Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kinga Preis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kinga Preis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

"Córki dancingu" ("The Lure")



Jakiś czas temu nastały wakacje, a wraz z nimi dziesiąta już edycja Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. Świetny, a przede wszystkim wyjątkowo tani (w tym roku większość biletów po 7.00 PLN, natomiast hity po dyszkę), festiwal corocznie pozwala mi na nadrobienie zaległości z produkcji filmowych z ostatnich miesięcy. W tym roku, podobnie zresztą jak i w zeszłym, postanowiłem skupić się na polskich przedsięwzięciach, ponieważ jak wszyscy doskonale wiecie niekiedy występują poważne problemy z ich pozyskaniem, a dodatkowo można narazić się na nieprzyjemne sankcje. Na pierwszy ogień wybrałem "Córki dancingu" w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej, będące jej pełnometrażowym debiutem. Chociaż film kwalifikowano przeważnie do kategorii musical, do której żywię raczej ambiwalentne uczucia, to zaintrygowała mnie recenzja, którą przeczytałem jeszcze w okresie kinowej premiery. Ponieważ przeważnie szumne zapowiedzi typu tego jeszcze nie widzieliście okazują zwykłym pierdoleniem (aczkolwiek w przypadku "Disco Polo" było inaczej), to postanowiłem zostawić sobie seans na lepsze, wakacyjne (a przede wszystkim tańsze) czasy.
źródło: http://www.imdb.com
Akcja filmu rozgrywa się w przaśnej Warszawie, prawdopodobnie z początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Prawdopodobnie, ponieważ tak jak w przypadku "Disco Polo" czas i miejsce tak naprawdę nie mają większego znaczenia dla rozwoju fabuły. Podupadający zespół muzyczny Figi i Daktyle, złożony z Wokalistki (Kinga Preis), Perkusisty (Andrzej Konopka) oraz Basisty (Jakub Gierszał), w trakcie srogiego melanżu nad brzegiem Wisły poznaje dwie, młode syreny. Ponieważ okazuje się, że zarówno Złota (Marta Mazurek) jak i Srebrna (Michalina Olszańska) zostały obdarzone znakomitymi wokalami (w sumie jak na syreny przystało), to uzyskują natychmiastowy angaż w lokalnym klubie nocnym, zarządzanym przez Kierownika (Zygmunt Malanowicz). Dziewczyny, dzięki swoim niezwykłym zdolnościom, osiągają niebywały sukces, ale z czasem zaczynają podążać coraz bardziej odmiennymi drogami, a na dodatek pojawia się z problem z okiełznaniem krwiożerczej, syreniej natury.
źródło: http://www.imdb.com
Jakkolwiek nie ocenicie "Córek dancingu" to musicie przyznać jedno: z pewnością jest to jeden z najbardziej oryginalnych (jeśli w ogóle nie najoryginalniejszy) polskich filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Rozumiem, że "Disco Polo" wydawało się sporym krokiem naprzód, ale debiut reżyserski Agnieszki Smoczyńskiej poszedł hektariony dalej. Oczywiście jest to wariacja na temat Małej syrenki (raczej gorzkiej baśni Hansa Christiana Andersena niż wersji Disneya), aczkolwiek wyjątkowo mocno osadzona w polskiej baśniowo-przaśno-absurdalnej rzeczywistości. Sama fabuła filmu nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale pamiętajmy, że przede wszystkim jest to musical, a nie złożony dramat psychologiczny. Oczywiście jestem niemal w 100% pewny, że takiego połączenia musicalu z komedią oraz horrorem jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć. Z tego powodu też mogę przymknąć oko na raczej sztampowo poprowadzony wątek  nieodwzajemnionej miłości syreny do człowieka czy typowe siostrzane konflikty wynikające z odmiennej psychiki syren. Film epatuje tak znakomitym, oniryczno-narkotycznym klimatem (cytując Grażkę: oni wszyscy wyglądają jakby się naćpali), że fabuła ma znaczenie drugorzędne. Dodatkowo, jak na musical, jest to niezwykle brutalne kino, pełne hektolitrów krwi, wyrywania serc czy odgryzionych kończyn. W tym miejscu należą się wielkie brawa za efekty specjalne, ponieważ wyglądają naprawdę świetnie.
źródło: http://www.imdb.com
Gdy na ekranie pojawiła się czołówka, gdzieś z końca sali padło niedowierzające pytanie: to jest polski film? I naprawdę, przynajmniej pod względem realizacyjnym, nie sposób dziwić się pytającemu. "Córki dancingu" są zrealizowane po prostu znakomicie: od razu widać, że dopieszczono każdy detal w konkretnym kadrze. Za najlepszy przykład mogą posłużyć występy sceniczne oraz epicka sekwencja z monstrualną wprost liczbą statystów w socjalistycznym centrum handlowym. Mnie osobiście najbardziej do gustu przypadł statek pogrążony w gęstej mgle – trudno stworzyć lepszy klimat! Jako musicalowy laik muszę przyznać, że piosenki oraz układy taneczne zaprezentowane w filmie były dla mnie całkiem przystępne w odbiorze. Na ekranie przewija się ponadto bardzo wiele (naprawdę!) nastoletniej nagości, co oczywiście nie powinno nikomu przeszkadzać, a ponadto może zostać nawet uznane za zaletę tej produkcji.
źródło: http://www.imdb.com
Jeśli chodzi o obsadę aktorską to szczerze napisawszy nie uświadczyłem lipy. Odtwórczynie głównych ról, Marta Mazurek oraz Michalina Olszańska, zagrały wprost koncertowo i pozostaje tylko nadzieja, że będąc obecnie u progu sławy dostarczą nam jeszcze wiele rozrywki w najbliższych latach. Ich sukces został na szczęście podparty znakomitymi rolami drugoplanowymi. Nie od dziś wiadomo, że Kinga Preis to klasa sama w sobie, ale warto również wyróżnić Andrzeja Konopkę, Zygmunta Malanowicza czy Marcina Kowalczyka wcielającego w tajemniczego Trytona. Na ich tle znacznie słabiej błyszczy gwiazda Jakuba Gierszała, który chyba od jakiegoś czasu postanawia grać tak samo w każdym filmie. Może czasem przydałaby się jakaś odmiana? W rolach epizodycznych ciekawe występy zaliczyli m.in. Katarzyna Herman (milicjantka), Magdalena Cielecka (Boskie Futro) czy Grzegorz Stelmaszewski (lokalny wykidajło).
źródło: http://www.imdb.com
Wydaje mi się, że "Córki dancingu" padły troszkę ofiarą swojej przełomowości. Przeciętny widz nie jest w stanie docenić wielkości tego filmu i potraktuje go jako absurdalną, kompletnie niezrozumiałą produkcję o jakiś krwiożerczych syrenach i trytonach. Janusze nie docenią przecież niezwykle lekkiej i przewrotnej zabawy konwencją, co zresztą widać wyraźnie po ocenach filmu na Filmwebie. Dla mnie natomiast produkcja wyreżyserowana przez Agnieszkę Smoczyńską to absolutnie wyjątkowe jak na polskie realia przedsięwzięcie i mam nadzieję, że w przyszłości kolejni twórcy będą mieli odwagę pójść jeszcze dalej w radosnej zabawie konwencją.
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 8/10.

środa, 22 października 2014

"Bogowie"



Recenzję planowałem rozpocząć od frazy: Mam dosyć mieszane uczucia odnośnie filmów i seriali medycznych. Jednakże niemal w tej samej chwili, gdy rodził się koncept początku, zdrowy rozsądek krzyknął tak mocno, że aż zatrzęsły się ściany mojego nieskromnego apartamentu na dziewiątym piętrze w bloku: Hipokryto totalny, a osiem sezonów "House M.D." obejrzało się samo? Gdzieżeś był wtedy? Mózg ci się wyłączył? Wobec potęgi i trafności tegoż argumentu ugiąłem się i postanowiłem zweryfikować zdanie otwierające. A zatem errata: mam dosyć mieszane uczucia odnośnie filmów i seriali medycznych, których głównych bohaterem nie jest aspołeczny, sarkastyczny mizantrop uzależniony od Vicodinu. Lepiej? Na pewno bardziej zgodnie z prawdą. Nie byłem nigdy zafascynowany "Ostrym Dyżurem", chociaż oglądałem go sporo w dzieciństwie (kiedyś nie było internetu i tylu kanałów, co dzisiaj – true story), a potem nie jarałem się "Grey’s Anatomy". W zasadzie jedyny, poza "House M.D.", serial rozgrywający się w szpitalu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie to genialne "Garth Marenghi’s Darkplace" – aczkolwiek jest to całkowicie inna bajka i praktycznie nie związana z medycyną w rozumieniu tradycyjnym. Z tychże powodów dosyć niemrawo zbierałem się do obejrzenia filmu "Bogowie", chociaż zewsząd dochodziły głosy jakaż to wspaniała produkcja itp. Jednakże ponieważ nie mam skłonności do ulegania masowej histerii miałem to głęboko we dupie. Czarę przepełniła dopiero odważna deklaracja mojej serdecznej koleżanki z Tarnobrzega oraz jej hipoteza, iż produkcja Łukasza Palkowskiego może urzec nawet moje wybredne gusta. Powiedziałem: zobaczymy! I oto zobaczyłem.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wszyscy już pewnie wiedzą "Bogowie" to historia czołowego polskiego kardiochirurga schyłkowego okresu PRL, czyli prof. (a wtedy jeszcze docenta) Zbigniewa Religi (Tomasz Kot). Odważny, młody lekarz po stażu w USA często podejmuje ryzykowne decyzje by ratować ludzkie życie. Jednakże w czasach skostniałej, ludowej medycyny nie znajduje zrozumienie u kolegów. Marzeniem Religi jest przeprowadzenie transplantacji serca, aczkolwiek po nieudanej próbie prof. Molla (Władysław Kowalski) tego rodzaju operacja staje się tematem tabu w środowisku. Gdy przełożony naszego bohatera, prof. Sitkowski (Jan Englert) oświadcza, że dopóki jest żyw nie zezwoli na tak ryzykowną operację w jego przybytku, Religa pakuje manatki i przenosi się do Zabrza by spróbować od zera zrealizować swoje marzenie.
źródło: http://www.filmweb.pl
Na seans wybrałem się w poniedziałek, w godzinach wieczornych, do krakowskiego kina Mikro. Nie spodziewałem się tłumów, licząc, że jak sala zapełni się w połowie to będzie dobrze. Rzeczywistość jednakże zweryfikowała moje oczekiwania: sala wypełniona była do ostatniego miejsca, a na dodatek obsługa sprzedała więcej biletów (czyżby lewe hajsy?) i trzeba było dostawić kilka krzeseł. Gdy światła zgasły i rozpoczęła się projekcja, zacząłem się zastanawiać czy sponsorów będzie więcej niż na "Mieście 44". O dziwo, nie! Zamiast rzeszy sponsorów wymieniono jedynie jedną firmę, będącą mecenasem produkcji (oczywiście mogę podać jej nazwę za drobną opłatą – przecież mi również hajs musi się zgadzać!). Pierwsza rzecz, jaką należy odnotować odnośnie samego filmu, to fakt, że wciąga i to bardzo. Kompletnie nie spodziewałem się, iż pomimo tak obcej z mojego punktu widzenia tematyki, zanurzę się na dwie godziny w świecie Religi. Reżyser Łukasz Palkowski (w dorobku całkiem niezły "Rezerwat") nakręcił "Bogów" bardzo nowocześnie, wyraźnie inspirując się hollywoodzkimi produkcjami. Nie mogło się oczywiście obyć bez wspólnego budowania kliniki, zabawnego rekrutowania personelu, nieoczekiwanych zbiegów okoliczności czy też muzycznych wstawek. Przeważnie ogląda się to znakomicie, akcja pędzi w zawrotnym tempie, a widz nie może narzekać na nudę. I to właśnie chodzi i w tym tkwi niemal cały przepis na sukces! Uważam, że "Bogów" można bez najmniejszego przypału eksportować by odnieśli również sukces poza granicami Polszy.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Bogowie" znakomicie oddają realia PRL – wielkie brawa za te wszystkie stare auta, meblościanki i duszne partyjne biura. Przy czym klimat poprzedniego ustroju nie przytłacza widza mentalnie. Nie szukajcie tu ciężkich motywów typu Janek Wiśniewski padł. Religa unika ówczesnej władzy, ograniczając kontakty do niezbędnego minimum (chociaż Artur Dziurman w roli zabrzańskiego dygnitarza wypada bardzo sympatycznie). Film idealnie łączy w sobie lekkość oraz humor z momentami naprawdę poważnymi. Dialogi są naprawdę doskonałe i nieraz wywoływały salwy śmiechu na widowni (mój ulubiony: A kim pan jest? Aaa, akurat tędy przechodziłem). Trudno mi powiedzieć cokolwiek o realizmie operacji, tutaj musiałbym zasięgnąć konsultacji w mieście ŁDZ, aczkolwiek po liczbie filmowych ekspertów wymienionych w napisach końcowych muszę wnioskować, że było dobrze. Oczywiście nie da się ukryć, że "Bogowie" mają także pewne wady. Momentami film wydawał mi się trochę zbytnio teledyskowy i zanadto uproszczony. Również zbieg okoliczności, który pozwolił pozyskać fundusze na działalność kliniki jest raczej mało realistyczny, aczkolwiek mało wiem o duchu tamtych czasów. Część wykorzystanych piosenek jest wprost uderzająco trywialna i naprawdę sądzę, że można było zrobić lepszą robotę przy ścieżce dźwiękowej. I na koniec jeszcze jeden, nie do końca poważny przytyk: obsada pielęgniarek jest zbyt idealna!
źródło: http://www.filmweb.pl
Przechodząc do oceny wysiłków aktorskich od razu należy stwierdzić, że "Bogowie" to teatr jednego aktora. Rola Tomasza Kota jest po prostu nie do zapomnienia! Nie dość, że aktor upodobnił się do prof. Religi fizycznie (charakterystyczne przygarbienie, fryzura oraz chód) to jeszcze znakomicie odegrał wszelkie emocje targające wybitnym chirurgiem (jak on pięknie rzuca bluzgami!). Kot udowadnia tym samym, że jeżeli nie gra w totalnym gównie i naprawdę się postara, aktorski Olimp ma na wyciągnięcie ręki. Z powodu konstrukcji scenariusza postać Religi jest najjaśniejszą gwiazdą, a Tomasz Kot dodatkowo sprawił, że jej blask przyćmiewa wszystko inne. Naprawdę, dawno nie widziałem tak wybitnej roli męskiej w polskiej kinematografii. Warto tutaj zauważyć, że "Bogowie" odchodzą od laurkowego przedstawienia profesora Religi. Nasz bohater poświęca rodzinę dla swojego marzenia, a gdy odnosi porażki chleje na umór – zaprawdę, chwała za to twórcom! Na drugim planie nie ma większego szału, bo naprawdę trudno się wyróżnić, gdy Tomasz Kot jest w tak wybornej formie. Zawsze fajnie zobaczyć reprezentantów starszego pokolenia: Jana Englerta (czemu tak rzadko?!) oraz Mariana Opanię. Młodzież także spisuje się całkiem solidnie i warto wyróżnić sympatycznego Piotra Głowackiego (Marian Zembala) czy choćby Szymona Warszawskiego (Andrzej Bochenek). Brawa należą się również Magdalenie Czerwińskiej, wcielającej się w niełatwą rolę żony herosa. Na koniec warto odnotować występ Mariana Paździocha Ryszarda Kotysa w roli naczelnego adwersarza i hejtera docenta Religi.
źródło: http://www.filmweb.pl
"Bogowie" to znakomite kino i jedna z największych pozytywnych niespodzianek w tym roku. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości by obejrzeć film Łukasza Palkowskiego to porzućcie te mrzonki i ruszajcie natychmiast do najbliższego kina. Świetny Tomasz Kot, wspinający się na aktorski Parnas oraz niezwykle wciągająca fabuła pozwolą Wam zapomnieć o rzeczywistości na bite dwie godziny. Naprawdę warto! Mam nadzieję, że dzięki takim właśnie produkcjom polska mainstreamowa kinematografia odbije się wreszcie od dna.
Słynne zdjęcie Jamesa Stanfielda dla "National Geographic"
źródło: http://ngm.nationalgeographic.com
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Pod Mocnym Aniołem"


Chociaż jestem już w życia wędrówce, na połowie czasu to dotychczas nie miałem żadnej styczności z prozą Jerzego Pilcha. W zasadzie trudno to wytłumaczyć, ponieważ nie raz i nie dwa byłem zdecydowany przeczytać którąś z jego książek, ale widocznie the odds were not in my favor. Niemniej skoro nie wyszło z literaturą, to przy okazji najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego nadarzyła się okazja, by sprawdzić jak wypada twórczość Pilcha na dużym ekranie. Jednakże trailer "Pod Mocnym Aniołem" nie zapowiadał wybitnego kina. Co więcej, od razu przywoływał skojarzenia z niezbyt dobrą "Drogówką", którą z nieznanych mi przyczyn (czyli hajs się musi zgadzać) hołubili wszelacy recenzenci. Zapowiedź sprawiała wrażenie bardzo zabawowego kina – podłożenie słynnego motywu z "Zorby" do dziś wydaje mi się wyjątkowo miałkim chwytem. Do tego żenujące (przynajmniej dla mnie) tag line: Film, który zachwieje Polską. What the fuck?! Rozumiem, że czasem trzeba grać pod publikę, ale przecież Smarzowski nie słynie z kręcenia filmów dla plebsu. Ostatecznie okazało się, że te wyjątkowe okoliczności nie są na tyle porażające by odpuścić sobie kinową projekcję "Pod Mocnym Aniołem". Zebrawszy solidną ekipę udaliśmy się do krakowskiego kina Kijów. Wspominam o tej lokalizacji, ponieważ tuż przed seansem mieliśmy okazję zobaczyć błyskotliwą akcję miejscowej prewencji, którą można jedynie skomentować hasłem – Mój kraj, taki piękny (R.I.P. Życie i Śmierć). Co z tego, że na krakowskich osiedlach ludzie giną od maczety, skoro najpoważniejszym przestępstwem jest rzucenie peta na chodnik (bo oczywiście kosza na śmieci brak)?
źródło: http://www.filmweb.pl
"Pod Mocnym Aniołem" to opowieść o znanym pisarzu Jurku (wyraźne wątki autobiograficzne Pilcha), który zmaga się z alkoholizmem. Nie jest to jednakże nałóg postępujący, ba nawet nie dowiadujemy się z jakiego powodu bohater zaczął pić tak brutalnie – zresztą w kontekście tej historii nie ma to większego znaczenia. Jureczek nie tyle pije, co raczej chleje totalnie. Cały jego żywot to pasmo nieustających libacji, z rzadka przerywanych pobytem w ośrodku dla uzależnionych. Jednakże muszę Was przestrzec: nie liczcie nie linearną fabułę. "Pod Mocnym Aniołem" to po prostu zbiór randomowych scen z życia Jurka i jego kompanionów: libacje, odwyk, halucynacje pod wpływem, majaki oraz imaginacje. Czas ani tym bardziej realność wydarzeń nie mają żadnego znaczenia. W zasadzie poszczególne sceny można sobie zaaplikować w dowolnej kolejności, a finalny efekt i tak będzie taki sam.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
"Pod Mocnym Aniołem" wpisuje się w dosyć szeroki nurt filmów poruszających temat alkoholizmu. Jednakże Wojciech Smarzowski, zgodnie ze swoim stylem, przedstawia picie jako proces dążący do totalnego upodlenie człowieka. Na ekranie oglądamy zatem wszystkie możliwe efekty uboczne hardcorowych libacji, totalny syf i brud (m.in. regularne taplanie się gunwie i wymiotach bez względu na płeć). Nie wiem jakie macie doświadczenia z alkoholizmem, ale mając styczność z paroma alkoholikami w żaden w sposób nie jestem zaskoczony tym, co widziałem na ekranie. Film Smarzowskiego nie próbuje na szczęście pouczać widza by przestał pić – w zasadzie spoglądając na niektórych moich towarzyszy z seansu wywołał efekt kompletnie odwrotny. U mnie natomiast pogłębił pewną refleksję. Nie raz po kolejnym melanżu, budząc się po 16 w fatalnym stanie, zastanawiałem się ile mi jeszcze brakuje do przekroczenia cienkiej, czerwonej linii? Jak blisko jestem by dzierżąc życie w reklamówce żulówce ze sztajnesami stać na winklu przy wspomnieniach i wódce? Możliwe, że już znalazłem się na linii pochyłej. Zważywszy, że piszę recenzję sącząc chilijski merlot jest to niezwykle interesująca kwestia. Nie raz w stanie upojenia podejmowało się fatalne w skutkach decyzje, jednakże absolutnym hitem dla mnie pozostaje pewien zakład z czasów licealnych. Mocno nietrzeźwy znajomy w trakcie partii bilarda założył się o własną dziewczynę i … przegrał. O skutki zakładu nie pytajcie, równie dobrze mogliście tam być. Tymczasem skończmy prywatę i wróćmy do filmu Smarzowskiego.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak już wspomniałem powyżej "Pod Mocnym Aniołem" ma dosyć epizodyczną formę. Niektóre sceny mogą bawić (szósta w południe), inne autentycznie odstręczać naturalizmem, ale niestety do większości filmu mam stosunek całkowicie obojętny. Nie mam zamiaru czepiać się rozwiązań fabularnych, ponieważ Smarzowski ekranizuje powieść Pilcha. Niemniej, jeżeli książkowy oryginał ma taką samą formę, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego filmować coś, czego dobrze sfilmować się nie da? Nie wiem jakie motywacje stały za Smarzowskim, gdy podejmował tę decyzję, ale patrząc na końcowy efekt jestem przekonany, że był to nietrafny wybór. Oglądając film ani przez chwilę nie czułem żadnej wizji reżysera, nie dostrzegłem również niczego, co spięłoby perypetie Jurka w jakąś całość. Większość akcji rozgrywa się w Krakowie, więc miło zobaczyć na ekranie ulice, po których stąpam na co dzień. Honor tytułowej knajpy pełniła Cafe Szafe na ul. Felicjanek. Do tego dodano wiele scen m.in. na Plantach (chyba moje ulubione ujęcia z ogorzałym ryłem Jurka i butelką wódki), Rynku czy też nad Wisłą. Niemniej pod względem scenografii pojawiają się pewne zgrzyty. Jeżeli mamy retrospekcję z 1997 roku to troszkę mało realne wydaje się być picie wódki Krupnik, która po prostu jeszcze wtenczas nie istniała. Swoją drogą na ekranie leją się hektolitry Maximusa, więc muszę pochwalić producenta tego trunku za niebywale odważny product placement.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Jak zwykle u Smarzowskiego oglądamy praktycznie te same twarze. Jeden z moich towarzyszy niezwykle trafnie określił to zjawisko jako uniwersum Smarzowskiego. A więc ponownie jest Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik (najlepsza stylówa w całym filmie), Kinga Preis (genialna charakteryzacja i świetna rola), Marcin Dorociński (epizod całkowicie zbędny), Lech Dyblik, Andrzej Grabowski, Agata Kulesza oraz Jacek Braciak. Chociaż lubię i szanuję każdego z tych aktorów, to szczerze powiedziawszy nie mam ochoty oglądać ich w każdym filmie Smarzowskiego. Szczęśliwie w roli głównej obsadzony został Robert Węckiewicz, który w postaci Jurka odnalazł się znakomicie. Nie jest łatwo grać pijanego, gdyż bardzo łatwo można przegiąć i stworzyć komediową kreację. Węckiewicz sprawdził się doskonale i co najważniejsze również wiarygodnie. Partnerująca mu Julia Kijowska niestety nie zrobiła furory, aczkolwiek zagrała bez większego przypału. Adam Woronowicz wypadł całkiem spoko, aczkolwiek jak słusznie zauważyła dziewczyna siedząca za mną w kinie - mógł nie zdejmować czapki. Bardzo podobał mi się swoisty follow up do "Drogówki" - zwróćcie uwagę na policjanta z alkomatem. Po tej jednej scenie można wywnioskować, że Smarzowski ma spory dystans do własnej twórczości.
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Niestety kilka fajnych ról nie zdołało uratować tego filmu. Najlepszym podsumowaniem całości był dźwięk szklanej butelki wrzucanej do kosza tuż przed końcem seansu, co wywołało prawdziwą euforię na sali kinowej. Szkoda, że spontaniczna radość nie wynikała z tego, co działo się na ekranie. Nie da się ukryć, że "Pod Mocnym Aniołem" to kolejne rozczarowanie w twórczości Wojciecha Smarzowskiego. Rozpatrując jego ostatnie dokonania wyraźnie zarysowuje się trend spadkowy. "Drogówkę" można było uznać za wypadek przy pracy, aczkolwiek ekranizacja książki Pilcha udowadnia, że utalentowany reżyser znalazł się na równi pochyłej. Nie miałbym wielkich pretensji, gdyby "Pod Mocnym Aniołem" nakręcił jakiś rookie albo no name. Jednakże od twórcy "Wesela" oraz "Domu Złego" wymagam znacznie więcej – skoro zawiesza się poprzeczkę tak wysoko, to nie można nagle tak drastycznie obniżać poziomu. Pytam zatem rozpaczliwie: quo vadis Wojciechu?
źródło: http://podmocnymaniolem.pl/
Ocena: 5/10.