Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dorociński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dorociński. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

"Jack Strong"



W trzecim seansie w ramach zimowej edycji Sztuki za 6-stkę pokładałem chyba największe nadzieje na dobre, trzymające w napięciu kino. Przed projekcją spodziewałem się bowiem, że "Jack Strong" w reżyserii i na podstawie scenariusza Władysława Pasikowskiego będzie rozrywką na najwyższym, dostępnym w Polszy, poziomie. Zasług reżysera w budowaniu chwały i potęgi polskiej kinematografii przecież nie trzeba przytaczać. Dodatkowo temat filmu wydawał się niezwykle interesujący i co najmniej kontrowersyjny. W niniejszej recenzji nie mam jednakże zamiaru oceniać postaci pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, która do dzisiaj budzi żywe podziały w Cebulandii. Potrafię zrozumieć jego szczytną motywację (szkodzenie Związkowi Radzieckiemu, a nie Polsce Ludowej), aczkolwiek nawet pomimo najlepszych intencji w każdym przypadku zdrady pozostaje wyraźny niesmak. Co prawda nie mam zamiaru iść do Parku Jordana by zbezcześcić popiersie pułkownika, ale przechodząc obok niego za każdym razem zastanawiam się czy rzeczywiście powinno się tam znajdować. Pełen nadziei na doskonałe kino, nieunikające trudnych dylematów, zasiadłem zatem w Reducie, rozkoszując się widokiem wprost zachwycająco pięknych żyrandoli.
źródło: http://www.impawards.com
Z czerstwych napisów początkowych dowiadujemy się, że panują okrutne czasy zimnej wojny i ogólnie rzecz biorąc nie jest fajnie (szczególnie w Polszy). Major Ryszard Kuliński (Marcin Dorociński) to cudowne dziecko planowania wielkich operacji wojskowych Układu Warszawskiego. Odpowiedzialny m.in. za bratnią interwencję polskich wojsk w Czechosłowacji swoimi koncepcjami oraz talentem wywiera spore wrażenie na radzieckich dowódcach. Wkrótce Kuliński zostaje awansowany na podpułkownika zyskując dostęp do największych tajemnic wojskowych Układu Warszawskiego. Jednakże oficer nie jest zatwardziałym komunistą i wskutek coraz bardziej pesymistycznych prognoz oraz wydarzeń w Polsce (Grudzień 1970) postanawia nawiązać współpracę z CIA.
źródło: http://www.filmweb.pl
Nie da się ukryć, że "Jack Strong" jest sprawnie zrealizowanym i momentami całkiem solidnym filmem. Niestety po dziele Władysława Pasikowskiego spodziewałem się o wiele więcej, toteż czuję się zawiedziony bardzo. Jakież mogę podnieść zarzuty? Po pierwsze kontakty pułkownika z CIA wyglądają mega amatorsko, jakby zostały żywcem wyjęte z filmu szpiegowskiego klasy C. Malowanie kredą znaków na murach? Sekretne spotkania w kościele? Tajne skrytki w cegłówkach? Tak w rzeczywistości wyglądała działalność Jacka Stronga? Zakrawa to na czysty absurd i nonsens! Średnio ogarnięty widz powinien poświęcić chwilę na refleksję na temat ówczesnych realiów. Czyż mam uwierzyć, że pracownicy ambasady USA poruszają się po mieście bez ludowej obstawy by radośnie werbować imperialistycznych agentów? Z mojego (oraz radzieckiego) punktu widzenia jest to po prostu niedopuszczalne! Jest tego sporo i niestety wpłynęło to bardzo negatywnie na ocenę końcową. Po drugie pod koniec filmu Pasikowski uraczył widzów dynamicznym inaczej pościgiem po ulicach Warszawy. Nie wiem po co scena znalazła się w filmie – na pewno nie jako potwierdzenie sprawności technicznej. Pogoń jest fatalna i sztampowa: na drodze aut pojawiają się śmieciarze z kubłami oraz małe dziewczynki. Zabrakło jedynie dwóch gości niosących szybę, rozwalenia ulicznego warzywniaka (niestety akurat zima) oraz finału w morderczych kartonach śmierci. Trzeci zdecydowany minus to relacje rodzinne. Zbuntowany syn? Jakież to odkrywcze! A niesławną już scenę z listą osób do internowania pominę po prostu długim, bardzo wymownym milczeniem. Oczywiście, wzorem "Argo", w końcówce filmu niepotrzebnie zagęszczono napięcie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Chociaż uważam "Jacka Stronga" za spore rozczarowanie to warto jednak wspomnieć o zaletach produkcji Pasikowskiego. Duże wrażenie zrobiła na mnie otwierająca film scena spalenia Olega Pieńkowskiego w piecu hutniczym (chociaż tak naprawdę nie da się ustalić czy rzeczywiście kiedykolwiek zaistniała). Równie doskonale wypadło pierwsze spotkanie pułkownika Kulińskiego i Davida Fordena (Patrick Wilson) – zwróćcie uwagę na autentyczny entuzjazm naszego bohatera. Wśród moich ulubionych scen znalazło się także miejsce dla pogawędki Breżniewa oraz marszałka Kulikowa (Oleg Maslennikov) rozpoczętej od niewinnego pytania: Marszałku Kulikow, czy planowaliście inwazję na Europę? W "Jacku Strongu" pije się sporo gorzeliny, aczkolwiek trzeba przyznać, że pali się zdecydowanie więcej papierosów (sceny bez tytoniu są naprawdę nieliczne). Warto również pochwalić twórców za dobre oddanie siermiężnych realiów ówczesnej rzeczywistości.
źródło: http://www.filmweb.pl
Pod względem aktorskim "Jack Strong" może jawić się jako najprawdziwszy gwiazdozbiór. Marcin Dorociński zagrał bardzo dobrze pułkownika Kuklińskiego. Świetnie wypadły zmiany w psychice oficera, będące efektem wieloletniego życia w ogromnym stresie. Wielkie propsy! Maja Ostaszewska (Hanna Kuklińska) jest w porządku, ale bez szału. To samo mogę powiedzieć o Patricku Wilsonie wcielającym się w amerykańskiego oficera prowadzącego pułkownika. Zdecydowanie ciekawsze rzeczy dzieją się na drugim planie. Dwie najlepsze postacie w filmie to Sasza Iwanow (Dimitri Bilov), prawdopodobnie ze Smierszu, oraz wspomniany już marszałek Wiktor Kulikow. Obaj aktorzy zaprezentowali się znakomicie, chociaż pod względem charakteru ich postaci znaleźli się na całkowicie przeciwstawnych biegunach (spokojny, opanowany Szasza vs. wybuchowy Kulikow, zdolny zrobić awanturę nawet generałowi Jaruzelskiemu). Oprócz wspomnianych wyżej cała rzesza znanych i lubianych: Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Paweł Małaszyński, Krzysztof Pieczyński, Krzysztof Globisz, Krzysztof Dracz, Mariusz Bonaszewski. Jednakże pomimo tak wielu uznanych nazwisk mogę wyróżnić jedynie Zamachowskiego, Bakę oraz Ireneusza Czopa. Na specjalną nagrodę zasłużył natomiast Sebastian Stegmann – od teraz nie wyobrażam sobie lepszego strażnika granicznego rodem z NRD.
źródło: http://www.filmweb.pl
Podsumowując: chociaż osobiście odbieram "Jacka Stronga" jako ogromne rozczarowanie to muszę przyznać, iż jest to dosyć solidna produkcja jak na polskie realia. Jeżeli nie zasiądziecie do projekcji z wybujałymi oczekiwaniami, licząc na coś w rodzaju rodzimej wersji genialnego "Tinker Tailor Soldier Spy", to możecie bawić się całkiem nieźle. Ja niestety od twórcy pokroju Władysława Pasikowskiego wymagam znacznie więcej i wskutek wielu wymienionych wyżej wad nie mam ochoty podnieść oceny filmu choćby o pół gwiazdki. Wracając jeszcze do "Szpiega" – jest to idealny przykład kina szpiegowskiego, które mimo niespiesznej narracji, braku eksplozji czy efektowności, trzyma widza w ciągłym napięciu. Może biorąc się za taki temat należałoby skorzystać z tegoż właśnie wzorca? Ku mojemu zaskoczeniu to "Jack Strong" okazał się najsłabszą produkcją z tegorocznej edycji Sztuki za 6-stkę. Niejako powetowaniem strat moralnych i w zasadzie największym pozytywem seansu była natomiast niezwykle urocza dziewczyna w czerwonej sukience, która objawiła się niespodziewanie, kiedy słabe światło mozolnie rozjaśniało mroki Reduty. Na szczęście nie spotkał mnie los podobny do bohatera Czerwonej sukienki Fisza.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 5/10.

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Pod Mocnym Aniołem"


Chociaż jestem już w życia wędrówce, na połowie czasu to dotychczas nie miałem żadnej styczności z prozą Jerzego Pilcha. W zasadzie trudno to wytłumaczyć, ponieważ nie raz i nie dwa byłem zdecydowany przeczytać którąś z jego książek, ale widocznie the odds were not in my favor. Niemniej skoro nie wyszło z literaturą, to przy okazji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego nadarzyła się okazja, by sprawdzić jak wypada twórczość Pilcha na dużym ekranie. Jednakże trailer "Pod Mocnym Aniołem" nie zapowiadał wybitnego kina. Co więcej, od razu przywoływał skojarzenia z niezbyt dobrą "Drogówką", którą z nieznanych mi przyczyn (czyli hajs się musi zgadzać) hołubili wszelacy recenzenci. Zapowiedź sprawiała wrażenie bardzo zabawowego kina – podłożenie słynnego motywu z "Zorby" do dziś wydaje mi się wyjątkowo miałkim chwytem. Do tego żenujące (przynajmniej dla mnie) tag line: Film, który zachwieje Polską. What the fuck?! Rozumiem, że czasem trzeba grać pod publikę, ale przecież Smarzowski nie słynie z kręcenia filmów dla plebsu. Ostatecznie okazało się, że te wyjątkowe okoliczności nie są na tyle porażające by odpuścić sobie kinową projekcję "Pod Mocnym Aniołem". Zebrawszy solidną ekipę udaliśmy się do krakowskiego kina Kijów. Wspominam o tej lokalizacji, ponieważ tuż przed seansem mieliśmy okazję zobaczyć błyskotliwą akcję miejscowej prewencji, którą można jedynie skomentować hasłem – Mój kraj, taki piękny (R.I.P. Życie i Śmierć). Co z tego, że na krakowskich osiedlach ludzie giną od maczety, skoro najpoważniejszym przestępstwem jest rzucenie peta na chodnik (bo oczywiście kosza na śmieci brak)?
źródło: http://www.filmweb.pl
"Pod Mocnym Aniołem" to opowieść o znanym pisarzu Jurku (wyraźne wątki autobiograficzne Pilcha), który zmaga się z alkoholizmem. Nie jest to jednakże nałóg postępujący, ba nawet nie dowiadujemy się z jakiego powodu bohater zaczął pić tak brutalnie – zresztą w kontekście tej historii nie ma to większego znaczenia. Jureczek nie tyle pije, co raczej chleje totalnie. Cały jego żywot to pasmo nieustających libacji, z rzadka przerywanych pobytem w ośrodku dla uzależnionych. Jednakże muszę Was przestrzec: nie liczcie nie linearną fabułę. "Pod Mocnym Aniołem" to po prostu zbiór randomowych scen z życia Jurka i jego kompanionów: libacje, odwyk, halucynacje pod wpływem, majaki oraz imaginacje. Czas ani tym bardziej realność wydarzeń nie mają żadnego znaczenia. W zasadzie poszczególne sceny można sobie zaaplikować w dowolnej kolejności, a finalny efekt i tak będzie taki sam.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
"Pod Mocnym Aniołem" wpisuje się w dosyć szeroki nurt filmów poruszających temat alkoholizmu. Jednakże Wojciech Smarzowski, zgodnie ze swoim stylem, przedstawia picie jako proces dążący do totalnego upodlenie człowieka. Na ekranie oglądamy zatem wszystkie możliwe efekty uboczne hardcorowych libacji, totalny syf i brud (m.in. regularne taplanie się gunwie i wymiotach bez względu na płeć). Nie wiem jakie macie doświadczenia z alkoholizmem, ale mając styczność z paroma alkoholikami w żaden w sposób nie jestem zaskoczony tym, co widziałem na ekranie. Film Smarzowskiego nie próbuje na szczęście pouczać widza by przestał pić – w zasadzie spoglądając na niektórych moich towarzyszy z seansu wywołał efekt kompletnie odwrotny. U mnie natomiast pogłębił pewną refleksję. Nie raz po kolejnym melanżu, budząc się po 16 w fatalnym stanie, zastanawiałem się ile mi jeszcze brakuje do przekroczenia cienkiej, czerwonej linii? Jak blisko jestem by dzierżąc życie w reklamówce żulówce ze sztajnesami stać na winklu przy wspomnieniach i wódce? Możliwe, że już znalazłem się na linii pochyłej. Zważywszy, że piszę recenzję sącząc chilijski merlot jest to niezwykle interesująca kwestia. Nie raz w stanie upojenia podejmowało się fatalne w skutkach decyzje, jednakże absolutnym hitem dla mnie pozostaje pewien zakład z czasów licealnych. Mocno nietrzeźwy znajomy w trakcie partii bilarda założył się o własną dziewczynę i … przegrał. O skutki zakładu nie pytajcie, równie dobrze mogliście tam być. Tymczasem skończmy prywatę i wróćmy do filmu Smarzowskiego.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak już wspomniałem powyżej "Pod Mocnym Aniołem" ma dosyć epizodyczną formę. Niektóre sceny mogą bawić (szósta w południe), inne autentycznie odstręczać naturalizmem, ale niestety do większości filmu mam stosunek całkowicie obojętny. Nie mam zamiaru czepiać się rozwiązań fabularnych, ponieważ Smarzowski ekranizuje powieść Pilcha. Niemniej, jeżeli książkowy oryginał ma taką samą formę, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego filmować coś, czego dobrze sfilmować się nie da? Nie wiem jakie motywacje stały za Smarzowskim, gdy podejmował tę decyzję, ale patrząc na końcowy efekt jestem przekonany, że był to nietrafny wybór. Oglądając film ani przez chwilę nie czułem żadnej wizji reżysera, nie dostrzegłem również niczego, co spięłoby perypetie Jurka w jakąś całość. Większość akcji rozgrywa się w Krakowie, więc miło zobaczyć na ekranie ulice, po których stąpam na co dzień. Honor tytułowej knajpy pełniła Cafe Szafe na ul. Felicjanek. Do tego dodano wiele scen m.in. na Plantach (chyba moje ulubione ujęcia z ogorzałym ryłem Jurka i butelką wódki), Rynku czy też nad Wisłą. Niemniej pod względem scenografii pojawiają się pewne zgrzyty. Jeżeli mamy retrospekcję z 1997 roku to troszkę mało realne wydaje się być picie wódki Krupnik, która po prostu jeszcze wtenczas nie istniała. Swoją drogą na ekranie leją się hektolitry Maximusa, więc muszę pochwalić producenta tego trunku za niebywale odważny product placement.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak zwykle u Smarzowskiego oglądamy praktycznie te same twarze. Jeden z moich towarzyszy niezwykle trafnie określił to zjawisko jako uniwersum Smarzowskiego. A więc ponownie jest Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik (najlepsza stylówa w całym filmie), Kinga Preis (genialna charakteryzacja i świetna rola), Marcin Dorociński (epizod całkowicie zbędny), Lech Dyblik, Andrzej Grabowski, Agata Kulesza oraz Jacek Braciak. Chociaż lubię i szanuję każdego z tych aktorów, to szczerze powiedziawszy nie mam ochoty oglądać ich w każdym filmie Smarzowskiego. Szczęśliwie w roli głównej obsadzony został Robert Węckiewicz, który w postaci Jurka odnalazł się znakomicie. Nie jest łatwo grać pijanego, gdyż bardzo łatwo można przegiąć i stworzyć komediową kreację. Węckiewicz sprawdził się doskonale i co najważniejsze również wiarygodnie. Partnerująca mu Julia Kijowska niestety nie zrobiła furory, aczkolwiek zagrała bez większego przypału. Adam Woronowicz wypadł całkiem spoko, aczkolwiek jak słusznie zauważyła dziewczyna siedząca za mną w kinie - mógł nie zdejmować czapki. Bardzo podobał mi się swoisty follow up do "Drogówki" - zwróćcie uwagę na policjanta z alkomatem. Po tej jednej scenie można wywnioskować, że Smarzowski ma spory dystans do własnej twórczości.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Niestety kilka fajnych ról nie zdołało uratować tego filmu. Najlepszym podsumowaniem całości był dźwięk szklanej butelki wrzucanej do kosza tuż przed końcem seansu, co wywołało prawdziwą euforię na sali kinowej. Szkoda, że spontaniczna radość nie wynikała z tego, co działo się na ekranie. Nie da się ukryć, że "Pod Mocnym Aniołem" to kolejne rozczarowanie w twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Rozpatrując jego ostatnie dokonania wyraźnie zarysowuje się trend spadkowy. "Drogówkę" można było uznać za wypadek przy pracy, aczkolwiek ekranizacja książki Pilcha udowadnia, że utalentowany reżyser znalazł się na równi pochyłej. Nie miałbym wielkich pretensji, gdyby "Pod Mocnym Aniołem" nakręcił jakiś rookie albo no name. Jednakże od twórcy "Wesela" oraz "Domu Złego" wymagam znacznie więcej – skoro zawiesza się poprzeczkę tak wysoko, to nie można nagle tak drastycznie obniżać poziomu. Pytam zatem rozpaczliwie: quo vadis Wojciechu?
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Ocena: 5/10.

sobota, 17 sierpnia 2013

"Drogówka"

Wojciech Smarzowski nie raz już udowodnił, że ma wielki talent i dysponuje specyficznym stylem ukazywania polskiej rzeczywistości. Chociaż nie udało mi się obejrzeć "Róży", to do dziś jestem zachwycony zarówno "Weselem", jak i "Domem złym". Cieszyłem się zatem ogromnie na "Drogówkę" licząc, że po raz kolejny zobaczę świetne kino. W momencie premiery hype na najnowsze dzieło Smarzowskiego osiągał monstrualne rozmiary, a wszyscy propsowali wysiłek utalentowanego reżysera. Na dodatek przeczytałem wiele recenzji pochwalnych tego filmu i w żadnej z nich nie znalazłem ani jednego poważnego zarzutu pod adresem tej produkcji. Sam nawet zacząłem zatem bezrefleksyjnie hołubić "Drogówkę" przyjmując a priori, że to będzie wybitne kino, a Smarzowski znowu potwierdzi status jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej kinematografii. Ba, a może nawet stanie się dla mnie nawet krajowym odpowiednikiem Quentina Tarantino! Niestety brutalna rzeczywistość po raz kolejny zniszczyła wielkie nadzieje. Wyobraźcie sobie zatem jakież ogromne musiało być moje rozczarowanie, gdy opuściłem nieklimatyzowaną salę kinową! Dla lepszej imaginacji weźcie pod uwagę fakt, że początkowo z powodu gigantycznego zawodu oraz przygnębienia nie miałem nawet zamiaru pisać recenzji.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Drogówka" składa się z dwóch części. Pierwsza, swoiste wprowadzenie w specyficzny świat polskiej drogówki, składa się głównie z krótkich filmików, często nagrywanych komórkami lub kamerami w radiowozach. W zabawnych epizodach poznajemy poszczególnych bohaterów oraz ich specyficzne poczucie humoru. Obraz polskiego społeczeństwa wyłaniający się z filmu nie jest specjalnie pozytywny. Korupcja, pijaństwo, brak szacunku dla władzy występują na porządku dziennym. I nie dotyczy to tylko zwykłych, szarych obywateli, ale także przedstawicieli najwyższych władz państwowych czy kościoła. W drugiej części fabuła skupia się natomiast na postaci sierżanta sztabowego Króla (Bartłomiej Topa). Romansujący z koleżanką z pracy (Julia Kijowska) policjant po upojnej nocy spędzonej z kolegami staje się głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo sierżanta Lisowskiego (Marcin Dorociński). Chociaż nasz bohater nie pamięta kompletnie nic z grubego melanżu, ucieka z komisariatu by dowieść swojej niewinności.
źródło: http://www.filmweb.pl
W jednej z recenzji przeczytałem, że "Drogówka" to film, któremu absolutnie nic nie można zarzucić. Po seansie stwierdzam, że powyższe zdanie to absurd i nonsens w czystej postaci. Największymi wadami filmu są nieudolna intryga oraz iście hollywoodzkie rozwiązania fabularne. Król zbierając dowody swojej niewinności stopniowo odkrywa, że afera zatacza coraz szersze kręgi. Sięga tak daleko, że wykracza nawet poza Polskę – wspomina się nawet Rzym i Brukselę. To mi się bardzo nie podoba, ponieważ dotychczasowe filmy Smarzowskiego opowiadały raczej kameralne, duszne historie. Wypłynięcie na fabularne szerokie wody zakończyło się niestety spektakularną katastrofą. Ponadto sposób w jaki zwykły policjant drogówki zbiera informacje nadaje się raczej do amerykańskiego thrillera niż polskiego kina. Dynamiczne ucieczki po dachach budynków, włamania, hakowanie laptopów i telefonów jakoś nie przystają do naszej przasnej rzeczywistości. I jeszcze te wszędobylskie macki układu, który czuwa nad wszystkim i wszędzie ma swoich ludzi. Poza tym Smarzowski wprowadził do "Drogówki" kilka wątków, których po prostu nie mogę zaakceptować. Ksiądz w burdelu czy motyw z dzieckiem Banasia (Eryk Lubos) odbieram jako zagrywkę najniższych lotów, mniej więcej na poziomie występów kabaretowych Cezarego Pazury. Nie rozumiem też czemu miało służyć wkładanie do filmu bezsensownych scen opartych o suchary z Kwejka. Rozumiem, że nie wszyscy widzowie odwiedzają ten portal każdego dnia, ale bitch please! Nie po to wydaję na bilet zawrotną kwotę 7 PLNów, żeby momentami mieć wrażenie, iż oglądam jakiś padaczne dzieło Olafa Lubaszenki!
Ultimate hustla w akcji :)
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Jak widać powyżej akapit hejtów osiągnął obszerne rozmiary. Ale czy "Drogówka" jest filmem fatalnym i kompletnie nieudanym? Otóż nie. Żale wynikają raczej z ogromnego rozczarowania, ponieważ w dziele Smarzowskiego pokładałem naprawdę wiele nadziei. Na pewno plus mogę zaliczyć nakreślenie zjawisk takich jak wszechobecny syf, brak moralności, alkoholizm, narkomania, prostytucja, korupcja czy rasizm. Reżyser stworzył zatem bardzo ciekawe i brudne ramy opowieści, aczkolwiek wypełnił je miałką treścią. Mimo wielu sucharów, kilkanaście żartów wypadło autentycznie zabawnie. Udało się ponadto wykreować dobre postacie z krwi i kości, a także zebrać świetną grupę aktorów, która tego nie spierdoliła koncertowo. Bohaterów jest cała rzesza, więc nie widząc sensu opisywania każdego z nich skupię się jedynie na tych, którzy najbardziej zapadli mi w pamięć. Bartłomiej Topa w roli sierżanta Króla wypadł bardzo dobrze, a kurwa, kurwa, kurwa w jego wykonaniu to pod względem emocjonalnym kwestia godna Bogusława Lindy z najlepszych lat. Partnerująca mu na ekranie Julia Kijowska również zasłużyła na oklaski. W filmie Smarzowskiego nie mogło naturalnie zabraknąć Mariana Dziędziela oraz Arkadiusza Jakubika. Ten drugi wciela się w moją ulubioną postać z "Drogówki". Sierżant Petrycki to sympatyczny i bezwzględny ruchatron, który okazji na zaspokojenie swoich żądzy nie odpuści nawet pełniąc służbę w czasie uroczystości religijnych. Ponadto występuje chyba w najlepszej scenie filmu – koniecznie sprawdźcie pytanie o krasnoluda. Oprócz wyżej wymienionych cała rzesza znanych i uznanych m.in.: Eryk Lubos, Jacek Braciak, Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Adam Woronowicz, Agata Kulesza i tak by można jeszcze wymieniać i wymieniać.
źródło: http://www.filmweb.pl
Długo zastanawiałem się jaką ocenę wystawić "Drogówce". Głównym tematem rozważań była kwestia czy film Smarzowskiego zasługuje na sześć gwiazdek czy też nie? Niestety po tym, co zobaczyłem w kinie, 6/10 stało się najwyższą notą jaką mogłem wystawić bez oszukiwania samego siebie. Po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, że jednak pierwsza quasi dokumentalna część oraz aktorstwo i niektóre motywy usatysfakcjonowały mnie na tyle, iż mogę utrzymać pierwotną ocenę. Mam świadomość, że wielu osobom "Drogówka" może się spodobać, szczególnie jeśli nie miały wcześniej wielkich oczekiwań wobec tego filmu. Mi niestety pozostaje ubolewanie nad pierwszą poważną klęską Wojciecha Smarzowskiego.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 6/10.

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Obława"

Korzystając z Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie pod Baranami postanowiłem obejrzeć parę hitowych produkcji, które z powodu braku zgodności hajsu umknęły mi w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Wiadomo przecież nie od dziś, że oglądanie filmów na wielkim ekranie trochę wypacza ich percepcję oraz zwyczajowo podnosi ich ocenę. Niemniej zawsze ciekawie wypadają potem zestawienia wrażeń kinowych oraz telewizyjno-komputerowych. Jakiś czas temu recenzowałem "Argo", a tym razem przyszedł czas na polskie kino wojenne, czyli "Obławę". Muszę przyznać, że Marcin Krzyształowicz, reżyser i scenarzysta filmu w jednej osobie, to dla mnie kompletny no name. Wybaczcie tę zaawansowaną ignorancję, ale w ostatnich latach mam fatalne doświadczenia z polską kinematografią, więc nie zawsze wiem who is who. Na samą myśl o rodzimym kinie wojennym dostaję spazmów, bo czekają mnie przygody z produkcjami typu "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć" czy też "Tajemnica Westerplatte". Czytałem jednakże parę recenzji "Obławy", na podstawie których stworzyłem sobie pozytywne wyobrażenie filmu Kryształowicza. Czy się zawiodłem przekonamy się poniżej.
Jak na polskie realia plakat nie żenuje...
(źródło: http://film.wp.pl)
Akcja "Obławy" rozgrywa się późną jesienią 1943 roku. Kapral Wydra (Marcin Dorociński) pełni funkcję egzekutora w leśnym zgrupowaniu AK porucznika Maka (Andrzej Zieliński). Swoje zadania wykonuje zwykle bezbłędnie, aczkolwiek jest mocno zafascynowany oddziałową sanitariuszką Pestką (Weronika Rosati). I nie chodzi tutaj raczej o romantyczną, platoniczną miłość. Z powodu zbliżającej się zimy w oddziale zaczyna być słabo z prowiantem, a na dodatek dowódca spodziewa się, że w ciągu najbliższych tygodni Niemcy zorganizują tytułową obławę. Wydra dostaje zatem kolejne zadanie: ma przyprowadzić na przesłuchanie oskarżonego o kolaborację z hitlerowcami lokalnego, jakbyśmy dziś powiedzieli, biznesmena, Kondolewicza (Maciej Stuhr). Z pozoru proste zadanie przynosi jednakże nieoczekiwane konsekwencje.
źródło: http://film.wp.pl
"Obława" rozpoczyna się po prostu genialnie. W otwierającej scenie widzimy jedynie plecy żołnierza mówiącego śląską gwarą, który przemierza leśną gęstwinę rozmawiając z niewidocznym Wydrą. Konwersacja na temat przedwojennego futbolu oraz motyw z drużyną Gestapo Kielce po prostu mnie zmiażdżyły! Już wtedy wiedziałem, że film Kryształowicza będzie wielki. Reżyser odszedł od typowego dla polskiego kina sposobu ukazywania wojny. W "Obławie" nie znajdziemy heroizmu, uczuć patriotycznych oraz bezwarunkowego ukochania ojczyzny. I całe szczęście, ponieważ mam dosyć w polskiej kinematografii dziadków pokroju Andrzeja Wajdy (człowieku zrobiłeś "Kanał" oraz "Popiół i diament" - co się z tobą stało?!) czy Jerzego Hoffmana. Tutaj nie ma chłopców w pięknych i czystych mundurach, dla których honorowa śmierć za ukochaną Polskę to największy zaszczyt. Wojna jest brudna, bezwzględna i dehumanizująca. Oddział Maka stacjonujący w leśnej głuszy nie ma co jeść, więc kucharz zbiera sromotniki, dzięki którym jego babka przeżyła wielki głód na Ukrainie. Część partyzantów nie ma nawet mundurów i korzysta ze zdobycznego na Niemcach odzienia. Co ciekawe zarówno oficerowie, jak i zwykli żołnierze, nie posługują się literacką polszczyzną cytując w wolnych chwilach klasykę polskiej literatury, lecz bluzgają na potęgę. Delikatnie mówiąc aluzje seksualne są na porządku dziennym. Wojakom nie obce są choroby, a chłód panujący w ich ziemiankach można było niemal odczuć w sali kinowej (przy czym na dworze było akurat 36.6 stopni C).
źródło: http://film.wp.pl
Film Kryształowicza imponuje pięknymi plenerami (szczególnie chodzi mi o leśne ostępy), świetnym, gęstym klimatem oraz niezwykłą dbałością o szczegóły. Jednakże moim zdaniem najlepszym zabiegiem okazały się zabawy z chronologią i perspektywą poszczególnych wydarzeń. Zwykle wyglądało to następująco: najpierw oglądamy efekt działania bohatera, a następnie dowiadujemy się jak do niego doszło. Czasami na opowieść spoglądamy z punktu widzenia różnych postaci, co na pewno urozmaica rozrywkę. Jeżeli miałbym wymienić natomiast jakieś wady "Obławy" to w zasadzie mam dwa zarzuty. Po pierwsze jest to w końcu film wojenny, więc jeżeli decydujemy się zrobić scenę walki z Niemcami, to powinna ona wyglądać dobrze i być utrzymana na poziomie realizmu całości. Niestety Wydra to superheros: ma 100% celność oraz rzut granatem opanowany do mistrzostwa – jak tylko rzuci to co najmniej dwa fragi gwarantowane. Można to było zrobić zdecydowanie lepiej. Drugi zarzut dotyczy natomiast obsady. Uważam, że Kryształowicz mógł zaangażować do obsady ról drugoplanowych większą ilość no name'ów. Nie dość, że zaoszczędziłby na budżecie, to jeszcze wykazałby się oryginalnością. Niemniej opisane powyżej wady filmu nie wpływają drastycznie na jego odbiór, ponieważ dobry scenariusz, świetne wykonanie oraz mocarna gra aktorska dominują wrażenia z seansu.
źródło: http://film.wp.pl

Najlepsze role w filmie? Bez wątpienia Marcin Dorociński oraz Maciej Stuhr! Wydra w wykonaniu tego pierwszego to postać magnetycznie przyciągająca uwagę, za co należą się wielkie brawa aktorowi. Oklaski także dla scenarzysty, gdyż nie jest to bohater nieskalany i wyraźnie ciążą na nim demony przeszłości. Jeszcze lepiej wypada Kondolewicz – człowiek odpychający, ale zarazem w pewien sposób fascynujący. Na pewno nie można powiedzieć, że jest to typowy czarny charakter, ponieważ momentami wykazuje się zaskakującą dobrocią. Maciej Stuhr udowodnił, że jest niezwykle utalentowanym aktorem. Jeśli chodzi o role kobiece to zdecydowanie chciałbym wyróżnić Sonię Bohosiewicz za kreację żony Kondolewicza. Oszczędna, ale niezwykle przekonująca gra aktorska. Nie będę natomiast rozpływał się nad Weroniką Rosati, ponieważ jej Pestka jakoś nie przypadła mi do gustu. Dobrze dostosowano jej wygląd do ówczesnych realiów, ale poza tym wypadła moim zdaniem niezbyt wiarygodnie. W rolach drugoplanowych zamiast no name'ów zastępy znanych aktorów (nie zawsze potrzebnie) m.in.: Andrzej Zieliński, Bartosz Żukowski, Alan Andersz, Andrzej Mastalerz, Witold Dębicki.
źródło: http://film.wp.pl
"Obława" to naprawdę mocarne kino, chociaż tak naprawdę trudno uznać ją za film wojenny sensu stricto. Jeśli liczycie na epickie boje partyzantów z siepaczami III Rzeszy to będziecie z pewnością rozczarowani. Znacznie bliżej tutaj do najlepszych produkcji Wojciecha Smarzowskiego. Bohaterowie nie mogą być rozpatrywani jedynie w kategoriach dobra i zła – każdy z nich jest przynajmniej w części umoczony w niecne postępki, a nawet największy skurwiel potrafi czasem wykazać się zaskakującą dobrocią. Nie jest to zdecydowanie laurka dla AK i stąd prawicowe hejty mogły spaść na Kryształowicza. Moim zdaniem ukazanie zjawisk takich jak znęcanie się nad jeńcami, leśne egzekucje, dekapitacja, kanibalizm czy kolaboracja z Niemcami (de facto jej głównym ośrodkiem jest lokalny kościół) ma głęboki sens i sprawia, że przedstawiona historia jest o wiele bliższa rzeczywistości. Oby więcej takich filmów!
źródło: http://film.wp.pl

Ocena: 8/10.

sobota, 4 maja 2013

"Jesteś bogiem"

Kaliber 44 otworzył moją głowę na hip hop. Chociaż minęło wiele lat i przesłuchałem dziesiątki, a może nawet setki płyt, to w dalszym ciągu w TOP 5 moich ulubionych polskich albumów rapowych znajdują się Księga Tajemnicza. Prolog oraz W 63 minuty dookoła świata. Gdyby ktoś był zainteresowany to dodam, że resztę stawki uzupełniają Jazz w wolnych chwilach oraz Tylko dla dorosłych Ostrego, a także Światła Miasta Grammatika. Specjalne wyróżnienie natomiast należy się dla Wzgórza Ya-Pa 3 za ich genialny debiutancki album Wzgórze Ya-Pa 3, który pokazał, że można to robić polsku. Chociaż do dzisiejszego dnia ubolewam, że płyta nie wyszła pod oryginalnie planowanym tytułem (Co cię wkurwia? Jebani wąchacze i Huy!). Dlaczego piszę o tym wszystkim? Otóż wybitną rolę w mojej hiphopowej edukacji odegrał Mag Magik I, który w czasach Kalibra wznosił się na wyżyny talentu. Później nie było już aż tak dobrze, bo jak pewnie zauważyliście w zestawieniu nie znalazła się żadna z dwóch płyt Paktofoniki. Niemniej Piotr Łuszcz odpowiada za chyba najbardziej znany polski kawałek rapowy, czyli legendarne Jestem bogiem, które kiedyś znali wszyscy. Po ponad dekadzie od jego tragicznej śmierci na ekrany polskich kin wszedł "Jesteś bogiem" oparty na książce Paktofonika – przewodnik Krytyki Politycznej Macieja Pisuka (nie czytałem) reklamowany jako najbardziej oczekiwany film roku. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę jesienią ubiegłego roku miałem ochotę wybrać się do kina. Niestety był to ciężki okres i po trzykroć pieniądze na bilet zostały zdefraudowane pod parasolami krakowskiej Rotundy.
źródło: http://glamrap.pl
Przed zarysowaniem fabuły należy pamiętać o bardzo ważnym zastrzeżeniu: film Leszka Dawida jest TYLKO oparty na faktach. Oznacza to, że nie można traktować go jako edukacyjnego dokumentu, pokazującego powstawanie Paktofoniki. Dla znawców tematu wiele przedstawionych w filmie wydarzeń jest co najmniej dziwnych, a nawet totalnie bezsensownych – ale do tego wątku powrócimy w dalszej części recenzji. "Jesteś bogiem" przedstawia historię Fokusa, Rahima i Magika. Ten ostatni po wielkim konflikcie opuszcza Kaliber 44 (oczywiście po raz kolejny nie dowiadujemy się dlaczego) i zaczyna działać na własną rękę. Natomiast Fokus i Rahim to młode wilki, które chcą zaistnieć na hiphopowej scenie. Po wielu przejściach chłopcy nawiązują współpracę i rozpoczynają prace nad debiutancką płytą nowego zespołu, marząc o wielkim koncercie w katowickim Spodku.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wspomniałem powyżej "Jesteś bogiem" zostało oparte na faktach i szczerze powiedziawszy jest to pierwsze moje rozczarowanie. Moim zdaniem twórcy powinni zdecydować się pójść w którąś stronę, a tak po prostu stanęli w rozkroku nad przepaścią. Wyimaginowane rozwiązania fabularne i jawne przekłamania rażą mnie ogromnie! Co gorsza przeciętny widz z gimbazy zacznie wierzyć, że tak było naprawdę. I mnie to nie zachwyca! Moim zdaniem najlepszym wzorcem było pójście drogą albo "Control" o Ianie Curtisie z Joy Division albo "8 mili" osnutej niezwykle mocno na wątkach z biografii Eminema, aczkolwiek opowiadającej o fikcyjnym raperze. Niestety Leszek Dawid widocznie za bardzo wziął sobie do serca teksy swojego bohatera i poszedł własną drogą. Podejrzewam, że wielu z Was nie zna historii PFK i może nie wiedzieć o co mi chodzi dokładnie. W tym celu posłużę się kilkoma przykładami. Zanim Magik został członkiem PFK przez wiele lat z Dabem i Joką tworzył Kaliber 44, stając się jednym z najbardziej znanych polskich raperów. Dlatego dziwi mnie niezmiernie, iż w filmie jest ukazany jak jakiś trochę bardziej utalentowany rookie. Gdzież jego legenda? Nie wybaczę twórcom, że prawie kompletnie olali Kaliber, który wyniósł do sławy Magika. Na dodatek pozostałych członków zespołu ukazali jako antypatycznych i przesadnie luzackich hejterów wyśmiewających ułomności nieudolnie rymującego Rahima. Poza tym "Jesteś bogiem" ma totalnie zaburzoną chronologię, ponieważ wedle mojej wiedzy podpartej wywiadami choćby z Dabem, wszyscy zainteresowani poznali się przed rozpadem K44. Zauważmy, że Rahim sam pojawia się gościnnie na pierwszej płycie Kalibra w kawałku Psychodela, a Fokus zrobił do albumu charakterystyczną czcionkę. Ale przecież nie byłoby to dobre dla dramaturgii filmu, nieprawdaż?
W tle plakat Kalibra 44...
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Kolejny zarzut: mam uwierzyć, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich raperów ma problem by nagrać płytę? Naprawdę? Wiele wytwórni (choćby SP Records) po sukcesach Kalibra przyjęłaby jego materiał z pocałowaniem rączki. Scena, w której Magik wydaje ostatnie 15 PLN na kilka minut w studiu, ma chyba wywołać u widza współczucie dla tych biednych chłopców z osiedla. No kurwa, jak to byłby Rychu Peja, który reprezentował najprawdziwszą biedę, to bym może uwierzył. Ale PFK? Sprawdźcie ich teksty, a raczej nie znajdziecie wersów, o tym, że nie mieli hajsu na zupkę chińską. Nie rozumiem, czemu twórcy nie postanowili przekonać widza do zespołu samą muzyką i wprowadzili rzewny wątek straszliwej biedy naszych bohaterów. Ma mi być przykro, że Magik nie miał kasy na studio i sępił od Gustawa najnędzniejsze grosze? No kurwa, to mógł ich nie rozjebać na wszystko inne. Przy jego postaci chcę również zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko. Po śmierci Magika powstał swoisty kult jego osoby, a jego wyznawcy nie są w stanie przyjąć jakiejkolwiek krytyki ich bóstwa. Po filmie Leszka Dawida mogę stwierdzić, że jego image znacznie ucierpiał (przynajmniej dla mnie). Genialna, choć życiowo nie ogarnięta postać, sępiąca każdy grosz i będąca wyjątkowym chujem dla żony. Z Justyną wiąże się wiele żenujących scen i najtańszych rzewnych zagrywek (m.in. scena z telefonem w kiblu, monitoring czy nagłe przebudzenie nad ranem). Patrząc na całokształt ogromnie nie podobała mi się epizodyczność fabularna oraz tendencyjność poszczególnych postaci. Wielki zarzut mam do twórców za dobór koncertowej publiczności, bo wygląda jak najbardziej tragiczna mieszanka z gimbazy.
źródło: http://www.filmweb.pl
W czasie projekcji starałem się w oceanie chujozy wyłowić jakieś plusy. W zasadzie zapamiętałem tyle dobrych scen, że mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Imponujący moment to Magik rymujący Plus i minus na klatce schodowej – to naprawdę robi wrażenie! Niestety, zdecydowana większość filmu nie ma takiej magnetycznej mocy. Podobała mi się także konwersacja Fokusa i Magika rozpoczynająca się od słów "o co Ci chodzi w życiu?" oraz dyskusja na temat Jestem bogiem. Pozytywnie odebrałem również większość scen z Gustawem – swoją drogą kolejna bardzo dobra kreacja Arkadiusza Jakubika. Co do głównych wykonawców to największe brawa należą się oczywiście dla Marcina Kowalczyka wcielającego się w Magika. Chociaż scenariusz nawet w połowie nie wykorzystuje potencjału tej tragicznej postaci to jego odtwórcy należą się mimo wszystko ogromne brawa. Fokus (Tomasz Schuchardt) i Rahim (Dawid Ogrodnik) to dla mnie bezpłciowe i niczym nie wyróżniające się postacie, chociaż bliskie mi osoby mają odmienne zdanie na ten temat. Najbardziej brakowało mi starć charakteru i gorących kłótni między Magikiem i Fokusem. Ich relacje są zdecydowanie zbyt letnie i grzeczne. Wśród ról drugoplanowych warto wyróżnić Przemysława Bluszcza (ojciec Magika), który wyróżnia się na tle bezpłciowych postaci (m.in. Justyny – Katarzyna Wajda). Nie wiem czy nową ambicją Marcina Dorocińskiego jest zagrać w każdym polskim filmie, ale tutaj pojawia się również w epizodzie. W sumie nie wiem po co. Natomiast Kozak (Piotr Nowak) został przerysowany tak bardzo, że jestem gotów poprzeć jego pozew przeciwko twórcom filmu. W „Jesteś bogiem” wygląda niemal jak Mefistofeles polskiego przemysłu fonograficznego, który w zamian za podpisanie kontraktu jest gotów odebrać biednym raperom ich dusze.
źródło: http://www.filmweb.pl
Po ostatniej scenie moja towarzyszka stwierdziła, że nie był to wcale taki zły film i była gotowa wystawić wyższą ocenę niż ja. Szczerze powiedziawszy bardzo trudno mi się zgodzić z jej opinią. Niestety "Jesteś bogiem" nie jest nawet filmem średnim, a buńczuczne slogany o najlepszej produkcji roku wywołują jedynie uśmiech politowania. Do dzieła Leszka Dawida o wiele lepiej pasuje określenie największe rozczarowanie roku albo medialnie napompowany balon, po którego pęknięciu nie pozostaje absolutnie nic. Spojrzenie na powstawanie PFK kaprawym okiem oraz wyraźne ułomności filmu nie pozwalają się cieszyć opowieścią przedstawioną w "Jesteś bogiem". W sumie to nie jest ona nawet specjalnie zajmująca: ot, chłopcy chcą nagrać płytę, ale jakoś im się czasami nie chce, a na dodatek nie mają hajsu. Przez większość filmu miałem w dupie los głównego bohatera, a jego koleżków to już w ogóle, więc nie świadczy to zbyt dobrze o dziele Leszka Dawida. Zdecydowanie nie polecam "Jesteś bogiem" i bardzo cieszę się, że nie poszedłem na film do kina. Pozycja obowiązkowa jedynie dla bezkrytycznych wyznawców kultu Magika.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 4/10.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Krugerandy"


Kolejne starcie z polskim kinem zakończyło się epicką porażką. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć kto, po co i dlaczego w taki sposób postanowił nakręcić "Krugerandy". Drugi problem jaki mnie dotknął po projekcji to nieadekwatność przyjętej skali oceniania. To jest po prostu niemożliwe, aby w jakikolwiek można było porównać polskie filmy z innym kinem bez obrazy dla tego drugiego. To co wczoraj zobaczyłem to było już prawdziwe przegięcie. Najgorsze, że nie była to durna komedia dla ludzi debilów, ale niby film poważny, za który reżyser Wojciech Nowak dostał nominację do Złotych Lwów (na szczęście w Gdyni, a nie w Wenecji). W zasadzie nie mogę uwierzyć w tę nominację i wypieram to ze świadomości.
źródło: http://alejka.pl/
Pierwsze żale wylane, więc mogę przejść do konkretów. "Krugerandy" to historia grupy przyjaciół z małego miasteczka kończących właśnie lokalne technikum. Jak powszechnie wiadomo miejsca takie nie są zbyt perspektywiczne, to też panuje w nich totalna chujoza oraz brak nadziei na lepsze życie. W filmie ukazano to raczej słabo i nieprzekonywująco. Chcąc się wyrwać z zaklętego kręgu ubóstwa Ragnara Nurkse młodzież wstępuje na drogę zbrodni wykonując zlecenia dla lokalnego bonza. Zuchwałe akcje nacechowane są niestety głębokim upośledzeniem zarówno ze strony geniusza zbrodni, jak i wykonawców. Tego się nie da opisać – to trzeba zobaczyć! Przy tym filmie "Młode wilki" są prawdziwym arcydziełem! Zresztą porównywać "Młode wilki" do tego gówna to jest ogromna obraza. Pod względem fabularnym nawet "Lejdis" są lepsze (w życiu się nie spodziewałem, że to napiszę).
źródło: http://aleksandraniespielak.com/film.html
Obsada za to wspaniała: Dorociński, Stuhr, Żukowski (wygląda jak Two Face), Tyszkiewicz, Trela. Skoku na kasę tu zdecydowanie nie było, więc nie rozumiem motywów uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Aktorstwo w filmie to prawdziwy żal, jedynie daje radę przekonująco zagrać Trela i może częściowo Tyszkiewicz. I właśnie z powodu Jerzego Treli „Krugerandy” dostają jedną gwiazdkę, a nie zero (zresztą jak powszechnie wiadomo na IMDb najniższą oceną jest 1/10). Przewrotnie napiszę, iż polecam ten film – zobaczcie jak wygląda prawdziwe polskie gówno. Ktoś w jakiejś recenzji napisał, że zmarnowano potencjał na dobre kino – ani przez chwilę żadnego potencjału nie ujrzałem. Co gorsze, film nie jest wcale zabawny, nawet w niezamierzony sposób i się ogromnie dłuży. „Krugerandy” mogą spodobać się jedynie ultra ortodoksyjnym fanom Dorocińskiego. Totalna porażka.

Ocena: 1/10.