Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2019

"Big Little Lies" (sezon 1, 2017)


I love my grudges. I tend to them like little pets.

Po niedawnej recenzji trzeciego sezonu "True Detective" postanowiłem jeszcze na chwilę pozostać w świecie seriali (i akurat nie chodzi mi o ten dwutygodnik), a dokładniej produkcji sygnowanych logiem HBO. Dzisiaj na warsztat trafił serial, o którym słyszałem naprawdę wiele dobrego, a ponieważ akcję osadzono w kalifornijskich krajobrazach okolic Monterey (a przecież wielokrotnie już sławiłem tutaj uroki Złotego Stanu), nie mogłem sobie po prostu odmówić przyjemności. Dodatkowo "Big Little Lies" (w Polszy znane pod wyjątkowo zgrabnie przetłumaczonym tytułem "Wielkie kłamstewka"), ponieważ to właśnie o nich mowa, zebrały naprawdę znakomitą obsadę: Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern, czy choćby prawdziwy weteran produkcji HBO ("Generation Kill", "True Blood") Alexander Skarsgård. Z powodu rychło zbliżającej się premiery drugiego sezonu zapowiedzianej na 9 czerwca 2019 roku, postanowiłem napisać parę słów o "Wielkich kłamstewkach", żywiąc nadzieję, że jeśli jeszcze nie widzieliście serialu HBO to uda mi się Was zachęcić do jego obejrzenia. Warto dodać, że "Big Little Lies" powstało na podstawie bestsellerowej powieści autorstwa australijskiej pisarki Liane Moriarty wydanej w 2014 roku pod tym samym tytułem. Uprzedzając fakty pierwszy sezon wyczerpał fabularny materiał z książkowego pierwowzoru, ale po ogromnym sukcesie serialu autorka stworzyła krótki tekst przedstawiający dalsze losy bohaterów (podobno nie zostanie opublikowany w formie książki, ale to przecież nigdy nie jest pewne).
© 2019 Home Box Office Inc.
Do pięknie położonego na Oceanem Spokojnym Monterey sprowadza się niezbyt zamożna i srogo doświadczona przez życie księgowa Jane Chapman (Shailene Woodley). Jej małoletni syn Ziggy (Iain Armitage), którego ojca nawet nie zna, rozpoczyna naukę w miejscowej szkole podstawowej. Jednakże już pierwszego dnia chłopiec zostaje oskarżony o napaść na koleżankę z klasy, Amabellę (Ivy George). Co gorsze matką dziewczynki okazuje się niezwykle zamożna, wyjątkowo przewrażliwiona i mająca ambicję rządzenia miastem Renata Klein (Laura Dern). W tej jakże niewesołej sytuacji z nieoczekiwaną pomocą Jane przychodzi lokalna oponentka Renaty, Madeline Mackenzie (Reese Whiterspoon), która wciąga do gry również swoją bliską przyjaciółkę, byłą prawniczkę Celeste Wright (Nicole Kidman). Powstały w ten sposób kobiecy triumwirat rozpoczyna obyczajowo-edukacyjną batalię z frakcją Renaty, zmagając się jednocześnie z wieloma problemami natury osobistej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Nie spodziewałem się, że serial przeważnie obyczajowy z lekkim wątkiem kryminalnym może dysponować tak silnym magnetyzmem, który wręcz przymusza widza do obejrzenia kolejnego odcinka. David E. Kelly, który stworzył tę produkcję, wykonał kawał znakomitej i przede wszystkim bezbłędnej roboty. Przeniesienie akcji książkowego pierwowzoru z Sydney do Monterey okazało się strzałem w dziesiątkę choćby już pod względem wyjątkowo pięknych krajobrazów i widać to od pierwszych sekund projekcji. Zwróćcie uwagę na jedną z najlepszych czołówek ostatnich lat, chociaż jej opis może wydawać się na pozór nieszczególnie interesujący. Cóż może być ciekawego w matkach wiozących dzieci do szkoły, wygłupiających się przed kamerą dzieciakach czy też pozujących bezpośrednio do widza kobiet przebranych za różne wersje Audrey Hepburn? Jak się okazuje WSZYSTKO, jeżeli przypadkiem zostało to nakręcone na epickiej szosie nad wybrzeżem Pacyfiku, a całość uzupełnia znakomita piosenka Cold Little Heart Michaela Kiwanuka. O Monterey mógłbym napisać osobny tekst, ale mam jedynie nadzieję, że będzie mi dane pojawić się pewnego pięknego dnia w tym kalifornijskim mieście i zostać tam na dłużej. Wracając do tematu w tym wątku warto także zwrócić uwagę na epickie rezydencje naszych bohaterów (sorry Jane, ale ten temat, akurat nie dotyczy ciebie), położone w większości bezpośrednio nad brzegiem oceanu. I chuj z zarzutami, że to czysty amerykański high life, do tego trzeba dążyć i tak właśnie trzeba żyć! Z mojego skromnego życiowego doświadczenia wiem, że nic nie uspokaja tak dobrze jak delektowanie się winem na plaży wsłuchując się w szum oceanu (sprawdziłem w portugalskim Miramar – swoją drogą też piękne miejsce do życia).
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" jest świetnie prowadzone pod względem fabularnym. Wątek kryminalny pojawiający się od samego początku wzbudza wyjątkowe zainteresowanie, ponieważ wiemy, że coś się stało, ale tak naprawdę nie wiadomo o co dokładnie chodzi.  Zajebiste jest również to, że mimo, iż serial został początkowo zakontraktowany na klasyczne osiem odcinków, to gdy twórcy uświadomili sobie, że wystarczy siedem, nikt nie wpadł na pomysł rozcieńczenia fabularnego w dodatkowych odcinku, przez co „Big Little Lies” w ogóle nie tracą na intensywności. Mimo, że zdecydowania większość bohaterek zalicza się do wspomnianego high life, to jednak można odnieść wrażenie, że mimo wraz z rosnącym stanem konta nie były w stanie uwolnić się od przyziemnych problemów trapiących wielu z nas. Nadopiekuńczość przeradzająca się w obsesję, bolesne kłótnie z buntującą się nastoletnią córką, przemoc domowa czy niewierność małżeńska nie są przecież zjawiskami nie z tej ziemi. A dostajemy również wątek Madeline walczącej o wolność słowa poprzez wystawienie kontrowersyjnej sztuki w miejskim teatrze. Cóż można więcej dodać – ogląda się to wszystko po prostu znakomicie!
© 2019 Home Box Office Inc.
Aktorstwo – tu kurwa nie ma miejsca na słabe występy. Jak dla mnie "Big Little Lies" kompletnie zawłaszczyła Reese Witherspoon. Choć w pierwszej chwili Madeline może być odbierana jako typowa blond-idiotka, to jednak z czasem stała się chyba moją ulubioną postacią w całym serialu. Reese Witherspoon pokazała pełnię warsztatu tworząc tak skomplikowaną bohaterkę, trapioną przez wiele różnorodnych problemów – ode mnie dostaje najwyższe uznanie za ten niezapomniany występ. Również reszta kobiecego triumwiratu wypada bardzo dobrze na ekranie – oklaski dla Nicole Kidman oraz Shailene Woodley. Na szczęście nie jest to film Marvela, więc na pochwały zasłużyła także Laura Dern, wcielająca się w serialową antagonistkę. Opis aktorstwa rozpoczął się zdecydowanie od mocnego feministycznego uderzenia, ale chociaż panowie są lekko zmarginalizowani, to jednak również należy docenić ich wkład. Alexander Skarsgård imponuje zimną, wyrachowaną brutalnością, Adam Scott (Ed Mackenzie) ciepłem i oddaniem, a Jeffrey Nordling (Gordon Klein) cierpliwością do znoszenia absurdalnych humorów małżonki. Kiedyś bardzo często mówiło się, że ogromną bolączką polskich filmów i seriali są występy dziecięce (vide małoletnia Ciri w "Wiedźminie"). To zobaczcie sobie jak amerykańskie dzieci świetnie grają – jedną z fajniejszych postaci jest przebojowa córka Madeline, Chloe, w którą wcieliła się Darby Camp. Warto także docenić Ivy George oraz Iaina Armitage’a.
© 2019 Home Box Office Inc.
"Big Little Lies" to dla mnie serial kompletny. Znakomity klimat, wciągająca fabuła oraz bezbłędne aktorstwo dostarczyły mi wyjątkowych wrażeń, których nie doświadczałem od dawna. Przygnębienie po słabym oscarowym roku poszło w zapomnienie w jednej chwili. Z jednej strony chciałbym, żeby "Wielkie kłamstewka" zakończyły się po jednym sezonie, zapisując się złotymi zgłoskami w moich wspomnieniach, ale z drugiej niezwykle ciężko oprzeć się pokusie powrotu do Monterey…
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 10/10.

środa, 24 kwietnia 2019

"True Detective" (sezon 3, 2019)


You ever been somewhere you couldn't leave, and you couldn't stay, 
both at the same time?

Im dalej od tegorocznych Oscarów, tym bardziej wydają mi się słabe, więc na jakiś czas postanowiłem poświęcić się nadrabianiu serialowych zaległości. Parę ładnych lat upłynęło nim twórcy "True Detective" podnieśli się po totalnej klęsce drugiego sezonu. Kompletne, lecz jednocześnie wyjątkowo odważne, odejście od stylistyki i klimatu z premierowej odsłony wzbudziło tak wiele negatywnych emocji, że miałem spore wątpliwości czy kiedykolwiek projekt zostanie jeszcze wznowiony. No, ale minęło trochę czasu, widownia pewnie zapomniała grzechy przeszłości, a hajs się musi zgadzać się czemu nie. Do trzeciej odsłony serialu twórcy przygotowywali się naprawdę na grubo. Wystarczy choćby wspomnieć, że angaż do głównej roli otrzymał Mahershala Ali, który po tegorocznej gali przygarnął już drugiego Oscara (tym razem za występ w recenzowanym niedawno "Green Book"). A dodatkowo akcję osadzono w niezwykłym, specyficznym miejscu. Płaskowyż Ozark to kraina obejmująca obszary leżące w czterech stanach: Missouri, Arkansas, Oklahoma oraz Kansas. Obszar pod wieloma względami (m.in. etnicznym, kulturowym) wyraźnie wyróżnia się na tle pozostałych regionów w USA. Niemniej w trzecim sezonie "True Detective" ograniczono się jedynie do części Ozark leżącej w stanie Arkansas. Wydawało się zatem, że wszystko idzie wręcz znakomicie i ręce same będą się składać do oklasków.
© 2019 Home Box Office Inc.
Akcja trzeciej odsłony "True Detective" rozpoczyna się w 1980 roku. Wyraźnie znudzeni pracą detektywi stanowej policji z Arkansas Wayne Hays (Mahershala Ali) i Roland West (Stephen Dorff) otrzymują sprawę tajemniczego zaginięcia dwójki dzieci Toma (Scoot McNairy) oraz Lucy (Mamie Gummer) Purcell. Dzieciaki, wybrawszy się na rowerową przejażdżkę po okolicznych lasach, nie wróciły nigdy do domu. Śledztwo od samego początku wydaje się być czymś więcej niż tylko prostą sprawą dotyczącą zaginięcia, a aktywny udział miejscowych notabli oraz władz stanowych nie pomaga funkcjonariuszom w wyjaśnieniu tajemnicy. Już z pierwszego odcinka dowiadujemy się, że nie wszystko w 1980 roku poszło tak jak powinno, gdyż akcja płynnie przenosi się także do roku 1990, gdy wznowiono zamknięte śledztwo oraz do 2015, w którym sędziwy i miewający poważne problemy z pamięcią detektyw Hays udziela wywiadu telewizyjnej dziennikarce śledczej.
© 2019 Home Box Office Inc.
Czołówka została konsekwentnie utrzymana w dotychczasowym stylu, niemniej z przykrością muszę zawiadomić, że wykorzystana tym razem piosenka Death Letter wykonywana przez Cassandrę Wilson zrobiła na mnie dosyć średnie wrażenie. W efekcie postanowiłem ją umieścić na trzecim miejscu w moim prywatnym rankingu (króluje oczywiście Nevermind Leonarda Cohena z drugiej odsłony). Utwór co prawda dobrze wpisuje się w nieśpieszny klimat sezonu, ale zdecydowanie brakuje mu wyrazistości i trochę bardziej kojarzy mi się z Głębokim Południem niż z płaskowyżem Ozark. Już na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że twórcy "True Detective" wyraźnie pragnęli zapomnieć o drugim sezonie i postanowili stworzyć coś przypominającego klimatem premierową odsłonę serii. Jeśli zwrócimy baczną uwagę na początkowe śledztwo z 1980 roku to można odnieść niezwykle mocne wrażenie, że słomiane laleczki przypominają analogiczne artefakty z Luizjany i wszystko będzie rozgrywać się wokół jakiegoś mistycznego, brutalnego obrządku polegającego na składaniu dzieci w ofierze starym bogom, ewentualnie pedofilii. Co więcej twórcy serialu postanowili stworzyć coś w rodzaju uniwersum "True Detective", ponieważ w jednym z odcinków pojawiają się informacje o finale pierwszego sezonu (widocznie drugi pozostanie szczelnie przykryty całunem milczenia).
© 2019 Home Box Office Inc.
W tym miejscu muszę przyznać, że trzeci sezon "True Detective" ogląda się naprawdę świetnie (klimat, klimat, klimat), a jednocześnie jest przy tym wyjątkowo wciągający. Przy okazji finałowego odcinku zaistniał nawet poważny spór z Grażką dotyczący terminu seansu, który mógł skutkować spóźnieniem na wyjątkowo ważny mecz Garbarni Kraków (niestety znowu wpierdol, wracamy na Ludwinów). Cały sezon składający się z ośmiu odcinków udało się nam obejrzeć na przestrzeni mniej więcej 24 godzin. Pod tym względem produkcja HBO jest niezwykle udana i gdyby mieć wystarczająco dużo czasu, można by obejrzeć cały sezon za jednym posiedzeniem. Realizacyjnie jest to po prostu majstersztyk – piękne, klimatyczne zdjęcia, podkreślone fajną ścieżką dźwiękową oraz świetne kreacje aktorskie tworzą po prostu niesamowite wrażenia. Właśnie tak trzeba kręcić seriale – HBO po raz kolejny zaprezentowało naprawdę wysoki poziom. Ponadto "True Detective" dobrze oddaje rzeczywiste aspekty policyjnej roboty: wieloaspektowe tropy, poszlaki, niezakończone wątki, znikający podejrzani, naciski na szybkie zakończenie śledztwa ze strony przełożonych i władz stanowych czy psychologiczne rozterki bohaterów. Na ogromny plus zasługuje również znakomita charakteryzacja bohaterów – przedstawić tak odmiennie postacie grane przez tych samych aktorów w różnych planach czasowych to prawdziwa sztuka. Warto również docenić jedną z nielicznych sekwencji prawdziwej akcji w całej serii – tym razem wygląda jak przejmujące i gorzkie nawiązanie do pierwszego Rambo.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ale czy naprawdę jest aż tak wspaniale? Osobiście, nie ujmując niczego, odbieram trzeci sezon jako bardzo zachowawcze zagranie ze strony twórców wobec widowni. Chcieliśmy zrobić coś w innym stylu (drugi sezon), nie wyszło kompletnie, więc teraz dostaniecie coś na co czekacie i co kochacie. Jakkolwiek by jechać po drugim sezonie, to nie sposób nie docenić odwagi zrobienia czegoś kompletnie innego. W tym przypadku odnoszę wrażenie mocnej wtórności i typowego zagrania pod publiczkę. Para głównych bohaterów pod wieloma względami przypomina Rusta i Marty’ego, otrzymujemy podobny klimat oraz po raz kolejny do śledztwa mieszają się czynniki lokalnej, można by powiedzieć nawet skorumpowanej władzy, które utrudniają jego rozwiązanie (jak w niesławnym drugim sezonie). Przy opisie poszczególnych postaci napiszę trochę więcej, ale już teraz muszę stwierdzić, że w serialu zdecydowanie brakuje wyrazistości i poglądów filozoficznych w stylu Rusta Cohle'a. Jeśli chodzi o poszczególne linie czasowe to zdecydowanie najbardziej pod względem fabularno-klimatycznym podobała mi się pierwsza. Ze środkowej mam chyba najmniej wspomnień, a trzecia z powodu problemów z pamięcią Haysa wydaje się przytłaczająco przygnębiająca. Finał delikatnie mnie rozczarował, a zważywszy że wyjaśnienie sprawy zajęło aż 35 lat to może jednak bohaterowie nie byli takimi zajebistymi detektywami (poraża w szczególności ignorancja Haysa, który nie chciało się przeczytać pewnej książki).
© 2019 Home Box Office Inc.
O ile w przypadku zdecydowanej większości bohaterów ze wszystkich trzech sezonów wiem o co mniej więcej jakie mają plany i ambicje, o tyle przypadek Wayne'a Haysa zaliczam do grupy o chuj ci chodzi człowieku? (z chłodnymi pozdrowieniami dla Woodrugha i Bezzerides). Weteran wojny wietnamskiej nabył niezwykłą umiejętność wkurwiania wszystkich dookoła: regularnie wkurwia żonę, partnera z policji, a przede wszystkim przełożonych. Knąbrność, tendencje do strzelania fochów oraz kompletnie nieuzasadniona kłótliwość zdecydowanie wyróżniają postać graną przez Ali’ego na tle innych bohaterów. Jednocześnie Hays charakteryzuje się najbardziej złożoną psychiką w serialu. Wyrwawszy się z totalnej biedy dzieciństwa do koszmaru wojny w Wietnamie, który odcisnął wyraźnie negatywne piętno na jego duszy, Wayne z bezmyślnym uporem prze do rozwiązania śledztwa, znosząc po drodze mniej lub bardziej subtelne rasistowskie docinki (a akcja rozgrywa się przecież znacznie później niż oscarowy "Green Book"). Naprawdę ciężko polubić tak trudny charakter, ale wręcz wypada szanować go za konsekwencję i poświęcenie sprawie, do których można dorzucić autentyczne współczucie z powodu problemów z pamięcią i halucynacji z najpóźniejszej linii czasowej. Mahershala Ali spisał się jak zwykle znakomicie, bezbłędnie oddając emocje targające swoich bohaterem oraz stan permanentnego wkurwienia na cały świat.
© 2019 Home Box Office Inc.
Stephen Dorff wcielił się natomiast w o wiele bardziej sympatyczną i przystępną połówkę policyjnego duetu. Roland West jawi się bowiem jako bardziej ludzki, zabawniejszy, a przede wszystkim lżejszy w odbiorze kobieciarz. Swoją drogą twórcy zdecydowanie bardziej starali się nakreślić skomplikowany portret psychologiczny Haysa zapominając trochę skupić się na jego partnerze oraz ich wzajemnych stosunkach. Niemniej jest to również świetnie zagrana postać, dysponująca dosyć ciekawą relacją z ojcem zaginionych dzieciaków. Zresztą oboje rodzice to znakomicie zagrane role, które wyjątkowo mocno zapadają w pamięć. Zarówno Scoot McNairy, jak i Mamie Gummer, wznieśli się na wyżyny swoich możliwości, tworząc przejmujące kreacje. Jednakże moim osobistym faworytem z drugiego planu pozostaje Michael Graziadei, wcielający się w kuzyna Lucy, Dana O'Briena. Momentami wręcz odrażający, ale dysponujący jakimś urokiem bad boya bohater zrobił na mnie spore wrażenie. Z ważniejszych występów warto również wspomnieć o fajnej i bardzo ciepłej roli Carmen Ejogo (Amelia Reardon), przygnębiającym występie Rhys Wakefield (Freddy Burns), któremu śledztwo zamieniło życie w gówno, czy też o Michaelu Greyeyesie, który brawurowo zagrał kolejnego wietnamskiego weterana z uszkodzoną psychiką, Bretta Woodyarda. Do całej układanki średnio pasuje mi jedynie Ray Fisher, wcielający się w już dorosłego syna Haysa, Henry’ego.
© 2019 Home Box Office Inc.
Wydaje mi się, że do dzisiaj mam problem z oceną trzeciego sezonu "True Detective". Pod wieloma względami udało się stworzyć świetny klimat wyraźnie inspirowany pierwszą odsłoną serialu, ale sam finał pozostawił u mnie bardzo duży niedosyt. Pod względem konstrukcji czasowej pierwszy wątek wydaje mi się zrealizowany najlepiej, a im bliżej współczesności, tym gorzej. Wielkim plus stanowi natomiast świetne aktorstwo oraz mnogość znakomitych postaci drugoplanowych. Podsumowując muszę zatem stwierdzić, że sezon trzeci z pewnością nie przeskoczył jakością oryginału, ale był zdecydowanie lepszy niż odważna w formie, acz kompletnie nieudana druga odsłona. Za tę serię przepraszać nie trzeba.
© 2019 Home Box Office Inc.
Ocena: 7/10.

Recenzje pozostałych sezonów poniżej:

czwartek, 13 grudnia 2018

"Sharp Objects"/"Ostre przedmioty" (2018)


Don't tell Momma.

Od niepamiętnych czasów uwielbiałem seriale, których kolejne sezony pojawiały się w wakacje. Czas relaksacji, ukoronowanie trudu życia w okresie szkolno-licealno-studenckim obfitowało przeważnie w ambitne wydarzenia typu powtórki "Klanu" (zawsze uważałem, że byłby to idealny tytuł serialu o Ku Klux Klanie), ale czasem zdarzały się prawdziwe perełki (vide "True Blood"). Dlatego też cieszę się niezmiernie, że HBO zdecydowało się wypuścić "Sharp Objects" w lipcu i sierpniu, choć zajęć wtedy miałem nie mało i a pogoda zmuszała do aktywnego wypoczynku. Serial powstał na podstawie debiutanckiej powieści Sharp Objects z 2006 roku autorstwa Gillian Flynn. Książki jeszcze nie miałem okazji przeczytać, ale znam kogoś kto to zrobił. Amerykańską pisarkę możecie (nie lubię tego słowa, to warunek) kojarzyć również z innej adaptacji jej twórczości – "Gone Girl". Co mnie skłoniło do obejrzenia produkcji stworzonej przez Marti Noxona? Nie ukrywam, że oprócz intrygującej fabuły oraz pozytywnych recenzji przede wszystkim chodziło o udział w projekcie Amy Adams.
© 2018 Home Box Office Inc.
 Camille Preaker (Amy Adams), dziennikarka śledcza St. Louis Chronicle, wkrótce po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego dostaje nowe zadanie. W jej rodzinnym mieście, Wind Gap w Missouri, zostały zamordowane dwie nastoletnie dziewczynki. Przełożony bohaterki, Frank Curry (Miguel Sandoval) uznał bowiem, że powrót do domu pomoże odbudować wyniszczoną alkoholizmem i samookaleczeniem się psychikę Camille, a przede wszystkim interesujący temat zapewni gazecie rzeszę czytelników. Jednakże już od samego początku wycieczka w rodzinne strony wywołuje u dziennikarki traumatyczne wspomnienia związane ze śmiercią ukochanej siostry Marian (Lulu Wilson) oraz dyktatorskimi zapędami matki (Patricia Clarkson).
© 2018 Home Box Office Inc.
"Ostre przedmioty" już od samego początku przytłoczyły mnie wyjątkowo gęstym, klimatem prowincjonalnego Midwest, który na ekranie jako żywo przypomina południe Stanów Zjednoczonych i przywołuje wspomnienia z pierwszego, legendarnego już sezonu "True Detective". A wrażenie to potęguje dodatkowo kręcenie serialu w miasteczku Barnesville w Georgii, które udaje Wind Gap położone w Missouri. Oglądanie "Sharp Objects" przypomina zatem pływanie w kisielu – jest w chuj ciężko i naprawdę trudno wyjść z tego gówna, a nawet jak się uda to ciężko pozbyć się pozostałości. Serial porusza wiele niewygodnych społecznie tematów takich jak wykorzystywanie seksualne nieletnich, alkoholizm (szczególne umiłowanie dla Kentucky straight bourbon whisky Maker’s Mark), samookaleczenie się, nadmierna opieka matki, jazda samochodem pod wpływem alkoholu, narkomania, uzależnienie od papierosów, resentyment za Konfederacją (absurdalne obchody Calhoun Day) czy bezsens egzystencji w małym, zadupnym miasteczku.  Przedstawione na ekranie Wind Gap jawi się niemalże jako dyktatorskie imperium zarządzane bezlitosną i wszechwładną ręką Adory, która wywiera w szczególności uzależniający wpływ na miejscowego szeryfa Billa Vickery’ego (Matt Craven). Z kolei statyści wiodą marny żywot przeplatany upijaniem się w lokalnym barze i zdradzaniem swoich nieustannie plotkujących małżonek. Można również postawić na życie na permanentnej bani jak Jackie O’Neill (Elizabeth Perkins). Kto nie wyjechał za młodu w pogoni za lepszej jakości życiem, ten pozostając w Wind Gap skazał się na powolny proces gnicia za życia, zakończonego nieuchronną, mało chwalebną śmiercią. Ukazanie marności żywota w tej mieścinie bezapelacyjnie uznaję za największą zaletę "Sharp Objects".
© 2018 Home Box Office Inc.
Dobra, ale może skupimy się na fabule? Akcja serialu toczy się, wręcz wlecze nieśpiesznie aż do ostatniego odcinka (widoczna analogia do "Rojst", tylko tutaj jest jeszcze wolniej z powodu większej liczby odcinków). Śledztwo prowadzone przez lokalnego szeryfa to kompletna porażka, która do niczego nie prowadzi (zresztą, jak się wydaje zgodnie z życzeniem Adory). Młody, ambitny przedstawiciel policji z Kansas City Richard Willis (Chris Messina) wytrwale stara się rozwikłać zagadkę śmierci dwóch dziewczynek, ale z czasem coraz bardziej grzęźnie w bagnie lokalnych układów i powiązań. Dodatkowo pojawia się oczywiście kompetencyjny konflikt między lokalnymi a przyjezdnymi stróżami prawa. Jedyną nadzieją na zwycięstwo prawdy staje się zatem praca śledcza Camille. Jednakże nasza bohaterka z powodu starych i współczesnych traum raczej średnio odnajduje się w Wind Gap. No chyba, że trzeba walić Maker’s Mark, jeździć autem na bani albo jarać papierosy – zresztą ciężko krytykować takie podejście, gdy samemu dla wzmocnienia potencjału twórczego w trakcie pisania recenzji obala się portera żywieckiego i niejedną szklaneczkę Grant’s Triple Wood Smoky (Charles Bukowski na wiecznym propsie). I niestety ten piękny obrazek nieudolności psuje ostatni odcinek, w którym akcja przyspiesza zdecydowanie zbyt dynamicznie, a przede wszystkim uświadczamy ratunek in the nick of time. To naprawdę boli, jednakże z powodu gęstego klimatu oraz przewrotnego zakończenia (nie zapomnijcie obejrzeć dwóch scen ukrytych w napisach końcowych), boli o wiele mniej niż w takim choćby "Rojście".

© 2018 Home Box Office Inc.
Aktorstwo. Tak naprawdę to w "Ostrych przedmiotach" trudno polubić któregokolwiek z bohaterów (sympatycznym można w zasadzie nazwać jedynie detektywa Richarda Willisa i Franka Curry’ego). Nie oznacza to jednakże, iż serial nie przynosi znakomitych kreacji. Camille w wykonaniu Amy Adams to po prostu genialny występ, godzien najwyższego uznania. Przejmująca rola wywołuje u widza ogromne pokłady współczucia dla głównej bohaterki, dręczonej przez traumy z dzieciństwa oraz współczesne problemy psychiczne. Zaprawdę powiadam Wam: Amy Adams z dnia na dzień staje się coraz lepszą aktorką i mam nadzieję, że na tym nie poprzestanie. Na równie wielkie wyrazy uznawania zasłużyła również Patricia Clarkson wcielająca się w Adorę. Bezbłędna rola, wręcz hipnotyczna i przykuwająca uwagę widza od pierwszego pojawienia się na ekranie. Pełna obsesji Adora staje się po prostu uosobieniem problemów trapiących Wind Gap. Pozostając przy kobietach nie sposób nie docenić roli młodziutkiej Elizy Scanlen, grającej przyrodnią siostrę głównej bohaterki Ammę. Wielkie propsy za tak znakomitą kreację rozpieszczonej nastolatki aspirującej do roli małomiasteczkowej księżniczki. Wśród męskich odtwórców próżno szukać tak znakomitych kreacji. W sumie najbardziej zaimponował mi Matt Craven wcielający się w lokalnego szeryfa oraz Henry Czerny grający udającego, że wszystko jest w najlepszym porządku męża Adory. Z kolei Chris Messina był naprawdę spoko, ale mogło być zdecydowanie lepiej.
© 2018 Home Box Office Inc.
"Sharp Objects" to naprawdę wybitny serial i nawet zbyt pochopne, za szybko rozegrane zakończenie w ostatnim odcinku nie jest w stanie zakłócić mojego osądu (w szczególności z uwagi na jego przewrotność). Legendarny podpułkownik "Godfather" z legendarnego "Generation Kill" miał dla swoich podkomendnych trzy słowa: Tempo, tempo, tempo. Parafrazując jego mądrość ja również mam dla Was trzy słowa: Klimat, klimat, klimat. Oglądajcie, chłońcie, popadajcie w depresję.
© 2018 Home Box Office Inc.
Ocena: 8/10.

czwartek, 27 sierpnia 2015

"True Detective" (sezon 2)



Publiczne, jak to mawiał Hank (i to nie Moody Moi Drodzy, lecz Chinasky – poczytajcie od czasu do czasu), brandzlowanie nad pierwszym sezonem "True Detective" zdecydowanie przerosło moje oczekiwania. Dlaczego nie uważam tegoż serialu za arcydzieło nad arcydziełami napisałem już w zeszłym roku – recenzję znajdziecie tutaj: "True Detective" (sezon 1). Oczywiście nie miałem wtedy i nie mam teraz zamiaru umniejszać doskonałości postaci Rusta Cohle’a, którego przecież zaliczyłem w poczet największych serialowych bohaterów. Niemniej, jak wspominałem w poprzedniej recenzji, nakręcenie drugiej odsłony było tylko kwestią czasu. Pamiętam doskonale, ileż emocji wzbudziło podanie nazwisk odtwórców głównych ról męskich. O ile trochę upadły Colin Farrell wydał mi się całkiem na miejscu, o tyle Vince Vaughn to już lekka kontrowersja, a angaż drewnianego dotychczas Taylora Kitscha można było rozpatrywać w kategorii chorego żartu. W sumie jednak pomyślałem, że każdy zasługuje na szansę by zabłysnąć, więc nie miałem zamiaru skreślić nikogo już na samym starcie. Podobnie było z umiejscowieniem akcji drugiego sezonu. Tym razem zamiast przedziwnej i niemal mistycznej, ale za to najlepszej ekranowej Luizjany, wraz z bohaterami przemierzamy, wydawałoby się, nadmiernie eksploatowaną Kalifornię. Jak napisał kiedyś wieszcz: to lubię! – aczkolwiek wysłuchiwanie lamentacji oraz utyskiwań znajomych było wysoce frustrujące.
źródło: http://www.impawards.com
W przeciwieństwie do pierwszej odsłony liczba głównych bohaterów uległa wyraźnej multiplikacji. Trudno wskazać, kto gra pierwsze skrzypce, mamy do czynienia raczej z równorzędnymi członkami kwartetu. Pozwólcie zatem, że zacznę od moim zdaniem najciekawszych i najbardziej złożonych postaci. Detektyw Ray Velcoro (Colin Farrell) to degenerat, alkoholik, narkoman oraz brudny gliniarz, walczący z byłą żoną o opiekę na swoim rudym synem. Zmagając się z demonami przeszłości zostaje sługusem kliki rządzącej kalifornijskim miastem Vinci. Jednocześnie, grając na dwa fronty, wspomaga lokalnego, niezwykle ambitnego gangstera Franka (Vince Vaughn). Idylliczna egzystencja naszych bohaterów kończy się, gdy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowana lokalna szycha – Ben Casper. Na wyjaśnieniu zbrodni bardzo zależy Frankowi, który z nieboszczykiem przeprowadzał intratne interesy. Władze dosyć średnio interesują się zgonem, ale mimo to powołują zespół śledczych, w którego skład oprócz wspomnianego detektywa Velcoro wchodzą niepokorna detektyw Ani Bezzerides (Rachel McAdams) oraz zwyczajny funkcjonariusz drogówki Paul Woodrugh (Taylor Kitsch).
Ray.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Usłyszałem kiedyś opinię, że drugi sezon "True Detective" to już nie będzie to samo. Oczywiście, kurwa, że to nie było to samo! Chwała twórcom za to, że nie poszli na łatwiznę kręcąc kolejne przygody Rusta i Marty’ego, ale pokazali jaja ze stali i zaserwowali widzom coś zupełnie nowego. Niestety, jak się szybko okazało, sama odwaga i tupet nie wystarczą do stworzenia dobrego serialu. Nie ukrywajmy: pod względem fabularnym jest to kompletna i bezapelacyjna porażka. Zamiast wątku mistycznego mamy do czynienia z kwestiami ekonomicznymi, które niestety nie wzbudzają aż tylu emocji i odzierają serial z tajemniczej otoczki. Niemniej, niektóre rozwiązania fabularne zakrawają na albo najbardziej oklepane motywy (najlepszy przykład to przypadkowe podsłuchanie tajnej narady złych bohaterów) albo najprawdziwszy dramat. Zanotować taki zjazd na przestrzeni jedynie dwóch sezonów? Niebywałe! Chociaż aż troje z czwórki głównych bohaterów serialu pracuje w policji to nie ma co liczyć na mozolną pracę śledczych, znaną choćby z "The Wire". Zaiste, śledztwo toczy się mozolnie, ale wynika to raczej z faktu, iż niemal kompletnie nikomu nie zależy na jego rozwiązaniu. Kolejne wątki dochodzenia nie są odkrywane w logiczny, przyczynowo-skutkowy sposób, lecz na zasadzie całkowitego przypadku (przykład: w jednym z odcinków bohaterowie udają się do domku w górach, a nieopodal akurat przypadkowo kręci się pełno padlinożernych ptaków).
Frank.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ogólnie rzecz biorąc w drugim sezonie twórcy postanowili porzucić minimalizm pierwszej odsłony i zaserwować widzom mnogość wątków, głównie obyczajowych (tzw. proza życia). Niestety, praktycznie 90% z nich nie wzbudziło u mnie jakichkolwiek emocji. Do najgorszych zaliczam z pewnością walkę Velcoro o opiekę na synem, epicką batalię z własną gejozą Woodrugha (vide Maverick z "Top Gun") oraz życie uczuciowe Bezzerides. W zasadzie to można się jeszcze przyczepić do żenującej relacji Woodrugha z matką oraz równie ułomnego motywu ze służbą w Black Mountain (jakby ktoś nie wiedział o co chodzi to jest to dosyć nachalne odniesienie to najsłynniejszego PMC świata, czyli niesławnej Blackwater). Zrezygnowano również z jednoczesnego prowadzenia akcji w kilku planach czasowych. Jedyną tego rodzaju zabawą jest linearny przeskok dwa miesiące w przód. Twórcy zdecydowanie odcięli się również od filozoficznych monologów Rusta, które stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów pierwszego sezonu. W drugiej odsłonie rozważania i dialogi bohaterów dotyczą o wiele bardziej prozaicznych aspektów życia. Ponadto serial jest kompletnie nierówny. Za najlepszy przykład może posłużyć odcinek numer sześć, w którym znalazła się genialna scena śniadaniowa Raya i Franka. Niestety w dalszej części nastąpił tak dramatyczny zjazd, że zacząłem uważać go za najgorszy odcinek w całej serii. Warto poruszyć także kwestię zakończenia. Już finał pierwszego sezonu pozostawiał wiele do życzenia, ale tym razem jest naprawdę słabo. Po obejrzeniu ostatniego odcinka zanotowałem sobie, że było chujowo, ale zawsze mogło być gorzej. Dosyć marne pocieszenie, nieprawdaż?
Woodrugh.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Czy zatem "True Detective" posiada jakiekolwiek jasne strony? Z pewnością jako niewielki plus można zaliczyć ukazanie mechanizmów oraz zależności rządzących miastem Vinci, ale także policją czy prokuraturą (w Polszy powiedzielibyśmy: układ). Generalnie nic nie jest proste, jeżeli nie masz mocnych pleców albo nie jesteś rezydentem rosyjskiej mafii. Wielki props należy się za intro oraz piosenkę Nevermind Leonarda Cohena, które po prostu deklasują czołówkę z pierwszego sezonu. Jednakże największą zaletą drugiej odsłony są bezapelacyjnie piękne i doskonałe zdjęcia. To nie jest wesoła, plażowa Kalifornia znana z dotychczasowych seriali. Epicka sieć autostrad stanowiąca swego rodzaju układ krwionośny stanu, gigantyczne zakłady przemysłowe czy obskurne mordownie (w szczególności ulubione miejsce spotkań Franka i Raya) wywarły na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miał przyznać ocenę wyłącznie w tej kategorii to z pewnością wystawiłbym notę 10/10 (szczególnie piękna jest panorama Los Angeles z piątego odcinka). Sam wygląd fikcyjnego miasta Vinci zdecydowanie odbiega od typowego wyobrażenia kalifornijskiej, spokojnej mieściny. Za przekształcenie Słonecznego Stanu w totalnie depresyjną i odbierającą chęć do życia miejscówkę należą się wielkie brawa. Pragnę również zwrócić Waszą uwagę na masakrę, która ma miejsce w jednym z odcinków. Epicka rzeź, przypominająca rozmachem bitwy meksykańskich karteli rozgrywające się na ulicach Mexico City albo Ciudad Juárez, również przypadła mi do gustu (aczkolwiek główni bohaterowie byli oczywiście nieśmiertelni i fragowali jak über pro). Mimo wszystko warto podkreślić, że w serialu znalazło się przynajmniej kilka znakomitych scen (m.in. wspomniana wyżej rozmowa Franka i Raya), aczkolwiek w porównaniu do pierwszego sezonu ich ilość nie powala na kolana.
Bezzerides.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Jeśli chodzi o postacie i aktorstwo to pozwólcie, że zacznę od tych, którzy zasługują na brawa. Jak już wspominałem najbardziej złożonym bohaterem jest Ray Velcoro, w którego świetnie wcielił się Colin Farrell. Wieści o upadku tego aktora wydają się być przesadzone, ponieważ jeżeli tylko dostanie do zagrania ciekawą postać zazwyczaj wypada znakomicie. Ray w jego wykonaniu jest naprawdę w porządku, a ponadto widać prawdziwą chemię między nim a Frankiem. Ambitny, kalifornijski gangster również zaskarbił moją sympatię, chociaż trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do facjaty Vaughna. Oczywiście nie sposób ukryć, że zdarzały mi się momenty kompletnej irytacji wywołanej działaniami Franka, ale w ogólnym rozrachunku zaliczam go na plus. Bardzo cieszyłem się z angażu Kelly Reilly i jak zwykle nie zawiodłem się. Jordan w jej wykonaniu nie tylko wygląda zjawiskowo (chociaż są tacy, który nie doceniają jej urody - brzydka, bo ruda), ale także staje się postacią z krwi i kości, która wydatnie przyciąga uwagę widza. Z pewnością nie można tego samego powiedzieć o Ani Bezzerides. Nie mogę odmówić Rachel McAdams jej wysiłków, ale jak to mawiano w "Whiplash": not quite my tempo. Ogólnie rzecz biorąc oceniam tę postać neutralnie z lekkim negatywnym odcieniem. I w ten oto sposób możemy płynnie przejść do kompletnych rozczarowań. Nie ukrywajmy: Taylor Kitsch to dramat. Nie dość, że otrzymał najgorszą i najbardziej sztampową postać (dramatyczna walka z własnym homoseksualizmem oraz psychiczny uraz po służbie w Iraku), to jego drewniany warsztat aktorski tylko pogarsza zaistniałą sytuację. Woodrugh został wrzucony przez scenarzystów do oceanu gówna, z którego mało który aktor byłby się w stanie wygrzebać. No ale i tak powiecie, że jest przecież przystojny! David Morse, typowy bad ass motherfucker, obsadzony w roli Eliota, pociesznego hipisa i jednocześnie religijnego guru? Beztroska postać ojca detektyw Bezzerides pasuje raczej do lekkostrawnego serialu pokroju "Californication", a nie do spuścizny Rusta oraz Marty’ego! Chociaż tym razem bohaterów drugoplanowych jest cała masa to naprawdę z trudem muszę przyznać, że nikt nie zrobił na mnie większego wrażenia – de facto wielu z nich zapomniałem od razu po odcinku, w którym się pojawili.
Jordan.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Recenzja rozciągnęła się ponad miarę, więc przydałoby się jakieś podsumowanie. Drugi sezon "True Detective" to niestety kompletna porażka, która ani przez chwilę nie była w stanie udźwignąć dziedzictwa pierwszej odsłony. Nieliczne przebłyski geniuszy nie mogą bowiem wpłynąć na ostateczną ocenę tego nieciekawego i nakręconego bez pomysłu przedsięwzięcia. Warto polecić jedynie ze względu na postacie Raya, Jordan i Franka, piosenkę Nevermind otwierającą każdy odcinek oraz piękne zdjęcia przemysłowej Kalifornii, za które podnoszę ocenę o jedną gwiazdkę.
Ukochana mordownia Franka i Raya.
(źródło: http://www.hbo.com/true-detective)
Ocena: 5/10.

niedziela, 16 listopada 2014

"Wiedzmin" (2002)

O tym jak wielkie znaczenie dla polskiej (i mam nadzieję nie tylko) literatury ma cykl wiedźmiński Andrzeja Sapkowskiego napisano już zapewne niejedną magisterkę. Nie mam zamiaru zatem powtarzać powszechnie znanych opinii. Dzisiaj na warsztat biorę po prostu serialową wersję przygód wiedźmina Geralta z Rivii, którą oparto na zbiorach opowiadań Miecz Przeznaczenia oraz Ostatnie Życzenie. Jednakże zanim przejdę do właściwej recenzji pozwolę sobie na niewielkich rozmiarów dygresję autobiograficzną. Wyobraźcie sobie autora w roku 2001, gdy wypełniony po brzegi młodzieńczymi ideałami i entuzjazmem, mając jeszcze paszport do młodości taki radosny, uczęszczał do jednego z najlepszych liceów Miasta CK. Ów młodzian prozę Sapkowskiego chłonął bardzo namiętnie, toteż nie mógł tak po prostu olać ekranizacji w reżyserii Marka Brodzkiego. Pełen młodzieńczej nadziei wyruszył zatem do kina, ale już po pierwszym minutach wiedział, że twórcy, nie owijając w bawełnę, ordynarnie zapakowali mu kindybał w szamot. I wówczas, porzuciwszy romantyczne idee, stał się on hejterem i poprzysiągł odtąd krwawo masakrować wszystkie polskie produkcje urągające jego inteligencji. I wiedział natenczas, że nadejdzie dzień, w którym powstanie potężne narzędzie hejtu w postaci bloga. I już wówczas wiedział on, że będzie to słuszne i sprawiedliwe.
Nadchodzi czas chujozy!
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Planowałem napisać, że oczywiście jak to bywa w przypadku każdej epickiej produkcji TVP film od razu zamieniono w serial. Jednakże tym razem było odwrotnie: to film jest produktem ubocznym kręcenia serialu. Akurat w tym przypadku, choć może się to wydawać niedorzeczne, 13-odcinkowa seria sprawia o wiele lepsze wrażenie niż dwugodzinny film. Oczywiście od razu trzeba zaznaczyć, że należy to rozumieć relatywnie. To że serial jest lepszy od filmu nie oznacza bowiem, że jest to dobra lub choćby nawet poprawna produkcja. Nie ukrywajmy – nadal jest słaba w chuj. Książki czytało się naprawdę wspaniale, a oglądanie serialu jest naprawdę bolesne – żeby poczuć ten poziom proponuję zamienić mięciutki papier toaletowy na najgrubszy papier ścierny. Marek Brodzki dostał soczystą pomarańczę i dołożył wszelkich starań by zamienić ją w kompletne gunwo. Fabularnie obracamy się w kręgach dwóch tomów opowiadań Sapkowskiego oraz imaginacji twórców odnośnie dzieciństwa Geralta (okres często powracający w żenujących flashbackach).
źródło: http://www.tvp.pl
Pierwsza rzecz, która uderza widza oglądającego "Wiedźmina", to totalne i bezkompromisowe ubóstwo. Pod względem materialnym świat wykreowany przez twórców ma bardzo wiele wspólnego z twórczością Rycha Peji – podobnie jak raper ze Slums Attack mocno reprezentuje biedę. Mam tyle zastrzeżeń, że aż nie wiem od czego zacząć! Wszystkie postacie z wyjątkiem Geralta (i może warunkowo Renfri, Falvicka i innych wiedźminów) są odziane tak ubogo, że aż bolą oczy. Niestety ludzie nie wypadają nawet najgorzej, co więcej można śmiało rzec, że jako zbiorowość prezentują się najlepiej (słowo klucz dla zrozumienia recenzji – relatywizm). Krasnoludy, chociaż nie pojawiają się zbyt często, są jeszcze w miarę do przyjęcia – oczywiście biorąc pod uwagę realia tej chujowej kreacji. Jednakże problem zaczyna narastać już w trzecim odcinku, gdy Wiedźmin ratuje driadę (Karolina Gruszka) przed ogromnym gumowym wężem. Wtenczas właśnie okazało się, że driady różnią od normalnych ludzkich kobiet jedynie zielonym makijażem, strzelaniem z łuku i zamieszkiwaniem w lesie. Ale to nie mieszkanki Brokilonu przelały czarę goryczy - w kolejnych odcinkach zobaczyłem bowiem elfy. Wygląd Ludu Olch w serialu to albo jakiś chory żart albo jebana abominacja. Dumni przedstawiciele starszej krwi prezentują się jak mega-ubodzy południowoamerykańscy Indianie skrzyżowani z Rumunami. Żadnej w nich wyniosłości, żadnego epatowania godnością czy też poczuciem wyższości nad ludzką rasą. W sumie to się nie dziwię, bo chociaż nie szata zdobi człowieka, lecz jego godność to powszechnie wiadomo, że tylko człowiek dobrze odziany może czuć się naprawdę godnie. Jeśli chodzi o Diaboła to pozwólcie, że posłużę się cytatem majora Grossa z "Psów": Nawet mi o tym nie mów, kurwa mać!
źródło: http://www.tvp.pl
Oczywiście ubóstwo nie dotyczy wyłącznie serialowych bohaterów. Ponieważ hajs się musiał nie zgadzać bardzo twórcy zafundowali bardzo miałką scenografię – podejrzewam, że wzorem "Quo Vadis" podpalili dekoracje i podzielili się pozostałymi monetami. W miastach, które odwiedza Geralt, zdecydowanie brakuje rozmachu, epickości i choćby wielu statystów, którzy byliby w stanie wlać w nie życie, gwar ulic, miejskie klimaty itp. Uczty na zamkach to prawdziwa padaka. Muszę przyznać, że wielokrotnie miałem okazję uczestniczyć w imprezach w krakowskich akademikach, gdzie stoły były o wiele suciej zastawione. Zwiedzamy także wiele karczm (a może tylko jedną?), w których kompletnie brakuje życia oraz wszelkiego rodzaju ruin, podziemi, katakumb. Najbardziej zabolały mnie jednak dwie miejscówki. Pierwsza to zamieszkany przez driady Brokilon – jak łatwo się domyślić zwykły las z kilkoma wiklinowymi domkami. A gdzie kurwa Wickerman się podział? Drugi zawód to oczywiście Dol Blathanna. Dolina Kwiatów, wypełniona biednymi Indiano-Rumunami elfami - takaż żałość dla oczu, kompletny brak czegokolwiek odróżniającego to miejsce od innych. Zawsze uważałem Dol Blathannę za jedno z najpiękniejszych miejsc odwiedzonych przez Geralta (oczywiście mówimy o książkach). Odrębna kwestia to oczywiście efekty specjalne. Takiego natłoku żałości próżno szukać gdziekolwiek indziej. Oczywiście największe hejty spadły na smoka – okazało się, że nawet po latach poziom legendarnego "Herculesa" z Kevinem Sorbo jest w Polszy nie do doścignięcia. Jaki był smok widział każden jeden z nas. Abominacja. Moim zdaniem o wiele groszy był jednakże mały smok zapierdalający gdzieś w trawie – prawdziwa awangarda XXI-wiecznych FX. Na dodatek przez 13 odcinków Geralt położył wielkie zasługi w eksterminacji gumowych żyjątek: ze dwa gumowe wężoidy, gumowy bazyliszek, gumowa kikimora, może nawet gumowy wiwern. O magii to nie ma co pisać, lepsze fireballe i freezy to były w Mortal Kombat II (nie obrażając przy tym tej ponadczasowej gry).
źródło: http://www.tvp.pl
Czy zatem w "Wiedźminie" można znaleźć jakiekolwiek plusy? Tak, z pewnością na wyrazy uznania zasługuje stylówka Geralta – wiedźmin prezentuje się na ekranie naprawdę godnie. Również warto pochwalić walki na miecze. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zrealizowane są całkiem przyzwoicie i nie ranią oczu. Z najmniej żenujących postaci na pewno warto wyróżnić Renfri (Kinga Ilgner) oraz Falvicka (Maciej Kozłowski) – naprawdę dobre role, które zdecydowanie wybijają się wśród rzeszy miałkich drugoplanowych postaci. Yennefer (Grażyna Wolszczak) ma swoje zalety (ha!), ale jakoś do mnie nie przemawia. Podobna sytuacja jest z Jaskrem – Zbigniew Zamachowski nie przekonał mnie niestety. Niemniej warto zauważyć, że niemal każda pojawiająca się na ekranie postać nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Dialogi wyglądają mniej więcej tak: Jestem czarodziejką! Jestem wiedźminem! Jestem królem jakiegoś zadupia! Gdzie się podziały błyskotliwe i świetne napisane kwestie z książek?! Przy poprzednich recenzjach seriali czasami stwarzałem ranking moich ulubionych bohaterów. Ponieważ w "Wiedźminie" lista zawierałaby jedynie trzy pozycje (Geralt, Renfri, Falwick) postanowiłem wyróżnić najgorsze role i postacie. A zatem ja zaczynam:
  • Ciri (Marta Bitner) – fatalna rola. Jak to zwykle bywa w przypadku dzieci w polskich filmach nikt nie pokierował młodą aktorką. Kompletny brak wyniosłości dumnej wnuczki Calanthe, Lwicy z Cintry, a na dodatek chamski dubbing. Nie mam przy tym absolutnie żadnej pretensji do Marty Bitner grającej Ciri, ponieważ za kompletne spierdolenie tej postaci odpowiedzialność ponoszą tylko i wyłącznie twórcy serialu.
  • Eyck z Denesle (Marek Walczewski) – Paździoch strzegący brodu był jeszcze spoko, doskonale pamiętam bowiem salwy śmiechu w kinie, gdy pojawił się na ekranie. Natomiast Stępień z "13 Posterunku" szarżujący na smoka to już zdecydowana przesada. Nie było nikogo innego do wzięcia?
  • Jarl Crach an Craite (Michał Milowicz) – momentami byłem przekonany, że twórcy postanowili w serialu upchnąć wszystkich polskich aktorów. W tymże przekonaniu utwierdziłem się, gdy zobaczyłem na ekranie Michała Milowicza. Jak Bolec/Brylant może komukolwiek grozić śmiercią? Prawdziwa potwarz dla Skellige!
  • Filavandrel, król elfów (Daniel Olbrychski) – w przeciwieństwie do pozostałych, ubogich i wychudłych elfów, Daniel dysponował ogromnym bańdziochem przez co musiał jeździć konno. Dziwię się elfom, że nie zajebały takiego wielkiego pasibrzucha, który zapewne wyżarł im wszystkie zapasy. Z powodu niemal komediowego patosu można uznać, że Daniel postanowił sam siebie sparodiować. I zrobił to ponad dekadę przez reklamowaniem Biedronki!
  • Iola (Maria Peszek) – definicja autyzmu. Niestety genialny "Tropic Thunder" nakręcono dopiero w 2008 roku, przez co Maria Peszek nie mogła zastosować się do wiekopomnej rady Kirka Lazarusa – Never go full retard!
  • Diaboł (Lech Dyblik) űber żenua. Do dziś budzę się w nocy z przeraźliwym krzykiem, gdy przyśni mi się ten okropny dźwięk, który wydawał z siebie Diaboł. Po prostu uczcijmy występ Lecha Dyblika minutą ciszy.
źródło: http://www.tvp.pl
Czy zatem warto poświęcić cenne chwile życia na oglądanie "Wiedźmina"? Odpowiedź nie jest prosta. Wielu serialowe ubóstwo, bieda i nędza może skutecznie zniechęcić do projekcji. Ja jednakże uważam, że z każdego, nawet najgorszego gunwa, można się czegoś nauczyć. Jak to kiedyś zarymował Eldo każdy ma iskrę, która czeka by ją znaleźć; w każdym plecaku czysta kartka i talent. Serial Marka Brodzkiego dowodzi po prostu, że w ówczesnych czasach, jak i teraz, nie ma możliwości zrealizowania przygód Wiedźmina w wersji na biedno. Masakrowanie Geralta i jego wesołej kompanii wyszło za to twórcom nad wyraz dobrze. Podobne wrażenia miałem, gdy oglądałem serial "Camelot", w którym podobnie twórcy zgarnęli całkiem niezłych aktorów i postawili na kompletne scenograficzne ubóstwo. Jednakże serial powstał w Anglii, a więc jego ubóstwo w polskich realiach zapewne uznano by za bogactwo. I have a dream: pewnego dnia znajdą się odpowiednie środki i ludzie mający zapał (polski Peter Jackson) by ponownie podjąć próbę przeniesienia cyklu wiedźmińskiego na ekranie kin lub telewizorów. Póki co serialowego "Wiedźmina" mogę polecić jedynie najbardziej hardcorowym fanom twórczości Andrzeja Sapkowskiego.
źródło: http://www.tvp.pl
Ocena: 4/10.

sobota, 1 listopada 2014

"Boardwalk Empire" (2010-2014)



Rok 2014 wydaje się wyjątkowo smutny dla miłośników seriali sygnowanych logiem HBO. W sierpniu pożegnaliśmy "True Blood", natomiast 26 października w USA wyemitowano ostatni odcinek "Boardwalk Empire" (w Polszy oczywiście idiotycznie przetłumaczonego jako "Zakazane Imperium"; oryginalny tytuł nawiązuje do słynnej promenady w Atlantic City). Podobnie jak w przypadku "Czystej Krwi", ostatnie sezony oglądałem całkiem niedawno, natomiast finałową serię miałem przyjemność śledzić na bieżąco. Oczywiście nie mogłem zatem odpuścić sobie podzielenia się moimi refleksjami na temat tego kiedyś znakomitego serialu. Doskonale pamiętam początek przygody w 2010 roku – byłem totalnie zachwycony premierowym sezonem "Boardwalk Empire". Druga odsłona dobrze trzymała wysoki poziom, ale zaczynały się już pojawiać niepokojące wątki, które w trzeciej i czwartej serii znacznie wrosły w siłę. A co z finałową odsłoną? Otóż sezon piąty to moim zdaniem zdecydowanie i bezapelacyjnie największa porażka twórców.
źródło: http://www.impawards.com
Co ciekawe "Boardwalk Empire" opiera się na losach prawdziwej, historycznej postaci. Pierwowzorem Enocha Nucky’ego Thompsona (Steve Buscemi) był Enoch Lewis Nucky Johnson, który przez kilka dekad twardą ręką rządził Atlantic City oraz jego najbliższymi okolicami. Serial rozpoczyna się na początku lat 20-tych, tuż przed wejściem w życie ustawy Volsteada. Pozycja Nucky’ego w nadmorskim kurorcie nie jest jeszcze do końca ugruntowana, ale prohibicja otwiera nowe możliwości szybkiego zarobku oraz nawiązania ciekawych, przestępczych koneksji. Poznajemy zatem persony pokroju nikomu ówcześnie nieznanego Ala Capone (Stephen Graham), który terminuje u chicagowskiego gangstera Johny’ego Torrio (Greg Antonacci), czy choćby równie no name’owego Charlesa Lucky’ego Luciano (Vincent Piazza), powiązanego ze słynnym Arnoldem Rothsteinem (Michael Stuhlbarg), szarą eminencją przestępczego świata w Nowym Jorku. Pierwsze cztery sezony rozgrywały się w relatywnie krótkich okresach po sobie, ale w finałowej serii twórcy zafundowali widzom przeskok do roku 1931. Dla znawców amerykańskiej przestępczości zorganizowanej nie będzie zatem zaskoczeniem brak niektórych postaci historycznych.
Nucky Thompson we własnej osobie.
(źródło: http://www.hbo.com/boardwalk-empire#)
Można wiele pisać o "Boardwalk Empire", ale na początek należy zdecydowanie podkreślić, że serial HBO wspaniale oddawał realia lat 20-tych oraz 30-tych ubiegłego stulecia. I nie chodzi mi wyłącznie o znakomitą scenografię, te wszystkie stroje, Tommy guny oraz auta, ale także ścieżkę dźwiękową. W trakcie napisów końcowych każdego odcinka mogliśmy bowiem posłuchać jakiejś starej piosenki z tamtej epoki, a ponadto zobaczyć wiele występów rewii kabaretowych. To naprawdę największa zaleta "Zakazanego Imperium". Pod względem fabularnym było równie ciekawie i muszę przyznać, że przynajmniej na początku wplatanie serialowej akcji w wydarzenia historyczne wypadało znakomicie. Niestety, mniej więcej pod koniec drugiego sezonu, twórcy zaczęli transformować znakomitą dotychczas postać Gillian (Gretchen Mol) w straszliwie irytującą bohaterkę. Do dziś uważam, że była to jedna z najgorszych metamorfoz w dziejach, a zarazem pierwsza rysa na wizerunku "Boardwalk Empire". Równie wiele mam zastrzeżeń do postaci agenta Nelsona Van Aldena (Michael Shannon). W pewnym momencie jego losy zaczęły się wydawać kompletnie oderwane od ówczesnej rzeczywistości. Ponadto im większy był nacisk na wątki obyczajowe, tym akcja wydawała się mniej wartka, a scenariusz zaczynał autentycznie zamulać. Margaret (Kelly Macdonald) miała co prawda piękny irlandzki akcent, ale naprawdę potrafiła wkurwić i to nie tylko Nucky’ego. Trzeci i czwarty sezon przez większość czasu wydawały się kompletne bezbarwne - w zasadzie oglądałem jedynie dla A.R., Lucky’ego i Meyera.
Arnold Rothstein na pierwszym planie.
(źródło: http://www.hbo.com/boardwalk-empire#)
Niemniej to, co twórcy wysmażyli w finałowej serii przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Totalny brak pomysłu na akcję – podobnie jak w "True Blood" już od pierwszego odcinka zaserwowano flashbacki z młodości Nucky’ego, które nikogo nie obchodzą. Jest to o tyle dziwne, że było o wiele więcej ciekawszych tematów do pokazania. Moja pierwsza lepsza propozycja to choćby ukazanie rosnącej potęgi Lucky’ego i Meyera oraz ich dążenia do realizacji idei ponadnarodowego syndykatu przestępczego. Natomiast jeżeli twórcy tak bardzo ukochali flashbacki to również mam o wiele lepsze pomysły. Czemu nie można było pokazać w jaki sposób pożegnał się z życiem A.R. albo nawet słynnej konferencji w Atlantic City z 1929 roku? Zamiast ważnych dla akcji serialu wydarzeń skupiamy się na młodości Nucky’ego, jego trudnych relacjach z ojcem i innych pierdołach. Jestem przekonany, że zabieg wprowadzono tylko w jednym celu. Otóż przez większość czterech pierwszych sezonów Thompson epatował brutalnością i bezwzględnością, więc na sam koniec twórcy postanowili trochę bardziej uczłowieczyć swojego bohatera i pokazać, że kiedyś był również dobrym człowiekiem. Moim zdaniem było to potrzebne jak kurwie deszcz. Jednakże najgorsze jest samo zakończenie, które ma tyle samo wspólnego z prawdą historyczną, co A.R. z legalną bukmacherką albo Nucky z uczciwymi wyborami.
Meyer & Lucky.
(źródło: http://www.hbo.com/boardwalk-empire#)

"Boardwalk Empire" miało jednakże ogromny wpływ na moje życie, gdyż zrodziło fascynację gangsterami z lat 20-tych oraz 30-tych ubiegłego stulecia, a także późniejszą, bardziej zorganizowaną działalnością przestępczą. W ciągu pięciu sezonów przez serial przewinęły się takie tuzy jak: Arnold Rothstein, Charles Lucky Luciano, Meyer Lansky, Johnny Torrio, Al Capone, Benjamin Bugsy Siegel, Joe Masseria, Salvatore Maranzano, Waxey Gordon czy choćby Owney Madden, właściciel słynnego Cotton Club w Harlemie. Mieliśmy do czynienia również ze sławnymi politykami i przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości (m.in. J. Edgar Hoover, Joseph Kennedy). Przy tej okazji pozwoliłem sobie sporządzić ranking moich ulubionych postaci z "Boardwalk Empire". Znakomitych kreacji pierwszo- i drugoplanowych było naprawdę wiele. A zatem zaczynamy:
  • Billie Kent (Meg Chambers Steedle) – jedna z najsympatyczniejszych, a jednocześnie najbardziej uroczych postaci w całym "Boardwalk Empire". Po prostu radość z życia! Bardzo fajna kreacja, która zapadła mi w pamięć, mimo że Billie pojawiła się zaledwie w kilku odcinkach. Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że było jej zdecydowanie za mało na ekranie.
  • Owen Slater (Charlie Cox) – sympatyczny, inteligentny ale momentami bezwzględny Irlandczyk w służbie Nucky’ego. Obok Margaret najlepszy irlandzki akcent w serialu i łącznik ze Starym Krajem. Świetnie zagrana postać – brawa dla Charliego Coxa, który sprawił, że Owena naprawdę zaczęło mi brakować.
  • Mickey Doyle (Paul Sparks) – kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Doyle’a od razu pomyślałem, że to człowiek-debil. Byłem przekonany, że Mickey przez swój wrodzony debilizm bardzo szybko zarobi kulkę w bańkę i pożegna się z serialem. Nieoczekiwanie postać Paula Sparksa okazała się bardzo żywotna, a z każdym kolejnym odcinkiem wzbudzała u mnie coraz większą sympatię. W szczególności polecam wszelkie sceny, w których Doyle opowiada idiotyczne historie, okraszone niezwykle oryginalnym śmiechem.
  • Enoch Nucky Thompson (Steve Buscemi) – pomimo, że w piątym sezonie twórcy postanowili uczłowieczyć Nucky’ego to pozostał on w dalszym ciągu znakomitym bohaterem, który zrobił z gówna pomarańczę. Ogromne brawa dla Steve’a Buscemi za wyborną rolę. Nie ma o czym pisać – to należy zobaczyć!
  • Charles Lucky Luciano (Vincent Piazza) & Meyer Lansky (Anatol Yusef) – prawdziwe postacie historyczne, doskonale sportretowane w "Boardwalk Empire". Lucky oraz Meyer opisani zostali razem, ponieważ w serialu (podobnie jak w życiu) ściśle ze sobą współpracowali. Narwany Luciano oraz opanowany Lansky to znakomite role i bardzo ubolewałem, że w piątym sezonie twórcy nie skupili się na ich działalności.
  • Arnold Rothstein (Michael Stuhlbarg) – podobnie jak Lucky i Meyer, The Brain był również postacią historyczną. Inteligentny, przebiegły gangster wyrafinowanego typu z wprost monstrualnymi skłonnościami do hazardu. Mentor Lucky’ego oraz Meyera. Genialna rola Michaela Stuhlbarga i jednocześnie moja ulubiona postać w "Boardwalk Empire". Każdy odcinek bez A.R. wypełniał mnie ogromnym smutkiem.
Billie Kent.
(źródło: http://www.hbo.com/boardwalk-empire#)
Mimo tendencji spadkowej w ostatnich sezonach "Boardwalk Empire" pozostał w mojej opinii bardzo dobrych serialem. Z pewnością jest to pozycja obowiązkowa dla fanów gangsterów z czasów prohibicji. Trudno wskazać inne dzieło, które tyle uwagi poświęcałoby na ukazanie wydarzeń, które doprowadziły do stworzenia ponadnarodowego syndykatu i ustanowiły władzę Pięciu Rodzin w Nowym Jorku. Doskonale przedstawiono także mechanizmy polityczne, które pozwalały Nucky’emu przez dziesięciolecia zarządzać Atlantic City. Uważam, że "Boardwalk Empire" to obowiązkowa pozycja dla każdego szanującego się fana seriali. Jeśli macie kilkadziesiąt godzin wolnego czasu, zachęcam Was do spędzenia ich w fascynującym świecie Nucky’ego!
Mickey Doyle - niezwykle żywotny człowiek-debil.
(źródło: http://www.hbo.com/boardwalk-empire#)
Ocena: 7/10.