Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Kowalczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Kowalczyk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

"Córki dancingu" ("The Lure")



Jakiś czas temu nastały wakacje, a wraz z nimi dziesiąta już edycja Letniego Taniego Kinobrania w krakowskim Kinie Pod Baranami. Świetny, a przede wszystkim wyjątkowo tani (w tym roku większość biletów po 7.00 PLN, natomiast hity po dyszkę), festiwal corocznie pozwala mi na nadrobienie zaległości z produkcji filmowych z ostatnich miesięcy. W tym roku, podobnie zresztą jak i w zeszłym, postanowiłem skupić się na polskich przedsięwzięciach, ponieważ jak wszyscy doskonale wiecie niekiedy występują poważne problemy z ich pozyskaniem, a dodatkowo można narazić się na nieprzyjemne sankcje. Na pierwszy ogień wybrałem "Córki dancingu" w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej, będące jej pełnometrażowym debiutem. Chociaż film kwalifikowano przeważnie do kategorii musical, do której żywię raczej ambiwalentne uczucia, to zaintrygowała mnie recenzja, którą przeczytałem jeszcze w okresie kinowej premiery. Ponieważ przeważnie szumne zapowiedzi typu tego jeszcze nie widzieliście okazują zwykłym pierdoleniem (aczkolwiek w przypadku "Disco Polo" było inaczej), to postanowiłem zostawić sobie seans na lepsze, wakacyjne (a przede wszystkim tańsze) czasy.
źródło: http://www.imdb.com
Akcja filmu rozgrywa się w przaśnej Warszawie, prawdopodobnie z początku lat 80-tych ubiegłego stulecia. Prawdopodobnie, ponieważ tak jak w przypadku "Disco Polo" czas i miejsce tak naprawdę nie mają większego znaczenia dla rozwoju fabuły. Podupadający zespół muzyczny Figi i Daktyle, złożony z Wokalistki (Kinga Preis), Perkusisty (Andrzej Konopka) oraz Basisty (Jakub Gierszał), w trakcie srogiego melanżu nad brzegiem Wisły poznaje dwie, młode syreny. Ponieważ okazuje się, że zarówno Złota (Marta Mazurek) jak i Srebrna (Michalina Olszańska) zostały obdarzone znakomitymi wokalami (w sumie jak na syreny przystało), to uzyskują natychmiastowy angaż w lokalnym klubie nocnym, zarządzanym przez Kierownika (Zygmunt Malanowicz). Dziewczyny, dzięki swoim niezwykłym zdolnościom, osiągają niebywały sukces, ale z czasem zaczynają podążać coraz bardziej odmiennymi drogami, a na dodatek pojawia się z problem z okiełznaniem krwiożerczej, syreniej natury.
źródło: http://www.imdb.com
Jakkolwiek nie ocenicie "Córek dancingu" to musicie przyznać jedno: z pewnością jest to jeden z najbardziej oryginalnych (jeśli w ogóle nie najoryginalniejszy) polskich filmów, jakie kiedykolwiek nakręcono. Rozumiem, że "Disco Polo" wydawało się sporym krokiem naprzód, ale debiut reżyserski Agnieszki Smoczyńskiej poszedł hektariony dalej. Oczywiście jest to wariacja na temat Małej syrenki (raczej gorzkiej baśni Hansa Christiana Andersena niż wersji Disneya), aczkolwiek wyjątkowo mocno osadzona w polskiej baśniowo-przaśno-absurdalnej rzeczywistości. Sama fabuła filmu nie jest może szczególnie wyrafinowana, ale pamiętajmy, że przede wszystkim jest to musical, a nie złożony dramat psychologiczny. Oczywiście jestem niemal w 100% pewny, że takiego połączenia musicalu z komedią oraz horrorem jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć. Z tego powodu też mogę przymknąć oko na raczej sztampowo poprowadzony wątek  nieodwzajemnionej miłości syreny do człowieka czy typowe siostrzane konflikty wynikające z odmiennej psychiki syren. Film epatuje tak znakomitym, oniryczno-narkotycznym klimatem (cytując Grażkę: oni wszyscy wyglądają jakby się naćpali), że fabuła ma znaczenie drugorzędne. Dodatkowo, jak na musical, jest to niezwykle brutalne kino, pełne hektolitrów krwi, wyrywania serc czy odgryzionych kończyn. W tym miejscu należą się wielkie brawa za efekty specjalne, ponieważ wyglądają naprawdę świetnie.
źródło: http://www.imdb.com
Gdy na ekranie pojawiła się czołówka, gdzieś z końca sali padło niedowierzające pytanie: to jest polski film? I naprawdę, przynajmniej pod względem realizacyjnym, nie sposób dziwić się pytającemu. "Córki dancingu" są zrealizowane po prostu znakomicie: od razu widać, że dopieszczono każdy detal w konkretnym kadrze. Za najlepszy przykład mogą posłużyć występy sceniczne oraz epicka sekwencja z monstrualną wprost liczbą statystów w socjalistycznym centrum handlowym. Mnie osobiście najbardziej do gustu przypadł statek pogrążony w gęstej mgle – trudno stworzyć lepszy klimat! Jako musicalowy laik muszę przyznać, że piosenki oraz układy taneczne zaprezentowane w filmie były dla mnie całkiem przystępne w odbiorze. Na ekranie przewija się ponadto bardzo wiele (naprawdę!) nastoletniej nagości, co oczywiście nie powinno nikomu przeszkadzać, a ponadto może zostać nawet uznane za zaletę tej produkcji.
źródło: http://www.imdb.com
Jeśli chodzi o obsadę aktorską to szczerze napisawszy nie uświadczyłem lipy. Odtwórczynie głównych ról, Marta Mazurek oraz Michalina Olszańska, zagrały wprost koncertowo i pozostaje tylko nadzieja, że będąc obecnie u progu sławy dostarczą nam jeszcze wiele rozrywki w najbliższych latach. Ich sukces został na szczęście podparty znakomitymi rolami drugoplanowymi. Nie od dziś wiadomo, że Kinga Preis to klasa sama w sobie, ale warto również wyróżnić Andrzeja Konopkę, Zygmunta Malanowicza czy Marcina Kowalczyka wcielającego w tajemniczego Trytona. Na ich tle znacznie słabiej błyszczy gwiazda Jakuba Gierszała, który chyba od jakiegoś czasu postanawia grać tak samo w każdym filmie. Może czasem przydałaby się jakaś odmiana? W rolach epizodycznych ciekawe występy zaliczyli m.in. Katarzyna Herman (milicjantka), Magdalena Cielecka (Boskie Futro) czy Grzegorz Stelmaszewski (lokalny wykidajło).
źródło: http://www.imdb.com
Wydaje mi się, że "Córki dancingu" padły troszkę ofiarą swojej przełomowości. Przeciętny widz nie jest w stanie docenić wielkości tego filmu i potraktuje go jako absurdalną, kompletnie niezrozumiałą produkcję o jakiś krwiożerczych syrenach i trytonach. Janusze nie docenią przecież niezwykle lekkiej i przewrotnej zabawy konwencją, co zresztą widać wyraźnie po ocenach filmu na Filmwebie. Dla mnie natomiast produkcja wyreżyserowana przez Agnieszkę Smoczyńską to absolutnie wyjątkowe jak na polskie realia przedsięwzięcie i mam nadzieję, że w przyszłości kolejni twórcy będą mieli odwagę pójść jeszcze dalej w radosnej zabawie konwencją.
źródło: http://www.imdb.com
Ocena: 8/10.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

"Hardkor Disko"



Jakaż motywacja kierowała mną by wyruszyć do kina na "Hardkor Disko"? Polskie filmy to bardzo często totalnie żenujące kupy gówna, więc wydawanie na nie jakichkolwiek monet wydaje się czystym nonsensem i absurdem. Niemniej w ostatnich czasach wiele zmieniło się na lepsze, aczkolwiek zawsze trzeba być przygotowanym na kindybał w szamocie. Reżyserski debiut Krzysztofa Skoniecznego załapał się do kolejnej, zimowej edycji znakomitego cyklu Sztuka za 6-stkę w krakowskim kinie Ars, więc pomyślałem sobie: Dlaczego nie? Bilet kinowy w cenie piwa w Rotundzie – o taką Polskę przecież walczyłem! Ponadto zainteresował mnie mocno plakat z facjatą Magika Marcina Kowalczyka, jednego z niewielu jasnych punktów chujowego "Jesteś bogiem". Trzeci powód to problemy z dostępnością polskich filmów na The Pirate Bay dosyć długim oczekiwaniem na premierę telewizyjną, jeśli przegapiło się wyświetlanie kinowe. A zatem w mocno średniej formie, po kolejnej piątkowej libacji z elementami odysei alkoholowej, wyruszyłem na spotkanie z przeznaczeniem! Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem była sala, w której oglądałem "Hardkor Disko". Od tegoż bowiem momentu Gabinet w Arsie wywalczył pole position w moim subiektywnym krakowskim rankingu. Przeszywający klimat oldschoolowego kina, znakomity wystrój, kameralność – to lubię! Druga niespodzianka pojawiła się wraz z początkiem projekcji.
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
Fabuła od samego początku nosi w sobie sporą dozę tajemniczości. Głównego bohatera, Marcina (Marcin Kowalczyk), poznajemy bowiem, gdy samotnie zabawia się sporych rozmiarów nożem w opuszczonym lunaparku. Zero wyjaśnień kim jest, skąd przybył i co zamierza. Po prostu dla widza jest to kompletna tabula rasa. Dopiero w momencie, kiedy Marcin wyrusza ze swym stalowym przyjacielem na wyprawę do Warszawy gdzieś na filmowym horyzoncie zaczyna majaczyć makabryczny cel podróży. Jednakże zanim nasz bohater zabierze się za wypełnianie swojej misję za sprawą sympatycznej i otwartej Oli (Jaśmina Polak) pozna nocne alkoholowo-narkotykowe życie stolicy.
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
Nie będę dłużej ukrywał – "Hardkor Disko" urwało mi po prostu dupę. Dawno nie widziałem w kinie tak znakomitego polskiego filmu, który nie dotyczyłby jakiegoś wzniosłego tematu lub wybitnej postaci. Szczęśliwie fabuła nie ma nic wspólnego z typową dla naszej ojczyzny martyrologią lub też reprezentowaniem biedy w śląskich familokach. Reżyserski debiut Krzysztofa Skoniecznego pod wieloma względami jest na wskroś amerykański. Historia przedstawiona w filmie o wiele bardziej wywodzi się z ojczyzny Wuja Sama niż naszej przaśnej, buraczano-cebulowej rzeczywistości. Niedopowiedzenia, aura tajemniczości oraz bohater znikąd to kolejne cechy, które stosunkowo rzadko pojawiają się w większości polskich produkcji. Pod względem fabularnym "Hardkor Disko" to kolejna opowieść o zemście, tym razem wyrachowanej, zaserwowanej na zimno i niemalże pozbawionej jakichkolwiek emocji. Mimo mojego nie najlepszego samopoczucia mocno wciągnąłem się w opowieść Skoniecznego i bardzo żałuję, że jego produkcja trwa jedynie niecałe 90 minut.
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
Wedle informacji, które udało mi się znaleźć w necie, budżet "Hardkor Disko" wyniósł 100 tysięcy PLN. Słownie: sto tysięcy polskich nowych złotych! Nie jestem w stanie potwierdzić tej informacji (pod wieloma względami Filmweb jest lata świetlne za IMDb), ale jeżeli to prawda to Skonieczny za jakieś marne obierki stworzył produkcję, która rozpierdala realizacyjnie 95% współczesnych polskich filmów. "Hardkor Disko" jest znakomicie nakręcony. Zwróćcie uwagę na pracę kamery przy, wydawałoby się, najbardziej banalnych czynnościach – jeździe autem czy choćby wyjściu na taras by zapalić papierosa. Odpowiedzialny za zdjęcia Kacper Fertacz zrobił wyjątkowo dobrą robotę. Wspomniane sceny są jednakże naprawdę niczym przy rzucie koktajlem Mołotowa nakręconym w slow motion oraz drugim wyjściu na miasto Oli i Marcina. Sekwencja zmontowana w teledyskowej manierze ukazująca hedonistyczne aspekty nocnego życia w stolicy to najprawdziwsza i najczystsza maestria. Dla mnie poziom kosmiczny i w Polsce porównywalny jedynie z niektórymi scenami z "Miasta 44". Do tak wybornych wrażeń wizualnych dobrano także znakomitą ścieżkę dźwiękową – niebanalną i przez to pozbawioną taniego sentymentalizmu cechującego produkcje TVN. I gdy połączy się razem te dwa czynniki nawet znienawidzona w Krakowie Warszawa może wydawać się miastem zdatnym do życia! Zaiste, zaskakujące odkrycie!
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
"Hardkor Disko" wymiata również pod względem aktorskim, mimo że obsada jest dosyć kameralna. Marcin Magik Kowalczyk to idealny aktor by wcielić się w postać małomównego, tajemniczego Marcina o hipnotyzującym spojrzeniu. Chłopak po raz kolejny udowadnia, że ma prawdziwy talent i mam nadzieję, że jego kariera rozwinie się wprost proporcjonalnie do ogromnych możliwości. Jednakże po raz kolejny (dokładnie tak samo jak w "Mieście 44") najbardziej spodobała mi się gra głównej bohaterki. Jaśmina Polak znakomicie wcieliła się w Olę, hedonistyczną przedstawicielkę warszawskich bananowców. Widać u niej prawdziwą radość życia, a jednocześnie tęsknotę za czymś trochę głębszym niż cotygodniowe melanże wypełnione anielskim pyłem i alkoholem. Na wielki szacunek zasługują również wyluzowani rodzice Oli, którzy nie zapomnieli wszystkiego za swojej młodości. Najszczersze propsy dla Agnieszki Wosińskiej oraz Janusza Chabiora – znakomicie odegrane małżeństwo z autentyczną ekranową chemią oraz genialna scena śniadaniowa.
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
I teraz zastanówmy się na prostym faktem: skoro reżyser debiutuje tak doskonale to pomyślcie tylko jakież ma nieograniczone możliwości przed sobą! Mam jedynie głęboką nadzieję, że Krzysztof Skonieczny nie okaże się kolejnym one time wonder i nie zmarnuje swojego niebywałego talentu rozmieniając się drobne, ponieważ hajs się musi zgadzać. Ale to wszystko zweryfikują dni, które nadejdą. Tymczasem koniecznie sprawdźcie "Hardkor Disko", ponieważ w tej kategorii nie widziałem lepszego filmu od legendarnej "Wojny polsko-ruskiej". Największe tegoroczne pozytywne zaskoczenie i wreszcie autentyczny tagline: Krzysztof Skonieczny przyniósł płonący koktajl Mołotowa!
all rights reserved / copyright © głębokiOFF
Ocena: 8/10.

sobota, 4 maja 2013

"Jesteś bogiem"

Kaliber 44 otworzył moją głowę na hip hop. Chociaż minęło wiele lat i przesłuchałem dziesiątki, a może nawet setki płyt, to w dalszym ciągu w TOP 5 moich ulubionych polskich albumów rapowych znajdują się Księga Tajemnicza. Prolog oraz W 63 minuty dookoła świata. Gdyby ktoś był zainteresowany to dodam, że resztę stawki uzupełniają Jazz w wolnych chwilach oraz Tylko dla dorosłych Ostrego, a także Światła Miasta Grammatika. Specjalne wyróżnienie natomiast należy się dla Wzgórza Ya-Pa 3 za ich genialny debiutancki album Wzgórze Ya-Pa 3, który pokazał, że można to robić polsku. Chociaż do dzisiejszego dnia ubolewam, że płyta nie wyszła pod oryginalnie planowanym tytułem (Co cię wkurwia? Jebani wąchacze i Huy!). Dlaczego piszę o tym wszystkim? Otóż wybitną rolę w mojej hiphopowej edukacji odegrał Mag Magik I, który w czasach Kalibra wznosił się na wyżyny talentu. Później nie było już aż tak dobrze, bo jak pewnie zauważyliście w zestawieniu nie znalazła się żadna z dwóch płyt Paktofoniki. Niemniej Piotr Łuszcz odpowiada za chyba najbardziej znany polski kawałek rapowy, czyli legendarne Jestem bogiem, które kiedyś znali wszyscy. Po ponad dekadzie od jego tragicznej śmierci na ekrany polskich kin wszedł "Jesteś bogiem" oparty na książce Paktofonika – przewodnik Krytyki Politycznej Macieja Pisuka (nie czytałem) reklamowany jako najbardziej oczekiwany film roku. Rzadko mi się to zdarza, ale naprawdę jesienią ubiegłego roku miałem ochotę wybrać się do kina. Niestety był to ciężki okres i po trzykroć pieniądze na bilet zostały zdefraudowane pod parasolami krakowskiej Rotundy.
źródło: http://glamrap.pl
Przed zarysowaniem fabuły należy pamiętać o bardzo ważnym zastrzeżeniu: film Leszka Dawida jest TYLKO oparty na faktach. Oznacza to, że nie można traktować go jako edukacyjnego dokumentu, pokazującego powstawanie Paktofoniki. Dla znawców tematu wiele przedstawionych w filmie wydarzeń jest co najmniej dziwnych, a nawet totalnie bezsensownych – ale do tego wątku powrócimy w dalszej części recenzji. "Jesteś bogiem" przedstawia historię Fokusa, Rahima i Magika. Ten ostatni po wielkim konflikcie opuszcza Kaliber 44 (oczywiście po raz kolejny nie dowiadujemy się dlaczego) i zaczyna działać na własną rękę. Natomiast Fokus i Rahim to młode wilki, które chcą zaistnieć na hiphopowej scenie. Po wielu przejściach chłopcy nawiązują współpracę i rozpoczynają prace nad debiutancką płytą nowego zespołu, marząc o wielkim koncercie w katowickim Spodku.
źródło: http://www.filmweb.pl
Jak wspomniałem powyżej "Jesteś bogiem" zostało oparte na faktach i szczerze powiedziawszy jest to pierwsze moje rozczarowanie. Moim zdaniem twórcy powinni zdecydować się pójść w którąś stronę, a tak po prostu stanęli w rozkroku nad przepaścią. Wyimaginowane rozwiązania fabularne i jawne przekłamania rażą mnie ogromnie! Co gorsza przeciętny widz z gimbazy zacznie wierzyć, że tak było naprawdę. I mnie to nie zachwyca! Moim zdaniem najlepszym wzorcem było pójście drogą albo "Control" o Ianie Curtisie z Joy Division albo "8 mili" osnutej niezwykle mocno na wątkach z biografii Eminema, aczkolwiek opowiadającej o fikcyjnym raperze. Niestety Leszek Dawid widocznie za bardzo wziął sobie do serca teksy swojego bohatera i poszedł własną drogą. Podejrzewam, że wielu z Was nie zna historii PFK i może nie wiedzieć o co mi chodzi dokładnie. W tym celu posłużę się kilkoma przykładami. Zanim Magik został członkiem PFK przez wiele lat z Dabem i Joką tworzył Kaliber 44, stając się jednym z najbardziej znanych polskich raperów. Dlatego dziwi mnie niezmiernie, iż w filmie jest ukazany jak jakiś trochę bardziej utalentowany rookie. Gdzież jego legenda? Nie wybaczę twórcom, że prawie kompletnie olali Kaliber, który wyniósł do sławy Magika. Na dodatek pozostałych członków zespołu ukazali jako antypatycznych i przesadnie luzackich hejterów wyśmiewających ułomności nieudolnie rymującego Rahima. Poza tym "Jesteś bogiem" ma totalnie zaburzoną chronologię, ponieważ wedle mojej wiedzy podpartej wywiadami choćby z Dabem, wszyscy zainteresowani poznali się przed rozpadem K44. Zauważmy, że Rahim sam pojawia się gościnnie na pierwszej płycie Kalibra w kawałku Psychodela, a Fokus zrobił do albumu charakterystyczną czcionkę. Ale przecież nie byłoby to dobre dla dramaturgii filmu, nieprawdaż?
W tle plakat Kalibra 44...
(źródło: http://www.filmweb.pl)
Kolejny zarzut: mam uwierzyć, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich raperów ma problem by nagrać płytę? Naprawdę? Wiele wytwórni (choćby SP Records) po sukcesach Kalibra przyjęłaby jego materiał z pocałowaniem rączki. Scena, w której Magik wydaje ostatnie 15 PLN na kilka minut w studiu, ma chyba wywołać u widza współczucie dla tych biednych chłopców z osiedla. No kurwa, jak to byłby Rychu Peja, który reprezentował najprawdziwszą biedę, to bym może uwierzył. Ale PFK? Sprawdźcie ich teksty, a raczej nie znajdziecie wersów, o tym, że nie mieli hajsu na zupkę chińską. Nie rozumiem, czemu twórcy nie postanowili przekonać widza do zespołu samą muzyką i wprowadzili rzewny wątek straszliwej biedy naszych bohaterów. Ma mi być przykro, że Magik nie miał kasy na studio i sępił od Gustawa najnędzniejsze grosze? No kurwa, to mógł ich nie rozjebać na wszystko inne. Przy jego postaci chcę również zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko. Po śmierci Magika powstał swoisty kult jego osoby, a jego wyznawcy nie są w stanie przyjąć jakiejkolwiek krytyki ich bóstwa. Po filmie Leszka Dawida mogę stwierdzić, że jego image znacznie ucierpiał (przynajmniej dla mnie). Genialna, choć życiowo nie ogarnięta postać, sępiąca każdy grosz i będąca wyjątkowym chujem dla żony. Z Justyną wiąże się wiele żenujących scen i najtańszych rzewnych zagrywek (m.in. scena z telefonem w kiblu, monitoring czy nagłe przebudzenie nad ranem). Patrząc na całokształt ogromnie nie podobała mi się epizodyczność fabularna oraz tendencyjność poszczególnych postaci. Wielki zarzut mam do twórców za dobór koncertowej publiczności, bo wygląda jak najbardziej tragiczna mieszanka z gimbazy.
źródło: http://www.filmweb.pl
W czasie projekcji starałem się w oceanie chujozy wyłowić jakieś plusy. W zasadzie zapamiętałem tyle dobrych scen, że mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Imponujący moment to Magik rymujący Plus i minus na klatce schodowej – to naprawdę robi wrażenie! Niestety, zdecydowana większość filmu nie ma takiej magnetycznej mocy. Podobała mi się także konwersacja Fokusa i Magika rozpoczynająca się od słów "o co Ci chodzi w życiu?" oraz dyskusja na temat Jestem bogiem. Pozytywnie odebrałem również większość scen z Gustawem – swoją drogą kolejna bardzo dobra kreacja Arkadiusza Jakubika. Co do głównych wykonawców to największe brawa należą się oczywiście dla Marcina Kowalczyka wcielającego się w Magika. Chociaż scenariusz nawet w połowie nie wykorzystuje potencjału tej tragicznej postaci to jego odtwórcy należą się mimo wszystko ogromne brawa. Fokus (Tomasz Schuchardt) i Rahim (Dawid Ogrodnik) to dla mnie bezpłciowe i niczym nie wyróżniające się postacie, chociaż bliskie mi osoby mają odmienne zdanie na ten temat. Najbardziej brakowało mi starć charakteru i gorących kłótni między Magikiem i Fokusem. Ich relacje są zdecydowanie zbyt letnie i grzeczne. Wśród ról drugoplanowych warto wyróżnić Przemysława Bluszcza (ojciec Magika), który wyróżnia się na tle bezpłciowych postaci (m.in. Justyny – Katarzyna Wajda). Nie wiem czy nową ambicją Marcina Dorocińskiego jest zagrać w każdym polskim filmie, ale tutaj pojawia się również w epizodzie. W sumie nie wiem po co. Natomiast Kozak (Piotr Nowak) został przerysowany tak bardzo, że jestem gotów poprzeć jego pozew przeciwko twórcom filmu. W „Jesteś bogiem” wygląda niemal jak Mefistofeles polskiego przemysłu fonograficznego, który w zamian za podpisanie kontraktu jest gotów odebrać biednym raperom ich dusze.
źródło: http://www.filmweb.pl
Po ostatniej scenie moja towarzyszka stwierdziła, że nie był to wcale taki zły film i była gotowa wystawić wyższą ocenę niż ja. Szczerze powiedziawszy bardzo trudno mi się zgodzić z jej opinią. Niestety "Jesteś bogiem" nie jest nawet filmem średnim, a buńczuczne slogany o najlepszej produkcji roku wywołują jedynie uśmiech politowania. Do dzieła Leszka Dawida o wiele lepiej pasuje określenie największe rozczarowanie roku albo medialnie napompowany balon, po którego pęknięciu nie pozostaje absolutnie nic. Spojrzenie na powstawanie PFK kaprawym okiem oraz wyraźne ułomności filmu nie pozwalają się cieszyć opowieścią przedstawioną w "Jesteś bogiem". W sumie to nie jest ona nawet specjalnie zajmująca: ot, chłopcy chcą nagrać płytę, ale jakoś im się czasami nie chce, a na dodatek nie mają hajsu. Przez większość filmu miałem w dupie los głównego bohatera, a jego koleżków to już w ogóle, więc nie świadczy to zbyt dobrze o dziele Leszka Dawida. Zdecydowanie nie polecam "Jesteś bogiem" i bardzo cieszę się, że nie poszedłem na film do kina. Pozycja obowiązkowa jedynie dla bezkrytycznych wyznawców kultu Magika.
źródło: http://www.filmweb.pl
Ocena: 4/10.