjał komediowy zdecydowanie większy). A na dodatek w finale znowuż do kurwy nędzy baza przeciwnika musi eksplodować!!!

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

Jeśli chodzi o aktorstwo to Daniel Craig po raz kolejny bardzo dobrze wypadł wcielając się w brytyjskiego agenta. Ubolewam jedynie, że ponownie nie udało się stworzyć scenariusza, który choćby przez chwilę otarł się o poziom "Casino Royale". Natomiast pięknie dziękuję za te wszystkie lata spędzone razem i chociaż filmy bywały różne to zawsze będę ciepło wspominał Craiga w roli Bonda. Zdecydowanie na plus zaliczam damskie kreacje: czy to Léa Seydoux jako Madeleine, Naomie Harris jako Moneypenny czy Lashana Lynch jako kobieca wersja 007, wszystkie wypadają naprawdę spoko. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest występ Any de Armas. Paloma w jej wykonaniu od razu zdominowała cały ekran swoją nieporadnością, urokiem i jednocześnie charyzmą, i naprawdę szkoda, że trwało to tylko kilka minut. Trochę gorzej spisali się natomiast panowie. Rami Malek (Safin) jeszcze jako tako daje radę, chociaż jest to kolejny złoczyńca, który Le Chiffre’owi mógłby co najwyżej buty czyścić. Blofeld w wykonaniu Christopha Waltza to kreacja bez pomysłu, którą oglądałem z bólem, a czarę goryczy przelał Billy Magnussen wcielający się w Logana Asha na zasadzie totalnej, bezmyślnej szarży zakończonej uderzeniem w ścianę i rozbryzgiem mózgu na drobne kawałki. Pewną osłodę stanowił na szczęście występ Jeffreya Wrighta, który po latach wrócił do naprawdę fajnej roli Felixa Leitera (uwielbiam tę postać w jego wykonaniu).

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.

"No Time to Die" nie jest ani najlepszym ani najgorszym Bondem z Danielem Craigiem. Opowieści o ładunku emocjonalnym i takich tam rzeczach (z wyjątkiem ostatniej sceny) mogę włożyć natomiast między bajki. Chociaż dałem duży kredyt zaufania tej odsłonie, to po raz kolejny zostałem wyruchany, mając wrażenie, że scenarzyści traktują publiczność jak bandę kretynów. Mimo to "No Time to Die" zrealizowane zostało na niezłym poziomie, a ponadto jest to kino ładne, widowiskowe i ze wszech miar szykowne. Szkoda, że naprawdę przez tyle lat nikt nie był w stanie napisać lepszego scenariusza, aby godniej uczcić pożegnanie Daniela Craiga z rolą Jamesa Bonda.

© 2021 Danjaq, LLC and Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc.
Ocena: 6/10.


sobota, 2 kwietnia 2016

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 2"



Dzisiaj wreszcie nastał długo oczekiwany i pamiętny dzień, w którym dojdzie do ostatecznej rozprawy z serią "The Hunger Games". Po pierwszej części nie przejawiałem zbyt optymistycznego nastawienia do tematu, ale dostrzegałem pewien ukryty potencjał. Druga odsłona to z pewnością miłe zaskoczenie i solidna dawka rozrywki na konkretnym poziomie, przez którą zacierałem ręce na spektakularny finał. Jednakże pierwszy epizod ostatniej części okazał się dla mnie nawet nie siarczystym policzkiem wymierzonym przez twórców "Igrzysk Śmierci", ale monstrualnym kindybałem w szamot. Wtedy to postanowiłem wykreślić "Mockingjay – Part II" z mojej listy obowiązkowych seansów kinowych. Jednakże, ponieważ czuję się wyjątkowo niekompletny, gdy nie kończę czegoś co zacząłem (w efekcie tej ułomności obejrzałem wszystkie sezony "Prison Break"), spadł na mnie obowiązek zaliczenia ostatniej części ostatniej części "The Hunger Games" (tym razem naprawdę ostatniej – przynajmniej taką żywię nadzieję).
źródło: http://www.impawards.com
Po tym, jak w pierwszej odsłonie "Kosogłosa" dowiedzieliśmy się wreszcie gdzie jest Peeta (Josh Hutcherson), zjednoczone przed przewodnictwem Dystryktu XIII siły rebelii planują ostateczne rozwiązanie kwestii supremacji Kapitolu. Oczywiście zaszczytna rola w tymże epokowym wydarzeniu została również przypisana Katniss (Jennifer Lawrence). Jednakże dzielna i niezłomna dziewczyna nie weźmie udziału w bezpośrednich starciach z siłami opresyjnego reżimu, lecz podążając za wojskami rebelii ma skupić się na kręceniu materiałów propagandowych. Jak łatwo się domyślić przebiegły plan prezydent Coin (Julianne Moore) nie przypada naszej bohaterce do gustu i tradycyjnie już, niczym Frank Sinatra, postanawia pójść własną drogą.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Jak wspomniałem we wstępie druga część "Kosogłosa" to ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci" (chociaż wyraźnie dostrzegam potencjał na prequele). Czego zatem oczekiwałem od długo wyczekiwanego finału? Epickiej bitwy z rebeliantów z siłami Kapitolu, widowiskowości, wartkiej akcji! A zamiast tego obejrzałem smętne rozmowy o uczuciowym trójkącie, nudne pogadanki o niczym, mało dynamicznej akcji oraz zdecydowanie za wiele ugly cry face. Toż to zakrawa na absurd i nonsens! Ponadto twórcy zaserwowali kilka motywów, które wymykają się mojemu pojmowaniu przedstawionej rzeczywistości. Pierwszy przykład to zmiechy/zmieszańce (jak się dowiedziałem z Internetu są to genetycznie zmodyfikowane stworzenia hodowane w laboratoriach Kapitolu), które wyglądają niczym trochę większy i agresywniejszy Gollum, dodatkowo uzależniony od cracku. Z tego co pamiętam, w żadnej części filmowych "Igrzysk Śmierci" nie było mowy o tym gównie, więc mogłem być z deczka zaskoczony. Druga, w zasadzie nawet bardziej szokująca, sprawa to kobieta-tygrys. Tu komentarz nie jest wystarczający (poza tym nasuwa mi się jedynie WTF?), trzeba to zobaczyć na własne oczy.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Oglądając ostatniego "Kosogłosa" zastanawiałem się kiedy właściwie Kapitol przegrał tę wojnę. W poprzedniej części prezydent Snow napierdalał przecież bombami w Dystrykt XIII aż trzeszczało. A tymczasem, po idiotycznej decyzji Antoniusa (Robert Knepper, legendarny T-Bag z "Prison Break"), elitarne siły utknęły zasypane przez rebelię w jakiejś górskiej twierdzy! Brawo za wybranie na strategosa człowieka o tak wysoce rozwiniętej wyobraźni.  Niemniej wkrótce okazuje się, że były to ostatnie wartościowe jednostki reżimu (lotnictwo też tam ugrzęzło?) i droga do stolicy stoi otworem. W filmie nie zobaczymy zatem epickich bitew, które doprowadziły Kapitol na skraj upadku. Jednakże całe miasto usłane zostało tzw. kokonami – urządzeniami, które opierając się na magicznej technologii stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo dla biednych rebeliantów szturmujących metropolię. Otóż te pułapki są niekiedy tak finezyjne, absurdalnie złożone i nieużyteczne, że aż warto spytać czy nie lepiej było postawić na zawsze solidne siły pancerne i lotnicze? Abstrahując od miotaczy płomieni pragnę zwrócić Waszą uwagę na kokon, który po aktywacji zamknął wejścia na dziedziniec budynku i nie wiadomo skąd zaczął pompować ogromne ilości czarnej mazi, w której mieli utonąć nasi bohaterowie. Trzeba mieć prawdziwą fantazję! Oczywiście, można było również postawić na zawsze skuteczne miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, a dodatkowo usiać miasto snajperami, ale przecież nie jest to wystarczająco finezyjne rozwiązanie. Kolejna szokująca z mojej perspektywy sprawa to straszliwa sztampowość "Kosogłosa". Postacie drugoplanowe giną w regularnych odstępach czasowych, oczywiście niemal wyłącznie w bohaterskich okolicznościach (czasem zdarza się im nawet wygłosić krótki, pełen patosu monolog). A w jaki sposób pozostać nierozpoznanym w samym sercu Kapitolu, gdzie na każdym rogu wisi twoja podobizna? Wystarczy założyć płaszcz z kapturem! A co zrobić, gdy strażnicy pokoju niemalże demaskują twój bezbłędny kamuflaż? Nic, wystarczy poczekać na nieoczekiwany atak rebeliantów. Poza tym uważam, że gdyby Boggs albo w szczególności Gale mieli jaja ze stali to Peeta nie dożyłby do połowy filmu.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Pomyje i gorzkie żale wylane, więc czas przejść do nielicznych pozytywów. Niezaprzeczalnie druga odsłona "Kosogłosa" jest zrealizowana naprawdę sprawnie i potrafię docenić solidne rzemiosło. Efekty specjalne może nie są specjalnie przełomowe, ale także nie raziły mnie szczególnie komputerową nachalnością. Jeżeli miałbym wskazać dlaczego warto obejrzeć ten film to dostrzegam dwa główne powody. Pierwszy to interesująca scena bombardowania ludności cywilnej pod rezydencją prezydenta Snowa – oczywiście muszę jednak podkreślić, że zdecydowanie zabrakło odwagi w pokazaniu makabrycznych skutków tej zbrodni wojennej. Gdyby zrobiono to choćby tak dobrze jak w "Mieście 44" to byłbym skłonny podnieść ocenę o jedną gwiazdkę za nieszablonowe podejście do tematu. Drugi powód to znakomita rozmowa Katniss i prezydenta Snowa w szklarni – nie wiem czy może nawet nie jest to najlepsza scena w całej serii (oczywiście głównie z powodu Donalda Sutherlanda). Przyznacie jednakże, iż jak na ponad dwugodzinną produkcję to troszkę mało, nieprawdaż?
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Z nieukrywanym żalem oglądałem niemal nieustanną ugly cry face w wykonaniu Jennifer Lawrence. Gdzież się podziała zjawiskowa panna Katniss Everdeen? – pytałem z niedowierzaniem. Otóż Kosogłos w wyjątkowej postaci pojawia się tylko raz i to na dodatek pod sam koniec filmu. Nie chcę tutaj również wspominać o wyborach uczuciowych naszej bohaterki, bo jak absurdalna i nieuzasadniona niczym jest to sytuacja może dostrzec każdy. Josh Hutcherson tym razem wciela się w Peetę wychodzącego powoli z uzależnienia od mefedronu. Na tle jego miałkości Liam Hemsworth (Gale) mieni się niczym supernowa. Woody Harrelson w dalszym ciągu gra zapijaczoną wersję samego siebie, a Julianne Moore wydaje się tworzyć podręcznikowy przykład kreacji zimnej suki pozbawionej wszelkich skrupułów. Odniosłem natomiast wrażenie, że sceny ze zmarłym Philipem Seymourem Hoffmanem znalazły się w filmie trochę na siłę. Niemniej po raz kolejny produkcję kompletnie zawłaszczył Donald Sutherland – nie potrafię sobie wyobrazić nikogo innego w roli prezydenta Snowa i w mojej opinii to właśnie ten aktor jest największym zwycięzcą całego przedsięwzięcia.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Recenzja trochę się rozciągnęła w czasie i przestrzeni, ale wreszcie nastał czas na podsumowanie. Jako ostatnia część cyklu "Kosogłos" kompletnie zawiódł moje oczekiwania (a raczej oczekiwania jakie miałem przed obejrzeniem pierwszej części finału). Żenujące, idylliczne zakończenie uwydatnia jedynie miałkość "Igrzysk Śmierci" jako całości. Oczywiście brakuje odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtują po upadku Kapitolu. Niemniej twórcy poszli na łatwiznę, olewając nieuchronny problem anarchii po likwidacji opresyjnego reżimu i skupili się na bajkowej przyszłości Katniss. Po drugiej części serii miałem naprawdę wybujałe oczekiwania, ale niestety okazało się, że był to jedynie ulotny one-time wonder. Pozostaje jedynie po raz kolejny oddać się ubolewaniom nad zmarnowanym potencjałem "The Hunger Games" i wyczekiwać na ewentualny reboot.
TM & ©2015 Lions Gate Entertainment Inc.
Ocena: 5/10 (jedna gwiazdka za Donalda Sutherlanda).

Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"The Hunger Games: Mockingjay - Part 1"



Ponieważ ostatnio oglądałem same bardzo dobre, dobre oraz chociaż solidne produkcje w odmętach mojej złożonej osobowości zaczęła kiełkować silna żądza przerwania tej hossy i pogrążenia się w totalnej filmowej chujozie. Jak już bowiem nie raz wspominałem: nie można prawdziwie docenić piękna nie wiedząc niczego o brzydocie. I kiedy miałem już przeglądać IMDb w poszukiwaniu odpowiedniej słabizny (primary objective: Nicolas Cage), przypomniałem sobie, że nie obejrzałem przecież jeszcze najnowszej odsłony "The Hunger Games: Mockingjay Part 1". Pomyślałem sobie zatem: oka, jeszcze jedna solidna produkcja i rozpoczynam podróż do kresu filmowej wytrzymałości. Albowiem wówczas, po ostatniej, bardzo dobrej części, nie spodziewałem się, że zostanę tak brutalnie zdradzony, a moja wewnętrzna potrzeba obejrzenia kompletnej chujni zostanie zaspokojona z nawiązką. Zanim przejdziemy do wylewania pomyj, zwróćcie uwagę na tytuł filmu. Oczywiście twórcy "Igrzysk Śmierci" doskonale wpisali się w współczesne trendy i podzielili ostatnią odsłonę na dwie części. Zaprawdę, powiadam Wam: hajs się musi zgadzać! Z gestów o wiele bardziej szlachetnych należy odnotować, że "Kosogłos" został zadedykowany pamięci zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana.
źródło: http://www.impawards.com
Jak doskonale pamiętacie z poprzedniej części jubileuszowe 75 Igrzyska Śmierci zakończyły się kompletną klęską Kapitolu. Katniss (Jennifer Lawrence), w ostatniej chwili uratowana z areny, trafia do legendarnego Dystryktu XIII. Jak się okazuje mieszkańcy pechowego sektora nie zostali wcale wymordowani przez rząd centralny, ale po prostu zeszli do podziemia (dosłownie). Pod wodzą prezydent Coin (Julianne Moore) zmilitaryzowane społeczeństwo dystryktu przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z Kapitolem. W zamierzeniach miejscowego establishmentu Katniss ma stać się Kosogłosem, nieskalanym symbolem rewolucji, który podtrzyma ogień rebelii tlący się w pozostałych sektorach i ułatwi ich zjednoczenie pod jednym sztandarem.
© Lions Gate Entertainment
Pod koniec recenzji "The Hunger Games: Catching Fire" wyraziłem bardzo niefortunną obawę: twórcy mogą pójść na łatwiznę i zaserwować widzom coś na mentalnym poziomie "Terminator Salvation" i Katniss jako odpowiedniczki Johna Connora. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się wówczas, jak prorocze będą to słowa. Francis Lawrence, w przebłysku geniuszu, postanowił bowiem spierdolić wszystko, co osiągnął w poprzedniej części. Niestety z porównaniem do czwartej odsłony 'Terminatora" trochę przesadziłem, ponieważ cokolwiek by złego nie powiedzieć o filmie McG, to jednak coś się tam dzieje i momentami bywa efektownie. W "Mockingjay" natomiast nie dzieje się praktycznie nic – oczywiście nie ma przecież Igrzysk! Oglądając film zastanawiałem się, kiedy zacznie się jakaś prawdziwa akcja. Niestety okazało się, że wcześniej zobaczyłem napisy końcowe, więc podejrzewam, że wszystko zostawiono na finałową odsłonę. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu i rozczarowaniu na pierwszy plan wysunięte zostały wątki romansowe (rozłąka szaleńczo zakochanych tak niezwykle bolesna) oraz rozterki emocjonalne Katniss. O wiele bardziej istotne wydarzenia kompletnie straciły na znaczeniu, zepchnięte głęboko w drugoplanowe odmęty. Jakież znaczenie ma bowiem przyszłość ludzkości, kiedy panna Everdeen musi dowiedzieć się co dzieje się aktualnie z uzależnionym od cracku Peetą? Jak słusznie zauważyli twórcy Honest Trailers film powinien nosić podtytuł "Where’s Peeta?: Part 1".
© Lions Gate Entertainment
Co zatem powinno znaleźć się na pierwszym planie? Moim skromnym zdaniem wyniszczające starcie pomiędzy Dystryktem XIII i Kapitolem, po którym przy odrobinie pecha nie będzie czego zbierać. O ile rządzący Trzynastką mają jakiekolwiek pojęcie o prowadzeniu wojny i są do niej doskonale przygotowani to działania podjęte przez rebeliantów w pozostałych sektorach są żenująco idiotyczne. Samobójczy, bezmyślny szturm na elektrownię wodną czy leśna zasadzka drwali to najlepsze przykłady skończonej głupoty i nieliczenia się z czynnikiem ludzkim. Trzeba przyznać, że Kapitol nie pozostaje dłużny i wykorzystując najlepsze przykłady z historii XX wieku odpowiada z pełną mocą brutalności. Ludobójstwo oraz masowe egzekucje są na porządku dziennym, a tysiące szkieletów w Dystrykcie XII zaczynają już niebezpieczne przypominać Holokaust. Ogólnie rzecz biorąc pozostałe sektory przedstawiają obraz totalnej anihilacji – wszędzie zniszczenia, ruchawka i pożoga. Kolorowy, wypełniony przepychem Kapitol oglądamy jedynie przez chwilę, a podziemna, surowa baza prezydent Coin wzmaga jedynie pesymistyczny wydźwięk "Kosogłosa". Warto zwrócić uwagę na ciekawy aspekt walki propagandowej – filmiki nagrywane przez obie strony. Z uwagi na położenie Dystryktu XII ich propaganda skojarzyła mi się z wystąpieniami Osamy bin Ladana kręconymi w afgańskich jaskiniach.
© Lions Gate Entertainment
Nie pamiętam kiedy równie solidna postać zanotowała tak okrutny zjazd. W najnowszej odsłonie Katniss Everdeen to po prostu wrak człowieka, spędzający wolne chwile na użalaniu się nad sobą w jakichś kanałach. Rozumiem, że chciano w ten sposób ukazać negatywny wpływ Igrzysk Śmierci na bohaterkę, ale twórcy posunęli się zdecydowanie za daleko. Z dumnego, niezłomnego symbolu buntu pozostała jedynie tak naprawdę rozhisteryzowana egoistka kierująca się partykularnym interesem – na szczęście dysponująca świetną ekipą od PR. Z prawdziwym żalem ogląda się Jennifer Lawrence prezentującą przez bite dwie godziny cry face. Jedyna dobra scena to Katniss śpiewająca piosenkę The Hanging Tree, ponieważ wreszcie jest w miarę normalna (oczywiście laureatka Oscara jej nienawidzi, ponieważ nie lubi śpiewać). Znakomita obsada drugoplanowa wyjątkowo nie ratuje sytuacji, gdyż po prostu scenariusz nie pozwala. Co z tego, że Julianne Moore, Elizabeth Banks (Effie), Philip Seymour Hoffman (Plutarch), Woody Harrelson (Haymitch) Jeffrey Wright (Beetee) czy Donald Sutherland (Jon Snow Prezydent Snow) grają dobrze, gdy na pierwszym planie oglądamy bolejącą nad rozłąką Katniss? I tu zwracam się do pań oraz mniejszości homoseksualnej: naprawdę wolelibyście uzależnionego od cracku Josha Hutchersona (Peeta) niż brata Thora, Liama Hemswortha (Gale) Really? W filmie pojawia się także Jena Malone (Johanna Mason), która ujęła mnie swoim jestestwem w poprzedniej części. Dodajmy jedynie, że jej występ w "Mockingjay" trwa mniej więcej 30 sekund…
© Lions Gate Entertainment
O ile na pierwszą cześć "Kosogłosa" czekałem z prawdziwym wytęsknieniem to po tym, co zobaczyłem, drugą odsłonę zamierzam jedynie obejrzeć z czystego obowiązku, by zamknąć ostatecznie całą serię i nigdy więcej do niej nie wracać. Przewijające się przez "Igrzyska Śmierci" powiedzenie the odds are never in our favor nigdy nie było bowiem bardziej aktualne.
© Lions Gate Entertainment
Ocena: 4/10.


Recenzje pozostałych części:
Ps.
Nie czytałem książkowych pierwowzorów, więc rozpatruję "The Hunger Games" wyłącznie z poziomu filmowego.
 

środa, 26 marca 2014

"Only Lovers Left Alive"



Jim Jarmusch jest dla mnie jednym z najbardziej oryginalnych reżyserów we współczesnej kinematografii. Któż bowiem inny wpadłby na pomysł nakręcenia filmu, którego bohaterowie przez półtorej godziny piją kawę i palą papierosy i co najlepsze, świetnie się to ogląda? Albo opowieści o czarnym samuraju wykonującym zlecenia dla włoskiego mafiosa średniego szczebla? Nawet jeśli Jarmusch zabiera się za zwyczajne tematy obyczajowe, wychodzi z tego coś niezwykle interesującego – polecam w szczególności "Broken Flowers". Tym razem nasz oryginał postanowił dorzucić swoją cegiełkę do tematu wampiryzmu w kinie. Tematu, jak wszyscy doskonale wiemy, niezwykle popularnego i charakteryzującego się prawdziwą mnogością interpretacji. Nie mam ambicji opisywać historii całego nurtu, bo zapewne moja wiedza jest tak naprawdę szczątkowa, a zgłębienie wszystkich najważniejszych dzieł gatunku zajęłoby zbyt wiele mojego cennego czasu. Niemniej, z wyjątkiem pewnej haniebnej sagi, wydaje mi się, że gdzieś od czasów "Draculi 2000" ogarnąłem wszystkie kluczowe produkcje kinowe, a ponadto mogę pochwalić się znajomością pięciu sezonów "True Blood".

źródło: http://www.impawards.com
O ile nie jesteście retardami, zapewne domyśliliście się, że głównymi bohaterami "Only Lovers Left Alive" są wampiry. Adam (Tom Hiddleston) i Eve (Tilda Swinton) żyją już w wielowiekowym związku i co jakiś czas porzucają się, aby pobyć troszkę w samotności. Adam, będąc miłośnikiem muzyki i wszelkiego sprzętu grającego, zamieszkuje opuszczoną dzielnicę Detroit, gdzie spędza noce na komponowaniu nowych utworów i kolekcjonowaniu unikatowych gitar. Z kolei Eve poświęciła życie książkom, których całkiem pokaźną kolekcję udało się jej zgromadzić w Tangerze. Dosyć długi okres rozłąki sprawia, iż nasi bohaterowie zaczynają za sobą tęsknić, co jak łatwo przewidzieć skutkuje rychłym spotkaniem. I w zasadzie na tym można zakończyć opis fabuły najnowszego filmu Jarmuscha.
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jeśli mieliście do czynienia z filmami o wampirach przepełnionymi akcją, walkami z ludźmi albo wilkołakami i prawdziwym ekranowym Armagedonem, to "Only Lovers Left Alive" wprowadzi Was w najprawdziwszą konfuzję. Napisać, że na ekranie niewiele się dzieje to zdecydowanie za mało. Jarmusch ograniczył filmową akcję niemal do minimum, przez co jego film wydaje się niezwykle poetycki. Już sam początek, kiedy oglądamy na przemian piękne sekwencje Adama i Eve, zwiastuje czego można się spodziewać po całości. Dla mnie wypadło to niemal doskonale, ale mam świadomość, że zaraz nad filmem zaczną pastwić się hejterzy (tak jak w przypadku doskonałego "Only God Forgives"). Minimalizm fabularny był niezwykle trafionym zabiegiem, ponieważ pozwala się skupić widzom na bohaterach, a nie na wtórnym fragowaniu wilkołaków. Ponadto Jarmusch naprawdę postarał się, aby film nabrał doskonałego klimatu. Imponujące zdjęcia oraz znakomicie dobrana muzyka potrafią zdziałać najprawdziwsze cuda. Jestem po prostu zachwycony ścieżką dźwiękową, a nocne zdjęcia opustoszałych ulic Detroit przywołały najlepsze skojarzenia z "Drive". Również osadzenie części akcji w Tangerze wydaje mi się strzałem w dziesiątkę. Moim zdaniem warto przytoczyć opinię samego reżysera o tym marokańskim mieście: Tanger został zgwałcony przez każdą możliwa kulturę. Jest jak dziwka, z której każdy korzysta, a ona wciąż jest nieprzenikniona i należy tylko do siebie (wywiad dla „Gazety Wyborczej” z 7 marca 2014).

©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jak zwykle Jarmusch podszedł do tematu oryginalnie. Jego wampiry co prawda gardzą ludzkością określając jej przedstawicieli mianem zombie, ale krew zdobywają kupując ją na lewo od lekarzy, którym potrzebny jest pieniądz. Prowadząc samotne życie w praktyce nie istnieją dla współczesnego świata. Zarówno Adama, jak i Eve, cechuje pogarda dla kultury masowej – myślę, że w obu postaciach jest bardzo wiele samego Jarmuscha. Ponadto w przeciwieństwie do większości modnych produkcji wampiry prawie nie dysponują wachlarzem unikalnych umiejętności zapewniających supremację podczas eksterminacji gatunku ludzkiego. Jedynie z opowieści naszych bohaterów dowiadujemy się o ich przeszłości, bowiem Jarmusch nie zdecydował na wprowadzenie flashbacków. Z pewnością zwiększyłyby znacznie budżet filmu, a przecież czytałem, iż i tak było niezwykle ciężko dopiąć finansowo całą produkcję. I tu w zasadzie pojawia się jedyny zarzut jaki mogę postawić "Only Lovers Left Alive". Troszkę za dużo się tu wspomina różnych postaci historycznych, co może raczej dziwić, zważywszy, że oba wampiry wydają się kompletnymi odludkami. Niemniej nie jest to poważna wada, to może malutki przytyk w stronę Jarmuscha. Aktorstwo wypada znakomicie. Między parą głównych bohaterów widać najprawdziwszą ekranową chemię. Tom Hiddleston i Tilda Swinton zasłużyli na ogromne brawa! Na drugim planie też jest bardzo ciekawie. Z pewnością po raz kolejny wyróżniła się Mia Wasikowska (Ava), chociaż pojawia się w zasadzie tylko w kilku scenach. John Hurt (Marlowe) to aktor, którego klasy nie trzeba opisywać. Na koniec chciałbym pochwalić dwóch przedstawicieli ludzkiej rasy: bardzo zabawnego Jeffreya Wrighta (dr Watson) oraz Antona Yelchina (Ian), wcielającego się w głównego pomagiera Adama.
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Jeżeli szukacie filmu, który pozwoli Wam odpocząć od nawału bezsensownej akcji, niepotrzebnych twistów oraz nadmiaru CGI, to szczerze polecam "Only Lovers Left Alive". Nieśpieszna narracja, minimalizm fabularny, perfekcyjna dbałość o wygląd poszczególnych scen, doskonałe aktorstwo oraz znakomita ścieżka dźwiękowa to wszystko, co tym razem zaoferował widzom Jim Jarmusch. Jak dla mnie bomba!
©2014 Sony Pictures Classics. All Rights Reserved.
Ocena: 8/10.

czwartek, 15 listopada 2012

Bond No. 21: "Casino Royale"



Całkiem niedawno przeczytałem "Casino Royale" Iana Fleminga, które jak doskonale wiadomo zapoczątkowało serię powieści i opowiadań o przygodach Jamesa Bonda. Z tejże okazji, a także ogólnego zajawienia społeczeństwa na "Skyfall" postanowiłem napisać recenzję filmowej ekranizacji pierwszej książki cyklu. Od opublikowania powieści (1953) do kinowej premiery "Casino Royale" (2006) upłynęło trochę czasu. Co prawda w latach 1954 i 1967 powstały filmy oparte na książce, aczkolwiek nie weszły do oficjalnej serii. "Casino Royale" to dwudziesty pierwszy Bond i debiut w roli agenta JKM Daniela Craiga. Niniejsza recenzja oprócz poruszania spraw typowo filmowych, w ostatniej części odniesie się także do różnic między książkowym oryginałem a filmem. Generalnie byłem zaskoczony, że jest ich naprawdę niewiele, a część z nich ma znaczenie drugorzędne.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Na początku "Casino Royale" dowiadujemy się w jaki sposób Bond (Daniel Craig) zdobył licencję na zabijanie, czyli słynne dwa zera. Chwilę potem akcja przenosi się do Ugandy, gdzie mamy okazję poznać złowieszczego Le Chiffre (Mads Mikkelsen). Ów typ spod ciemniej gwiazdy i przy okazji matematyczny geniusz zbrodni jest znanym bankierem terrorystów oraz wszelkich ruchów narodowowyzwoleńczych (lub wszczynających ruchawki jak kto woli). Bond udaremnia niezwykle wysublimowany plan Le Chiffre’a, dzięki któremu miał pomnożyć powierzone pieniądze ugandyjskiej guerilli. Wskutek totalnej klęski spekulacyjnej na akcjach Skyfleet dalsza egzystencja bankiera staje pod poważnym znakiem zapytania. Le Chiffre postanawia się odkuć i organizuje w tytułowym Casino Royale rozgrywkę pokerową o wielką stawkę. MI6 upatruje w tym doskonałą szansę na przejęcie bankiera i wysyła do Czarnogóry swojego najlepszego hazardzistę.
źródło: http://www.about.com/
Podobnie jak w klasycznych Bondach w "Casino Royale" odwiedzamy sporo ładnych lub egzotycznych miejsc. Tym razem jest to Praga, Uganda, Madagaskar, Bahamy, Miami, Montenegro oraz Wenecja. Nie można zatem narzekać na brak efektowności. Niemniej jest to film zdecydowanie odmienny od dotychczasowego nurtu. Wielu fanów serii mogło przecierać oczy ze zdumienia patrząc na ekran. Nowy James Bond to brutalny, bezuczuciowy morderca, który bez mrugnięcia okiem wykończy potencjalnego terrorystę i jeszcze się będzie z tego cieszył. Polecam scenę w Miami, w której Bond leży skuty na masce radiowozu i obserwuje detonację bomby. "Casino Royale" na tle innych filmów z serii wyróżnia się wysokim poziomem brutalności oraz porzuceniem tradycyjnych gadżetów na rzecz realizmu. Warto podkreślić choćby fakt, że nawet na chwilę nie pojawia się Q. Moim zdaniem był to bardzo trafny zabieg, który znacznie odświeżył całą serię. Niemniej pościgi samochodowe oraz parkourowe dalej cieszą oko swoją dynamiką.
źródło: http://www.about.com/
Niezwykle trafiony okazał się wybór Daniela Craiga, który idealnie wpasował się w rolę nowego Bonda. Ogólnie rzecz biorąc pod względem aktorstwa jest to chyba najlepszy film w całej serii. Eva Green jako Vesper Lynd wiesza poprzeczkę dla kolejnych dziewczyn 007 bardzo wysoko. Sceny rozmowy dwójki bohaterów w pociągu, limuzynie czy hotelu to prawdziwa maestria! Na dodatek mamy wreszcie porządny czarny charakter, zrobiony z krwi i kości. Le Chiffre nie chce zdobyć świata tylko zarabiać pieniądze – świetna rola Madsa Mikkelsena. Jak zawsze wspaniała jest Judi Dench w roli M. Jej konwersacje z niepokornym agentem oraz narzekania na zakończenie Zimnej Wojny mogę oglądać do znudzenia. Pozostała obsada również dotrzymuje poziomu: Jeffrey Wright (Felix Leiter), Giancarlo Giannini (Rene Mathis) oraz Jesper Christensen (Mr. White). Wszystko to sprawia, że "Casino Royale" można uznać za jeden z najlepszych filmów w serii, jeśli nawet nie najlepszy. Świetne kino od początku do końca, do polecenia bez najmniejszego przypału. Samo zakończenie zasługuje na ogromne oklaski. Oglądałem je chyba z milijon razy. Dlatego też "Casino Royale" dostaje bardzo wysoką ocenę w moim rankingu.
źródło: http://www.about.com/
Świetna była scena zamawiania legendarnego drinka:
Bond: [after Bond has just lost his 10 million in the game, to the bartender] Vodka-martini.
Bartender: Shaken or stirred?
Bond: Do I look like I give a damn?
źródło: http://www.imcdb.org/
Jak wspominałem we wstępie na sam koniec zostawiłem porównanie książki i filmu. Ostrzegam, że będą grubaśne spoilery. Po pierwsze inne są lokalizacje tytułowego Casino Royale: w powieści jest to północne wybrzeże Francji, a nie Czarnogóra. Książka ogranicza się zasadniczo do samej rozgrywki w kasynie kończąc się wkrótce po samobójczej śmierci Vesper. Główny wątek fabularny jest mniej więcej podobny, tyle że Le Chiffre jest bankierem francuskich związków zawodowych (oczywiście sterowanych z Moskwy), a nie Quantum i wtopił inwestując w burdele. W powieści Fleminga bohaterowie grają w bakarata, a nie w Texas Hold’Em. Mamy również wątek polski: ukochany Vesper to polski lotnik przeszkolony do działalności wywiadowczej przez brytyjski wywiad, a następnie pochwycony przez Sowietów. Bicie Bonda po jajcach to oryginalny pomysł Fleminga, tyle, że w książce Le Chiffre używa innego narzędzia. 007 zostaje uratowany przez agenta SMERSZ, przy czym dostaje od niego wyjątkową pamiątkę. Byłem natomiast niezwykle zaskoczony, że książka kończy się zdaniem Ta suka już nie żyje. Podsumowując: film polecam absolutnie, natomiast książka może być miłym dopełnieniem do projekcji (czyta się bardzo szybko).

Ocena: 9/10.

czwartek, 25 października 2012

Bond No. 22: "Quantum of Solace"



"Quantum of Solace" – 22 film o przygodach Jamesa Bonda i drugi, w którym w postać brytyjskiego agenta MI6 wciela się Daniel Craig. Pamiętam, że po świetnym "Casino Royale", które przywróciło serii dawny blask (choć i trzeba przyznać, że miało swoich hejterów), wszyscy oczekiwali równie dobrego, ba może nawet lepszego kina. Oczekiwania rosły w miarę zbliżania się premiery, którą de facto przesunięto na jesień 2008 roku (pierwotnie zaplanowano ją na maj, aczkolwiek wtedy wchodził do kin "Iron Man"). Czy zatem "Quantum" spełniło pokładane w nim nadzieje? W zasadzie, po pierwszym obejrzeniu filmu, zapamiętałem jedynie mocne przekonanie, że nie. W rozmowach ze znajomymi dominowało i dominuje po dziś dzien przekonanie, że jest to film zdecydowanie gorszy od "Casino Royale", a w zasadzie nawet słaby sam w sobie. Aczkolwiek z powodu zbliżającej się premiery "Skyfall" oraz niemal całkowitej amnezji dotyczącej fabuły "Quantum" postanowiłem obejrzeć film ponownie.
źródło: http://eu.movieposter.com/
"Quantum" to bezpośredni sequel "Casino Royale", co rzadko zdarza się w bondowskim uniwersum. Wcześniej miało to miejsce jedynie w przypadku tzw. trylogii Blofelda: "Żyje się tylko dwa razy", "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" i "Diamenty są wieczne". Film rozpoczyna się od bardzo dynamicznego pościgu samochodowego po krętych górskich szosach. Bond dostarcza pojmanego w finale poprzedniej części pana White’a do kwatery MI6, gdzie ma zostać poddany szczegółowym przesłuchaniom. Jednakże okazuje się, że nawet szeregi brytyjskiego wywiadu zostały zinfiltrowane przez zbrodniczą i tajemniczą organizację Quantum. M (Judi Dench) ledwie uchodzi z życiem, a Bond dokonuje dewastacji zabytkowego starego miasta w Sienie. Od tego momentu głównym celem MI6 staje się rozpracowanie i zniszczenie Quantum.
źródło: http://www.irishtimes.com/
Tym razem wraz z 007 zwiedzamy wspomnianą już Sienę, Port-Au-Prince (udawany przez Colon w Panamie), austriackie Bregenz (gdzie Bond pierwszy raz w historii odwiedza operę), włoskie Talamone, La Paz, boliwijską pustynię (kręconą w Chile), aby na koniec dla odmiany zobaczyć zimowe krajobrazu Kazania. Pod względem plenerowym nie można zatem narzekać, a chociaż obracamy się głównie w klimatach słoneczno-południowych, to w międzyczasie odwiedzamy także deszczowy Londyn. Naprawdę fajnie wyglądały zdjęcia na boliwijskiej pustyni – Bond w garniturze pośród piasku i kamulców zostaje w pamięci na długo. Fabularnie jest całkiem interesująco, dużo nawiązań do poprzedniej części, pojawiają się nawet starzy znajomi – Felix Leiter (Jeffrey Wright) oraz Rene Mathis (Giancarlo Giannini). Bond w dalszym ciągu epatuje brutalnością, mordując ku rozpaczy M większość podejrzanych. Co ciekawe 007 nie korzysta z żadnych, tak typowych przecież dla serii wypasionych gadżetów, a używa jedynie lekko stunnigowanego telefonu. Znamienne, że w filmie nie pojawia się nawet Q. Finał "Quantum" to natomiast jawny ukłon w stronę klasycznych Bondów – typowa rozwałka siedziby przeciwnika z dużą ilością eksplozji i innych efektów specjalnych. Budżet oceniano na 200 mln USD, więc wygląda to całkiem spektakularnie.
źródło: http://www.ew.com/ew/
Czy zatem "Quantum" spełnia wygórowane oczekiwania po "Casino Royale"? Częściowo tak, aczkolwiek jest to zdecydowanie słabszy film. Nie oznacza to jednakże, iż ma jakiś dramatycznie niski poziom. Po prostu w mojej opinii stanowi doskonałe dopełnienie "Casino Royale" i śmiało stwierdzam, że jest o wiele lepszy niż wszystkie Bondy z Brosnanem. Z pewnością brakuje mi bardziej wyrazistego przeciwnika dla 007, gdyż Dominic Greene (Mathieu Amalric) wydaje się z deczka nijaki i nie jest zepsuty do szpiku kości jak być powinien. Ponadto dziewczyna Bonda Camille (Olga Kurylenko) zdecydowanie nie dorównuje Vesper, ale Eva Green zawiesiła poprzeczkę naprawdę wysoko. Od Camille zdecydowanie bardziej podobała mi się natomiast Strawberry Fields (Gemma Arterton), przy czym podkreślam, że kreacja Olgi Kurylenko nie jest wcale słaba. Na szczęście w dalszym ciągu cieszą dialogi M z Bondem, a niezwykle rozbawiła mnie scena z tekstem Jesteśmy nauczycielami, wygraliśmy na loterii. Podsumowując: "Quantum of Solace" nie jest aż tak słabym filmem, jak panuje powszechna opinia i myślę, że warto je obejrzeć jako godne uzupełnienie "Casino Royale".

Ocena: 7/10.