Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Zamachowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Zamachowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

"Jack Strong"



W trzecim seansie w ramach zimowej edycji Sztuki za 6-stkę pokładałem chyba największe nadzieje na dobre, trzymające w napięciu kino. Przed projekcją spodziewałem się bowiem, że "Jack Strong" w reżyserii i na podstawie scenariusza Władysława Pasikowskiego będzie rozrywką na najwyższym, dostępnym w Polszy, poziomie. Zasług reżysera w budowaniu chwały i potęgi polskiej kinematografii przecież nie trzeba przytaczać. Dodatkowo temat filmu wydawał się niezwykle interesujący i co najmniej kontrowersyjny. W niniejszej recenzji nie mam jednakże zamiaru oceniać postaci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, która do dzisiaj budzi żywe podziały w Cebulandii. Potrafię zrozumieć jego szczytną motywację (szkodzenie Związkowi Radzieckiemu, a nie Polsce Ludowej), aczkolwiek nawet pomimo najlepszych intencji w każdym przypadku zdrady pozostaje wyraźny niesmak. Co prawda nie mam zamiaru iść do Parku Jordana by zbezcześcić popiersie pułkownika, ale przechodząc obok niego za każdym razem zastanawiam się czy rzeczywiście powinno się tam znajdować. Pełen nadziei na doskonałe kino, nieunikające trudnych dylematów, zasiadłem zatem w Reducie, rozkoszując się widokiem wprost zachwycająco pięknych żyrandoli.
źródło: http://www.impawards.com
Z czerstwych napisów początkowych dowiadujemy się, że panują okrutne czasy zimnej wojny i ogólnie rzecz biorąc nie jest fajnie (szczególnie w Polszy). Major Ryszard Kuliński (Marcin Dorociński) to cudowne dziecko planowania wielkich operacji wojskowych Układu Warszawskiego. Odpowiedzialny m.in. za bratnią interwencję polskich wojsk w Czechosłowacji swoimi koncepcjami oraz talentem wywiera spore wrażenie na radzieckich dowódcach. Wkrótce Kuliński zostaje awansowany na podpułkownika zyskując dostęp do największych tajemnic wojskowych Układu Warszawskiego. Jednakże oficer nie jest zatwardziałym komunistą i wskutek coraz bardziej pesymistycznych prognoz oraz wydarzeń w Polsce (Grudzień 1970) postanawia nawiązać współpracę z CIA.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie da się ukryć, że "Jack Strong" jest sprawnie zrealizowanym i momentami całkiem solidnym filmem. Niestety po dziele Władysława Pasikowskiego spodziewałem się o wiele więcej, toteż czuję się zawiedziony bardzo. Jakież mogę podnieść zarzuty? Po pierwsze kontakty pułkownika z CIA wyglądają mega amatorsko, jakby zostały żywcem wyjęte z filmu szpiegowskiego klasy C. Malowanie kredą znaków na murach? Sekretne spotkania w kościele? Tajne skrytki w cegłówkach? Tak w rzeczywistości wyglądała działalność Jacka Stronga? Zakrawa to na czysty absurd i nonsens! Średnio ogarnięty widz powinien poświęcić chwilę na refleksję na temat ówczesnych realiów. Czyż mam uwierzyć, że pracownicy ambasady USA poruszają się po mieście bez ludowej obstawy by radośnie werbować imperialistycznych agentów? Z mojego (oraz radzieckiego) punktu widzenia jest to po prostu niedopuszczalne! Jest tego sporo i niestety wpłynęło to bardzo negatywnie na ocenę końcową. Po drugie pod koniec filmu Pasikowski uraczył widzów dynamicznym inaczej pościgiem po ulicach Warszawy. Nie wiem po co scena znalazła się w filmie – na pewno nie jako potwierdzenie sprawności technicznej. Pogoń jest fatalna i sztampowa: na drodze aut pojawiają się śmieciarze z kubłami oraz małe dziewczynki. Zabrakło jedynie dwóch gości niosących szybę, rozwalenia ulicznego warzywniaka (niestety akurat zima) oraz finału w morderczych kartonach śmierci. Trzeci zdecydowany minus to relacje rodzinne. Zbuntowany syn? Jakież to odkrywcze! A niesławną już scenę z listą osób do internowania pominę po prostu długim, bardzo wymownym milczeniem. Oczywiście, wzorem "Argo", w końcówce filmu niepotrzebnie zagęszczono napięcie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Chociaż uważam "Jacka Stronga" za spore rozczarowanie to warto jednak wspomnieć o zaletach produkcji Pasikowskiego. Duże wrażenie zrobiła na mnie otwierająca film scena spalenia Olega Pieńkowskiego w piecu hutniczym (chociaż tak naprawdę nie da się ustalić czy rzeczywiście kiedykolwiek zaistniała). Równie doskonale wypadło pierwsze spotkanie pułkownika Kulińskiego i Davida Fordena (Patrick Wilson) – zwróćcie uwagę na autentyczny entuzjazm naszego bohatera. Wśród moich ulubionych scen znalazło się także miejsce dla pogawędki Breżniewa oraz marszałka Kulikowa (Oleg Maslennikov) rozpoczętej od niewinnego pytania: Marszałku Kulikow, czy planowaliście inwazję na Europę? W "Jacku Strongu" pije się sporo gorzeliny, aczkolwiek trzeba przyznać, że pali się zdecydowanie więcej papierosów (sceny bez tytoniu są naprawdę nieliczne). Warto również pochwalić twórców za dobre oddanie siermiężnych realiów ówczesnej rzeczywistości.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pod względem aktorskim "Jack Strong" może jawić się jako najprawdziwszy gwiazdozbiór. Marcin Dorociński zagrał bardzo dobrze pułkownika Kuklińskiego. Świetnie wypadły zmiany w psychice oficera, będące efektem wieloletniego życia w ogromnym stresie. Wielkie propsy! Maja Ostaszewska (Hanna Kuklińska) jest w porządku, ale bez szału. To samo mogę powiedzieć o Patricku Wilsonie wcielającym się w amerykańskiego oficera prowadzącego pułkownika. Zdecydowanie ciekawsze rzeczy dzieją się na drugim planie. Dwie najlepsze postacie w filmie to Sasza Iwanow (Dimitri Bilov), prawdopodobnie ze Smierszu, oraz wspomniany już marszałek Wiktor Kulikow. Obaj aktorzy zaprezentowali się znakomicie, chociaż pod względem charakteru ich postaci znaleźli się na całkowicie przeciwstawnych biegunach (spokojny, opanowany Szasza vs. wybuchowy Kulikow, zdolny zrobić awanturę nawet generałowi Jaruzelskiemu). Oprócz wspomnianych wyżej cała rzesza znanych i lubianych: Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński, Krzysztof Globisz, Krzysztof Dracz, Mariusz Bonaszewski. Jednakże pomimo tak wielu uznanych nazwisk mogę wyróżnić jedynie Zamachowskiego, Bakę oraz Ireneusza Czopa. Na specjalną nagrodę zasłużył natomiast Sebastian Stegmann – od teraz nie wyobrażam sobie lepszego strażnika granicznego rodem z NRD.
źródło: http://www.filmweb.pl
Podsumowując: chociaż osobiście odbieram "Jacka Stronga" jako ogromne rozczarowanie to muszę przyznać, iż jest to dosyć solidna produkcja jak na polskie realia. Jeżeli nie zasiądziecie do projekcji z wybujałymi oczekiwaniami, licząc na coś w rodzaju rodzimej wersji genialnego "Tinker Tailor Soldier Spy", to możecie bawić się całkiem nieźle. Ja niestety od twórcy pokroju Władysława Pasikowskiego wymagam znacznie więcej i wskutek wielu wymienionych wyżej wad nie mam ochoty podnieść oceny filmu choćby o pół gwiazdki. Wracając jeszcze do "Szpiega" – jest to idealny przykład kina szpiegowskiego, które mimo niespiesznej narracji, braku eksplozji czy efektowności, trzyma widza w ciągłym napięciu. Może biorąc się za taki temat należałoby skorzystać z tegoż właśnie wzorca? Ku mojemu zaskoczeniu to "Jack Strong" okazał się najsłabszą produkcją z tegorocznej edycji Sztuki za 6-stkę. Niejako powetowaniem strat moralnych i w zasadzie największym pozytywem seansu była natomiast niezwykle urocza dziewczyna w czerwonej sukience, która objawiła się niespodziewanie, kiedy słabe światło mozolnie rozjaśniało mroki Reduty. Na szczęście nie spotkał mnie los podobny do bohatera Czerwonej sukienki Fisza.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

niedziela, 16 listopada 2014

"Wiedzmin" (2002)

O tym jak wielkie znaczenie dla polskiej (i mam nadzieję nie tylko) literatury ma cykl wiedźmiński Andrzeja Sapkowskiego napisano już zapewne niejedną magisterkę. Nie mam zamiaru zatem powtarzać powszechnie znanych opinii. Dzisiaj na warsztat biorę po prostu serialową wersję przygód wiedźmina Geralta z Rivii, którą oparto na zbiorach opowiadań Miecz Przeznaczenia oraz Ostatnie Życzenie. Jednakże zanim przejdę do właściwej recenzji pozwolę sobie na niewielkich rozmiarów dygresję autobiograficzną. Wyobraźcie sobie autora w roku 2001, gdy wypełniony po brzegi młodzieńczymi ideałami i entuzjazmem, mając jeszcze paszport do młodości taki radosny, uczęszczał do jednego z najlepszych liceów Miasta CK. Ów młodzian prozę Sapkowskiego chłonął bardzo namiętnie, toteż nie mógł tak po prostu olać ekranizacji w reżyserii Marka Brodzkiego. Pełen młodzieńczej nadziei wyruszył zatem do kina, ale już po pierwszym minutach wiedział, że twórcy, nie owijając w bawełnę, ordynarnie zapakowali mu kindybał w szamot. I wówczas, porzuciwszy romantyczne idee, stał się on hejterem i poprzysiągł odtąd krwawo masakrować wszystkie polskie produkcje urągające jego inteligencji. I wiedział natenczas, że nadejdzie dzień, w którym powstanie potężne narzędzie hejtu w postaci bloga. I już wówczas wiedział on, że będzie to słuszne i sprawiedliwe.
Nadchodzi czas chujozy!
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Planowałem napisać, że oczywiście jak to bywa w przypadku każdej epickiej produkcji TVP film od razu zamieniono w serial. Jednakże tym razem było odwrotnie: to film jest produktem ubocznym kręcenia serialu. Akurat w tym przypadku, choć może się to wydawać niedorzeczne, 13-odcinkowa seria sprawia o wiele lepsze wrażenie niż dwugodzinny film. Oczywiście od razu trzeba zaznaczyć, że należy to rozumieć relatywnie. To że serial jest lepszy od filmu nie oznacza bowiem, że jest to dobra lub choćby nawet poprawna produkcja. Nie ukrywajmy – nadal jest słaba w chuj. Książki czytało się naprawdę wspaniale, a oglądanie serialu jest naprawdę bolesne – żeby poczuć ten poziom proponuję zamienić mięciutki papier toaletowy na najgrubszy papier ścierny. Marek Brodzki dostał soczystą pomarańczę i dołożył wszelkich starań by zamienić ją w kompletne gunwo. Fabularnie obracamy się w kręgach dwóch tomów opowiadań Sapkowskiego oraz imaginacji twórców odnośnie dzieciństwa Geralta (okres często powracający w żenujących flashbackach).
źródło: http://www.tvp.pl
Pierwsza rzecz, która uderza widza oglądającego "Wiedźmina", to totalne i bezkompromisowe ubóstwo. Pod względem materialnym świat wykreowany przez twórców ma bardzo wiele wspólnego z twórczością Rycha Peji – podobnie jak raper ze Slums Attack mocno reprezentuje biedę. Mam tyle zastrzeżeń, że aż nie wiem od czego zacząć! Wszystkie postacie z wyjątkiem Geralta (i może warunkowo Renfri, Falvicka i innych wiedźminów) są odziane tak ubogo, że aż bolą oczy. Niestety ludzie nie wypadają nawet najgorzej, co więcej można śmiało rzec, że jako zbiorowość prezentują się najlepiej (słowo klucz dla zrozumienia recenzji – relatywizm). Krasnoludy, chociaż nie pojawiają się zbyt często, są jeszcze w miarę do przyjęcia – oczywiście biorąc pod uwagę realia tej chujowej kreacji. Jednakże problem zaczyna narastać już w trzecim odcinku, gdy Wiedźmin ratuje driadę (Karolina Gruszka) przed ogromnym gumowym wężem. Wtenczas właśnie okazało się, że driady różnią od normalnych ludzkich kobiet jedynie zielonym makijażem, strzelaniem z łuku i zamieszkiwaniem w lesie. Ale to nie mieszkanki Brokilonu przelały czarę goryczy - w kolejnych odcinkach zobaczyłem bowiem elfy. Wygląd Ludu Olch w serialu to albo jakiś chory żart albo jebana abominacja. Dumni przedstawiciele starszej krwi prezentują się jak mega-ubodzy południowoamerykańscy Indianie skrzyżowani z Rumunami. Żadnej w nich wyniosłości, żadnego epatowania godnością czy też poczuciem wyższości nad ludzką rasą. W sumie to się nie dziwię, bo chociaż nie szata zdobi człowieka, lecz jego godność to powszechnie wiadomo, że tylko człowiek dobrze odziany może czuć się naprawdę godnie. Jeśli chodzi o Diaboła to pozwólcie, że posłużę się cytatem majora Grossa z "Psów": Nawet mi o tym nie mów, kurwa mać!
źródło: http://www.tvp.pl
Oczywiście ubóstwo nie dotyczy wyłącznie serialowych bohaterów. Ponieważ hajs się musiał nie zgadzać bardzo twórcy zafundowali bardzo miałką scenografię – podejrzewam, że wzorem "Quo Vadis" podpalili dekoracje i podzielili się pozostałymi monetami. W miastach, które odwiedza Geralt, zdecydowanie brakuje rozmachu, epickości i choćby wielu statystów, którzy byliby w stanie wlać w nie życie, gwar ulic, miejskie klimaty itp. Uczty na zamkach to prawdziwa padaka. Muszę przyznać, że wielokrotnie miałem okazję uczestniczyć w imprezach w krakowskich akademikach, gdzie stoły były o wiele suciej zastawione. Zwiedzamy także wiele karczm (a może tylko jedną?), w których kompletnie brakuje życia oraz wszelkiego rodzaju ruin, podziemi, katakumb. Najbardziej zabolały mnie jednak dwie miejscówki. Pierwsza to zamieszkany przez driady Brokilon – jak łatwo się domyślić zwykły las z kilkoma wiklinowymi domkami. A gdzie kurwa Wickerman się podział? Drugi zawód to oczywiście Dol Blathanna. Dolina Kwiatów, wypełniona biednymi Indiano-Rumunami elfami - takaż żałość dla oczu, kompletny brak czegokolwiek odróżniającego to miejsce od innych. Zawsze uważałem Dol Blathannę za jedno z najpiękniejszych miejsc odwiedzonych przez Geralta (oczywiście mówimy o książkach). Odrębna kwestia to oczywiście efekty specjalne. Takiego natłoku żałości próżno szukać gdziekolwiek indziej. Oczywiście największe hejty spadły na smoka – okazało się, że nawet po latach poziom legendarnego "Herculesa" z Kevinem Sorbo jest w Polszy nie do doścignięcia. Jaki był smok widział każden jeden z nas. Abominacja. Moim zdaniem o wiele groszy był jednakże mały smok zapierdalający gdzieś w trawie – prawdziwa awangarda XXI-wiecznych FX. Na dodatek przez 13 odcinków Geralt położył wielkie zasługi w eksterminacji gumowych żyjątek: ze dwa gumowe wężoidy, gumowy bazyliszek, gumowa kikimora, może nawet gumowy wiwern. O magii to nie ma co pisać, lepsze fireballe i freezy to były w Mortal Kombat II (nie obrażając przy tym tej ponadczasowej gry).
źródło: http://www.tvp.pl
Czy zatem w "Wiedźminie" można znaleźć jakiekolwiek plusy? Tak, z pewnością na wyrazy uznania zasługuje stylówka Geralta – wiedźmin prezentuje się na ekranie naprawdę godnie. Również warto pochwalić walki na miecze. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zrealizowane są całkiem przyzwoicie i nie ranią oczu. Z najmniej żenujących postaci na pewno warto wyróżnić Renfri (Kinga Ilgner) oraz Falvicka (Maciej Kozłowski) – naprawdę dobre role, które zdecydowanie wybijają się wśród rzeszy miałkich drugoplanowych postaci. Yennefer (Grażyna Wolszczak) ma swoje zalety (ha!), ale jakoś do mnie nie przemawia. Podobna sytuacja jest z Jaskrem – Zbigniew Zamachowski nie przekonał mnie niestety. Niemniej warto zauważyć, że niemal każda pojawiająca się na ekranie postać nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Dialogi wyglądają mniej więcej tak: Jestem czarodziejką! Jestem wiedźminem! Jestem królem jakiegoś zadupia! Gdzie się podziały błyskotliwe i świetne napisane kwestie z książek?! Przy poprzednich recenzjach seriali czasami stwarzałem ranking moich ulubionych bohaterów. Ponieważ w "Wiedźminie" lista zawierałaby jedynie trzy pozycje (Geralt, Renfri, Falwick) postanowiłem wyróżnić najgorsze role i postacie. A zatem ja zaczynam:
  • Ciri (Marta Bitner) – fatalna rola. Jak to zwykle bywa w przypadku dzieci w polskich filmach nikt nie pokierował młodą aktorką. Kompletny brak wyniosłości dumnej wnuczki Calanthe, Lwicy z Cintry, a na dodatek chamski dubbing. Nie mam przy tym absolutnie żadnej pretensji do Marty Bitner grającej Ciri, ponieważ za kompletne spierdolenie tej postaci odpowiedzialność ponoszą tylko i wyłącznie twórcy serialu.
  • Eyck z Denesle (Marek Walczewski) – Paździoch strzegący brodu był jeszcze spoko, doskonale pamiętam bowiem salwy śmiechu w kinie, gdy pojawił się na ekranie. Natomiast Stępień z "13 Posterunku" szarżujący na smoka to już zdecydowana przesada. Nie było nikogo innego do wzięcia?
  • Jarl Crach an Craite (Michał Milowicz) – momentami byłem przekonany, że twórcy postanowili w serialu upchnąć wszystkich polskich aktorów. W tymże przekonaniu utwierdziłem się, gdy zobaczyłem na ekranie Michała Milowicza. Jak Bolec/Brylant może komukolwiek grozić śmiercią? Prawdziwa potwarz dla Skellige!
  • Filavandrel, król elfów (Daniel Olbrychski) – w przeciwieństwie do pozostałych, ubogich i wychudłych elfów, Daniel dysponował ogromnym bańdziochem przez co musiał jeździć konno. Dziwię się elfom, że nie zajebały takiego wielkiego pasibrzucha, który zapewne wyżarł im wszystkie zapasy. Z powodu niemal komediowego patosu można uznać, że Daniel postanowił sam siebie sparodiować. I zrobił to ponad dekadę przez reklamowaniem Biedronki!
  • Iola (Maria Peszek) – definicja autyzmu. Niestety genialny "Tropic Thunder" nakręcono dopiero w 2008 roku, przez co Maria Peszek nie mogła zastosować się do wiekopomnej rady Kirka Lazarusa – Never go full retard!
  • Diaboł (Lech Dyblik) – űber żenua. Do dziś budzę się w nocy z przeraźliwym krzykiem, gdy przyśni mi się ten okropny dźwięk, który wydawał z siebie Diaboł. Po prostu uczcijmy występ Lecha Dyblika minutą ciszy.
źródło: http://www.tvp.pl
Czy zatem warto poświęcić cenne chwile życia na oglądanie "Wiedźmina"? Odpowiedź nie jest prosta. Wielu serialowe ubóstwo, bieda i nędza może skutecznie zniechęcić do projekcji. Ja jednakże uważam, że z każdego, nawet najgorszego gunwa, można się czegoś nauczyć. Jak to kiedyś zarymował Eldo każdy ma iskrę, która czeka by ją znaleźć; w każdym plecaku czysta kartka i talent. Serial Marka Brodzkiego dowodzi po prostu, że w ówczesnych czasach, jak i teraz, nie ma możliwości zrealizowania przygód Wiedźmina w wersji na biedno. Masakrowanie Geralta i jego wesołej kompanii wyszło za to twórcom nad wyraz dobrze. Podobne wrażenia miałem, gdy oglądałem serial "Camelot", w którym podobnie twórcy zgarnęli całkiem niezłych aktorów i postawili na kompletne scenograficzne ubóstwo. Jednakże serial powstał w Anglii, a więc jego ubóstwo w polskich realiach zapewne uznano by za bogactwo. I have a dream: pewnego dnia znajdą się odpowiednie środki i ludzie mający zapał (polski Peter Jackson) by ponownie podjąć próbę przeniesienia cyklu wiedźmińskiego na ekranie kin lub telewizorów. Póki co serialowego "Wiedźmina" mogę polecić jedynie najbardziej hardcorowym fanom twórczości Andrzeja Sapkowskiego.
źródło: http://www.tvp.pl
Ocena: 4/10.

piątek, 26 października 2012

"Zabij mnie, glino"



Kiedy fundamenty poprzedniego ustroju zaczęły się chwiać moralna zgnilizna kultury Zachodu zaczęła coraz mocniej penetrować naszą pszenno-buraczaną ojczyznę. Pod koniec lat 80-tych pełna ofensywa nie była jeszcze do końca możliwa, ale po obejrzeniu "Zabij mnie glino" mogę stwierdzić, że w 1987 roku hollywoodzkie wzorce bardzo mocno oddziaływały na polską kinematografię. W zasadzie film w reżyserii Jacka Bromskiego bez żadnego przypału kopiuje amerykańskie kino sensacyjne, a jedynym oryginalnym elementem jest polska rzeczywistość (chociaż i tak dosyć nietypowa jak na realia socjalistyczne).

Fabuła bardzo gangsterska: groźny zakapior Malik (Bogusław Linda) ucieka z więzienia. Jednakże kapitan Popczyk (Piotr Machalica) bardzo szybko odnajduje zbiega, gdyż w przypływie geniuszu zatrzymał się u swojej żony. Malik poprzysięga milicjantowi zemstę. Wkrótce wraz ze swym dzielnym kompanionem Sewerynem (Zbigniew Zamachowski) ucieka z rozprawy sądowej. Na wolności Malik nagle zamienia się w geniusza zbrodni i postanawia zrealizować śmiały plan zemsty. Pierwszą ofiarą pada Stawski (Jerzy Zach), były zleceniodawca gangstera, aczkolwiek głównym celem pozostaje kapitan Popczyk. W międzyczasie Malik nawiązuje romans z poznaną w pociągu lekarką z Sosnowca (Anna Romantowska).
źródło: http://www.stopklatka.pl/
Pod względem obsady jest imponująco: Linda, Zamachowski, Machalica, Romantowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Andrzej Grabarczyk (bardziej znany jako Jerzy z Klanu, lub Jerzy Knorr), Maria Pakulnis, Marek Barbasiewicz, Piotr Fronczewski, Jan Machulski, Olgierd Łukasiewicz, Juliusz Machulski, Zbigniew Buczkowski, Krzysztof Zaleski, a nawet Karol Strasburger. Jeśli nawet część nazwisk nic Wam nie mówi, to gwarantuję, że znacie te twarze. Dla mnie tyle sław w jednym filmie jest praktycznie nie do pojęcia. A jeszcze dziwniejsze jest to, że w "Zabij mnie glino" zdarzają się momenty żenującego aktorstwa, które niemal zmusiły mnie do zmiany kanału. W tej kategorii zdecydowanie przoduje Tomasz Lengren w roli milicjanta Kwapińskiego. Wycięcie tych scen zdecydowanie podniosłoby moją ocenę filmu. Niestety role kobiece zostały bardzo słabo napisane, przez co wydają się albo niewiarygodne albo za bardzo przerysowane. A kto wypada zatem najlepiej? Z pewnością duet głównych bohaterów, czyli Linda i Machalica. W porządku była również większość wymienionej powyżej obsady męskiej, przy czym chciałbym wyróżnić Andrzeja Grabarczyka, Piotra Fronczewskiego oraz Zbigniewa Zamachowskiego.
źródło: http://www.stopklatka.pl/
W tym momencie należy przejść do oceny rozwiązań fabularnych. Jak już wspominałem mamy do czynienia z totalną kopią amerykańskiego kina sensacyjnego. W większości przypadków wypada to wysoce żenująco (m.in. nieudolna próba asasynacji w więzieniu, przykra próba asasynacji na ulicy, wszelkie pościgi, wybuchy i efekty specjalne, których w filmie niemało). Sposób w jaki postępują bohaterowie wydaje się ogromnie nielogiczny. O ile Malik nosi znamiona geniusza zbrodni, o tyle często robi coś na pałę. Wspomnienie metamorfozy image’u jaką przeszedł Seweryn by zmylić milicję obywatelską zostanie mi do końca życia (dla ciekawych: został punkiem). Znowuż Piotr Fronczewski zawiaduje czymś w rodzaju socjalistycznego CSI, gdzie robi analizy wszystkiego tak grube, że przez całe lata 90-te się o tym scenarzystom nie śniło. W końcowych scenach milicja dysponuje natomiast tak ogromnymi ilościami zaawansowanego sprzętu do inwigilacji, że nie rozumiem jak można było dopuścić do funkcjonowania opozycji i ostatecznego upadku ustroju. Ponadto w filmie wykorzystano również wątek jasnowidza ojca Benedykta – totalne żenua.
źródło: http://www.stopklatka.pl/
"Zabij mnie glino" epatuje kulturą Zachodu. Bohaterowie palą Marlboro, czytają Newsweeka, a na komendzie MO je się hamburgiery popijane shake’ami – prawdziwa Ameryka! Ponadto mamy do czynienia ze zjawiskiem określanym jako casual sex. Trudno uwierzyć trochę w te wszystkie amerykanizmy, chyba twórcy jednak z deczka przesadzili. Jednak polska rzeczywistość daje o sobie znać. W filmie znalazła się scena z blokowiska, w której jeden z bohaterów stoi przez murem ozdobionym niezwykle uroczym napisem SATAN. Wracając do tematu blokowiska, to mimo, że minęło 25 lat od powstania "Zabij mnie glino", wygląda ono niemal tak samo jak wiele współczesnych. Ogromnym szokiem było dla mnie również ujrzenie w przedziale PKP tych samych zasłonek w przedziałach, które można jeszcze spotkać obecnie. Zastanawia mnie zatem kiedy zaczęto ich używać. "Zabij mnie glino" nie nosi zbyt wielu znamion oryginalności, ale jest wyjątkowo prekursorskie w kwestii kopiowania zachodnich wzorców (tak to brzmi dziwnie). Z pewnością wywarło ogromny wpływ na późniejsze polskie kino sensacyjne i przyczyniło się do powstania wielu dobrych filmów. Pod pewnymi względami bije na głowę wiele produkcji nie tylko z lat 90-tych, ale i nawet ostatniej dekady. Dlatego mimo, że poziom żenady momentami osiąga stan krytyczny, uhonoruję film dosyć wysoką oceną.

Ocena: 6/10.

Polecam dialog:
Dziwka – Jestem aż taka sławna?
Malik – Twoja sława dotarła do Białegostoku.