Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mads Mikkelsen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mads Mikkelsen. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 kwietnia 2017

"Rogue One"



We have hope. Rebellions are built on hope!

Z perspektywy czasu bardzo żałuję, że nie wybrałem się na "Rogue One" do kina. Muszę jednak przyznać szczerze, iż oprócz zniechęcającego polskiego tytułu ("Łotr 1" – no kurwa, jak to brzmi!) potraktowałem produkcję wyreżyserowaną przez Garetha Edwardsa (m.in. "Godzilla" z 2014 roku) jako jawny przejaw wcielania w życie szczytnej idei hajs się musi zgadzać. Projekt skupiający się na pobocznych historiach z uniwersum "Star Wars" wydawał mi się po prostu wręcz ordynarnym odcinaniem kuponów przy okazji powstawania nowej trylogii (w sumie dziwię się, że Peter Jackson przy okazji "Hobbita" nie podreperował dodatkowo swojej pokaźniej już sakwy). Niemniej mimo wszystko "Łotr 1" zalicza się do kanonu "Gwiezdnych Wojen" w związku z czym nie mogłem przejść obojętnie obok tej produkcji, mimo początkowych oporów. Po jakimś czasie udało mi się wreszcie dojrzeć do decyzji obejrzenia filmu i szczerze powiedziawszy nawet cieszyłem się na powrót do tego epickiego uniwersum.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Większa część akcji "Rogue One" rozgrywa się tuż przed pierwszą częścią oryginalnej trylogii, czyli "A New Hope". W prologu, osadzonym kilkanaście lat wcześniej, poznajemy młodziutką Jyn Erso. Na oczach dziewczynki zostaje zamordowana matka, a ojciec Galen (Mads Mikkelsen), utalentowany naukowiec i konstruktor, zostaje porwany przez żądnego chwały i władzy, bezwzględnego imperialnego urzędnika Krennica (Ben Mendelsohn). Pozostawione na pastwę losu dziecko ratuje i wychowuje rebeliancki ekstremista Saw Gerrera (Forest Whitaker). Kilkanaście lat później dorosła Jyn (Felicity Jones) zostaje odbita z imperialnej niewoli przez kapitana Cassiana Andora (Diego Luna). Jednakże ratunek nie ma altruistycznego podłoża: rebelianccy dowódcy uważają, że dziewczyna jest kluczem do nawiązania kontaktu z Saw Gerrerą, który, jak się mówi na mieście, znalazł się w posiadaniu informacji o kluczowym znaczeniu dla całej galaktyki.
TM & © Lucasfilm Ltd.
W przeciwieństwie do pozostałych filmów zaliczanych do kanonu "Rogue One" nie epatuje ideą wszechwładnej Mocy, przenikającej życie całej galaktyki. I to w zasadzie mogę uznać za pierwsze z dwóch największych zaskoczeń w produkcji Garetha Edwardsa. Oczywiście Moc pojawia się na ekranie (część akcji rozgrywa się w świętym mieście Jedha, a jeden z bohaterów drugoplanowych wydaje się posiadać inklinacje do bycia prawie Jedi), aczkolwiek niemal do samego końca nie odgrywa istotniejszej roli, stanowiąc jedynie tło. Ograniczenie roli potężnej, tajemniczej siły do drugiego planu daje moim zdaniem całkowicie nowe spojrzenie na całe uniwersum. Pod względem fabularnym "Łotr 1" skupia się tzw. prozie życia żołnierzy Rebelii i jest to prawdziwe kino wojenne, którego mocno brakowało mi dotychczas w "Gwiezdnych Wojnach". Film dobitnie pokazuje ile trudu, cierpienia oraz istnień ludzkich humanoidalnych kosztowało zdobycie planów legendarnej Gwiazdy Śmierci. I chociaż kategoria PG-13 ma wyraźne ograniczenia to jednak zabijanie bezbronnych ludzi czy dobijanie rannych przez pozytywnych bohaterów nie zdarza się każdego dnia. Wojna przedstawiona na ekranie wygląda dosyć realistycznie: łatwo odnaleźć nawiązania do walki z islamskimi ekstremistami na ulicach Iraku czy Afganistanu (Jedha) czy też wspomnienia krwawych jatek w Wietnamie (bitwa w dżungli na powierzchni Scarif). W sumie to w scena, w której Saw Gerrera ratuje małoletnią Jyn strasznie kojarzy mi się z "Terminatorem" (zabrakło tylko tekstu: Come with me if you want to live).
TM & © Lucasfilm Ltd.
Oczywiście "Rogue One" nie jest pozbawiony w tym względzie mankamentów typowych dla współczesnego epickiego kina (przykładowo: ratunek w ostatniej chwili czy pełne patosu monologi wygłaszane tuż przed zgonem), ale jedna rzecz pozwala zapomnieć o wszystkich wadach. I w tym miejscu przejdę właśnie do drugiego, największego zaskoczenia. Otóż końcowe sceny filmu rozgrywające się na plaży to dla mnie całkowita niespodzianka. Nigdy nie spodziewałbym się, że Disney pozwoli na coś takiego! Swoją drogą, jeżeli miałbym wskazać na scenę, która może pretendować do miana kultowej to finalny rampage Darth Vadera to oczywisty wybór. Warto również docenić zróżnicowane spojrzenie zarówno na rebelię, jak i Imperium. Rebelianci nie stanowią monolitu, prezentując w obliczu zagrożenia różne postawy i tocząc przeważnie bezowocne spory. Niezwykle interesująca w tym kontekście wydaje się być postać Saw Gerrery, wzorowana oczywiście na znanym argentyńskim lewicowym rewolucjoniście. Bezwzględny i nieustępliwy bohater, który poświęcił życie dla walki z Imperium, otrzymał od Rebelii łatkę nieobliczalnego ekstremisty. Tymczasem w imperialnych strukturach władzy rysuje się wyraźny konflikt pomiędzy ambitnym i żądnym uznania Imperatora Krennickiem a gubernatorem Tarkinem wspieranym przez Darth Vadera (przypomina to trochę relacje w Najwyższym Porządku z "The Force Awakens"). Warto także wspomnieć o monstrualnej wprost liczbie tzw. easter eggs – nie mam oczywiście ambicji ani wiedzy, aby wychwycić wszystkie nawiązania.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Pod względem wizualnym "Rogue One" po prostu onieśmiela swoją doskonałością. I chociaż doskonale zadaję sobie sprawę, że to CGI to nie sposób nie docenić piękna filmu. Poszczególne, znacznie różniące się od siebie krajobrazem lokacje, wyglądają wręcz doskonale. Co jeszcze ważniejsze do tych pięknych plenerów dopasowano znakomitą, poruszającą ścieżkę dźwiękową. I warto zauważyć, że za muzykę nie odpowiada tym razem legendarny John Williams, a Michael Giacchino, który w bardzo krótkim czasie wykonał genialną robotę. Wracając do efektów specjalnych zdecydowanie należy podkreślić maestrię Industrial Light & Magic. Statki kosmiczne, sekwencje bitew toczonych w kosmosie czy wygląd poszczególnych lokacji, których w sumie niemało, to wzorowo wykonana praca. Do tego wszystkiego warto zwrócić uwagę na niebywały zabieg wskrzeszenia postaci z uniwersum "Star Wars". Moim zdaniem zarówno Grand Moff Tarkin (który w Polszy doczekał się nawet pieśni autorstwa Kazika sławiącej jego czyny – Komandor Tarkin), jak i młodziutka księżniczka Leia, prezentują się na ekranie świetnie (choć oczywiście nie aż tak doskonale jak Peter Cushing oraz Carrie Fisher we własnej osobie). Warto także docenić wprowadzenie kolejnego znakomitego, tym razem trochę defetystycznego, robota. K-2SO robi znakomitą robotę.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Pod względem aktorstwa ciężko uświadczyć lipę, chociaż przez film przewija się postaci bez liku. Z pewnością zaobserwowałem, że Jyn Erso, w którą wcieliła się Felicity Jones, wydaje się być dla mnie o wiele bardziej interesującą, a przede wszystkich lepiej zagraną postacią niż Rey z "Przebudzenia Mocy". Ciekawe zaprezentował się na ekranie Diego Luna, grający Cassiana Andora. Między parą głównych bohaterów czuć prawdziwą ekranową chemię i bardzo fajnie, że ich relacja nie jest od początku usłana różami. Znakomicie wypada także imperialny urzędnik Krennic, którego bezbłędnie zagrał Ben Mendelsohn (świetne sceny z Tarkinem i Vaderem). Z ról drugoplanowych na pewno warto wyróżnić Madsa Mikkelsena (Galen Erso) oraz Foresta Whitakera w przejmującej roli Saw Gerrery. Oglądając "Rogue One" można odnieść wrażenie, że każdy z aktorów, pojawiając się choćby w najkrótszym epizodzie, postanowił dać z siebie wszystko i zagrać na 100%.
TM & © Lucasfilm Ltd.
Czego mi zatem najbardziej brakuje w "Rogue One"? Otóż, gdyby twórcy mieli jeszcze większe jaja ze stali, ba a może nawet z kryptonitu, i zdecydowali nakręcić film wojenny w kategorii R bez tego całego szajsu typowego dla blockbusterów to poziom starej trylogii byłby naprawdę na wyciągnięcie ręki. Niemniej i tak jestem ogromnie zadowolony z końcowego efektu i mam nadzieję, że w kolejnych historiach będzie coraz lepiej i lepiej. Polecam gorąco sprawdzić trochę inne spojrzenie na uniwersum "Gwiezdnych Wojen".
TM & © Lucasfilm Ltd.
Ocena: mocarne jak bice Vin Diesela 8/10.

wtorek, 14 marca 2017

"Doctor Strange" (2016)



We never lose our demons, we only learn to live above them.

Dzisiaj co prawda postanowiłem na chwilę wypaść z głównego nurtu tegorocznych Oscarów i skupić się na reprezentancie kina czysto rozrywkowego, pozbawionego większej ambicji. Niemniej, gwoli sprawiedliwości, muszę zaznaczyć, że także "Doctor Strange" miał szansę na wygranie jednej statuetki w kategorii najlepsze efekty wizualne (czy jak ktoś woli Best Achievement in Visual Effects), aczkolwiek przegrał z kolejną wersją "Księgi Dżungli". Przyznam szczerze, że, tak jak w większości przypadków dotyczących produkcji sygnowanych logiem Marvela czy DC Comics, nie miałem okazji zapoznać się z komiksową serią stanowiącą kanwę dla filmu (autorami pierwowzoru z 1963 roku są Stan Lee oraz Steve Ditko). Jakoś bardzo mi nie po drodze z komiksami o superbohaterach – chociaż muszę przyznać, że ostatnio zrobiłem wyjątek dla Watchmen, aczkolwiek pod tym i wieloma względami jest to wręcz unikalny przypadek. Reżyser Scott Derrickson kojarzy mi się natomiast jedynie z bardzo miałkim "The Day the Earth Stood Still" z 2008 roku, w którym nad wyraz drewnianym aktorstwem popisał się Keanu Reeves.
źródło: http://www.impawards.com
Dr Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) to światowej sławy neurochirurg, cechujący się ponadto ponadprzeciętną inteligencją. Co prawda w uniwersum Marvela pojawiło się już kilku podobnych geniuszy, niemniej nasz bohater wyróżnia się na ich tle kompletnym brakiem empatii, totalnym zadufaniem we własne umiejętności oraz po prostu byciem kutasem dla swoich współpracowników. W trakcie brawurowo lekkomyślnej jazdy sportowym samochodem (dodajmy, że hajs się zgadza bardziej niż powinien), Strange ma wypadek, przez który traci swoje niezwykłe zdolności manualne. Podczas żmudnej rehabilitacji wybitny lekarz powoli żegna się z myślą, że konwencjonalne metody pozwolą odzyskać mu pełnię władzy w rękach. Dodatkowo postępujące zgorzknienie wywołane tym faktem, niszczy obiecującą relację z koleżanką z pracy, Christine (Rachel McAdams). Usłyszawszy pogłoski o cudownym uzdrowieniu jednego z pacjentów swojego rehabilitanta, Strange postanawia postawić wszystko na jedną kartę i wyrusza do Nepalu szukać tajemniczego zakonu.
© 2016 Marvel.
Kiedy "Doctor Strange" jeszcze brylował na ekranach kinoplebsów przeczytałem dosyć pozytywną recenzję, aczkolwiek, jeśli dobrze pamiętam, wiele pisano o zmarnowanym potencjale i tym podobnych. Zasiadając do projekcji gdzieś z tyłu głowy miałem nikłą nadzieję, że być może wprowadzenie czystej magii do uniwersum Marvela będzie wyglądało trochę inaczej niż dotychczasowe produkcje o superbohaterach, z których estymą darzę praktycznie wyłącznie serię o przygodach Thora. Początek filmu wydawał się być jeszcze w miarę, gdyż dawno nie widziałem tak odpychającego protagonisty. Niemniej wraz z rozwojem (bardzo dynamicznym rozwojem) akcji produkcja Scotta Derricksona zaczęła się coraz bardziej upodabniać do typowych tworów filmowych Marvela. Któryż to już raz okaleczony w jakiś sposób geniusz musi nauczyć się panować nad nowymi, potężnymi mocami? Po raz który antagonista z bandą nijakich pomocników postanawia obalić istniejący porządek i przyzwać z innego wymiaru czy też odmętów kosmosu pradawną istotę będącą esencją zła (tym razem jest to niejaki Dormammu)? Fabularna miałkość kolejnej produkcji Marvela jest wprost porażająca – niby otoczka magii, Przedwieczny, czy nowe, potężne artefakty, ale w gruncie rzeczy jest to kolejny wtórny scenariusz oparty na tym samym schemacie. Czy naprawdę w mnogości komiksów Marvela nie można znaleźć jakiejś bardziej ambitnej i oryginalnej fabuły?
© 2016 Marvel.
O ile pod względem fabularnym można czepiać się "Doctora Strange’a" niemal w nieskończoność (polecam sprawdzić w tej kwestii niezawodne HISHE oraz Honest Trailers na YouTube), o tyle należy oddać Marvelowi, że pod względem realizacyjnym po raz kolejny dopracowano film niemal w najmniejszym detalu. Efekty specjalne, na które wyłożono grube miliony imperialistycznych dolarów (budżet szacuje się na 165 milionów USD), prezentują na ekranie po prostu znakomicie. W szczególności zaskoczyło mnie naginanie rzeczywistości, które trochę przypomina mi zabawy miejską architekturą z "Incepcji" Christophera Nolana. Ponadto scenografia, kostium oraz artefakty trzymają wysoki poziom, do którego przyzwyczaiły widzów ostatnie produkcje osadzone w uniwersum Marvela. Czuję jednak pewien niedosyt, gdyż na kluczowe punkty ziemskiego systemu obrony wybrano tak mało egzotyczne miejscówki jak Londyn, Hong Kong oraz Nowy Jork, ale cóż poradzić. Bardzo średnio wypadła natomiast ścieżka dźwiękowa, ponieważ jej kompletnie nie pamiętam, mimo, że Strange jawi się jako chodząca muzyczna Wikipedia. Nieoczekiwanie "Doctor Strange" zaskoczył mnie kilkoma autentycznie zabawnymi i niegłupawymi scenami humorystycznymi (przy czym nie zaliczam do nich na pewno sceny rozgrywającej się po napisach końcowych).
© 2016 Marvel.
Benedict Cumberbatch wcielający się w skrzyżowanie doktora House’a oraz współczesnego, serialowego Sherlocka Holmesa (pod względem aspołeczności) wypada całkiem naturalnie, przez co dosyć przyjemnie ogląda się ekranowe poczynania Brytyjczyka. I w zasadzie tyle pozytywne można napisać o popisach aktorskich w produkcji Marvela. Zaskakujące, że wśród wielu pozostałych postaci pojawiających się w filmie praktycznie nikt nie był w stanie wyjść ponad przeciętność i wtórność. Chiwetel Ejiofor, wcielający się w Mordo, niezwykle prawego i sprawiedliwego kompana Doktora Strange’a, to rola do zapomnienia zaraz po napisach końcowych z powodu wybujałego, wręcz nienaturalnego poczucia sprawiedliwości. Tilda Swinton jako Przedwieczna również doskonale wpisuje się w konwencję przeciętności. Po raz kolejny brakuje także interesującego przeciwnika. Mads Mikkelsen (Kaecilius) udowodnił choćby w "Casino Royale", że w tej kwestii ma spory potencjał, ale w tym przypadku scenariuszowe ograniczenia jego postaci są nie do przezwyciężenia. Warto jednakże podkreślić całkiem sympatyczne występy Rachel McAdams oraz Benedicta Wonga (Wong).
© 2016 Marvel.
Wbrew oczekiwaniom "Doctor Strange" to typowy wyrób filmowy ze stajni Marvela. Niestety sprawność realizacyjna oraz efekty specjalne nie są w stanie zrekompensować ewidentnych wad projektu takich jak wtórna fabuła czy niezwykle przeciętna konstrukcja postaci. Jest to idealna produkcja na niedzielny obiad albo łóżkową marnację po srogim melanżu.
© 2016 Marvel.
Ocena: 5/10.

wtorek, 4 czerwca 2013

"King Arthur"

Jak ważne znaczenie dla kultury ma mit arturiański chyba pisać nie trzeba. Mnogość wersji samej legendy, różnorakich interpretacji książkowych oraz produkcji filmowych czy też telewizyjnych jest niemal nie do ogarnięcia. Z tej okazji mała dygresja: jeśli macie ochotę podrążyć temat głębiej to zacznijcie od książki "Świat króla Artura. Maladie" Andrzeja Sapkowskiego, która stanowi krótki przewodnik po najważniejszych postaciach, przedmiotach i wydarzeniach. A co potem? A potem przeczytajcie wszystkie dzieła, o których wspomina autor "Wiedźmina". Dziś jednak skupiamy się na adaptacjach filmowych. Jakiś czas temu recenzowałem niezbyt udany serial "Camelot". Praktycznie jedyną zaletą tejże produkcji były dosyć często ukazywane wdzięki Evy Green. Teraz natomiast przyszedł czas na pseudo-historyczne podejście do mitu arturiańskiego ukazane w "King Arthur" z 2004 roku. Dlaczegóż już na samym początku taki zarzut, spytacie? Otóż film Antoine'a Fuqua ("Dzień próby"!!!) próbuje urealnić legendę odzierając ją całkowicie z magii i elementów mistycznych, stawiając na historyczne realia. Czemu dwa ostatnie słowa się pisane kursywą przekonacie się poniżej.
Plakat nawet niezgorszy...
(źródło: http://www.impawards.com/index.html)
Nie ma zatem magii, więc cóż pozostaje w samym w micie? Otóż z prologu dowiadujemy się, że Imperium Rzymskie, nienasycone podbojami, walczyło z ludem dzielnych Sarmatów. Owi wojownicy ponieśli porażkę, ale imperialiści z Italii zachwycili się ich nieustraszoną konnicą i postanowili wykorzystać ją do własnych celów. Artur (Clive Owen), pół-Bryt, pół-Sarmata, dowodzi oddziałem sarmackiej kawalerii służącej w odległej Brytanii. Okres 15-letniej służby właśnie dobiega końca, więc kawalerzyści snują plany dotyczące ciekawych zajęć po jej zakończeniu. Część z nich chce powrócić do ojczyzny, kilku postanawia pozostać na nieprzyjaznej i zimnej wyspie, natomiast ich dowódca marzy o podróży do Rzymu. Niestety sytuacja ulega zmianie, gdy Artur i jego ludzie dostają ostatnią, ale śmiertelnie niebezpieczną misję behind enemy lines. Muszą wyruszyć daleko na północ, aby uratować rzymskiego dostojnika i jego rodzinę. A czasy nie są łatwe, ponieważ oprócz permanentnego zagrożenia ze strony dzikich Piktów, do gry wchodzą również bezlitośni Sasi.
Merlin bez magicznych skillów
(źródło: Touchstone Pictures)
Pomysł na całkowite odarcie mitu arturiańskiego z magii wydawał mi się na początku niedorzeczny, aczkolwiek potrafię docenić zamysł twórców. "Król Artur" mógł być naprawdę ciekawy, ale zabrakło troszkę surowości i konsekwencji w tej wizji (chociaż i tak nie jest najgorzej). Niestety nie uniknięto błędów oraz uproszczeń typowych dla tego rodzaju produkcji. Łatwość z jaką porozumiewają się ze sobą Rzymianie, Piktowie, Sarmaci oraz Sasi jest naprawdę powalająca – wygląda na to, że u schyłku starożytności dominowało najprawdziwsze językowe esperanto! Jasne, rozumiem, że przywódcy i elita być może znała łacinę w wystarczającym stopniu, ale przecież nie dotyczyło to randomowych wieśniaków i tępych wojaków. Nawet w "Trzynastym wojowniku" Antonio Banderas nie od razu nauczył się mowy Wikingów! Poza tym obowiązkowe rozmowy między przywódcami strasznie mnie raziły. O ile potrafię zrozumieć sens i potrzebę spotkania Artura i Merlina, to kompletnie nie wiem czemu ma służyć rozmowa tego pierwszego z Cerdiciem, przywódcą Sasów. Fabuła nie powala na kolana, ale również nie wywołuje większej żenady - oczywiście jeżeli przymkniemy oko. W zasadzie do głównego wątku mam jedno zastrzeżenie: czemuż, ach czemuż rzymski arystokrata osiedlił się w dziczy na dalekiej północy opanowanej przez Piktów? Ciężkie baty zbiera chrześcijaństwo – biskupi i kapłani Chrystusa wyróżniają się jako postacie negatywne. Co ciekawe w filmie to nie Piktowie przy użyciu wickermana, a właśnie bogobojni czciciele Jezuska składają ludzi w ofierze. Niemniej jest to całkiem zabawne podejście.
Artur i "Rycerze" Okrągłego Stołu
(źródło: Touchstone Pictures)
Hajsu na produkcję "Króla Artura" na szczęście nie zabrakło. Bardzo ładne plenery oraz zbroje i wszelkiego rodzaju osprzęt bojowy cieszą oko. Fajnie wystylizowano Sarmatów Artura, a i stylówki Piktów i Sasów nie są wcale gorsze. Nie podobał mi się natomiast wygląd muru Hadriana, ponieważ w mojej opinii wypada niezwykle sztucznie. Pod względem poziomu filmowej taktyki także doznałem ogromnego zawodu. Nie byłem również zachwycony poziomem dialogów. O ile większość z nich jest dosyć znośna, to niestety zbyt często pojawiają się egzaltowane przemowy o wolności z gejzerami patosu. Niestety przoduje w nich Artur, który w ten właśnie sposób manifestuje swój idealizm. Ale cóż, taka to właśnie postać. Archetyp sprawiedliwego władcy musi przejawiać trochę tendencji idealistycznych, reprezentować prawość, sprawiedliwość i odwagę. I taki właśnie jest Artur w wykonaniu Clive'a Owena. Jak na tego rodzaju konwencję aktor spisał się całkiem nieźle, chociaż nie jest to jakoś szczególnie wybitna rola. Jego kompanioni nie wyróżniają się natomiast w żaden szczególny sposób – a szkoda, bo przecież niełatwa relacja Artura z Lancelotem to jeden z fundamentów mitu. Poza tym wystarczy rzucić okiem na nazwiska (Ian Gruffudd, Mads Mikkelsen, Ray Winstone, Ray Stevenson), żeby stwierdzić, iż mogło być znacznie lepiej. Na występ Keiry Knightley (Ginewra) spuszczę zasłonę milczenia. Zasadniczo w filmie są tylko dwie role, które zaintrygowały mnie od samego początku. Pierwsza z nich to Merlin (Stephen Dillane), tutaj dalekowzroczny władca Piktów pozbawiony magicznych atrybutów. Naprawdę dobra i interesująca kreacja. Druga natomiast to wspomniany wyżej Cerdic (Stellan Skarsgård), bezwzględny przywódca Sasów, obdarzony wyjątkowo nieudolnym synem (Till Schweiger). Moim zdaniem najfajniejsza rola w "Królu Arturze". Co ciekawe w filmie nie występuje w ogóle Morgana, co z perspektywy fana "Mgieł Avolonu" Marion Zimmer Bradley wydaje się być ogromnym rozczarowaniem.
Piktyjska Ginewra
(źródło: Touchstone Pictures)
Kiedy obejrzałem "Króla Artura" po raz pierwszy spodobał mi się nawet. W tych odległych czasach wystawiłem solidną ocenę 7/10. Obecnie niestety muszę ją zrewidować. I tu w zasadzie waham się jak bardzo. Za rzemieślnicze wykonanie, jako taką historię oraz ładne plenery gotów jestem wystawić 6/10. Z drugiej strony cały czas pamiętam, że aktorstwo w filmie nie powala na kolana, a niektóre rozwiązania fabularne są najzwyczajniej w świecie głupie i mogłoby zasługiwać na jakieś cztery gwiazdki. Jednakże ostatecznie w ten deszczowy czerwcowy wieczór postanowiłem być łaskawy i nie dokonałem bardzo drastycznej redukcji.
Cerdic - pali wioski i morduje Brytów dbając o czystość germańskiej rasy.
(źródło: Touchstone Pictures)

Ocena: 5/10.

czwartek, 15 listopada 2012

Bond No. 21: "Casino Royale"



Całkiem niedawno przeczytałem "Casino Royale" Iana Fleminga, które jak doskonale wiadomo zapoczątkowało serię powieści i opowiadań o przygodach Jamesa Bonda. Z tejże okazji, a także ogólnego zajawienia społeczeństwa na "Skyfall" postanowiłem napisać recenzję filmowej ekranizacji pierwszej książki cyklu. Od opublikowania powieści (1953) do kinowej premiery "Casino Royale" (2006) upłynęło trochę czasu. Co prawda w latach 1954 i 1967 powstały filmy oparte na książce, aczkolwiek nie weszły do oficjalnej serii. "Casino Royale" to dwudziesty pierwszy Bond i debiut w roli agenta JKM Daniela Craiga. Niniejsza recenzja oprócz poruszania spraw typowo filmowych, w ostatniej części odniesie się także do różnic między książkowym oryginałem a filmem. Generalnie byłem zaskoczony, że jest ich naprawdę niewiele, a część z nich ma znaczenie drugorzędne.
źródło: http://www.impawards.com/index.html
Na początku "Casino Royale" dowiadujemy się w jaki sposób Bond (Daniel Craig) zdobył licencję na zabijanie, czyli słynne dwa zera. Chwilę potem akcja przenosi się do Ugandy, gdzie mamy okazję poznać złowieszczego Le Chiffre (Mads Mikkelsen). Ów typ spod ciemniej gwiazdy i przy okazji matematyczny geniusz zbrodni jest znanym bankierem terrorystów oraz wszelkich ruchów narodowowyzwoleńczych (lub wszczynających ruchawki jak kto woli). Bond udaremnia niezwykle wysublimowany plan Le Chiffre’a, dzięki któremu miał pomnożyć powierzone pieniądze ugandyjskiej guerilli. Wskutek totalnej klęski spekulacyjnej na akcjach Skyfleet dalsza egzystencja bankiera staje pod poważnym znakiem zapytania. Le Chiffre postanawia się odkuć i organizuje w tytułowym Casino Royale rozgrywkę pokerową o wielką stawkę. MI6 upatruje w tym doskonałą szansę na przejęcie bankiera i wysyła do Czarnogóry swojego najlepszego hazardzistę.
źródło: http://www.about.com/
Podobnie jak w klasycznych Bondach w "Casino Royale" odwiedzamy sporo ładnych lub egzotycznych miejsc. Tym razem jest to Praga, Uganda, Madagaskar, Bahamy, Miami, Montenegro oraz Wenecja. Nie można zatem narzekać na brak efektowności. Niemniej jest to film zdecydowanie odmienny od dotychczasowego nurtu. Wielu fanów serii mogło przecierać oczy ze zdumienia patrząc na ekran. Nowy James Bond to brutalny, bezuczuciowy morderca, który bez mrugnięcia okiem wykończy potencjalnego terrorystę i jeszcze się będzie z tego cieszył. Polecam scenę w Miami, w której Bond leży skuty na masce radiowozu i obserwuje detonację bomby. "Casino Royale" na tle innych filmów z serii wyróżnia się wysokim poziomem brutalności oraz porzuceniem tradycyjnych gadżetów na rzecz realizmu. Warto podkreślić choćby fakt, że nawet na chwilę nie pojawia się Q. Moim zdaniem był to bardzo trafny zabieg, który znacznie odświeżył całą serię. Niemniej pościgi samochodowe oraz parkourowe dalej cieszą oko swoją dynamiką.
źródło: http://www.about.com/
Niezwykle trafiony okazał się wybór Daniela Craiga, który idealnie wpasował się w rolę nowego Bonda. Ogólnie rzecz biorąc pod względem aktorstwa jest to chyba najlepszy film w całej serii. Eva Green jako Vesper Lynd wiesza poprzeczkę dla kolejnych dziewczyn 007 bardzo wysoko. Sceny rozmowy dwójki bohaterów w pociągu, limuzynie czy hotelu to prawdziwa maestria! Na dodatek mamy wreszcie porządny czarny charakter, zrobiony z krwi i kości. Le Chiffre nie chce zdobyć świata tylko zarabiać pieniądze – świetna rola Madsa Mikkelsena. Jak zawsze wspaniała jest Judi Dench w roli M. Jej konwersacje z niepokornym agentem oraz narzekania na zakończenie Zimnej Wojny mogę oglądać do znudzenia. Pozostała obsada również dotrzymuje poziomu: Jeffrey Wright (Felix Leiter), Giancarlo Giannini (Rene Mathis) oraz Jesper Christensen (Mr. White). Wszystko to sprawia, że "Casino Royale" można uznać za jeden z najlepszych filmów w serii, jeśli nawet nie najlepszy. Świetne kino od początku do końca, do polecenia bez najmniejszego przypału. Samo zakończenie zasługuje na ogromne oklaski. Oglądałem je chyba z milijon razy. Dlatego też "Casino Royale" dostaje bardzo wysoką ocenę w moim rankingu.
źródło: http://www.about.com/
Świetna była scena zamawiania legendarnego drinka:
Bond: [after Bond has just lost his 10 million in the game, to the bartender] Vodka-martini.
Bartender: Shaken or stirred?
Bond: Do I look like I give a damn?
źródło: http://www.imcdb.org/
Jak wspominałem we wstępie na sam koniec zostawiłem porównanie książki i filmu. Ostrzegam, że będą grubaśne spoilery. Po pierwsze inne są lokalizacje tytułowego Casino Royale: w powieści jest to północne wybrzeże Francji, a nie Czarnogóra. Książka ogranicza się zasadniczo do samej rozgrywki w kasynie kończąc się wkrótce po samobójczej śmierci Vesper. Główny wątek fabularny jest mniej więcej podobny, tyle że Le Chiffre jest bankierem francuskich związków zawodowych (oczywiście sterowanych z Moskwy), a nie Quantum i wtopił inwestując w burdele. W powieści Fleminga bohaterowie grają w bakarata, a nie w Texas Hold’Em. Mamy również wątek polski: ukochany Vesper to polski lotnik przeszkolony do działalności wywiadowczej przez brytyjski wywiad, a następnie pochwycony przez Sowietów. Bicie Bonda po jajcach to oryginalny pomysł Fleminga, tyle, że w książce Le Chiffre używa innego narzędzia. 007 zostaje uratowany przez agenta SMERSZ, przy czym dostaje od niego wyjątkową pamiątkę. Byłem natomiast niezwykle zaskoczony, że książka kończy się zdaniem Ta suka już nie żyje. Podsumowując: film polecam absolutnie, natomiast książka może być miłym dopełnieniem do projekcji (czyta się bardzo szybko).

Ocena: 9/10.